Wspomnienia — Rozdział III
Byliśmy znów wszyscy razem. Nastąpiły szybkie zmiany w miejscach zamieszkania. Zaraz po zakończeniu wojny ojciec został skierowany do służby cywilnej i zaczął pełnić funkcję pełnomocnika od spraw mieszkaniowych w Bielsku Białej. Wobec zmiany miejsca pracy ojca rodzice postanowili zamieszkać w przydzielonym im wygodnym mieszkaniu w tamtejszej atrakcyjnej okolicy. Mieszkanie w podgórskiej miejscowości sprzyjało także zdrowiu nas dzieci. W Bielsku zapisano mnie do szkoły, ale nie było to jeszcze w pełni zorganizowane i nie wywołało u mnie zbytniego entuzjazmu. Nie zdążyłam się tam zadomowić, bo ojca przeniesiono na powrót do pracy w centrum województwa. Beskidami nie zdołałam się zbyt długo nacieszyć. Wróciliśmy znowu na krótko do Sosnowca, do tego samego budynku, gdzie mieszkaliśmy przed wojną, tyle że do większego mieszkania, tym razem na pierwszym piętrze. Następna przeprowadzka prowadziła już do Bytomia. Otrzymaliśmy mieszkanie na pierwszym piętrze domu przy ul. Olejniczaka 5, które stało się odtąd moim domem rodzinnym. Parter domu zajął wspólnik ojca. Niedługo obaj utworzyli prywatną firmę produkcyjną, bo w okresie powojennym istniała potrzeba wzbogacania rynku przez drobną produkcję. Wiodło się nam nie najgorzej, jako że należeliśmy do tak zwanej wówczas
prywatnej inicjatywy, którą komuniści wkrótce nie tolerowali zbyt chętnie, a wręcz nękali podatkami. W międzyczasie także Dobrochna znalazła się ze swoją mamą w Bytomiu, gdzie w krótce spotkałyśmy się. Zaprosiły Teresę i mnie na kilkudniową wyprawę do Świerklańca. Tam nad wielkim jeziorem znajdywał się uroczy pałac na wzór tego słynnego wersalskiego. Przybrany ojciec Dobrochny był zarządcą dóbr w Świerklańcu i miał możliwość zapraszania nas tam na krótkie pobyty. Mama Dobrochny dojeżdżała z Bytomia do Świerklańca karetą zaprzężoną w dwie pary karych koni. W trakcie jazdy doszło w okolicy Piekar do gwałtownej burzy i piorun uderzył w starszego człowieka szukającego schronienia pod drzewem. W ośrodku zamieszkałyśmy w małej willi położonej w uroczym kwitnącym ogrodzie. Nasze pomieszczenia były typowymi pokojami dla dzieci, udekorowane ilustracjami z bajek Disneya. Po kolacji mama Dobrochny zaintonowała pieśni majowe i modlitwy wieczorne. Nasz pobyt w prześlicznym ogrodzie w Świerklańcu, sny i marzenia w różowym łóżeczku minęły zbyt szybko. Pierwsze powojenne lato powoli się kończyło i razem z koleżankami miałyśmy wreszcie od września zacząć uczęszczać do szkoły, tak bardzo upragnionej przez te lata wojny. Wkrótce, choć z dużym opóźnieniem miał się zacząć ten mój czas szkolnej nauki. W domu czekał już na mnie wybrany tornister, elementarz i zeszyty. Był też piórnik z małym „plastusiem” i przyborami do pisania. To miała być ta prawdziwa szkoła, której podczas wojny nie miałam. Podobnie jak wszystkie koleżanki miałyśmy teraz na uroczystość otwarcia roku szkolnego
przygotowane granatowe mundurki marynarskie. Potrafiłam już czytać, bo przedtem nauczyłam się tego na kompletach, oraz pomagała mi w tym starsza koleżanka, córka państwa Jaskólskich, właścicieli pobliskiej kawiarni. W okresie karnawału urządzano tam coroczne bale kostiumowe, w których uczestniczyli także moi rodzice razem z innymi sąsiadami. Moja mama szyła swoje kreacje sama, bo jako córka krawca miała w tym kierunku duże zdolności i rozwiniętą pomysłowość. Suknie te były bajecznie kolorowe i kwieciste, uosabiające nadchodzącą wiosnę. Zdarzyło się, że mama została okrzyknięta królową balu. Wtedy zaśpiewała jeszcze arię z operetki Lehara: Widziałam motyla tańczącego pośród drzew… i zyskała dodatkowo duży aplauz. Nastał czas, by myśleć poważnie o szkole, o nadrobieniu straconego czasu lat wojny i tego zaraz po jej zakończeniu. Wtedy nasze życie nie było jeszcze całkowicie unormowane. W pierwszym bytomskim okresie zamieszkała także z nami babcia. Mama zaczęła organizować moje pójście do szkoły. Przedtem miałam poddać się badaniom lekarskim. Mama odkryła w pobliżu prywatny gabinet lekarski. Z listy uczniów dowiedzieliśmy, że córka owego lekarza, moja przyszła przyjaciółka Nina Głowińska pójdzie ze mną do tej samej klasy. W ten sposób moi rodzice zaprzyjaźnili się z państwem Głowińskimi, a ja z Niną. Mama Niny zaprosiła nas na kolację do nich do domu, co stało się początkiem nawiązania bliskich stosunków towarzyskich. Mieszkanie państwa Głowińskich składało się z dwu olbrzymich pokoi o powierzchni czterdziestu metrów kwadratowych urządzonych meblami gdańskimi. W gabinecie pana domu wisiał nad biurkiem duży portret pędzla
znanego na Śląsku malarza, Mariana Wyrożemskiego. Prócz tego wisiał tam obraz Vlastimila Hoffmana przedstawiający dwie główki dziecięce, oraz półakt rudej kobiety. Z Niną spotykałam się odtąd coraz częściej i stałyśmy się bardzo bliskimi przyjaciółkami. Z nią przetrwała sprawdzona przyjaźń do naszej późnej starości. Pod koniec lat czterdziestych powodziło się już mojej rodzinie nieźle. Tata dobrze prosperował jako współwłaściciel prywatnej firmy przewijania silników. Wyjeżdżaliśmy zazwyczaj na wczasy do Zakopanego. W willi Kosówka nad potokiem Młynówka wynajmowaliśmy dwa pokoje z werandami. W potoku bawiliśmy się z Jurkiem skacząc z kamienia na kamień. A gdy po deszczu potok przybierał, puszczaliśmy w jego nurcie stateczki z papieru lub z kory. Przy brzegu tego potoku poznaliśmy młodego geologa, który nam dzieciom pokazał jak się szuka śród kamieni ciekawych minerałów, a nawet prehistorycznych skamielin. Jurek i ja kontynuowaliśmy później dalsze zbieranie minerałów i skamielin i mieliśmy w domu dość pokaźne kolekcje. Posiadaliśmy kolorystycznie ciekawe kwarcyty w różowych odcieniach. Starsza pani, właścicielka Kosówki dbała o nasze całodzienne wyżywienie. Jeden z synów tej pani, był rudzielcem, mnie podobało się to, co malował i rzeźbił. Niestety, studiów na ASP nie zdołał ukończyć. Potrafił mi jednak sporo ciekawych spraw o sztuce opowiadać, więc często przesiadywałam w jego pracowni i przypatrywałam się jego pracy. Trudnił się wyrobem modnych wówczas góralskich piórników. Były to dekoracyjnie rzeźbione i podmalowywane
pudełka na szkolne przybory do pisania. Ku mojemu zadowoleniu pozwalał mi spróbować podmalowywać kolejne piórniki, które sprzedawane były na Krupówkach. Okazało się, że stałam się jego zdolną pomocnicą i zaczęłam w ten sposób zarabiać uprawiając sztukę dekoracyjną. Ów Jaś próbował podrywać moją mamę na góralskie sanie z konnym zaprzęgiem, z czego i my z Jurkiem korzystaliśmy, bo mieliśmy przy okazji kulig. Ja próbowałam jechać za saniami na nartach, ale nie radziłam sobie z tym i często się przewracałam. Mama poprosiła drugiego z braci, pana Adama by zajął się moją nauką jazdy na nartach. Ten czarnowłosy mężczyzna o szafirowych oczach, o wspaniałej sportowej figurze, był znanym miejscowym narciarzem, który został zatrudniony do wówczas kręconego filmu Czarci Żleb, gdzie był podczas karkołomnych zjazdów dublerem mniej zdolnych sportowo aktorów. Pan Adam próbował nauczyć mnie jazdy na nartach na łagodnych stokach Antałówki. Podczas kolejnego zjazdu miałam jednak pecha, bo gdy się przewróciłam, skręciłam nogę do tego stopnia, że nie byłam w stanie wrócić do domu i wymagałam opieki lekarskiej na miejscu wypadku. Felczer opatrzył i zabandażował mi nogę. Pan Adam zachęcił mnie bym go mocno objęła za szyję, a on wziął mnie na ręce i jadąc na nartach zawiózł do domu. Po drodze bili nam inni narciarze brawo i tak dojechaliśmy do Kosówki, gdzie mama z panią gospodynią zaczęły ubolewać nad moim losem. Poprosiły jeszcze pana Adama by mnie wniósł do naszego pokoju na pierwsze piętro. Położył mnie na łóżku i pocałował mocno w usta. Po tym pocałunku byłam na zabój zakochana w panu Adamie. Po powrocie do domu chodziłam kilka razy do kina na
film, w którym pan Adam występował, by zobaczyć choć sylwetkę mego ukochanego. To nowe uczucie przytłumiło moją pierwszą miłość do Czarka, do nieco starszego chłopca, który robił dla mnie latawce i uczył mnie je puszczać. Chodziłam z Czarkiem na spacery śród łanów zbóż, gdzie obficie porastały maki i chabry, które Czarek dla mnie zrywał, a ja potem wiłam sobie wianek. Gdy wracaliśmy, ja z wiankiem na głowie, siostry Czarka widziały w nas żelazną parę. Podziwiałam u niego w mieszkaniu namalowaną przez niego różę i marzyłam o tym, kiedy i ja taką namaluję. Zaraz po wojnie nastąpiła nasza przeprowadzka do Bielska i była wielka rozpacz, bo musieliśmy się rozstać. Na pożegnanie Czarek wraz z siostrami wręczyli mi efektowny album fotograficzny z dedykacją. Były obietnice pisania do siebie listów, ale z braku adresów nasze kontakty się skończyły. Wiele lat później, gdy byłam już późną artystką malarką, odwiedziłam z synem miejsca mego dzieciństwa w Sosnowcu. Wróciły wspomnienia, o których nie tylko piszę, ale i namalowałam też obraz, na którym umieściłam Czarka i siebie z latawcami. W tamtym powojennym czasie poszerzał nam się w Bytomiu krąg znajomych i sąsiadów. Do budynku naprzeciw wprowadzili się państwo Mrozikowie, podobnie jak my z Sosnowca, co nas po sąsiedzku do nich zbliżyło. Stanowili ciekawą parę, pani Usia, drobniutka blondyneczka a on pan Zbyszek, szczupły wysoki blondyn, oboje o błękitnych oczach. Mieli cztery córki. Moja mama została matką chrzestną ich córki Bożenki. Jak to w pobliskim sąsiedztwie, prawie codzienne były
niezapowiedziane wizyty. Gdy na świat przyszła następna córka Martusia, podobna jak dwie krople wody do starszej Bożenki, chodziłam z nimi na spacery do pobliskiego parku. Później, gdy zaczęłam studia na ASP, malowałem je obie, bo były ślicznymi cherubinkowatymi modelkami. Podczas wakacji w Milówce, na rok przed moim egzaminem na studia do ASP w Krakowie urządzaliśmy sobie z panem Mrozikiem wspólne plenery malarskie. Malowaliśmy snopki siana w najprzeróżniejszych konfiguracjach na tle górskich pagórków od świtu po kolorowy zmierzch. Prawie jak impresjonista Monet. Zebrało mi się około dwudziestu prac. Przypadkiem znalazł się pośród nich jeden pejzaż pana Mrozika, co według niego przyczyniło się, że zostałam przyjęta na ASP.
21