Wspomnienia — Epilog
Gdy to piszę, mamy za sobą tak zwane złote gody, obchodziliśmy 50. rocznicę ślubu. Było to uroczyste przyjęcie w urzędzie miejskim razem z innymi jubilatami obchodzących tę uroczystość, na której wręczano nam medale i dyplomy. Zaś 60-tą Rocznicę obchodziliśmy z licznie zgromadzoną rodziną w restauracji gdzieś pod Rybnikiem, blisko domów mojego brata Piotra i córki brata Huberta Besi. Sama się dziwię, że tyle lat udało nam się razem z Józkiem przeżyć. Po długim, ciekawym i chyba dobrym życiu będę niedługo obchodzić moje 85 urodziny. Ostatnio były też w moim życiu i tak zwane momenty. Znalazłam się już po drugiej stronnie lustra, gdy ubiegłej jesieni znalazłam się znienacka w szpitalu. Tkwiłam przez kilka dni w śpiączce, maszyny sercowa i płucna, a może i coś więcej czuwało nade mną, aż po kilku dniach udało się mnie lekarzom w pełni świadomą i bez żadnych uszczerbków wybudzić. Potem był konieczny miesięczny pobyt w sanatorium, by dojść ruchowo do siebie. Niestety, tak sprawna w poruszaniu się jak dawniej już nigdy nie będę, muszę się z tym godzić, że jestem osobą niepełnosprawną. Jeszcze próbowałam wracać do malowania, ale mam już z tym duże kłopoty. Chyba wszystko co mogłam już namalowałam. Teraz mogę prawie wszystko oglądać z dokumentacji, którą Józek przez lata wykonywał, wyświetlanej na dużym telewizorze. To są chwile podsumowujące moją działalność twórczą. Mam wtedy przed sobą moje malarstwo
podzielone na cykle. Są te najwcześniejsze kompozycje statki – ryby, kompozycje figuralne dzielone na poziome i pionowe. Są pejzaże, martwe natury, liczne gwasze, przeważają przede wszystkim te ze Świnoujścia malowane podczas wakacji. Bardzo liczny jest zestaw wszelakich rysunków. Sporo z nich było bardzo wypracowanymi rysunkami piórkiem na dużym formacie. Mimo różnych obowiązków, czy to z wychowaniem dzieci, czy wszelkimi domowymi, widzę to dziś, że starałam się bywać twórcą, na ile mi się udawało. Miałam swoje prace na wszystkich wystawach okręgowych ZPAP. Chciałoby się więcej, ale jestem zadowolona, bo udało mi się wychować synów Tomka i Grzesia, malować ile się dało, a także czasem pomagać Józkowi przy niektórych pracach telewizyjnych. Cieszy mnie, że synowie „wyszli na ludzi”, mają swoje osiągnięcia zawodowe, że mają udane życie rodzinne, a ja z Józkiem doczekaliśmy się jednego wnuka Szymona, szkoda tylko że mieszka dość daleko stąd bo aż w Szkocji z żoną Marzeną i naszą prawnuczką Mayą. Jest jeszcze córka Tomka i żony Basi, Agatka z ze swoim Jackiem, którzy mają rocznego synka Tymka, naszego prawnuka. Są i trzy córki Grzegorza i jego żony Asi: najstarsza też Asia jak mama, Dominika i Dorotka, które wybrały na miejsce swego zamieszkania Warszawę, gdzie wszystkie trzy mają interesującą i dającą zadowolenie pracę. Teraz ucieka nam każdy dzień coraz szybciej, czas robi swoje, a my robimy coraz mniej. Wspominam swoje przyjaciółki, te których już nie ma, albo prawie nie ma. Odeszła już na stałe Halina Lerman, nasza sąsiadka, świetna malarka, autorka
impresjonistycznych pejzaży, choć grafik z wykształcenia i z długą praktyką w projektowaniu graficznym. Spotykaliśmy się często i długo trwały nasze w podwójnym sensie późne rozmowy. Jakby kontynuacją przyjaźni z Haliną zostały częste kontakty z jej córka Izą, oraz jej mężem panem Tomkiem, szalenie sympatycznymi i przyjaznymi dla nas ludźmi, choć mieszkającymi w Bonn. Była Hania Czuma., koleżanka jeszcze ze studiów, wtedy para z Adamem F., przyjacielem Józka. Nie związali się ze sobą, ale wróciła bliska przyjaźń na późne lata, i spędziliśmy sporo wspólnych chwil, czy to w domu Hani, czy u nas. Wracaliśmy razem do naszego Krakowa, choć znaliśmy to czeskie powiedzenie: to se nevrati. Jest jeszcze koleżanka ze studiów Zuzanna Kusek, żona przyjaciela Józka, zmarłego przed laty Freda Kuda. Z nią prowadziłam przez długie lata prawie codzienne rozmowy telefoniczne aż je przerwała postępująca choroba Zuzanny. Rozmowy stawały się coraz krótsze i lakoniczniejsze, aż i te się urwały. Pozostały za to częste kontakty z jej córką, też Zuzanną, poetką i malarką mieszkającą już nie w Rzeszowie, gdzie miała galerię, w której też kilka moich obrazów sprzedałam. Mieszka obecnie w Łańcucie, gdzie opiekuje się więdnącą coraz bardziej mamą Zuzanną, której śliczne malarstwo mam ciągle przed oczami. Zaprasza nas do swego domu z ogrodem, ale to już nie dla mnie czas na takie podróże. Zachorował poważnie także Adam i skończyły się powoli nasze kontakty z nim. Podobnie Jurek Kałucki też już nie odpowiada na listy. Mamy już coraz mniej przyjaciół, jak mówi poeta, coraz mniej listów i telefonów, bo ludzie tak szybko odchodzą…
Jest jeszcze stale będąca ze mną w kontakcie Nina, moja serdeczna przyjaciółka z lat dziecinnych, już bez Kazia, który odszedł kilka lat temu. O niej wspominałam już od początkowych stron tego pamiętnika. Do niedawna jeszcze pracowała zawodowo, Nina, pani profesor jeździła z wykładami z dziedziny architektury nawet do Łodzi, gdzie tam i tu na politechnice miała promocje swoich doktorantów. Gdy telefonujemy do siebie, mamy sobie ciągle dużo do powiedzenia, a czasem mnie Nina odwiedza. Chyba jeszcze nadal co jakiś czas za sobą zatęsknimy i jest nam ten kontakt potrzebny. Mam jeszcze przyjaciółkę mieszkającą w pobliżu, na naszym osiedlu Barbarę, jak ja Sosnowiczankę. Z nią trwa przyjaźń od czasu zamieszkania w 1961 roku na naszym osiedlu, gdy mieliśmy jeszcze małe dzieci. Muszę się pochwalić, że mieszkanie Basi, to spora galeria moich obrazów. Spotykaliśmy się dość często, bywaliśmy i u niej w jej domku w Czekance, ale teraz i Basi nie po drodze do mnie ze względu na jej dolegliwości. Trwa przez lata przyjaźń z sympatyczną Teresą Ch. poznaną przez Barbarę, choć teraz zdrowie i mnie i jej nie pozwala już na wzajemne odwiedziny. U niej w domu też mam sporo swoich obrazów, bo Teresa zawsze interesowała się sztuką i zgromadziła sporo prac tutejszych plastyków. Od czasu do czasu przyjedzie do mnie czy do nas Bogna, która nas też do siebie zabierała, dopóki mogłam się ruszyć. Poznałam ją przez współpracującego w TV Józkiem z jej mężem Antonim Halorem, bardzo sympatycznym reżyserem, też często do nas wpadającym na chwilę rozmowy o sztuce, o Śląsku, o życiu, w którym dłuższej starości Antoni nie doczekał. Pomyślałam, że póki jeszcze czas, spróbuję zapisać choć część
historii mego życia dla wnuków, prawnuków i tych, którzy zechcą to przeczytać, dowiedzieć się kim byłam, jak żyłam. Z samym pisaniem miałam już trudności, ale nieodzowny Józek był mi w tym pomocny a w niektórych fragmentach był współautorem tego tekstu. Nasze dzieci pomogły nadać temu odpowiedni kształt i doprowadzić do wydania niniejszego tekstu drukiem. Ukończone w czerwcu 2019 roku Irena Porębska – Krupa z pomocą Józefa Krupa
1. Moi dziadkowie - Władysława i Tomasz Kimlowie
2. Z babcią
3. Moi rodzice - Wanda i Stanisław Porębscy 4. … i brat Nynek (Jerzy) z rodzicami
5. … ze słonecznikiem
6. Na wakacjach w górach 7. Na szkolnej wycieczce
8. W kostiumie egipskiej księżniczki
9. Z kolegą i moją przyjaciółką Niną 10. Na studiach w Krakowie
11. Ślub - 1956
12. Z synem Tomaszem -1957 13. Z synem Grzegorzem -1963
14. Z wizytą w Paryżu
15. Z Jurkiem, Mamą i Helenką 16. Z rodziną
17. Z Józkiem w latach 60-tych…. 18…. i 50 lat później
OBRAZY
11