Uzupełnienia do pamiętnika
Z tej wioski w pobliżu Bobrownik pochodzi moja rodzina Porębskich. Z relacji mego ojca wiem ,że mój dziadek Marek Porębski z zawodu był felczerem i pracował oraz mieszkał już w Starym Sosnowcu, w robotniczej dzielnicy familoków. Miał żonę Wiktorię, z domu Stanowską, pochodząca ze wsi Siemonia.która była bardzo urodziwą niewiastą, a chyba i zdolną, bo rzekomo pisała piosenki. Urodziła trzech synów. Najstarszym był mój ojciec Stanisław, kolejnymi byli Henryk, Marian i Władysław, przy urodzeniu którego babcia Wiktoria zmarła. Dziadek wychowywał przez długi czas swych synów samodzielnie. W ich domu nie przelewało się, czasem doznawali prawdziwej biedy, z dzieleniem jednego śledzia na cztery części. Po jakimś czasie dziadek ożenił się powtórnie. Drugą żoną była Joanna z domu Będkowska, która urodziła mu śliczną córeczkę, moją ciocię Wacię. Dziadek Marek miał uzdolnionego muzycznie brata …….., który był organistą w kościele w Starym Sosnowcu. Pamiętam go jako noszącego się z większą elegancją, czy dbałością niż dziadek marek. Jednym z licznych synów organisty był Antoni Porębski, artysta plastyk po krakowskiej uczelni, który studiował tak jak ja u pani profesor Cybisowej. Tak się złożyło, że w późniejszych latach bywałam już bardzo rzadko u dziadków. Pamiętam, że dziadek Marek zmarł dość wcześnie i w mieszkaniu, które było teraz suteryną pozostała moja babcia macocha z ciocią Wacią. Babcia miała przed domem ogródek do którego mogła wchodzić przez okno z dobudowanymi schodkami, unikając dłuższej drogi dokoła przez sień. Babcia była zapaloną ogrodniczką i z upodobanie hodowała przeróżne kwiaty. Gdy synom pasierbom się już lepiej powodziło, złożyli się dla niej na ogródek z altanką, gdzie mogła urozmaicić swoją uprawę kwiatów, a dodatkowo mieć jeszcze małą hodowlę kurek lilipucich i królików.
Moje pierwsze wakacje bywały dosyć skromne. Jeździliśmy do Siemoni i tam zatrzymywaliśmy się na pobyt u rodziny ojca ze strony jego matki, u rodziny Stanowskich. Było to zwykła wiejska chałupa początkowo jeszcze kryta strzechą. W słońcu ściany wydawały się niebieskawe, bo były pobielane wapnem. Drzwi do chałupy były bardzo niskie, w małych okienkach stały na parapetach w mchu doniczki z czerwonymi i różowymi pelargoniami. Z maleńkiej sieni wchodziło się do dużego wybielonego pomieszczenia, które stanowiło izbę dzienną i równocześnie kuchnię z wielkim glinianym piecem z okapem. Na nim stało kilka stało kilka czarnych żeliwnych garnków w różnych wielkościach z największym do pobierania ciepłej wody do mycia. Zasadnicze umeblowanie izby stanowił duży prosty stół drewniany, a do siedzenia służyły ławy. Tu spożywano posiłki i wykonywano przy nim różne prace domowe, a także można było odbywać spotkania rodzinne. Stąd wchodziło się do innego pomieszczenia. Była to dość długa niezbyt wielka izba, gdzie spali gospodyni z gospodarzem, oraz ich rodzice w dwu oddzielnych łóżkach. Na ścianach wisiały obrazy religijne malowane na szkle. Elektryczności tam nie było, a tylko lampy naftowe. W chacie istniało jeszcze jedno małe pomieszczenie z odrębnym wejściem z sieni, do którego nas później z mamą i Jurkiem zakwaterowano. W momencie gdy przyjechaliśmy do Siemoni musieliśmy przespać pierwszą noc w dużej izbie. Wyszorowano podłogę i na niej rozłożono nam do spania sienniki słomiane. Wszystko było czyste, pachnące słomą, a poduszki pierzem. Było to nazbyt prymitywne i niewygodne, tak że mama w pierwszej chwili miała zamiar wrócić do domu. Były to nazbyt spartańskie warunki, zwłaszcza, że Jurek był trzymiesięcznym niemowlęciem. Na następny dzień mieli nam gospodarze przygotować to małe pomieszczenie do którego przeniosła się mama z Jurkiem, bo ja wolałam spać na sianie w stodole, co dla mnie stanowiło prawdziwą wakacyjną przygodę.