Irena Porębska-Krupa

Wspomnienia — Rozdział I

Rozdział I

Było to w Sosnowcu gdzie się urodziłam. W wieku pięciu lat, mama podarowała mi komplet kredek i blok rysunkowy, żebym mogła malować swoje światy. Potem wracałam często do motywów z dzieciństwa. Malowałam wspomnienia, czy też malując wspominałam. Spędzałam wtedy sporo czasu u babci. Pokój sypialny był tam wąski i długi, z jednego końca nieco zakrzywiony, gdzie stała olbrzymia trzydrzwiowa szafa z wielkim kryształowym lustrem. Było ono nadzwyczajne, przywiezione przez dziadka aż z Wiednia z okazji jakieś rocznicy. Babcia się w nim często przeglądała, szczególnie nieco dłużej przed wyjściem na rozliczne bale i rauty. Dbała ona o swoją urodę, co dokumentuje pokaźna ilość zdjęć, w tym nawet kolorowe. Widać na nich bardzo piękną i urodziwą panią. Dziadek z babcią bywali też na koncertach, na przedstawieniach operetki i opery. W sobotnie południa, kiedy babcia przygotowywała niedzielne obiady, miała zwyczaj, by sobie beztrosko podśpiewywać – „W blasku zórz trzy boginie spór zacięty wiodły już, która z nich piękniejszą będzie…” Największym pokojem w mieszkaniu był salon. Wisiały tam dwa wielkie portrety babci i dziadka w strojach balowych. Były to możliwie największe zdjęcia na specjalne zamówienie, jakie wówczas wykonywano. Dziadek zapraszał swoich najznakomitszych gości do salonu. Tam również było wielkie kryształowe lustro. W nim odbijało się wszystko to, czego na

pierwszy rzut oka nie można było ogarnąć. Bujna i obficie kwitnąca chińska róża w barwnej majolikowej donicy stawała się jeszcze bujniejszą rośliną. W salonie stał też na wysokim stoliku gramofon z pomarańczowo turkusową tubą. Babcia dbała o umuzykalnienie rodziny. Lubiła posłuchać swoich ulubionych płyt, a wtedy i ja zapamiętałam niejedną melodię operetkową. Moja mama i ciocia Krysia miały do swej dyspozycji fortepian. Pamiętam, że zachwycałam się walczykami w wykonaniu mamy. Wujek Zdzisiek nie grał na żadnym instrumencie, ale jego pasją była muzyka jazzowa, którą odtwarzał z płyt. Kiedyś babcia zwierzyła mi się w tajemnicy, że głęboko w szafie ma ukryty kupon tkaniny w amarantowym kolorze. Dziadek przywiózł ten materiał dla babci z zagranicy, gdzie ten kolor był bardzo modny, ale u nas jeszcze się nie przyjął. Babcia chciała sobie uszyć z niej wystrzałową suknię balową, ale ciągle z tym zwlekała, bo czekała aż ten kolor i u nas stanie się modny. Później, gdy już studiowałam w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie przekonałam się, że na moich obrazach używam najczęściej amarantu, mego ulubionego koloru wraz z kobaltem, fioletem i ultramaryną. Tuż przed wojną, na piąte urodziny otrzymałam trzy sukienki. Jedną w kratkę koloru różowego, drugą seledynową z drobnymi wianuszkami, a trzecia była niebiesko turkusowa. Od babci otrzymałam komplet różnych kolorów wstążek do moich długich włosów, pośród których nie zabrakło i amarantowej. Pamiętam, że BARDZO KOCHAŁAM BABCIĘ I DZIADKA. Dziadek nosił zawsze u szyi zawieszony dwumetrowy centymetr i miał pod szyją zawiązaną bordową

muszkę. Niestety, już w pierwszych dniach po wybuchu drugiej wojny światowej odszedł od nas dziadek. Widzę jak przez mgłę nasze spacery w kierunku Pałacu Schoena a potem poczęstunek wodą z szafirowego syfonu. W pracowni dziadka uwijało się kilku czeladników i uczniów krawiectwa. Zawsze istniał tam wielki ruch. Przenoszono i rozwijano tam i z powrotem bele tkanin w różnych kolorach. Dziadek dobierał odpowiednie tkaniny, rysował na nich biała kredką modele i przycinał dużymi nożycami materiał. Dziadek uchodził za najlepszego krawca w Sosnowcu, bo nawet tak znakomity aktor jak Julian Osterwa zlecał mu swe garnitury do uszycia. Dowiedziałam się o tym aktorze z książki, obszernego opracowania historycznego, poświęconego Teatrowi Polskiemu tamtych czasów, która znajdowała się w bibliotece rodziców. Było w niej kilka reprodukcji witraży Wyspiańskiego, które zachwyciły mnie kombinacją kolorów turkusu, kobaltu i fioletów. Zafascynowanie tą gamą kolorów pozostało mi do dziś i często ją wykorzystuję w swoim malarstwie. Nie wspomniałam jeszcze o domu, w którym mieściła się pracownia dziadka. Była to trzypiętrowa kamienica, ze sklepem od frontu. Do kamienicy przylegała jeszcze oddzielona beczkowato sklepionym holem od strony podwórza piekarnia rodziny Kiepurów. Właścicielami piekarni byli rodzice słynnego śpiewaka operowego Jana Kiepury. Z piekarni dochodziły na przemian odgłosy znanych arii operowych czy pokrzykiwania uczniów ładujących bułki i chleby na wózki. W oficynie na podwórku grałam z dziećmi w klasy w klasy i inne gry dziecięce.

Tam poznałem małą Salcię, którą się trochę opiekowałam. Na trzecim piętrze, gdzie mieszkali moi dziadkowie mieszkała także rodzina Salci. Jej babcia w podzięce za opiekę nad wnuczką zapraszała mnie na pyszną macę, przysmak żydowskich mieszkańców. Tutaj żyły blisko siebie rodziny polskie i żydowskie. Mimo zdarzających się małych sprzeczek i drobnych kłótni istniały dobre międzysąsiedzkie stosunki. Gdy przychodziłam do domu dziadków wchodziłam jakby w jakiś inny zaczarowany świat. Ta dość obszerna kamienica miała w swym wnętrzu niezwyczajne miejsca. Takie były korytarze i poszczególne mieszkania. Korytarz był zgoła magiczny. W ścianach i suficie znajdowały się liczne szpary przez które przenikało kolorowe światło. Czasem wpadała szafirowa ważka a czasem ptak polujący na nią, okazało się że była to jaskółka, których kilka gniazd znajdowało się tuż pod sufitem. Mama Salci zawołała nas i zaprosiła do kuchni. Było to duże pomieszczenie pomalowane na biało z olbrzymim piecem w którym piekły się mace. Na górze pieca już prawie pod sufitem było dla nas miejsce do wygrzewania się. Kiedyś mama Salci wsadziła nas nagle do dużej szafy, z której przez szparę widzieliśmy za otwartymi drzwiami do sypialni kilku zebranych tam mężczyzn. Wszyscy byli ubrani w lśniące czarne chałaty z takimi samymi kepi na głowie. Do nakryć głowy były tasiemkami przyczepione małe pudełeczka. Mężczyźni kiwając się zaczęli tajemniczo szwargotać. Po chwili szwargot przemienił się w piękny śpiew. Nagle drzwi szafy się otwarły i obydwie z Salcią wylądowałyśmy w sieni przed drzwiami do kuchni mej babci. Któregoś dnia zjawił się młody sąsiad z kamienicy i poprosił babcię, czy może nas zabrać do

siebie i pokazać nam coś ciekawego. Zaprowadził nas do swego jasnego małego pokoju. Był to młodzieniec o jasnych długich włosach i szafirowych oczach. W moich dziecięcych wyobrażeniach wyglądał jak archanioł Gabriel czy mój anioł stróż. Pokazał nam zadziwiający przedmiot. Dziś wiem, że był to kalejdoskop. Gdy się zajrzało przez otwór do środka obracając go wkoło, pojawiała się orgia zmieniających się nieustannie kształtów i kolorów. Po dłuższym oglądaniu podziękowałam mu i poszłam odprowadzić Salcię, a sama pobiegłam do babci i mamy. Przytuliłam się do nich pełna emocji i powiedziałam, że już wiem kim będę w życiu. Chcę zostać malarką i będę malować takie niezwykłe kolory i kształty, jakie widziałam w kalejdoskopie. A tak wygląda mój autentyczny życiorys: urodziłam się 25 lipca 1934 roku w Sosnowcu na ulicy Nowej 8, w budynku wielokrotnie nagrodzonym za innowacje i nowoczesność. Mieszkanie miało mały balkon od strony ulicy. Od wczesnych lat lubiłam stamtąd podglądać śpieszących się ludzi, rowery furmanki a nawet bryczki i karety zaprzęgnięte w czwórkę koni. Na balkonie o piętro niżej w sąsiedniej kamienicy zauważyłam śliczną dziewczynkę o blond włosach z oczami koloru chabrów. Jak się później dowiedziałam, miała na imię Dobrochna. Udało mi się z nią zaprzyjaźnić. Miałyśmy jeszcze trzecią koleżankę Teresę Wojtyłko, której tata był znanym dentystą. Teresa nosiła okulary bo miała dużą wadę wzroku. Mama Teresy przypominała urodą Lolo Brygidę. Z trójki naszych mam uważała się za najładniejszą. Według mnie moja mama była najpiękniejsza, ale jeśli już,

to pierwsze miejsce można by przyznać mamie Dobrochny. Jej włosy stanowiły istną burzę loków, a oczy były przepastnie szafirowe i przekazywały samą dobroć i radość. Wymarzyłam sobie, by Dobrochna była moją najlepszą przyjaciółką. Zapraszałam ją na spacery z moim młodszym bratem Nynkiem, z którym jeździłam w wózku pod opieką niani. Z koleżankami wymyślałyśmy sobie przeróżne zabawy. Zachodziłyśmy na pobliskie kolejowe osiedle, gdzie znajdowały się komórki w których właściciele hodowali kury i króliki. Karmiłyśmy i rozpieszczałyśmy je. Gdy przebywałam z koleżankami u mnie w domu, miałam do dyspozycji bardzo duży zestaw lalek. Do powstania tego zbioru doszło głównie z inicjatywy mego ojca chrzestnego. Zauważył on widocznie niedługo po narodzinach mego młodszego brata Jurka (Nynka), że stałam się bardziej osowiała i smutna. Faktycznie poczułam się jakby odstawiona do drugiego szeregu w rodzinie. Z okazji moich kolejnych urodzin podarował mi mój majętny chrzestny aż 13 lalek. Był to zestaw od małych bliźniaczych laleczek, do bardzo dużych. Jedna nawet zamykała oczy. Od babci zaś otrzymałam lalkę z prawdziwymi włosami, a na dodatek potrafiła płakać, ronić prawdziwe łzy. Od cioci Krysi dostałam pluszowego misia. Koleżanki przyjęłam czekoladą z pianką i ciastkami z cukierni państwa Jaskólskich. W latach przedwojennych miałam bardzo urozmaicone dzieciństwo, bo przez jakiś czas, uczęszczałam do przedszkola prowadzonego przez siostry zakonne. Przypominam sobie moje pierwsze sukcesy plastyczne. Dla sosnowieckich przedszkoli ogłoszono konkurs na wycinankę z kolorowego papieru na

projekt torby. Zdobyłam w nim pierwszą nagrodę. Ja i rodzice ze mną byli uszczęśliwieni. Sporo czasu spędzałam także z babcią. Pewnego razu babcia zwróciła się do mnie bardzo tajemniczo, że czeka mnie dziś niespodzianka. Musi mnie wyjątkowo ładnie ubrać, bo udamy się do bardzo ważnej osoby w bardzo w ważnym miejscu. Babcia zaplotła mi starannie dwa warkocze, a w nie dodała okazałe wstążki. Ubrała mi sukienkę w pepitkę, którą miałam na specjalne okazje, zaś na to modną wtedy pelerynkę. Dwie elegantki, babcia i wnuczka udałyśmy się do miasta. Po drodze mijałyśmy narożny budynek z dwoma dużymi wystawowymi oknami, gdzie znajdował się sklep z artykułami elektrycznymi, którym kierował mój tata. Zatrzymaliśmy się na chwilę przed witryną, bo była tam wystawiona bardzo atrakcyjna nowość, rozległa plansza z jeżdżącą kolejką elektryczną. Zabawka przykuwała mój wzrok, musiałam się na nią napatrzeć. Tata nas zauważył i zapraszał do środka, ale babci było już pilno pójść dalej. Pospiesznie ruszyłyśmy w drogę. Po chwili przemierzałyśmy już różne zaułki miedzy oficynami, aż znalazłyśmy się przed wejściem do pomieszczenia, gdzie czekała na nas bardzo miła uśmiechnięta pani. Była to osoba nieco pochylona, dość niskiego wzrostu. To koleżanka babci, pani Miecia Mieszkowska, autorka wielu mi znanych zdjęć, jakie wisiały w salonie mej babci. Pani zaprosiła nas do dość obszernego pomieszczenia. Było tam bardzo jasno, bo jedna ze ścian, jak i sufit stanowiły przeszklone powierzchnie przez które wpadało do środka mlecznie białe światło. Na ścianie za małym

podwyższeniem były rozwieszone różne tła, a przed tym na środku stał drewniany statyw. Na nim był umieszczony duży drewniany aparat fotograficzny. Pani Mieszkowska postanowiła dziś spełnić prośbę babci, by wykonać nam kilka zdjęć. Pierwsze zdjęcie miało być wspólne. Zostałyśmy przez panią Miecię odpowiednio upozowane jako witająca się babcia z wnuczką. Do następnych zdjęć byłam już ustawiana w różnych pozach, między innymi z wielkim słonecznikiem. Babcia już wcześniej pozowała kilkakrotnie pani Mieci do zdjęć, bo była widocznie dobrą modelką dla swej fotografującej przyjaciółki. Pani Miecia jako jedna z pierwszych zaczęła odpowiednimi farbami zdjęcia podkolorowywać. Robiła to z dużym wyczuciem i bardzo subtelnie. Wiele z tych zdjęć znajdowało się w albumach fotografii rodziców, ale było i jedno dziadka w stroju krakowskim, które wisiało u babci w salonie. To zdjęcie zdobyło nagrodę w konkursie fotograficznym.

10