Irena Porębska-Krupa

Wspomnienia — Rozdział II

Rozdział II

Od dnia wybuchu wojny wszystko się całkowicie zmieniło. Pierwszego września 1939 roku, we wczesnych godzinach porannych Niemcy zaatakowali Polskę. Zaczęła się druga wojna światowa. Ojciec próbował nas wywieść poza Sosnowiec, dalej na wschód, aż się sytuacja uspokoi, bo nikt nie sądził, ze wojna potrwa parę lat. Zaistniała panika, trudno było o środki lokomocji. Tatusiowi udało się zdobyć jedynie furmankę konną. Musiał udać się do swej jednostki wojskowej w Busku Zdroju. Pojechaliśmy tam razem. W trakcie tej ucieczki przejeżdżaliśmy przez płonący Pińczów. Musieliśmy się rozstać z ojcem. Po licznych kłopotach związanych z powrotem do Sosnowca rozpoczęliśmy nasz trudny okres wojennego bytowania. Nie był to jednak ten sam wygodny budynek, a rudera w starej części Sosnowca, dokąd nas Niemcy wysiedlili. Podczas wojennych lat nie uczęszczałam w ogóle do szkoły. Miałyśmy z koleżankami tylko ukryte nauczanie, tak zwane tajne komplety raz u nas w domu, albo u koleżanek. Musiało to mieć charakter zabawy, bo tego typu nauczanie było pod groźbą surowych kar zakazane. Te wojenne rygory zaczęły coraz bardziej włączać i nas dzieci w swe ponure tryby. Zwolna dochodziło do mnie, że mój ojciec udziela się w tajnej organizacji wojskowej, należał bowiem do AK, czyli do armii podziemnej. Teraz musiała moja mama zadbać o środki na życie, musiała pójść do pracy. Znalazła zajęcie jako sklepowa. Podczas nieobecności mamy

opiekowała się nami starsza pani. Zapamiętałam ją jako bardzo zgarbioną staruszkę o pobielałych włosach spiętych małym koczkiem na czubku głowy. Czasem zabierała nas do siebie, do swego mieszkania, znajdującego się opodal mieszkania babci. Wdrapywałyśmy się tam stromymi schodami na trzecie piętro, na poddasze. Całe mieszkanie stanowił mały pokoik, który stanowił bardziej kapliczkę, gdzie centralnym miejscem był ołtarzyk z figurą Matki Boskiej z Lourdes tonący w kwiatach jaśminu i bzów. Od sufitu zwisały powiązane zasuszone bukiety ozdobnych ziół i kwiatów, co dodatkowo nadawało uświęconego charakteru temu miejscu pełnego dziwnych zapachów. Siostra Ela jak do niej mówiłyśmy, opowiadała nam historie z życia dzieciństwa Jezusowego. Dla mnie urządziła nieco mniejszy ołtarzyk z figurką Matki Boskiej u nas w domu przy moim łóżeczku. Tam wspólnie z mamą odmawiałyśmy litanię do Matki Boskiej. Pod koniec wojny chodziłam na katechizm i przygotowy- wałam się do Pierwszej Komunii Świętej. Nadszedł uroczysty dzień, ale wcale się takim nie stał dla mnie, bo ojciec został tego dnia wcześnie rano aresztowany. Mieliśmy właśnie udać się z mamą do kościoła, gdy w domu pojawili się gestapowcy, czyli tajni hitlerowscy policjanci. Jeden z nich mówiący po polsku przystawił mi do skroni lufę rewolweru i powiedział, że skłamałam w rachunku sumienia, bo podczas przeszukiwań znalazł też moją karteczkę. Podczas wypytywania mnie przez gestapowca nie powiedziałam mu o znanych mi tajemnicach z działalności wojskowej ojca. Zdenerwowana i przejęta

zaistniałą sytuacją z ojcem ogryzłam nieco wosku świecy przygotowanej do kościoła. Bardzo się tym przejęłam, że nie przyjęłam potem komunii św. na czczo. Ojciec został przez dłuższy czas zatrzymany w więzieniu Montelupich w Sosnowcu. Często podchodziłam z mamą możliwie jak najbliżej murów więzienia. Wypatrywałyśmy możliwości kontaktu z ojcem, poprzez podrzucane grypsy. Czasem jakieś dochodziły. A bywało tak, że w tym i ja pomagałam na swój dziecięcy sposób. Udawałam, że bawię się grając w klasy możliwie najbliżej miejsca podrzucenia grypsu pod murem więzienia. Niby przesuwałam kamyki, a udało mi się znaleźć i zebrać podrzucony gryps. Gestapo podejrzewało, że w domu mogą się znajdywać wiadomości od ojca i przychodzili dlatego kilka razy na rewizje. Gestapowiec przebiegle starało się wykorzystać naiwność dzieci i dowiedzieć się od nich, czy mama coś w piecu przechowuje. Po jakimś czasie Niemcy wypuścili ojca, licząc na to, że będzie pod obserwacją. Wojna miała się ku końcowi aż wreszcie na początku 1945 roku w styczniu wkroczyli do nas Rosjanie. Przedtem słyszeliśmy jakby groźne dudnienie z daleka i front od strony Krakowa zbliżył się szybko do Sosnowca. Pośród rosyjskich żołnierzy zobaczyłyśmy młodego Polaka w znanym nam mundurze w czapce rogatywce z orzełkiem, ale bez korony, nie takim jak przed wojną. Jego dowódca zezwolił mu wstąpić do nas na kilka godzin i wypocząć. Zmęczony wojak usiadł na małym zydelku w kuchni, zdjął buty i poprosił o miskę z wodą, którą mu nasza niania zaraz przygotowała. Nawiązała się między nimi nić

sympatii, bo oboje pochodzili z tej samej wsi. Okazało się potem, że ta sympatia przerodziła się w głębsze uczucie i młodzi się pobrali, a przy ślubie pomogła im moja mama. Trudny czas wojny, wszystkie te przykre i niebezpieczne momenty, a nieraz czas głodowania skończył się dla nas. Niania sprowadzała nam jeszcze niedostępne wiktuały, takie jak masło od siebie ze wsi.

14