Irena Porębska-Krupa

Wspomnienia — Rozdział VI

Rozdział VI

Czasy studiów zbliżały się powoli ku końcowi, po piątym roku nadszedł moment uzyskania absolutorium. Kolejny szósty rok miał być rokiem dyplomowym. W Krakowie miałam wynajmowane mieszkanie na Dębnikach, a Józek mieszkał w akademiku ASP przy ulicy Leya. Bardzo często odwiedzaliśmy się. Józek odprowadzał mnie codziennie do mej kwatery. Była to droga przez most na Dębnikach przez Wisłę z nieodmiennym widokiem na Wawel. Bywały potem spotkania podczas wakacji, Józek odwiedzał mnie i u mnie w domu, oraz urządzaliśmy sobie wycieczki jak tę pamiętną na Górę św. Anny. Chyba po niej wiedzieliśmy, że związaliśmy się już na zawsze. Poznałam rodzinę Józka w Rybniku. Jeszcze przed zakończeniem wakacji, bo 29 września wzięliśmy w rybnickim urzędzie ślub cywilny. W Krakowie zjawiliśmy się już jako para małżeńska. Trzeba było zabrać się do pracy nad dyplomowymi pracami malarskimi. Malowałam z entuzjazmem, ale niedługo okazało się, że jestem w ciąży . W listopadzie mieliśmy skromny ślub kościelny w Krakowie. Byli tylko moi i Józka rodzice, oraz Małgosia i Jurek. Nie życzyliśmy sobie okazałego celebrowania. Po jakimś czasie musiałem często poddawać się kuracji w szpitalu, byłam pod opieką ojca Niny Głowińskiej, który był w Zabrzu w klinice docentem na Śląskiej Akademii Medycznej. Niestety, mieliśmy z Józkiem konflikt krwi Rh i wykryto u mnie toksoplazmozę. Ojciec Niny, który specjalizował się w tych problemach rozwoju ciąży, zabierał mnie często na badania do szpitala. To niestety

doprowadziło do tego, że z wielkim żalem musiałam się wycofać z przystąpienia do obrony dyplomu w tym roku. Byliśmy teraz na początku naszego małżeństwa dość często rozdzieleni, ja w Bytomiu u rodziców, a Józek pracował nad dyplomem w Krakowie. Czasy były wtedy pełne emocji. Przeżywaliśmy polski październik. Władysław Gomułka wrócił do władzy, nastąpił czas nadziei na socjalizm o ludzkiej twarzy. Entuzjazm trwał dość krótko, powoli wracało stare. Na akademii początkowo też powiało nowym. ASP przybrało starą nazwę Akademia Sztuk Pięknych. Socrealizm, którym nas początkowo straszono upadł całkowicie. W bibliotece akademii zaczęły się pojawiać szwajcarskie wydawnictwa Skira z malarstwem zachodnim. Zaczęliśmy się nim zachłystywać. Wystawy malarstwa stały się inne, wracały trendy nowoczesne i tu do nas, do Krakowa.. Wielu malarzy którzy do tej pory malowali a nie wystawiali, zaczęli zaskakiwać swoim odmiennym spojrzeniem malarskim. My tkwiliśmy jeszcze mocno w tym, czego uczyli nas nasi profesorowie kapiści. Mimo wszystko, we wspaniałym polskim koloryzmie. Pod koniec studiów zaczęliśmy nawet darmowe farby i inne środki malarskie otrzymywać. Socjalizm dla malarzy. Malowaliśmy w Bytomiu z Józkiem wspólnie ustawioną w kuchni martwą naturę. Józek swoją oddał z pracami dyplomowymi na akademii. Moja mi została i bywało, że jeszcze po latach ją poprawiałam i obecnie wisi jako równoprawna praca u nas w mieszkaniu. To jedna z ważnych pamiątek malarskich naszej wspólnej przeszłości. Była jeszcze taka druga praca, ten sam temat, który malowaliśmy wspólnie. Pejzaż na Harendzie z widokiem na Giewont. Ja namalowałam obraz na płótnie,

a Józek zrobił tylko gwasz i pamiętam, że było dość mroźno, tak że mokra farba zamarzała mu na papierze. Ma za to ciekawą fakturę. Trzyma go do dziś w teczce, lubię go przy okazji oglądać, może dlatego, że też coś przypomina. Mój pejzaż wisi obecnie u mnie w pokoju. Został też wielokrotnie poprawiany, nawet Józek zabierał się do tego, jakby to była jego praca. 7 czerwca 1957 urodził się w Zabrzu nasz pierwszy syn Tomasz Jan. Imiona po jednym i drugim z naszych dziadków. Mieliśmy zdrowego i wspaniale rozwijającego się syna. To była nagroda za mój tegoroczny nieudany start do dyplomu. Józek dnia uzyskał swój dyplom artysty malarza. Byliśmy małżeństwem z dzieckiem, co prawda jeszcze na garnuszku moich rodziców, ale staraliśmy się też wnosić trochę udziału w zarabianie pieniędzy malowaniem. Nie było to jednak ambitne malowanie obrazów, sprzedawanie ich, a współudział w malowaniu tkanin na jedwabiu, który to biznes prowadziła moja mama. Dawało jej to wówczas niezłe dochody. Jednak już w lipcu dowiedział się mój tata o planach otwarcia Ośrodka Telewizji Polskiej w Katowicach na Barbórkę tego roku. Zachęcił Józka, by się tym zainteresował i ten nie dawał się zbyt długo namawiać, pojechał do Katowic do Polskiego Radia, gdzie przyjmowano zgłoszenia chętnych na przyszłych operatorów kamer telewizyjnych. Józek łudził się, że może byłby to pierwszy krok, a później może uda się zająć także i opracowaniem scenografii. Nowym decydentom telewizyjnym zależało bardziej na plastykach po dyplomie na kandydatów na operatorów, niż na zwykłych chętnych. Józek został po prostym egzaminie przyjęty. Już od 1 września miał etat. Otrzymywał

2 000 zł i we wrześniu musiał już pojechać na miesięczne na szkolenie do warszawskiej TV. Mieliśmy już jakieś zabezpieczenie na podstawowy byt. Tegoroczna Barbórka była na Śląsku ważnym wydarzeniem dla władz, ale także z innych względów dla nas. Józek pracował w dniu 3-go grudnia 1957 jako operator kamery telewizyjnej. Wóz transmisyjny był ustawiony przy Operze Śląskiej w Bytomiu, słowem pracował dziś na miejscu, nie musiał dojeżdżać do Bytkowa, gdzie mieściło się studio telewizyjne. Transmitowano wówczas tak zwaną uroczystą akademię z udziałem tow. Władysława Gomułki. W części artystycznej nadawano spektakl baletowy Różyckiego Pan Twardowski. To był chrzest bojowy Józka, ale i naszego późniejszego przyjaciela, Tadzia Wróblewskiego. Oczywiście myśmy tego nie oglądali, bo nie posiadaliśmy wtedy jeszcze odbiornika telewizyjnego. Takich było wówczas na Śląsku bardzo mało, były dostępne głównie dla górników z okazji ich święta. Józek musiał zapomnieć o tym, co chciał robić po ukończeniu studiów. O malowaniu nie było mowy, praca w TV pochłaniała mu szalenie dużo czasu, zdążył tylko, by od czasu do czasu coś porysować. Ja byłam bardzo zajęta malutkim Tomkiem, który się wspaniale rozwijał. Początkowo też nie malowałam, a przeważnie tylko rysowałam. Nawet w szpitalu porobiłam szkice. Niedługo jednak nastał czas, bym mogła się zabrać do moich prac dyplomowych. Ustaliłam z panią profesor Cybisową, że złożę je na uczelni w czerwcu 1958 roku i stawię się do obrony dyplomu. Rodzice zajmowali się sporo Tomkiem, by mi zostawić czas na malowanie. Nie było to dla mnie łatwe, ale udało mi się

przygotować zestaw prac dyplomowych. W przeddzień wyjazdu do Krakowa miałam wszystkie prace przygotowane w pracowni na poddaszu, którą w międzyczasie nam się udało urządzić, częściowo zbudować z dużym oknem 2m x 3m w skośnym suficie. Udało się to dzięki pomocy mego ojca. Tu uciekałam w każdej wolnej chwili, wykorzystywałam momenty, gdy Tomek spał i malowałam bez opamiętania. Chciałam nie tylko sobie, ale też mojej pani profesor udowodnić, że te pięć lat studiów nie poszły na marne. Prace miałam poustawiane w szeregu na podłodze, przygotowane do spakowania, by jutro rano z nimi pojechać pociągiem do Krakowa. W międzyczasie byłam zajęta jakimiś przygotowaniami na piętrze. Nie wiem, kiedy Tomkowi udało się wejść na czworakach na górę do pracowni, bo widocznie mnie szukał. W tym czasie jeszcze nie chodził, ale przemieszczał się doskonale na czworakach nawet po schodach. Gdy poleciałam za nim na górę do pracowni, zobaczyłam co tam robi i czego już dokonał, mało co nie dostałam zawału. Wszystkie prace były pomalowane czerwoną farbą. Tomek miał w rączce pędzel umaczany w czerwonej farbie i śmiało smarował, czy domalowywał kolorowe plamy na kolejnym obrazie. Do dyspozycji miał rozłożone farby na palecie. Pośród całej gamy barw, wybrał cynobrową czerwień. Prace nie były jeszcze całkowicie wyschnięte, nie dało się z nich domalowanych przez Tomka plam usunąć. To nie ja miałam gotowe prace dyplomowe, a mój syn. Odtąd dbaliśmy o to, by nigdy nie próbował zostać malarzem. Miałem kolejne nowe i przykre tłumaczenie się mojej pani profesor. Dyplom musiałam przełożyć o kolejny rok. W międzyczasie współpracowałem także z Józkiem, który

ilustrował cykl audycji dla dzieci, Wujcio Adaś i Kajtuś. Robota była jak to w TV zawsze na wczoraj, czyli prawie na ostatni moment. Moja pomoc była więc nieodzowna, bo Józek pracował jeszcze nadal jako operator. Mieliśmy często noce spędzane na pilnej pracy w pracowni. Dzięki tym dodatkowym zleceniom honoraria Józka wzrastały, żyło nam się lepiej. Poprzez TV Józek zapisał się do Katowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej i mieliśmy szanse na początku lat sześćdziesiątych przeprowadzić się do Katowic, do trzypokojowego mieszkania. Dla Józka skończyłyby się dość uciążliwe dojazdy o różnych porach do TV w Bytkowie. Tak jak rozwijała się działalność telewizyjna Józka, tak rozwijał się i Tomek. Jako dwulatek był już pierwszy raz na wczasach w Świnoujściu, dokąd zaczęliśmy co roku wyjeżdżać na miesięczne pobyty. Tak się stało, że Świnoujście stało się na stałe naszą letnią Mekką wczasową, bo niedługo zawitał tu na stałe mój brat Jurek, który zaczął pracować w Morskim Instytucie Rybackim. Miał swoją kawalerkę i często nam ją na lato odstępował, podczas gdy on wypływał na kilka miesięcy jako naukowiec na statkach rybackich. Po tych rejsach Jurka często coś i nam się dostało z tego co przywoził, były fantastyczne w kształtach muszle, zdjęcia z rejsu i była nawet książka, którą Jurek napisał. Była jeszcze ta specyficzna atmosfera panująca w jego kawalerce, chyba pachniała morzem, gdy spędzaliśmy tam wakacje. Skłoniło mnie to, bym i ja weszła w tę quasi marynistyczną tematykę. Namalowałam sporo gwaszy nie tylko tych na plaży, ale te z barkami w porcie. Spróbowałam jednak stworzyć bardziej syntetyczny, może trochę, metaforyczny

temat gdy, połączyłam statki i rybie kształty w jedną całość, w rybo - statki, czy statki – ryby. Tak powstał duży cykl obrazów czy to na papierze, jak też olejne i później akrylowe na płótnie. Moje pierwsze statki ryby namalowałam oczywiście dla Jurka. Mój brat zrobił w międzyczasie doktorat, ale stawał się też znany jak kompozytor pieśni morskich i żeglarskich, a także jako ich wykonawca-szantymen. Na długich rejsach nie zajmował się wyłącznie pracą naukową, ale zaczął komponować piosenki związane z życiem i pracą rybaków na morzu. Początkowo było to okazjonalne śpiewanie dla rybaków na statku. Później już chyba sam nie wiedział, czy bardziej jest specjalistą od ryb, kryla, czy też od piosenek – ballad o życiu na morzu, czyli szant. Później, gdy związał się jak sądzę bardzo szczęśliwie z Helenką, zorganizowali sobie duże mieszkanie w mieście i zbudowali atrakcyjnie widokowo położony domek nad Zatoką Szczecińską, dokąd i my kilka razy przyjeżdżaliśmy. Później z wiekiem moje kontakty z Jurkiem stawały się rzadsze, nastał czas wyłącznie telefonicznych kontaktów. Nie tylko mnie, ale i młodszemu Jurkowi dokuczało to i owo, staliśmy się już mniej mobilni. Jurek darował nam zawsze swoje kolejne płyty z nowymi nagraniami szant. Był czas, że wydał ich sporo, stał się chyba najpopularniejszym polskim szantymenem, jego piosenka „Gdzie ta keja” rozbrzmiewała pod żaglami, na nabrzeżach i przy ogniskach gdzieś na Mazurach, a nawet tu na Śląsku. My też bywaliśmy zadowoleni słuchając Jurka poetyckich ballad, bo większość nie była tylko piosenkami a świetnie skompono- wanymi utworami w autorskim wykonaniu Jurka.

W tych bytomskich latach moich kłopotów dyplomowych wychodziłam też w plener pomalować. Więcej jednak na spacery z Tomkiem do parku obok. Spotykałam się w tym czasie także z moją przyjaciółką Niną. Ona z Kaziem przeżyli swoją pierwszą tragedię. Nina urodziła chyba dzień po mnie dziewczynkę we Wrocławiu, gdzie kończyła studia. Z dzieckiem wróciła do Bytomia. Tu nastąpiło nieszczęście, córeczka Niny udusiła się w czasie snu śpiąc na ceratce. Potem mieli synka, Szymona, który wyrósł na wspaniałego młodego mężczyznę. Jak dziadek, został lekarzem. Często pływał jako lekarz pokładowy na dużych jachtach żaglowych z młodzieżą. Była też wyprawa na Karaiby, gdzie tuż przed wigilią Bożego Narodzenia zakończył życie zamordowany na pokładzie przez miejscowego rzezimieszka, gdy Szymon próbował mu zagrodzić drogę na pokład w pogoni za dziewczyną z jachtu. Podziwiałam Ninę, że potrafiła znieść tę podwójną tragedię i poświęcić się pracy. Nina była architektem, ale mniej potem projektowała i budowała, a uczyła młodych na politechnice. Została długoletnim dziekanem wydziału architektury. Na szczęście mają jeszcze córkę Majkę, która również została lekarzem jak Szymon i tak jak jej dziadek, tata Niny. Przyjaźniliśmy się z nimi, bo i Kaziu okazał się wspaniałym przyjacielem, który nas jednak wcześniej opuścił. Dwa lata od mego pierwszego nieudanego terminu dyplomowego szybko minęły, tak jak szybko rósł Tomek. Przy drugim podejściu do dyplomu gdy przychodził do pracowni nie próbował mi już pomagać w malowaniu. Na początku czerwca 1959 roku uzyskałam swój upragniony dyplom. Mogłam mojej

pani profesor podziękować i się z nią na dłuższy czas pożegnać. Po kilku latach spotkałam się z nią, ale nie w Polsce, a w Paryżu. Tymczasem mieszkaliśmy jeszcze przez dwa lata w Bytomiu. Mogłam mimo różnych obowiązków pomalować w pracowni, a także wychodzić w plener. Pracowałam też jako instruktor w domu kultury kopalni Dymitrow. Byłam instruktorem malarstwa zespołu amatorskiego. Tam zaprojektowałam też kostiumy i scenografię dla innego zespołu amatorskiego. Było to do sztuki teatralnej Aleksandra Fredry Damy i huzary. Nie tylko Józek opracowywał scenografię, ale i ja też, co się jeszcze później kilka razy zdarzało, ale już dla teatrów zawodowych. Moja mama zachwycona wnukiem chętnie się nim opiekowała. Józek po trzech latach przestał być operatorem, a pracował już tylko jako scenograf. Został nawet wkrótce głównym scenografem TV Katowice. Ja mogłam nadal przy różnych programach współpracować z Józkiem, co prawda nie byłam oficjalnym współautorem, ale nie przywiązywałam do tego uwagi, pracowałam jako pomocnik, choć do wspólnej kasy. Nastał rok 1961, byliśmy na wczasach w Świnoujściu. Nie było to pod względem pogody udane lato. Prawie cały czas padało. Wyjechaliśmy dlatego już w połowie sierpnia do Katowic, dużo wcześniej niż zaplanowaliśmy, uciekliśmy od deszczu i komarów. U nas w Katowicach była wspaniała pogoda, a co najważniejsze, czekało na nas nowiutkie mieszkanie przy ul. Brzozowej, z dala od miasta , przy ogródkach działkowych po drugiej stronie ulicy. Te ogródki miały obiecującą nazwę dla chętnych podróży: Pod Alpami. Co prawda były zaraz za ogródkami jakieś wzniesienia, ale to były hałdy po hutnicze. Chodziliśmy tam na spacery, ale

i także porysować te resztki budynków starej huty cynku. Byliśmy już teraz mieszkańcami Katowic. Tomek zaczął tu uczęszczać do przedszkola. Powoli próbowaliśmy się w nowym mieszkaniu w Katowicach zasiedzieć. Były to czasy siermiężnego socjalizmu, nie wszystko można było kupić, o czym się marzyło, bo brakowało potrzebnego sprzętu domowego w sklepach. Mówiło się wtedy, że się coś dla domu „zdobywało”. Nasz pierwszy odkurzacz radziecki Czajka Józek „zdobył” stojąc w tłumie na rynku, gdy otwierano dom towarowy Zenit. Odkurzacze „rzucono” do sklepu na otwarcie, które zazwyczaj bywały filmowane i potem to pokazywano w TV. Udało mu się wtedy, bo w kolejnych dniach odkurzaczy już nie było. Józek zarabiał bardzo dobrze, mieliśmy pieniądze, lecz trudniej było coś kupić. Po dwu katowickich latach w 1963 urodziłam drugiego syna Grzegorza, nie było już problemów z konfliktem Rh krwi, mieliśmy już drugie zdrowe dziecko. Przy samym Tomku mogłam sobie już pozwolić na rozwijanie mego malowania. Teraz cieszyły mnie jedno i drugie dziecko, oraz moje nieco ograniczone malowanie. Zaraz po narodzinach Grzegorza była znowu przerwa, paleta z farbami zaczęła zasychać. Myślenie twórcze też. Przyszedł jednak czas przedszkolny Grzegorza, zaczęłam powoli od rysunków, szybkich szkiców gwaszami na papierze i powolny powrót do płócien. Najwięcej jednak pracowałam zawsze podczas wakacji w Świnoujściu. Malowałam cykle swoich gwaszy na plaży. Farb i innych materiałów malarskich mieliśmy pod dostatkiem, bo zaopatrzenie w sklepie związkowym działało dobrze i było nas na wszystko stać. Były też pierwsze wystawy

okręgowe w których brałam udział. Indywidualnej wystawy nie udało mi się jakoś zorganizować. Ani sił, ani czasu, a Józek był tak swoimi sprawami w TV zaabsorbowany, że na niego nie mogłam liczyć. Chciałam też, by chłopcy mogli zawsze na mnie liczyć, by mieli najlepsze dzieciństwo jakie w trudnych czasach socjalizmu mogliśmy im zapewnić. Gdy Grzegorz podrósł, mogłam sobie na to pozwolić, by wyjechać na zaproszenie wuja Mariana do Paryża. Zwiedzałam tam wystawę po wystawie, często bywałam w olbrzymim gmachu Louvre. Zachwycałam się moimi ulubionymi impresjonistami w Musee de Pommes, znanymi mi dotąd z reprodukcji. Udało mi się być na jubileuszowym otwarciu wielkiej wystawy Braque’a. Zachodziłam do galerii na współczesne wystawy i otwierały mi się oczy coraz bardziej, bo zobaczyłam nowe trendy w sztuce, u nas jeszcze mniej znane. Tam pod sam koniec mego pobytu w Paryżu spotkałam na ulicy swoją panią profesor Cybisową. Rozpoznała mnie natychmiast i przywitałyśmy się serdecznie i by nieco porozmawiać wstąpiłyśmy do kawiarni. Pani profesor przyjechała na spotkanie swoich uczniów mieszkających aktualnie w Paryżu, a potem miała dalej ruszyć konferencję do Londynu. Miała dla mnie propozycje innych spotkań tu w Paryżu, ale ja już byłam przed powrotem do Polski. Zwróciła mi jeszcze uwagę bym koniecznie zwiedziła Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie dotąd nie byłam i potem zaraz je zwiedziłam, gdy mi wyjaśniła gdzie to jest. Telewizja uprawiała nadal swoją propagandę, Józek projektował scenografie do bardzo dużych programów, jak i do małych. Chciano żeby ludziom żyło się lepiej, jak mawiał Gierek,

a gdy już lepiej nie mogło być, to przynajmniej ludzie mieli w miarę dobry program telewizyjny, dużo rozrywki, by niezadowolenie nie przerodziło się w buntowniczą SOLIDARNOŚĆ. Tak się jednak stało, nasz papież Jan Paweł II był przedtem w Polsce, potem też, obudził „tę ziemię”. Polacy zaczęli być sobą. Partia i rząd postanowiły jednak wziąć na powrót władzę mocno w swoje ręce, naród z pomocą wojskowych i milicyjnych działań utrzymać nawet krwawo w karbach i w tym celu ogłosili stan wojenny. Nas to też dotknęło, bo Józka zwolniono z pracy w TV. Bali się widocznie by nie projektował wrogich scenografii w programach rozrywkowych. Związek Plastyków rozwiązano, wystaw nie było. Zaczęliśmy malować ikony, Sprzedawaliśmy je, żyliśmy z tego. Józek nawiązał kontakty i udało mu się sprzedać obrazy w Niemczech, ale sprzedawaliśmy i tu w Katowicach w Desie, czy prywatnie i także w Galerii Kareńskich w Poznaniu. Później związaliśmy się z galerią AB w Krakowie. Jakoś przeżyliśmy trudny czas. Józek otrzymał w 1984 rentę inwalidzką, ja nieco później i jakoś dało się przetrwać. Wiodło się nam nie najgorzej, ale nigdy źle. Nie weszliśmy na szczyty, ale też z nich nigdy nie spadaliśmy. Na ogół żyliśmy bez niezadowolenia i nigdy nie musieliśmy rozpaczać. Mieliśmy prawie dobre, spokojne życie bez większych sukcesów, ale i porażek. Zawsze cieszyli nas synowie, którym się tęż zawodowo powiodło, a dużo radości wnosiło także dalsze potomstwo.

57