Irena Porębska-Krupa

Wspomnienia — Rozdział IV

Rozdział IV

Przedtem jednak nastał okres szkolny. Zaczęłyśmy z Niną uczęszczać do klasy wstępnej szkoły przy ulicy Piekarskiej. Zaraz po wojnie szkolnictwo przechodziło różne przemiany i reformy. Po ponad roku zostałam najpierw uczennicą gimnazjum, a potem liceum przy tej szkole. Starałam się zbyt szybko nadgonić utracony czas lat wojny, bo do matury przystąpiłam w wieku 16 lat. Nim do tego doszło, czas szkolny nie upływał mi tylko na nauce, ale było jeszcze mnóstwo innych zajęć, także zabaw, do których się chętnie garnęłam. Może czasem za bardzo, bo miałam dość dobrze rozwinięte zdolności organizatorskie w tym kierunku. Zawsze miałam okazję popisać się moimi jeszcze dość nieśmiało ujawniającymi się zdolnościami plastycznymi. Moje pierwsze obcowanie z prawdziwymi dziełami malarskimi nastąpiło poprzez oglądanie obrazów jeszcze w Sosnowcu, w mieszkaniu rodziców Teresy. Pan Wojtyłko, ojciec Teresy chciał w młodości studiować malarstwo, ale warunki materialne jego rodziców mu wtedy na to nie pozwoliły. Został dentystą i po jakimś czasie mógł sobie pozwolić na gromadzenie obrazów. Szczególnie urzekły mnie dwa duże pejzaże z rzekami w zdecydowanie chłodnej gamie kolorystycznej. Były też dwa obrazy przedstawiające jeden akt dziewczyny, a drugi matkę z dzieckiem. Do zbioru należały jeszcze trzy martwe natury. Całe mieszkanie było zaprojektowane z dużym smakiem niedoszłego malarza. Dom

Teresy nacechowany był także niezwykłą tragedią rodzinną państwa Wojtyłków. W okresie niemowlęcym jej młodszy brat uległ wypadkowi. Dziecko upadło tak nieszczęśliwie na podłogę, że zostało głuchoniemym kaleką, choć w przyszłości wraz z postępem medycyny jej brat uzyskał już jako mężczyzna słuch i mowę. W obszernym bytomskim mieszkaniu rodzice zafundowali Jurkowi i mnie akwarium. Te zainteresowania przeniosłam i na teren szkolny, gdzie zostałam przewodniczącą kółka przyrodniczego, a gdy ogłoszono konkurs na zagospodarowanie akwariów szkolnych przystąpiłam do niego, wygrałam go i otrzymałam nagrodę pieniężną. Moją panią profesor od przyrody była pani Kubrychtowa, dla której byłam ulubioną uczennicą. Pani profesor zwracała naszą uwagę swoją elegancją w ubieraniu się. Swoje stroje łączyła z wyszukaną biżuterią. Ta była bardzo ciekawie zaprojektowana, przypominała miniaturki rzeźb. Świadczyło to o jej wyrobionym smaku. Pod koniec nauki otrzymałam od niej w prezencie drobiazg, wisior na łańcuszku, który później na ASP podziwiały moje koleżanki. W szkole lubiłam deklamować wiersze. Profesor Cygan uważał, że mam miły tembr głosu i odpowiednio akcentuję frazy. Powierzył mi do zadeklamowania na akademii szkolnej Odę do młodości Adama Mickiewicza. Część pedagogów widziałaby mnie nie na ASP, jak sama tego chciałam, a w szkole aktorskiej. Poza nauką szkolną były organizowane różne koła zainteresowań. Między innymi także kucharskie, kelnerskie, kółka krajoznawcze.

W którejś z klas licealnych pojawił się w zastępstwie na lekcji fizyki młody profesor Janusz Wilusz, świeżo po studiach. Był przystojny, o ciemnej czuprynie i migdałowym wykroju szafirowych oczu. Zamiast zapowiedzianej klasówki, wyszedł z inicjatywą byśmy ożywiły i ozdobiły naszą pustą klasę. Zaproponował nam wykonanie poziomego fryzu dokoła całej klasy. Miały to być wycięte z kolorowych papierów liście akantu na czarnym tle. Podsunął nam pomysł na wiosenną wycieczkę w Pieniny połączoną ze spływem tratwami na Dunajcu. Wycieczka do Czorsztyna była bardzo udana, mieliśmy mnóstwo emocji i ciekawych wrażeń. W trakcie wycieczki przy ognisku z pieczeniem kiełbas doszło do ad hoc zorganizowanej potańcówki połączonej z konkursem na zaimprowizowany strój. Moja koleżanka Staszka i ja wygrałyśmy ten konkurs, ona pierwszą nagrodę, a ja drugą. Choć cała klasa kochała się w naszym młodym profesorze, to ja przetańczyłam z nim prawie wszystkie tańce. Byłam z tego bardzo dumna, ale i zadowolona bo mogłam porozmawiać o moich przyszłych studiach na ASP w Krakowie, a równocześnie dowiedziałam się od mego partnera że sam startował do ASP, ale się nie dostał i ukończył fizykę na uniwersytecie. Któregoś dnia, spieszyłam się bardzo spóźniona do szkoły. Gdy wskakiwałam do tramwaju spostrzegłam, że zaraz za mną dołączył wysoki, szczupły no i przystojny blondyn z kręconymi włosami. Natychmiast zauważyłam u niego cudowne chabrowe oczy, którymi mnie z miejsca zauroczył. Zatrzymaliśmy się tuż obok siebie, nie mogąc złapać tchu, nie potrafiliśmy zacząć

rozmowy. Po chwili młody człowiek się przedstawił, że nazywa się Kaziu Juzwa i zdaje właśnie maturę w liceum męskim. Rozmowa trwała trochę i dowiedziałam się od niego, że przybył z liczną rodziną do Bytomia z kresów. W ten sposób poznałam Kazia, przyszłego męża Niny jeszcze przed nią. Gdy dotarliśmy na końcowy przystanek wspólnej jazdy, czekała już na mnie Nina z innymi koleżankami. Tam zapoznałam Ninę z Kaziem. Razem wstąpiliśmy jeszcze na krótko do szkolnego kościoła i rozeszliśmy się z Kaziem. Gdy my dotarłyśmy do szkoły, czekała tam już na nas uczniów pani Godzińska, dyrektorka szkoły. Była to bardzo godna , dama w pełnym tego słowa znaczeniu, nasza przez wszystkich ulubiona pani dyrektor i pedagog. Zaprowadziła nas zaraz do auli, gdzie w kilku słowach przekazała swe obowiązki, wyznaczonej przez władze nowej pani dyrektor. U mnie w domu wysłuchiwałam stale różnych arii ze znanych oper, na które rodzice chodzili do tutejszej opery. Tata miał bardzo ustawiony głos, śpiewał barytonem, a mama sopranem. Ja niestety im nie dorównywałam, choć próbowałam jak mogłam. Tata mi opowiadał, że w dzieciństwie podśpiewałam dość wdzięcznie razem z chórem nadawaną w radiu kołysankę Mozarta. Moje zainteresowania muzyką operową kształtowały się też poprzez częste bywanie na spektaklach operowych. Najczęściej wybieraliśmy się do opery z moją przyjaciółką Niną i Kaziem, który był również wielkim fanem muzyki operowej. Brat ojca, mój stryj Marian przebywający we Francji od początku wojny przyczynił się jednak najbardziej do tego, że u nas opera była jakby udomowionym zwierzęciem domowym.

Stryj Marian uczył się śpiewu jeszcze przed wojną w kraju u znanej nauczycielki śpiewu, pani Horbaczewskiej. Potem był w wojsku i brał udział w kampanii wrześniowej, tak że po zajęciu Polski dostał się do Francji. Zaraz na początku wojny doszło do nadzwyczajnego spotkania w Lourdes z jego drugim bratem, moim stryjem Władysławem, którego również losy wojenne sprowadziły do Francji. Tam Marian spędził wojnę, brał udział w walkach podziemia antyniemieckiego, kształcił się dalej i później występował na wielu scenach operowych miast francuskich i zagranicznych, miał także spotkania w Bayreuth, siedzibie sztuki wagnerowskiej. Był wtedy znanym tenorem i zyskał sławę poprzez występy w różnych operach wagnerowskich. Przyjeżdżał również do Polski i śpiewał w Aidzie na scenie Opery Śląskiej w Bytomiu. Na tym spektaklu byłyśmy razem z moją przyjaciółką Niną i mogłyśmy się zachwycać wspaniałym głosem mego gorąco oklaskiwanego stryja. Pani profesor Szumska organizowała nam zwiedzanie najpierw miejscowych zabytków, a potem i gdzieś dalej w kraju. Zainteresowania te przekształciły się w kółko krajoznawcze, które miało na celu organizować naszą działalność poznawczą. Na początek zaplanowaliśmy obóz krajoznawczy na Dolnym Śląsku. Pamiętam, że z różnych względów Nina nie mogła w nim uczestniczyć. Na obozie zaprzyjaźniłam się z koleżanką z klasy Staszką Czerner. Była to śliczna dziewczyna o czarnych oczach, kręconej czuprynie i prześlicznych dłoniach, na których wzorując się, usiłuję je zawsze malować na swoich obrazach. Do upamiętnienia wydarzenia miałyśmy prowadzić kronikę

wyprawy, którą ilustrowałam ja i Staszka. Pamiętam że ja narysowałam ołówkiem popiersie księżny Piastówny, a Staszka portret jakieś świętej. Nasza wyprawa, jak oba rysunki i cała kronika były udane, przyjęte przez dyrekcje szkoły z dużym uznaniem. W sklepach brakowało butów turystycznych. Będąc jeszcze mało doświadczoną turystką wybrałam się na obóz wędrowny w świeżo kupionych twardych butach narciarskich trzymających sztywno stopę i do tego na zmianę sandałki z pasków, które ocierały mnie i powodowały pęcherze oraz otarcia na stopach. Po obozie musiałem długo leczyć powstałe rany. Do tradycji naszego liceum należało urządzanie balów kostiumowych. Na jednym z nich wystąpiłam jako królowa nocy. Strój wypożyczyłam z Opery Śląskiej za pieniądze pochodzące z nagrody uzyskanej w wspomnianym konkursie na urządzenie akwariów. Na balu pomaturalnym wystąpiłam jako egipska księżniczka. Dzięki mamy zdolnościom plastycznym i krawieckim wyszła znakomita kreacja kostiumowa. Sama przyczyniłam się do wykonania elementów zdobień jak koraliki i liczne bransoletki. Jedynie perukę z Aidy trzeba było w operze wypożyczyć. Udało mi się do dziś zachować zdjęcie w tym kostiumie wykonane przez znany rodzinny zakład fotograficzny Idziaka, z którego wywodzi się cieszący się wielkim uznaniem operator filmowy. Przed maturą dyskutowałyśmy z Niną o tym jaki kierunek studiów wybrać. Nina wykazywała uzdolnienia do przedmiotów ścisłych jak i humanistycznych. Podobnie jak ja dobrze rysowała, ale malarstwo jej nie pociągało, a połączeniem jej zainteresowań

była architektura. Razem z rodzicami Niny i moimi uznaliśmy, że dobrze byłoby się fachowo przygotować do egzaminu z rysunku, mieć wykonany zestaw odpowiednich prac do pokazania na uczelni. Osobą która miała nam w tym pomóc, był znany artysta malarz, mieszkający po sąsiedzku, Marian Wyrożemski. Do odniesienia pełnego sukcesu przy egzaminie wstępnym z teorii musiałyśmy pogłębić także wiadomości z historii sztuki. Tu miałyśmy do współpracy trzecią koleżankę, Elżbietę Dobrzańską, która wybierała się na historię sztuki przy UJ w Krakowie. Bywało, że w naszej małej grupie często zachodziłyśmy do naszego muzeum w Bytomiu, które posiadało jedne z najlepszych zbiorów malarstwa polskiego. Okazało się że dzięki temu miałam na egzaminie wcale nie gorsze wiadomości o malarstwie niż koleżanki i koledzy, którzy ukończyli licea plastyczne. Prócz wspólnego uczęszczania z Niną na lekcje rysunku, wkuwaniu do matury, spędzałyśmy nieco czasu u nas w ogrodzie przy ulicy Olejniczaka 5. Ogród był przegrodzony od sąsiedniego pergolą z rozłożystą wierzbą nad nią. Jej długie zwisające gałęzie muskały nasze rozpalone głowy. Wiosna szalała. Upojne zapachy jaśminów, fiołków i bzów dochodziły do naszych nozdrzy. Niebieskie wieczne pióro ze złotą stalówką, którym miałam pisać maturę, a było prezentem od mego stryja Mariana, niepostrzeżenie wypadło mi pomiędzy kwitnące fiołki i nie potrafiłam go odnaleźć. Musiałam maturę napisać całkiem innym piórem, zaś tamto znalazł mi w tym samym miejscu po dziesięciu latach mój przyszły mąż Józek. Nina była najlepszą uczennicą w klasie, a ja prześlizgiwałam się z przedmiotów humanistycznych na matematyczne i fizyczne, z których byłam

znacznie gorsza. Przy maturze byłam jednak szczęściarą. Dostałam pytania z prawa Newtona i z budowy silników co miałam dobrze wykute. Oceną były piątki z plusem ku wielkiemu zdziwieniu profesorów. Świetny matematyk Zuber, jak go nazywaliśmy, był postawnym mężczyzną zawsze w eleganckim szarym garniturze. Miał srebrną czuprynę i czarny farbowany wąs pod nosem. Tłumaczył nam świetnie zawiłe meandry matematyczne swego przedmiotu. Drugi z profesorów, fizyk był profesorem uniwersyteckim, pracowicie dorabiający w naszej budzie. Tak jak Zuber doskonale uczył, tak on w pracowni fizycznej przeprowadzał ciekawe eksperymenty. Gdy moja mama poprosiła go o prywatne lekcje dla mnie, przychodził do nas na Olejniczaka i był do czwartej godziny. Podczas gdy ja odrabiałam zadania, on opowiadał mamie o swoim trudnym życiu. Miał ciężko chorą żonę, która ciągle płakała po utracie syna jedynaka. Niektóre z pań plotkowały, że moja mama uwodziła obydwu. Z historii, klapa. Na żadne z zadanych pytań niczego nie odpowiedziałam. Był to koniec przesłuchań. Profesor Szumska, dyrektorka egzaminów dała mi dostateczny stopień z historii, bo znała moje wiadomości z poprzednich odpowiedzi i wiedziała, że wybieram się na studia artystyczne w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych.

29