opowiadania · bajki · wspomnienia · historyjki
Mama przyszła dziś nieco wcześniej po Asię do przedszkola. W drodze do domu oznajmiła córeczce, że jutro rano wyjadą do babci. Asia zostanie tam przez tydzień, podczas gdy mama pobędzie przez kilka dni za granicą u tatusia i potem wrócą razem po córeczkę. W domu zaczęło się pakowanie. Asia wybrała zabawki i książeczkę z bajkami. Swoje zabawki, to co chciała zabrać do babci powkładała do swego plecaka. Przez chwilę zastanawiała się, czy włożyć tam jej ulubionego pluszowego króliczka, ale nie zrobiła tego, bo chciała go mieć w czasie jazdy blisko siebie. Była bardzo przejęta czekającą ją podróżą. Nie potrafiła zasnąć i mama musiała wyjąć z plecaka książeczkę. Tym razem przeczytała jej aż dwie bajki nim dziewczynka zasnęła, tuląc do siebie białego króliczka.
Podróż minęła Asi dość szybko, bo przez cały czas spoglądała na mijany pejzaż. Mama jej dużo opowiadała w czasie jazdy, objaśniała co właśnie ogląda. Gdy dotarli do babci, czekało na nie pyszne drugie śniadanie. Jak każda babcia, tak i jej babcia Maria nie tylko mówiła, że uchyliła by jej nieba, ale rzeczywiście próbowała spełniać jej marzenia. Mama mówiła wtedy, żeby Asi za nadto nie rozpieszczać. Po krótkim odpoczynku mama musiała wracać, były uściski i ucałowania na pożegnanie, Asia miała mokre oczka. Babcia widząc to zawołała do wnuczki, że króliczki są głodne i czas już, by je poszła z dziadkiem karmić. Dziadek skosił na łączce trawę, więc babcia dała Asi koszyczek by dziewczynka zebrała do niego trochę trawy. Wybierała tę, gdzie było sporo kwiatów. Mówiła do dziadka, że jak króliki najedzą się kolorowej trawy, to nie będzie im w klatkach tak smutno. Asi wydawało się, że jej kolorowa trawa smakuje im bardziej i cieszyła się, gdy zjadały ją wprost z jej ręki. Były tam trzy białe króliki, takie same jak jej pluszowy, ale też jeden czarny i dwa szare. Dziewczynka postanowiła, by jej pluszowy króliczek zapoznał się ze swymi kuzynami i pobiegła po niego do mieszkania. Chciała, żeby pobył trochę z tymi trzema białymi. Dziadek pomógł jej go tam umieścić i Asia udała się zaraz do babci, która proponowała teraz nakarmić kurki.
Dzień mijał Asi dość szybko przy tych nowych przeróżnych zajęciach. Wieczorem dziewczynka była skłonna położyć się wcześniej spać. Ustaliła, że dziś przed snem babcia przeczyta jej bajkę, a jutro zrobi to dziadek. Zaistniało wielkie zmartwienie, Asia nie znalazła w plecaku swych ulubionych bajek. Przypomniała sobie wczorajsze wieczorne czytanie w domu. Nie spakowała powtórnie książki. Trudno jej było zasnąć bez bajki. Na dodatek jej pluszowy króliczek został z tymi białymi kuzynami na dworze. Nie miała się do kogo przytulić przy zasypianiu. Babcia jak każda babcia miała na podorędziu bajkę o czerwonym kapturku, którą Asia znała już na pamięć. Wtedy odezwał się dziadek i zaproponował, że może opowiedzieć całkiem nieznaną bajkę o króliczkach. Asia chciała wiedzieć, czy to bajka o prawdziwych, czy o pluszowych króliczkach. O jednych i o drugich, to opowieść o pluszowych króliczkach, które należały do prawdziwej króliczej rodziny. Dziadek rozpoczął zaraz swoje opowiadanie.
Kiedyś przed laty, jechał przez okolicę biały wóz z zaprzęgniętym białym jak śnieg koniem. Woźnica był odziany w biały kaftan, miał takiego koloru kapelusz i długą białą brodę. Był zmęczony i co chwilę zasypiał. Konik sam znajdywał drogę. Na wozie załadowane były pluszowe zabawki, różne białe zwierzątka. Tak się jednak co chwilę przytrafiło, że z wozu spadał jakiś króliczek i spory szlak drogi był nimi zaznaczony. Pod wieczór przeszła przez drogę mama królikowa i tata królik. Spostrzegły te maleństwa, a ponieważ zrobiło się już dość ciemno, wydawało im się, że maleństwa po prostu śpią. Króliczym zwyczajem pozbierały do pyska te małe zwierzątka i zaniosły je do swej nory przy zagajniku. Niedawno lis przechera powynosił im z gniazda ich wszystkie małe króliczki. Może uda im się teraz te pluszowe ożywić, bo były pewne, że je mocno pokochają i wyrosną z nich prawdziwe króliczki. Tata królik i mama królikowa martwili się kolorem swych nowych dzieci. Są takie białe, a oni są zwykłymi szarymi królikami. Co na to powiedzą sąsiedzi?
Złota jesień się już kończyła, kolory dokoła przygasały i miało się ku zimie. Przychówek króliczej pary ciągle pozostawał senny, tata zachęcał małe, by trochę z nim podokazywały na polanie, ale one tylko spały i spały. Mama królikowa mówiła, że to może dlatego, że wcale nie chcą jeść? Przy resztkach słonecznej pogody wynosiła małe przed norę, by się mogły trochę wygrzać w słońcu. Kiedyś, gdy wyniosła już jedno małe i wróciła po kolejne, wychodząc z nory spostrzegła, że obok znalazł się lis. Przyszedł, powąchał i zostawił małe. Odtąd wiedziała, że lis nie interesuje się ich nowymi dziećmi. Niedługo spadł pierwszy śnieg i futerka dorosłych królików zmieniały się na prawie białe. Gdy tak siedziały w cieplejszy dzień przed norą z przyniesionymi na zewnątrz małymi, odezwał się siedzący na drzewie przemądrzały kruk, który na wszystko patrzał z góry: Jaka ta rodzina podobna, dzieci białe jak śnieg i rodzice prawie też. A lis ani śniegu nie zje, ani białych króliczków nie ruszy. Starych dorosłych już chyba nie trawi. Niektórzy we wsi opowiadali, że gdy nastała wiosna i lato, widzieli odtąd na polanie przy zagajniku same białe króliki. Mama królikowa mówiła często do taty królika, że ich nowe dzieci nie urosły jak dotąd, ale też nigdy nie opuszczą ich gniazda. Zostaną na zawsze jedną rodziną.
Asia obudziła się dość wcześnie, ale babcia wstała już przed nią i siedziała teraz przy łóżku wnuczki. Na pytanie babci dziewczynka odpowiedziała, że dobrze jej się spało, śniło jej się tak dużo, ale teraz już prawie nic nie pamięta. Chce zaraz zobaczyć, jak jej pluszowemu króliczkowi minęła noc z kuzynami. Babcia ją ponagliła, by szybko wstała, muszą przecież zobaczyć ile kury zniosły jajek, bo na śniadanie będzie jajecznica.
Kury zadbały o świeże jajka, wszyscy się najedli i dziadek zaraz zabrał wnuczkę do królików. Asia zobaczyła swojego pluszaka w kącie klatki, skąd go dziadek wyciągnął. Pluszowy królik był trochę poturbowany, miał jedno ucho naderwane. Babcia je zaraz mocniej przyszyje, bo młode króliki w czasie zabawy ciągną się za uszy. Dziadek przeniósł na łączkę kojec z gęstej sieci, który służył za ogrodzenie dla gromady malutkich kurcząt. Babcia poszła z Asią do chlewika po kurczaki, które powkładała delikatnie do wiklinowego koszyka. Razem niosły koszyk do kojca, a kwoka leciała za nimi ciągle gdacząc. Kwoka była białego koloru, ale wszystkie kurczaki były żółciutkie. Gdy małe ptaki znalazły się już w kojcu, babcia zwróciła Asi uwagę, że niby takie podobne, ale nie całkiem. Jedne mają większe dzioby, a inne malutkie. Kwoka, czyli mama kura dostała do swego gniazda sporą ilość jaj aby je wysiadywała, aż się wylegną malutkie pisklęta. Wcale się nie poznała na tym, że będą z tych jaj i kurki i kilka kaczuszek. O tym opowiedziała babcia Asi, która zaraz sobie przypomniała wczorajszą bajkę dziadka, że czasami się zdarza, że inni rodzice potrafią pokochać i wychować czyjeś dzieci.
Ten dzień mijał Asi też szybko, dziś wieczorem była tak samo zmęczona jak wczoraj i czekała w pościeli ze swoim pluszakiem na dobranockową bajkę, którą babcia zaraz rozpoczęła.
Choć bajka działa się dawno temu, to i tutaj było podobnie, bo też była dziewczynka, o imieniu Asia, która przyjechała do swej babci na wieś. Ta babcia zabrała wnuczkę na łąkę, gdzie w kojcu trzymała dość dużą gromadkę żółciutkich piskląt. Kwoka chodziła wokół ogrodzenia i ani ona nie mogła do swych dzieci, ani one do niej. Babcia zwróciła wnuczce uwagę, by nie otwierała kojca, bo obok jest rzeczka i małe mogłyby do niej wpaść. Asia przez jakiś czas zbierała coś dla piskląt, były to liście mleczy i ich żółte kwiaty, których tu było tak dużo, że łączka wydawała się całkowicie żółta, prawie jak olbrzymia rozlana jajecznica na zielonym talerzu. Niektóre kwiaty już przekwitły i zamiast nich tkwiły teraz na łodygach duże okrągłe dmuchawce. Była to przewspaniała zabawa móc je zdmuchiwać i biegać za pojedynczymi spadochronikami. Gdy Asi się to znudziła, podeszła do kojca z pisklętami i było jej strasznie żal małych ptaszków, że muszą cały czas siedzieć w zamknięciu. Postanowiła pozwolić im wyjść na chwilę za ogrodzenie. Do mamy kwoki powiedziała by pilnowała piskląt. Tak też było, kwoka ze swą gromadką dzieci kroczących zawsze wokół niej przemierzała łączkę tam i z powrotem. Gdy pisklęta się trochę oddaliły, nie były prawie widoczne dla Asi, bo znikały pomiędzy żółtymi kwiatami. Kwoka głośnym gdakaniem nawoływała swe niesforne dzieci, ale część z nich podeszła nad brzeg rzeczki. Nim kwoka tam dotarła, kilkoro z nich sturlało się już z brzegu i znalazło się w wodzie. Jak się okazało, wszystkie potrafiły od razu pływać. Na szczęście nie było pośród nich ani jednego kurczaka, a same kacze pisklęta, które kura nieświadomie wysiedziała. Teraz stała nad wodą i tylko gdakała najgłośniej jak potrafiła, bo jak wiadomo kury do wody wejść nie potrafią, nie mówiąc o pływaniu. Malcy nie byli w stanie przybliżyć się do wołającej mamy, ponieważ prąd wody był nazbyt wartki i powoli je znosił w dół rzeczki.
Asia zauważyła co się stało i zaczęła głośno wzywać babcię i dziadka. Oboje zbierali na łące pozostałe pisklęta i zanosili do kojca. Kwoka pobiegła głośno gdacząc wzdłuż brzegu za odpływającymi kaczymi pisklętami i Asia próbowała pogonić za nią. Zaraz dołączyła do nich babcia, a daleko z tyłu za babcią leciał co sił dziadek. Wszystkich jednak zdołał przegonić dziadków pies Burek, który po chwili znalazł się w rzeczce i dzielnie asekurował kaczuszki przyhamowując je sobą, by nie odpływały za szybko. Był to mądry pies rasy Labrador, obyty z wodą i potrafił zgarnąć uciekinierki, a potem powoli dociskał je do brzegu. Dziadek podciągnął nogawki i wszedł do wody. Po kolei podawał babci kaczuszki, które ona wkładała do swego fartucha. Kwoka się też do nich doczłapała, chyba dostała zadyszki i wcale już nie gdakała. Dziadek ją wziął na ręce i zaniósł aż na łąkę. Tam pobiegła zaraz do kojca do reszty swych maleństw. Aśka pozostawała jakoś dziwnie w tyle, bo wiedziała, że z jej winy powstało to zamieszanie, które się dobrze skończyło. Pies podchodził do dziewczynki i raz polizał ją nawet po ręce. Dziewczynka zwróciła się do babci i dziadka, powiedziała im, że chciała, by żółte pisklęta pobaraszkowały sobie pośród żółtych kwiatów mleczy i mogły się cieszyć jak ona. Dziadek odpowiedział: Nie zawsze dobre chęci należy pochwalić, ale wspólnym wysiłkiem udało się przyjść z pomocą, bo zawołałaś nas od razu na pomoc. Kwoka zajęła się już swymi dziećmi w kojcu, nawet nie wyczuwała już, które z nich wyszło niedawno z wody. Asia szybko zasnęła, bo już nie wiedziała, czy się to wszystko jej samej dziś wydarzyło, co usłyszała, czy zaczęła śnić.
Rano przy śniadaniu zaproponował dziadek Asi odpoczynek od zwierząt domowych i by poszli na spacer do lasu, gdzie będzie okazja zobaczyć leśne zwierzęta i różne rośliny. Babcia przygotowała Asi do małego koszyczka drugie śniadanie, a dziadek zabrał jeszcze coś do plecaka. Słońce świeciło i Asia była w dobrym humorze, bo śpiewała sobie piosenkę, której nauczyła się w przedszkolu: Idą sobie dzieci drogą, siostrzyczka i brat, nadziwić się nie mogą, jak piękny jest świat.
Dziadek objaśniał jej po drodze ten świat, bo dziewczynka stale zadawała jakieś pytania. Po powrocie z leśnej wyprawy dziewczynka i dziś była mocno zmęczona i spragniona odpoczynku. Dziś była kolej na dziadka, by jej zamiast czytania bajki coś przed snem opowiedział. Dziadek zaczął tak:
Na zboczu dużej góry, rosły nieco odsunięte od gęstego lasu, już na skraju polany trzy świerkowe siostry. Najwyższa i najstarsza z nich miała na imię Mariana. Zawsze w czasie wichury osłaniała najmłodszą siostrę, której było na imię Świerczynka, a ta średnia, nieco od dwu sióstr oddalona, nazywała się Daglezja. Gdyby mogła się jeszcze nieco odsunąć, na pewno zrobiłaby to. Uważała się za tę lepszą od dwu sióstr. Zawsze okazywała swą wyniosłość, była bardzo niemiła dla młodszej siostry, ale i starszej okazywała mało szacunku, czuła się najważniejsza. Bardzo zazdrościła swej dużej siostrze, że jako starsza jest znacznie wyższa od niej. Kiedyś zobaczyła na łące niezbyt wielkiego ptaka z długim ogonem, którym powłóczył jak trenem po ziemi. To był paw. Od czasu do czasu wydawał straszne okrzyki i unosił wtedy swój ogon wysoko w górę. Wtedy tworzył się z niego olbrzymi kolorowy wachlarz. Było na nim pełno zdobiących go, zielono błękitnych pawich oczek. Ogon poruszał się, drgał jeszcze bardziej, gdy ptak wydawał swe głośne krzyki niosące się dalekim echem na cały las. To nie od tego ptaka nabrała Daglezja tej pawiej dumy, bo taka była już wcześniej, choć żadne inne z drzew na skraju lasu nie widziało jakiegoś istotnego powodu dla takiej wyniosłości.
Daglezja postanowiła wyćwiczyć wszystkie swoje gałęzie, by móc je tak jak paw, jak najwyżej podnosić, naprężać z całych sił, by rozpościerały się jak pawie pióra. Wytężała swe siły, czekała aż wydobędzie się z niej jakiś świerkowy dźwięk, a na gałęziach wystąpią kolorowe zabarwienia jak u pawia. Była jeszcze bardzo młodą świerkową panną i żadne najmniejsze trzeszczenie z jej pnia się nie wydobyło. Od czasu do czasu zawołała do swej młodszej siostry Świerczynki: słuchaj no ty mała, patrz pilnie, czy nie widać tam niżej na moich gałęziach, na twej wysokości takich ozdób jak u pawia? Może pokazują się już kolorowe plamy? Najmłodsza siostra jakoś niczego nie mogła dostrzec, choć raz przez moment coś zauważyła i prawie chciała zawołać, jest, jest kolorowa plama, ale ta zaraz zniknęła, bo to kolorowy motyl usiadł tylko na chwilkę na gałązce Daglezji. Średnia siostra strasznie się naprzykrzała przez całe lato i jesień starszej i młodszej siostrze. Ciągle wołała do nich, by patrzały i podziwiały ją, jaka jest piękna, jak każda jej gałąź i gałązka cudownie się rozkłada prawie jak ogon pawia. Czasem wydawało jej się, że w słońcu można już dojrzeć barwne ozdoby jakie mają pawie na swych rozłożystych piórach.
Kolorowa jesień przemieniła się w górach z dnia na dzień w zimę. Coraz częściej gałązki trzech sióstr pokrywał szron. Nastały pierwsze wichury. Najbardziej wiatr wyginał Daglezję, gdy pełna dumy chciała nadal pysznić się swoimi szeroko rozłożonymi ramionami, pawio ogoniastymi gałęziami. Wichura dawała się jej mocno we znaki i już chciała wołać siostry o pomoc, ale duma jej na to nie pozwalała, choć czasami uroniła niejedną żywiczną łzę, która ściekała po pniu. Starsza siostra była już mocno doświadczona w przetrzymywaniu zimowych wichur i uczyła najmłodszą z nich jak należy się zachować, gdy wiatr targa silnie każdą gałęzią. Obie je opuszczały i trzymały ciasno, jak najbliżej pnia, a niektórymi gałęziami się nieco oplatały, by być bliżej siebie, jak dwie kochające się siostry.
Po wichurach przyszły zimowe mrozy i śniegi. Spadło dużo białego puchu. Daglezja nie mogła się powstrzymać, by nie rozstawiać jak najszerzej swych gałęzi i ubrać je w białe puszyste futro. Rozkładała je potem szeroko na pokaz. Udawała, że tańczy piruety na balu. Wołała do swych skulonych sióstr ubranych bardziej skromnie w śnieżne szaty : Patrzcie ubogie siostry, jaka ja jestem bogata, jaki wspaniały mam strój zimowy, jestem najpiękniejsza, piękniejsza od kolorowego pawia. Ja się poruszam, ja tańczę.
Zima to trudny czas, nie tylko dla zwierząt, ale i dla drzew, zwłaszcza, gdy śniegu przybywa, gdy już bliżej wiosny staje się on ciężki i mokry. Najstarsza Mariana i najmłodsza Świerczynka nie pyszniły się zimowym strojem jak ich średnia siostra. Stały skromnie, przytulone do siebie, nie robiły niczego na pokaz. Daglezja trzymała nadal jak najszerzej swe gałęzie, dźwigała też na nich bardzo dużo tego ciężkiego śniegu, udając że ma na sobie najwspanialsze białe futro. Póki nie wiał wiatr, trzymała się prosto, ale któregoś przedwiosennego dnia, gdy jeszcze sporo mokrego śniegu spadło, nocą zaczęła wichura mocno targać pniem Daglezji. Ta wygięła się, zajęczała prawie tak głośno jak paw i poczuła, że coś w jej środku pęka pod ciężarem pychy. To najwspanialsze śnieżne futro, które wczoraj w blasku wieczornego słońca zamigotało tysiącem błyszczących gwiazdek stało się nazbyt ciężkie dla szeroko rozłożonych gałęzi Daglezji. W hałasie wichury dwie świerkowe siostry trzymały się skulone i przytulały się do siebie. Nie musiały dźwigać na sobie tyle śniegu co ich siostra obok i jakoś przespały noc mimo wichury. Najstarsza z sióstr usłyszała przez sen krzyk pawia. Rano powiedziała do najmłodszej, że chyba ma się ku wiośnie, bo paw wrócił. Usłyszała jego krzyk. Gdy zrobiło się jasno, obie siostry zobaczyły jak Daglezja się mocno przechyla w ich stronę i szuka na nich oparcia. Towarzyszyły temu głośne jęki i skrzypienie pnia. Mariana zrozumiała, że to w nocy wcale nie był krzyk pawia, tylko Daglezja wołała je odczuwając ból. Teraz prosiła jak tylko najmilej potrafiła, aby ją przytuliły do siebie i podtrzymywały, bo coś w środku się w niej łamie, a ona nie potrafi już udźwignąć tego śnieżnego płaszcza. Siostry próbowały pomóc jej zrzucić tę masę śniegu, jaką Daglezja dźwigała przez swą lekkomyślność. Prosiła i przepraszała kochane siostry, że już nigdy nie będzie okazywać im swej wyższości, że chce być taka jak one, skromna i rozsądna. Obie siostry się bardzo wzruszyły i przyrzekły jej wsparcie, bo wierzyły, że razem mogą pokonać zły los jaki przytrafił się Daglezji.
Następnego ranka zatrzymały się tam na skraju lasu sanie załadowane już częściowo gałęziami świerków. Dwaj robotnicy leśni podeszli do wywracającej się Daglezji i jeden z nich wskazał siekierą na pochyły i podłamany pień, a drugi na to w milczeniu pomachał potakująco piłą. To był wyrok na świerkową siostrę. Mariana i Świerczynka zaczęły przerażone błagać drwali, by oszczędzili ich siostrę, pomogli i uratowali ją, a ich cała trójka w zamian odda im wszystkie swoje gałęzie aż do połowy pni. Nawet je przedtem otrząsać będą ze śniegu. Drwali ta siostrzana miłość bardzo wzruszyła i postanowili nie ścinać Daglezji. Wzięli grubą linę i odciągnęli pochylone drzewo do pionu. Założyli mocną opaskę z grubych gałęzi na skaleczonym miejscu pnia, zamocowali i obwiązali liną. Stwierdzili, że jak drzewo popłacze nieco z bólu swymi żywicznymi łzami, to się szybko zrośnie. Z obcinanych gałęzi też popłynie nieco soku i tym szybciej się zagoi. Trzy siostry spoglądały potem jakoś dziwnie na siebie. Na początku było im trudno przyzwyczaić się do swego nowego wyglądu. Nawet próbowały żartować, że wyglądają mniej dostojnie, bez swych długich sukni z zielonych gałęzi, są teraz ubrane tylko w kuse mini sukienki, ale za to nabrały weselszego wyglądu. Daglezja powiedziała, że jej taka moda odpowiada, że czuje się jak stojąca na jednej nodze baletnica w piruecie. Chciała jeszcze dodać, że wygląda najwspanialej, ale zamilkła, bo sobie zaraz przypomniała, ile przykrości sprawiała swym siostrom bezmyślnym przechwalaniem się. Odtąd trzy świerkowe siostry żyły w wielkiej zgodzie i z biegiem czasu wyrastały im nowe gałęzie w miejscach po tych odciętych przez drwali. Nie były już takie bujne jak te poprzednie, te ich najpierwsze, ale też wystarczająco okrywały pnie. Oddalona od dwu sióstr Daglezja jakby się nieco zbliżyła do sióstr, a jeśli jej się tak tylko wydawało, bo przecież drzewa nie potrafią zmienić miejsca. Wiedziała jednak na pewno, że jest teraz znowu bliżej sióstr. One też to czuły, że jest im bardzo bliska.
Dziś przez cały dzień padał deszcz, więc Asia siedziała z babcią w domu, bo dziadek wyjechał do miasta na jarmark, dokąd zabrał na sprzedaż większą ilość słoików z miodem. Babcia musiała cierpliwie odpowiadać na pytania wnuczki, bo ta koniecznie chciała wiedzieć co robiła jej mamusia, gdy była w jej wieku, czym się zajmowała. Babcia znalazła zaraz jakieś stare rysunki i pokazała jej, jak mamusia wtedy rysowała. Pełno na nich było dużych domów, jakie buduje się w miastach. Jej mamusia została jak jej tatuś architektem i zaprojektowali już razem dużo olbrzymich budynków. Babcia przyniosła zaraz trochę kartek papieru i kredki. Zachęciła wnuczkę, by też porysowała. Asia stwierdziła, że również narysuje domy, ale nie takie duże, a małe jak na wsi, gdzie pełno zieleni dokoła i rysunek stanie się zaraz bardziej kolorowy, gdy doda mnóstwo kwiatów w ogródkach. Asi zajęło rysowanie prawie cały czas aż do wieczora, a babcia mogła odpocząć i pomilczeć. Później poprosiła dziadka, który nie miał dziś okazji pogadać z wnuczką, by jej znów coś na dobranoc opowiedział. W czasie jazdy miał dziadek okazję wymyśleć nową historyjkę. A była ona taka:
Nie wiadomo gdzie teraz żyje ów pawikonik, z nazwy tylko podobny do zielonego pasikonika. Ten pawikonik to jednak całkiem inny stwór, a właściwie dwie różne istoty. Kiedyś żył sobie konik krępej rasy, dość niski i był bardzo silny, jak każdy górski koń. Jeszcze nie całkiem dawno ściągał niejeden ścięty, czy powalony świerk z lasu na górskim stoku w dolinę. Teraz był już na łaskawym chlebie, czasem go tylko zaprzęgano do małego wozu, lub zimą do sań. Na zboczu przed chatą miał do swej dyspozycji kawałek górskiej łąki, była ogrodzona, więc nie potrafił wyjść dalej pomiędzy drzewa, gdzie trawa była bardziej soczysta. Odwiedzał go jednak paw. Ptak, wydawał się olbrzymem, gdy nastroszył swój ogon, to znów stał się mały, tyle że bardzo długi, bo ciągle powłóczył za sobą swój ogon po ziemi. Swoje wizyty zapowiadał z dużej odległości przeraźliwym krzykiem niosącym się po górskim lesie. To nie jak jeden paw, a jakby ich było wielu, bo echo niosło się od zbocza do zbocza. Paw kręcił się blisko domu i czasem podsłuchiwał, o czym gospodarze mówili. Właśnie złożył wizytę konikowi, tym razem bez głośnej zapowiedzi, bo to co miał do zakomunikowania swemu przyjacielowi, wcale nie było wesołe. Zapowiadało niemiły obrót spraw dla ich obu. Gospodyni powiedziała do swego męża: Jesteśmy starzy oboje, nie mamy już krówki, co mleko dawała, pies ze starości zdechł, a kury zagryzł lis. Zostały nam tylko te dwa bydlęta darmozjady. Koń i paw. Paw nie gęś, mięso ma niestrawne, a pióra trudno sprzedać, bo mało ludzi już paraduje w krakowskich czapkach z piórem. Kark ukręcisz, powyrywasz ptaku wszystkie pióra, te długie zabierzesz na targ i spróbujesz tanio sprzedać. Mięso sprzedaj jakoby z indyka. Weź i konika, zaprzęgnij do małego wozu, to go uciągnie. Jutro w miasteczku jarmark, to może wszystko sprzedasz, konika do rzeźni, a nawet wóz.
Zmartwili się i konik i paw, bo coś z tej rozmowy dotarło do nich. Smutny los czekał obojga. Pomyśleli, ale nic szczególnego im tak od razu do głów nie przyszło, więc oboje zaczęli głośno krzyczeć z rozpaczy. Paw wydawał swe głośne okrzyki, jakby go już żywcem ze skóry darli, a konik rżał przeciągłym głosem jak jeszcze nigdy. Gospodyni zrobiło się żal zwierząt, była przesądna, wiedziała, że śmierć ma swój zapach, pewno zwierzęta już coś czują. Nie chciała zmieniać postanowienia, tylko jak to bywa ze skazańcami, postanowiła im urządzić pożegnalną ucztę i postanowiła im wydać resztki owsa. Powiedziała do męża: Idź stary, nasyp do koryta, co z owsa zostało, niech mają swoją ucztę skazańców, bo należy im się za lata służby. Tego jednak zwierzęta już nie usłyszały, bo i tak nie mogło ich to choć odrobinę pocieszyć, ani uratować.
Gdy tylko zrobiło się ciemno, konik z pawiem szykowali się do opuszczenia nieprzyjaznego miejsca. Pozostał tylko problem wydostania się konika ponad poprzeczką ogrodzenia na zewnątrz. Dwukrotnie próbował nabrać rozpędu i przeskoczyć przez ogrodzenie, ale tuż przed nim zapierał się ostro kopytami w trawie, bo ogarniał go przemożny lęk, że nie przeskoczy, tylko wpadnie z impetem na drąg i połamie nogi. Konik położył się przed ogrodzeniem i zaczął wierzgać nogami, wkopywać się w trawę, tak że wkrótce powstał dołek pod przegrodą. Po chwili udało mu się przedostać pod drągiem i razem z pawiem opuścili zagrodę. Początkowo paw szedł z przodu, a konik za nim. Noc była ciemna bezksiężycowa, więc konik często wchodził na ogon pawia, a ten za każdym razem boleśnie pokrzykiwał. Gdy się zamienili i konik poszedł przodem, paw znowu co chwilę krzyczał, bo po ciemku zaczepiały długie pióra o jakieś krzaki i groziło to ich wyrwaniem. Konik wpadł na pomysł, by paw usiadł na jego grzbiecie. Paw uniósł się z trudem w powietrze, ale udało mu się wylądować na koniku. Tak wędrowali lasem w górę i w dół, a potem drogą wzdłuż rzeki pośród łąk. Nad ranem, po długiej wędrówce konik był bardzo zmęczony. Paw siedział cicho, nie odzywał się wcale, bo całą drogę przesypiał. Z nad rzeki snuła się gęsta mgła. Nastawał szary świt.
Paw się już obudził i usiłował z grzbietu konia coś w gęstej mgle zobaczyć. Niedaleko widać było jakieś światełko, więc pokierował konika w tym kierunku. W miarę zbliżania się usłyszeli dość głośne krzyki. Gdy po chwili dotarli do tego miejsca, wyrosła przed nimi chata, gdzie okno było na oścież otwarte, było jasno bo u sufitu paliła się duża lampa naftowa. Przy stole siedziało dwu opryszków, którzy zajadali i popijali. Obok w chlewiku ktoś głośno jęczał i płakał. Widocznie to tam zamknęli gospodarzy. Paw stojący na grzbiecie konia nastroszył swój ogon, Koń stanął na tylnych nogach i to, co dwaj opryszkowie zobaczyli za oknem, przeraziło ich ogromnie. Paw i koń stali się jednym olbrzymim. jakby przedpotopowym stworem wyłaniającym się z gęstej mgły. Do tego doszły przeraźliwe ryki wydawane przez oba zwierzęta. Dwu oprychów było tak przerażonych, że pędem pouciekali z izby i gonili prawie na oślep w kierunku rzeki, gdzie jeśli się nie potopili, to dużo wody nałykali i sporo strachu najedli.
Ten pawi-koński potwór, czy pawikonik stał się zaraz normalnym konikiem i pawiem. Zwierzęta udały się szybko do chlewika, otwarły drzwi i wypuściły przerażonych gospodarzy, którzy im bardzo dziękowali za ratunek. Poczęstowali konika i pawia czym tylko mieli. Zwierzęta były bardzo zmęczone nocną wędrówką i teraz one skorzystały z chlewa, by tam wypocząć. Paw pamiętał jeszcze dobrze jak poprzedni gospodarze się z nimi obejść chcieli. Bał się, żeby teraz ich tu w chlewiku nie zamknięto, więc poprosił żeby nie zamykać drzwi, bo ma zbyt długi ogon, który musi wystawać na zewnątrz.
Zwierzęta dobrze wypoczęły i chciały koło południa wyruszyć dalej. Gdy oznajmiły to gospodarzom, ci zaczęli prosić swych wybawców by pozostali u nich na stałe. Mają u siebie osiołka, który jest smutny, bo nie ma współtowarzysza i mogą przecież przebywać razem. Paw może sobie na dachu siedzieć i krzyczeć, bo nie mają już koguta, który tam do woli piał. Gdy na łąkę nad rzeką przyjdą dzieci z pobliskiego domu sierot, będą się popisywać swymi umiejętnościami, a konik z osiołkiem będzie woził na grzbiecie odważnych. Dla najodważniejszych będzie pokaz strasznego potwora, który nawet groźnych opryszków przestraszył i do ucieczki skłonił. Odtąd żyli paw i konik pośród nowych przyjaciół jeszcze długo i szczęśliwie. Od czasu do czasu stawały się pawikonikiem, czy też koniopawiem.
Dziś dziadek wyniósł leżaki na trawnik przed domem. Tam spędzali sporo czasu i każde miało swoje zajęcie, babcia robiła na drutach szalik dla wnuczki, a Asia znowu rysowała. Dziadek był pochłonięty lekturą gazety i prawie wcale się nie odzywał. Stara lipa, która tam rosła dawała im przyjemny cień, ale z pomiędzy gałęzi rozlegał się przez cały czas dość niemiły, skrzeczący głos jakiegoś ptaka. Babcia powiedziała wnuczce, że to sroka, która zagłusza swym głosem wszystkie inne przyjemniej śpiewające ptaki. Sroka to ptak, o którym krążą różne dziwne opowieści. Dziś wieczorem będzie o tym na dobranoc. A to było tak:
Daleko za miastem gdzie kończyła się ostatnia ulica, stał ostatni dom, w którym mieszkał kilkuletni chłopak uczący się od niedawna grać na skrzypcach. Jeszcze niewiele potrafił i dźwięki, które jego skrzypce wydawały, nie były miłe nawet dla niego samego. Często zdarzały się takie, o których się mówi, że przyprawiają o ból zębów. Mama chłopca pytała jego tatę, kiedy synek nauczy się tak grać, by dźwięki stały się nieco przyjemniejsze do słuchania. Mąż odpowiadał, że jeśli będzie pilnować by ćwiczył zadane lekcje, to może już wkrótce. Mama często tego grania nie wytrzymywała i wysyłała synka po byle drobiazg do sklepu, by zyskać chwilę przerwy w torturach dźwiękowych.
Naprzeciw okna pokoju, gdzie chłopiec ćwiczył na skrzypcach, rosło wysokie drzewo. Była to rozłożysta lipa. W jej gałęziach uwiła sobie gniazdo sroka. Ten krzykliwy ptak zajął całe drzewo dla siebie. Z różnych miejsc pośród gałęzi można było usłyszeć te skrzeczące dźwięki, choć pochodziły tylko od tego jednego ptaka. Sroki uchodzą za wścibskie ptaki, wszędzie coś podpatrzą, a nawet ukradną i zaniosą do swego gniazda. Mówi się o nich, że to sroki złodziejki. Ta siadała czasem na okiennym parapecie pokoju chłopca. Nie żeby mu coś ukraść, ale żeby z nim wspólnie koncertować, a może raczej przedrzeźniać go, gdy próbował grać. Nie wiadomo, kto wydawał bardziej skrzypiące dźwięki. Czasem chłopak już wcale nie grał, a oglądał swe ulubione historyjki obrazkowe. Mamie jednak wydawało się, że z jego pokoju nadal słyszy to przykre granie, podczas gdy to sroka skrzeczała.
Na dachu ich domu, pomiędzy dwoma kominami urządziła sobie kotka dodatkowe legowisko dla swoich kociąt. Było tu cieplej, bo grzały ściany kominów i słońca też było więcej niż w cieniu starej szopy na podwórzu, gdzie tuż obok pies łańcuchowy ciągle szczekał i budził małe. Stara kotka miała swoje sposoby, by tam wysoko umieścić swoją dwójkę małych dzieci. Często pozostawiała je tam podczas gdy sama musiała coś dla siebie upolować, bo malutkie żywiły się tymczasem tylko jej mlekiem.
Ptaszysko już dawno odkryło to miejsce, dokąd mama kotka wynosiła swe małe, by mogły się tam wygrzewać. Nigdy nie zbliżyła się do nich za bardzo, tylko obserwowała je z daleka. Po jakimś czasie sroka zauważyła, że małe kocięta opuszczają legowisko, spacerują wokół kominów same i bardzo głośno miałczą. Chyba były bardzo głodne, szybko się męczyły i przez większość czasu leżały przytulone do siebie na swoim legowisku. Ich mama nie pokazała się więcej. Nikt nie wiedział, co się jej przytrafiło. Sroka, ten ptasi drapieżnik miała na swój sposób dobre serce. Odżywiała się w dość urozmaicony sposób, tu coś wydziobała w ziemi, jakiegoś dużego chrząszcza, to znów jakąś mysz polną, a z gniazd wykradała jajka. Raz coś złapała, a czasem coś ukradła. Zrobiło jej się żal głodujących kociąt. Sama nie miała w tym roku swego przychówku, bo przy ostatniej wichurze jajka wypadły z gniazda i się potłukły. Postanowiła dzielić się tym ze szczeniętami, co koty lubią. Co jakiś czas przynosiła im jakiś koci przysmak. Początkowo były to małe kawałki dość rozdrobnionego pokarmu. Później były już większe kawałki. Kotki przyzwyczaiły się już do matkującej im sroki, która dbała, by nie cierpiały głodu. Ostatnio przyniosła im już żywą myszkę i kocięta nim ją zjadły, musiały za nią gonić po dachu. Uczyła je łapać zdobycz, by potrafiły się niedługo same wyżywić. Kotki bardzo się przywiązały do swej nowej opiekunki. Gdy nadlatywała do nich, już z daleka miałczały, a ona odpowiadała im jak najmilej potrafiła swymi krzykliwym głosem. Nawoływania sroki stawały się teraz sympatyczniejsze, podobnie jak dźwięki, które wydobywał ze swych skrzypiec chłopiec uczący się grać. Sroka przemyślnym sposobem sprowadziła kocięta do klatki schodowej. Wpuściła tam przed kotkami mysz, za którą pogoniły. Nie złapały jej, ale wydostały się z dachu. Może po zapachu dotarły do starego legowiska w szopie, ale swej mamy tam nie zastały. Zadomowiły się tu i zostały zaakceptowane przez gospodarzy domu. Jak wszystkim domownikom, tak i im się coś do jedzenia dostawało. Z czasem można było zobaczyć dwa małe koty polujące na pobliskich ugorach, a nad nimi nisko latającą srokę pomagającą naganiać zwierzynę. Ktoś widział kiedyś, jak dwa koty i sroka zajadały wspólnie upolowaną zdobycz.
Chłopak grał teraz już o wiele lepiej, dźwięk jego skrzypiec wyszlachetniał, sroka go już nie przedrzeźniała, gdy grał przy otwartym oknie. Często słuchał z zainteresowaniem muzyki. Gdy ostatnio zagrano w radiu uwerturę pod tytułem ”Sroka złodziejka” zapytał potem mamę, czy sroki to dobre, czy złe ptaki? Mama pomyślała i zapytała synka: pszczoła zapyla kwiaty, daje nam miód, ale czasem i boleśnie ukłuje, to czy są dobrymi, czy złymi owadami?
Dziś Asia pomagała babci grabić liście w ogródku. Ładowali je potem do większego wiklinowego kosza i wysypywali w narożniku pod płotem. Babcia zwróciła wnuczce uwagę, by nie grzebała w liściach rączkami, bo to też miejsce gdzie jeż szykuje sobie swoje zimowe legowisko i czasem tam teraz przebywa. Ma dość długie kolce i można się boleśnie ukłuć. Skoro już wspomniała o nim, to wieczorem miała Asia babci przypomnieć, by opowiedzieć jej bajkę o jeżu na dobranoc .
W bardzo zaniedbanym ogrodzie stała przy płocie przewrócona do góry dnem stara metalowa beczka. Już od lat nie służyła niczemu, tylko sobie stała i stała. Za ogrodzeniem rósł olbrzymi dąb. Jesienią, gdy żołędzie dojrzały, spadały na beczkę i uderzały w nią głośno bębniąc. Pod beczką zadomowił się jeż, który się już do tego stukania przyzwyczaił, a że sen miał zdrowy, nie narzekał. Miejsce to było suche i bezpieczne, a na dodatek stanowiło dobrą spiżarnię na zimę. Czasem spotykał w ogrodowych chaszczach małą polną myszkę. Ścieżki po których się poruszały zwierzątka były bardzo ciasne, myszka odsuwała się od jeża jak najdalej, bo bardzo się bała ukłucia jego igłami. Pewnego razu jeż znalazł w ogrodzie dojrzałe czerwone jabłko i nasadził je na swój iglasty grzbiet. Postanowił czekać aż pojawi się myszka, bo bardzo ją chciał zaprosić do swego domostwa na ucztę. Myszka pojawiła się niedługo, więc zaraz przygładził swe iglaste futro jak tylko potrafił. Zapraszał myszkę do siebie tak grzecznie jak tylko umiał. Nawet trochę przesadził, bo jabłko sturlało się z grzbietu jeża wprost na małą myszkę, ale jej nie zrobiło krzywdy. Jeż nie nasadził ponownie jabłka na igły na grzbiecie, tylko popychał jabłko nosem w kierunku swego domu. Myszka była najpewniej głodna, więc ostrożnie podążała za jeżem. Przed podziemnym wejściem do beczki zawahała się na chwilę, ale ostatecznie poszła za kuszącym zapachem jabłka. Gdy weszła do środka, usłyszała jakieś wspaniałe dźwięki, jakich do tej pory w swej norce pod ziemią nie słyszała. To jeż idąc wzdłuż ściany beczki dookoła, pocierał swymi igłami o metal i wywołał te dziwne dźwięki, które w jego mniemaniu miały być serenadą. Wieczór był bezwietrzny, więc żadna żołądź nie zakłóciła tego koncertu bębnieniem. Teraz przyszła pora na ucztę. Myszka przyznała, że tak smacznego jabłka jeszcze nigdy nie jadła. Zapytała, czy jutro też mogłaby wpaść na poczęstunek. Jeż oczywiście myszkę zaprosił, ale nie zbliżał się przy pożegnaniu do myszki za nadto, aby jej przypadkowo nie ukłuć. Po wyjściu myszki jeż usiadł i otrząsnął igły swobodnie, tak że poukładały się kostropato we wszystkich kierunkach i zdał sobie z tego sprawę, że nawet najodważniejsza myszka się do niego tak naprawdę nigdy nie zbliży. I tak myślał i myślał, co zrobić. Doszedł do jedynego wniosku: musi się pozbyć swoich igieł. Słyszał, że w lesie wiewiórki szyją na zimę ciepłe kołderki używając do tego dość tępych igieł z gałęzi sosen. Postanowił im oddać wszystkie swoje igły, pod warunkiem, że same mu je powyciągają. Poszedł więc zaraz do lasu i wiewiórki chętnie przyjęły jego propozycję. Nie zajęło im to wcale tak dużo czasu, bo ząbki miały ostre, a pazurki zręczne. Czasem zabolało trochę, ale czego się nie zrobi dla kochanej osoby. W ogrodzie znalazł znów nowe jabłko, które teraz musiał toczyć przed sobą, bo nie trzymało się na grzbiecie z braku igieł. Następnego dnia myszka zachrobotała pazurkami o ścianę beczki i po chwili pojawiła się w środku. Z koncertu powitalnego nie wyszło dziś nic, bo bez igieł na grzbiecie jeż nie potrafił teraz wywołać żadnych dźwięków przy ocieraniu się o ścianę beczki. Gdy dziś myszka podeszła bliżej, poczuła że jeż wcale nie kłuje, bo ma takie króciutkie futerko. Próbowała swego gospodarza delikatnie pazurkami podrapać, niby tak przypadkiem. Jeżowi było bardzo przyjemnie, tak że nawet trochę mruczał, ale bardzo cichutko, żeby myszki nie urazić. Myszka była do syta najedzona, marzyła o tym, aby się na chwilę położyć na miękko wyścielonym łożu jeża, na co ten się chętnie zgodził. Postanowił usiąść obok i czuwać nad spokojnym snem swej wybranki. Nad ranem, gdy myszka dalej smacznie spała, chciał przygotować śniadanie i wyszedł do ogrodu poszukać jakichś smakołyków. Gdy tak toczył przed sobą nowe jabłko, nagle doskoczyła go z głośnym ujadaniem dwójka złośliwych kundli z sąsiedztwa, z którymi już nieraz miał do czynienia. Zwykle, gdy im pokłuł boleśnie nosy, to zwijały pod siebie ogony i uciekały za płot. Dziś jednak nie przestraszyły się jeża, co nie miał ani jednej igły na grzbiecie. Jeże nie potrafią tak szybko uciekać, więc tym razem nie obyło się bez dotkliwych pogryzień i okaleczeń. Jeż leżał teraz obolały i bez ruchu. Gdy myszka po smacznym śnie nie zastała swego gospodarza, pomyślała że na jeżach jednak nie można polegać. Postanowiła wrócić do siebie. Przechodząc obok prawie nieżywego jeża, mruczała sobie pod nosem: co to za nieprzyjemne, dziwne zwierzę leży tu w poprzek i tarasuje mi drogę. Nigdy jeszcze nie widziałam tak brzydkiego stworzenia.
Asia wyliczyła, że jej pobyt tutaj kończy się już jutro i rodzice będą po nią zaraz rano. Na dużym orzechowym drzewie dojrzały już owoce. Trochę były podobne do kasztanowych, tylko bez kolców. Asia zbierała pod drzewem te pękające, bo z nich było jej łatwo wydobywać orzechy. Babcia przyniosła rolkę srebrzystej folii i pokazała Asi jak można przygotować z orzechów błyszczące ozdoby choinkowe na Boże Narodzenie. Babcia powiedziała, że już powoli nastaje jesień, nadejdzie zima i wigilia. Właśnie sobie przypomniała taką wigilijną opowieść, ale o tym będzie wieczorem na dobranoc. Oto co Asia usłyszała:
Po wielu spotkaniach z kolegami, malarz przypomniał sobie o swej córeczce, czekającej na niego w dzisiejszy wigilijny wieczór w jego pracowni. Obiecał jej wspaniałą choinkę, którą przyniesie. Zaraz rano, gdy wyszedł z domu, kupił dość dużą jodłę. Początkowo nosił ją ze sobą, ale pod wieczór, po przedwczesnym świętowaniu wigilii, gdy się rozstawał z kolegami, nie miał już drzewka ze sobą. Było za późno, na kupienie innej choinki. Ulice już opustoszały, zrobiło się ciemno i zaczął padać pierwszy śnieg, tak bardzo oczekiwany przez dzieci. W niektórych oknach można już było zobaczyć rozświetlone choinki.
Gdy wrócił do swej pracowni, spostrzegł, że córeczka zmęczona długim czekaniem na jego powrót, spała na kozetce głębokim snem. Uświadomił sobie, jak bardzo musiała być zawiedziona, gdy tak długo nie wracał. Nie pozostało mu nic innego, tylko choinkę namalować. Postępował podobnie już dawniej, gdy obiecane wcześniej prezenty były tylko namalowanymi obrazkami. Nie zawsze potrafiły one zastąpić wymarzoną zabawkę. Obrazki z Krakowa zamiast obiecanej tam wycieczki, potrafiły jakiś czas cieszyć, ale namalowana piłka już mniej. Dziś w wigilię miało być inaczej, ale i tym razem tata zawiódł. Chciał, żeby tego wieczoru córeczka cieszyła się naprawdę. Przecież czekały prawdziwe prezenty. Pracująca w dalekiej Irlandii mamusia dziewczynki przysłała dużą paczkę z zabawkami. On kupił dla córeczki wspaniałą lalę w stroju krakowskim. Może po jej przebudzeniu będzie jednak świątecznie, choć nie całkiem tak, jak tego córeczka oczekiwała.
Brak choinki postanowił naprawić po swojemu. Pospiesznie zabrał się do pracy. Zamocował duży kawał malarskiego płótna w wielkim oknie pracowni. W pośpiechu zaczął malować. Na bieli płótna zaczęła się pojawiać najpierw jedna okazała choinka, a potem kolejne mniejsze i większe, jedne bliżej, inne dalej. Powstał cały las w śnieżnej szacie. Bardzo chciał, aby w ten wieczór córeczka była szczęśliwa mimo tak bardzo spóźnionej wigilii. Postanowił, że na wszystkich choinkach w namalowanym lesie zapłoną światełka. Noc wigilijna już minęła, za zaciemnionym oknem nastał słoneczny zimowy poranek. Zaraz porobił w malowidle mnóstwo otworków, tak że las zaświecił się jakby udekorowany licznymi lampkami. Malarz był już bardzo zmęczony, gdy usiadł przed swym dziełem. Powyjmował ze schowków prezenty i ułożył je na parapecie okna. Tym razem były wszystkie prawdziwe, co córeczka po obudzeniu się od razu zauważyła. Prezenty leżały nie pod jedną choinką, a pod całym lasem. Szybko przygotował śniadanie świąteczne, które od biedy mogło udawać wigilijną kolację. Mimo że nastał już poranek, dziewczynce wydawało się, że ten długo oczekiwany wieczór wigilijny jeszcze trwa. Malarz był już bardzo zmęczony. Zasnął zadowolony, gdy widział radość córeczki. Śpiewała kolędę i tuliła swą nową lalę do snu.
Gdy Asia się rano obudziła, usłyszała głosy obojga rodziców. Wydawało jej się, że rozmawiają o świętach Bożego Narodzenia, że było coś o wyjeździe w góry, w Alpy. Dziewczynka natychmiast pobiegła do pokoju obok skąd dochodziły głosy rodziców i już od progu wołała: Kochani rodzice, cieszę się, że już przyjechaliście po mnie, ale ja nie chcę na święta w góry. Przyjedźmy tutaj do babci i do dziadka. Mogę znów nie mieć swych książeczek z bajkami ze sobą. Lubię słuchać na dobranoc takich bajek, które mi opowiadają babcia i dziadek, choć to często nie bajki. Rodzice obiecali Asi, że tym razem spędzą święta tutaj.
Koniec
Jak dżdżownica zakochała się w gwiazdeczce
Młoda dżdżownica żyła do dziś w całkowitych ciemnościach w głębi ziemi i nie widziała jeszcze nigdy dziennego światła. Teraz w ciągu dnia udało jej się przebić przez wysuszoną skorupę ziemi na powierzchnię. Dotąd znała ten świat z opowiadań starszych sióstr, które często wychodziły po deszczu i potem wracały do swych podziemnych schowków. Ona wybrała się na swój pierwszy spacer w samo południe. Jaskrawe słońce ją zaraz oślepiło i poparzyło niemiłosiernie. Szybko musiała zmykać pod powierzchnię, gdzie choć niczego nie widziała, ale było znacznie przyjemniej. Postanowiła następnym razem podążyć za doświadczonymi siostrami na spacer.
Niedługo potem, po ciepłym deszczu, wszystkie dżdżownice wybrały się na wieczorny spacer. Był już zmrok, a jak wiadomo, dżdżownice w ogóle słabo widzą, więc młodziutka panna dżdżownica próbowała usilnie coś dostrzec. Zatrzymała się właśnie nad małą kałużą , co się przed nią rozpościerała jak lustrzana tafla jeziora, w której zaczęły się odbijać gwiazdy. Dżdżownice nigdy nie oglądają gwiazd w górze na niebie, bo ledwo widzą, to co mają tuż przed sobą. Wydawało jej się, że ta najbliższa odbijająca się w wodzie gwiazda mruga specjalnie do niej i wysyła promyki, które jakby ją łaskotać chciały. Dotąd pod ziemią nigdy nie doznała podobnego uczucia. Zresztą nie orientowała się w ogóle, jakiego to uczucia doznaje. Na ogół dżdżownice do gwiazd nie tęsknią. Gdy jej siostry pod ziemią bywały zakochane, to i tak nigdy nie widziały w ciemnościach swego wybranka i szybko ich uczucia przemijały. Dżdżownica wpatrywała się w coraz mocniej pulsującą gwiazdę i była zafascynowana obiektem, który ją tak oczarował, że chciała być jak najbliżej niego. Posunęła się aż nad sam brzeg kałużowego jeziora, gdy próbowała być bliżej gwiazdy. Nic a nic się jednak nie zbliżyła, bo gwiazda ciągle się o tyle samo oddalała, choć nadal migotała i kusiła promykami. Nie mogła pojąć, że gwiazdy są tak bardzo daleko stąd, a to co miała przed sobą, to tylko odbicie, które stawało się coraz bledsze, bo nastał już zwolna świt. Kałuża powoli wysychała, gdy wschodzące słońce rozgrzało znów ziemię. Dżdżownicy zrobiło się bardzo smutno, gdy gwiazda znikła, ale zapłakać z żalu nie potrafiła, bo już była nazbyt wysuszona. Jakiś ptak wesoło zaśpiewał i to ją trochę pocieszyło. Potem usłyszała głos ptaka już bardzo blisko, tyle że nie była to już tamta melodia.
Nie czuła już nic, gdy ptak dotykał jej dziobem i stwierdził: taka chudziutka i wyschnięta ta dżdżownica, pewno za dużo zmartwień miała przez noc.
Katowice, wrzesień 2008
Jeż i polna mysz
W bardzo zaniedbanym ogrodzie stała przy płocie przewrócona do góry dnem stara metalowa beczka. Już od lat nie służyła niczemu, tylko sobie stała i stała. Za ogrodzeniem rósł olbrzymi dąb. Jesienią, gdy żołędzie dojrzały, spadały na beczkę i uderzały w nią głośno bębniąc. Pod beczką zadomowił się jeż, który się już do tego stukania przyzwyczaił, a że sen miał zdrowy, nie narzekał. Miejsce to było suche i bezpieczne, a na dodatek stanowiło dobrą spiżarnię na zimę. Czasem spotykał w ogrodowych chaszczach małą polną myszkę. Ich ścieżki były bardzo ciasne, więc myszka odsuwała się od jeża jak najdalej, bo bardzo się bała ukłucia jego igieł. Pewnego razu jeż znalazł w ogrodzie dojrzałe czerwone jabłko i nasadził je na swój iglasty grzbiet. Postanowił czekać aż pojawi się myszka, bo bardzo ją chciał zaprosić do swego domostwa na ucztę. Myszka pojawiła się niedługo, więc zaraz przygładził swe iglaste futro jak tylko potrafił. Zapraszał myszkę do siebie tak grzecznie jak tylko umiał. Nawet trochę przesadził, bo jabłko sturlało się z grzbietu jeża wprost na małą myszkę, ale jej nie zrobiło krzywdy. Jeż nie nasadził ponownie jabłka na igły na grzbiecie, tylko popychał jabłko nosem przed sobą do swego domu. Myszka była najpewniej głodna, więc ostrożnie podążała za jeżem. Przed podziemnym wejściem do beczki zawahała się na chwilę, ale ostatecznie poszła za kuszącym zapachem jabłka. Gdy weszła do środka, usłyszała jakieś wspaniałe dźwięki, jakich do tej pory w swej norce pod ziemią nie słyszała. To jeż idąc wzdłuż ściany beczki dookoła, pocierał swymi igłami o metal i wywołał te dziwne dźwięki, które w jego mniemaniu miały być serenadą. Wieczór był bezwietrzny, więc żadna żołądź nie zakłóciła bębnieniem tego koncertu .Teraz przyszła pora na ucztę. Myszka przyznała, że tak smacznego jabłka jeszcze nigdy nie próbowała. Zapytała, czy jutro też mogłaby wpaść na poczęstunek. Jeż oczywiście myszkę zaprosił, ale nie zbliżał się przy pożegnaniu do myszki za nadto, aby jej przypadkowo nie ukłuć. Po wyjściu myszki jeż usiadł i otrząsnął igły swobodnie, tak że poukładały się kostropato we wszystkich kierunkach i zdał sobie z tego sprawę, że nawet najodważniejsza myszka się do niego tak naprawdę nigdy nie zbliży. I tak myślał i myślał, co zrobić. Doszedł do jedynego wniosku: musi się pozbyć swoich igieł. Słyszał, że w lesie wiewiórki szyją na zimę ciepłe kołderki używając do tego dość tępych igieł z gałęzi sosen. Postanowił im oddać wszystkie swoje igły, pod warunkiem, że same mu je powyciągają. Poszedł więc zaraz do lasu i wiewiórki
chętnie przyjęły jego propozycję. Nie zajęło im to wcale tak dużo czasu, bo ząbki miały ostre, a pazurki zręczne. Czasem zabolało trochę, ale czego się nie zrobi dla kochanej osoby. W drodze powrotnej znalazł gałązkę bardzo soczystych jeżyn, ale okazało się, że nie mógł jej zarzucić na plecy, bo na gładkim grzbiecie gałązka nie chciała się trzymać. Gdy ją zaś w pyszczku ciągnął za sobą, pogubił po drodze wszystkie owoce. W ogrodzie znalazł znów jabłko, które teraz musiał toczyć przed Następnego dnia myszka zachrobotała pazurkami o ścianę beczki i zaraz pojawiła się w środku. Z koncertu powitalnego nie wyszło dziś nic, bo gładkie ciało jeża nie potrafiło wywołać żadnych dźwięków przy ocieraniu się o ścianę beczki. Gdy myszka podeszła dziś bliżej, poczuła że jeż wcale nie kłuje i ma taką gładką skórę, którą próbowała delikatnie pazurkami podrapać, niby tak przypadkiem. Jeżowi było bardzo przyjemnie, tak że nawet trochę mruczał, ale bardzo cichutko, żeby myszki nie urazić. Myszce pomrukiwanie jeża bardzo się podobało, więc zaczęła drapanie jeszcze intensywniej ponawiać. Myszka była najedzona do syta, marzyła o tym, aby się na chwilę położyć na miękko wyścielonym łożu jeża, na co ten się chętnie zgodził. Postanowił usiąść obok i czuwać nad spokojnym snem swej wybranki. Nad ranem, gdy myszka dalej smacznie spała, chciał przygotować śniadanie i wyszedł do ogrodu poszukać jakichś smakołyków. Gdy tak toczył przed sobą nowe jabłko, nagle doskoczyła go z głośnym ujadaniem dwójka złośliwych kundli z sąsiedztwa, z którymi już nieraz miał do czynienia. Zwykle, gdy im pokłuł boleśnie nosy, to zwijały pod siebie ogony i uciekały za płot. Dziś jednak nie przestraszyły się jeża, co nie miał ani jednej igły na grzbiecie. Jeże nie potrafią tak szybko uciekać, więc tym razem nie obyło się bez dotkliwych pogryzień i okaleczeń. Jeż został ranny i i obolały leżał bez ruchu. Gdy myszka po smacznym śnie nie zastała swego gospodarza, pomyślała że na jeżach mimo wszystko nie można polegać. Postanowiła wrócić do siebie. Przechodząc obok prawie nieżywego jeża, powiedziała do siebie pod nosem: co to za nieprzyjemne, gołe zwierzę leży tu w poprzek i tarasuje mi drogę. Nigdy jeszcze nie widziałam tak brzydkiego stworzenia.
Katowice, 17.10.05.
Kolorowe bajki nie bajki
Początek i pierwsze opowiadanie dziadka
Mama przyszła dziś nieco wcześniej po Asię do przedszkola. W drodze do domu oznajmiła córeczce, że jutro wcześnie rano wyjadą do babci. Asia zostanie tam przez tydzień, podczas gdy mama wyjedzie na kilka dni za granicę do tatusia i potem wrócą razem po córeczkę. W domu zaczęło się pakowanie. Ania wybrała zabawki i książeczkę z bajkami, to co chciała zabrać do babci powkładała do swego plecaka. Przez chwilę zastanawiała się, czy włożyć tam jej ulubionego pluszowego króliczka, ale nie zrobiła tego, bo chciała go mieć w czasie podróży blisko siebie. Była bardzo przejęta czekającą ją podróżą. Nie potrafiła zasnąć i mama musiała wyjąć z plecaka książeczkę z ostatnio czytanymi bajkami. Tym razem mama przeczytała jej aż dwie bajki nim dziewczynka zasnęła tuląc do siebie białego króliczka.
Podróż minęła Asi dość szybko, bo cały czas patrzała na mijany pejzaż. Mama opowiadała jej dużo w czasie jazdy, objaśniała co właśnie mijają. Gdy dotarli do babci, czekało na nie pyszne drugie śniadanie. Jak każda babcia, tak i jej babcia Maria starała się wnuczce nie tylko mówić, że uchyliła by jej nieba, ale rzeczywiście spełniała jej marzenia. Mama mówiła wtedy, żeby Asi nie rozpieszczać za nadto. Po krótkim odpoczynku mama musiała wracać, były uściski i ucałowania na pożegnanie, Asia miała mokre oczka i babcia widząc to zawołała do wnuczki, że króliczki są głodne i czas już, by je poszła z dziadkiem karmić. Dziadek kosił już na łączce trawę. Babcia dała Asi koszyczek i dziewczynka zebrała do niego trawę. Wybierała tę, gdzie było sporo kwiatów. Mówiła do dziadka, że jak króliki najedzą się kolorowej trawy, to nie będzie im w klatkach tak smutno. Asi wydawało się, że jej kolorowa trawa bardziej im smakuje i cieszyła się, gdy zjadały ją wprost z ręki. Były tam trzy białe króliki, takie same jak jej pluszowy, ale też jeden czarny i dwa szare. Dziewczynka zapytała dziadka, czy króliki mają już imiona, ale dowiedziała się, że jeszcze nie. Asia postanowiła wymyślić im imiona. Wpierw jednak postanowiła, by jej pluszowy króliczek zapoznał się ze swymi kuzynami i pobiegła po niego do mieszkania. Chciała, żeby pobył trochę z tymi trzema białymi. Dziadek pomógł jej go tam umieścić i Asia udała się zaraz do babci, która proponowała teraz nakarmić kurki.
Dzień mijał Asi dość szybko przy tych nowych przeróżnych zajęciach. Wieczorem dziewczynka była skłonna położyć się wcześniej spać. Ustaliła, że, dziś przeczyta jej bajkę przed snem babcia, a jutro zrobi to dziadek. Zaistniało wielkie zmartwienie, Asia nie znalazła w plecaku swych ulubionych bajek. Przypomniała sobie wczorajsze wieczorne czytanie w domu. Nie spakowała powtórnie książki. Trudno jej było zasnąć bez bajki. Na dodatek jej pluszowy króliczek został z tymi białymi kuzynami na dworze. Nie miała się do kogo przytulić przy zasypianiu. Babcia jak każda babcia miała na podorędziu bajkę o czerwonym kapturku, którą i Asia znała już na pamięć. Wtedy odezwał się dziadek i zaproponował, że może opowiedzieć całkiem nieznaną bajkę o króliczkach. Asia chciała wiedzieć, czy to bajka o prawdziwych, czy o pluszowych króliczkach. O jednych i o drugich, to bajka o pluszowych króliczkach, które należały do króliczej rodziny. Dziadek rozpoczął zaraz swoje opowiadanie.
Kiedyś przed laty, jechał przez okolicę biały wóz z zaprzęgniętym białym jak śnieg koniem. Woźnica był odziany w biały kaftan, miał takiego koloru kapelusz i długą białą brodę. Był zmęczony i co chwilę zasypiał. Konik sam znajdywał drogę. Na wozie załadowane były pluszowe zabawki, różne białe zwierzątka. Tak się jednak co chwilę przytrafiło, że z wozu spadały tylko króliczki i spory szlak drogi był nimi zaznaczony. Pod wieczór przeszła przez drogę mama królikowa i tata królik. Spostrzegły te maleństwa, a ponieważ zrobiło się już dość ciemno, wydawało im się że maleństwa po prostu śpią. Króliczym zwyczajem pozbierały do pyska małe zwierzątka i zaniosły do swej nory przy zagajniku. Niedawno lis przechera powynosił im z gniazda ich wszystkie małe króliczki. Może uda im się teraz te pluszowe ożywić, bo były pewne, że je mocno pokochają i wyrosną z nich prawdziwe króliczki. Tata królik i mama królikowa martwili się kolorem swych nowych dzieci. Są takie białe, a oni są zwykłymi szarymi królikami. Co na to powiedzą sąsiedzi?
Złota jesień się już kończyła, kolory dokoła przygasały i miało się ku zimie. Przychówek króliczej pary ciągle pozostawał senny, tata zachęcał małe, by trochę z nim podokazywały na polanie, ale one tylko spały i spały. Mama królikowa mówiła, że to może dlatego, że wcale nie chcą jeść? Przy resztkach słonecznej pogody wynosiła małe przed norę, by się mogły trochę wygrzać w słońcu. Kiedyś, gdy wyniosła już jedno małe i wróciła po kolejne, wychodząc z nory spostrzegła, że obok znalazł się lis. Przyszedł, powąchał i zostawił małe. Odtąd wiedziała, że lis nie interesuje się ich nowymi dziećmi. Niedługo spadł pierwszy śnieg i futerka dorosłych królików robiły się prawie białe. Gdy tak siedziały w cieplejszy dzień przed norą z przyniesionymi na zewnątrz małymi, odezwał się siedzący na drzewie przemądrzały kruk, który na wszystko patrzał z góry: Jaka ta rodzina podobna, dzieci białe jak śnieg i rodzice prawie też. A lis ani śniegu nie zje, ani białych króliczków nie ruszy. Starych dorosłych już chyba nie trawi. Niektórzy we wsi opowiadali, że gdy nastała wiosna i lato, widzieli odtąd na polanie przy zagajniku same białe króliki. Mama królikowa mówiła często do taty królika, że ich nowe dzieci nie wyrosły jak dotąd, ale też nigdy nie odejdą od nich z gniazda. Zostaną na zawsze jedną rodziną.
Drugi dzień i opowiadanie babci o pisklętach
Asia obudziła się dość wcześnie, ale babcia już przed nią wstała i siedziała teraz przy łóżku wnuczki. Na pytanie babci dziewczynka odpowiedziała, że dobrze jej się spało, śniło jej się tak dużo, ale teraz już prawie nic nie pamięta. Chce zaraz zobaczyć, jak jej pluszowemu króliczkowi minęła noc z kuzynami. Babcia ją ponagliła, by szybko wstała, muszą przecież zobaczyć ile kury zniosły jajek, bo na śniadanie będzie jajecznica.
Kury zadbały o świeże jajka, wszyscy się najedli i tymczasem dziadek zabrał wnuczkę do królików. Asia zobaczyła swojego pluszaka w kącie klatki skąd go dziadek zaraz wyciągnął. Był trochę poturbowany, miał jedno ucho trochę naderwane. Babcia je zaraz mocniej przyszyje, bo młode króliki w czasie zabawy ciągną się za uszy. Dziadek przeniósł tymczasem na łączkę kojec z gęstej sieci, który służył za ogrodzenie dla gromady malutkich kurcząt. Babcia poszła z Asią do chlewika po kurczaki, które powkładał delikatnie do wiklinowego koszyka. Razem niosły koszyk do kojca, a kwoka leciała za nimi ciągle gdacząc. Kwoka była białego koloru, ale wszystkie kurczaki były żółciutkie. Gdy małe ptaki znalazły się już w kojcu, babcia zwróciła Asi uwagę, że niby one podobne, ale nie całkiem. Jedne maj a większe dzioby, a inne malutkie. Kwoka, czyli mama kura dostała do swego gniazda sporą ilość jaj aby je wysiadywała aż się wylegną malutkie pisklęta. Wcale się nie poznała na tym, że będą z tych jaj kurki i kilka kaczuszek. O tym opowiedziała babcia Asi, która zaraz sobie przypomniała wczorajszą bajkę dziadka, że czasami się zdarza, że inni rodzice potrafią pokochać i wychować czyjeś dzieci.
Ten dzień mijał Asi też szybko, dziś wieczorem była tak samo zmęczona jak wczoraj i czekała w pościeli ze swoim pluszakiem i czekała na dobranockową bajkę, którą babcia zaraz rozpoczęła.
Wszystkie bajki działy się dawno temu, więc i tutaj było podobnie, choć istnieją pewne podobieństwa do ciebie, bo i tu była dziewczynka, o imieniu Asia, która przyjechała do swej babci na wieś. Ta babcia zabrała wnuczkę na łąkę, gdzie w kojcu trzymała dość dużą gromadkę żółciutkich piskląt. Kwoka chodziła wokół ogrodzenia i ani ona nie mogła do swych dzieci, ani one do niej. Babcia zwróciła wnuczce uwagę, by nie otwierała kojca, bo obok jest rzeczka i małe mogłyby do niej wpaść. Asia przez jakiś czas zbierała coś dla kurczaków, były to liście mleczy, ale i ich żółte kwiaty, których tu było tak dużo, ze łączka wydawała się całkowicie żółta, prawie jak olbrzymia rozlana jajecznica na zielonym talerzu. Niektóre kwiaty już przekwitły i zamiast nich tkwiły na łodygach po nich duże okrągłe dmuchawce. Była to przewspaniała zabawa móc je zdmuchiwać i biegać za pojedynczymi spadochronikami. Gdy ta zabawa się Asi znudziła, podeszła do piskląt w kojcu i zrobiło się jej strasznie żal małych ptaszków, bo siedzą takie zamknięte. Postanowiła im na chwilę wyjść za ogrodzenie, a do mamy kwoki powiedziała by pilnowała piskląt. Tak też było, kwoka ze swą gromadką dzieci zawsze wokół niej kroczących przemierzała łączkę tak i z powrotem. Gdy pisklęta się trochę oddaliły, nie były prawie widoczne dla Asi, bo znikały pod żółtymi mleczami tego samego koloru co i one. Kwoka głośnym gdakaniem nawoływała swe niesforne dzieci, ale część z nich podeszła już nad brzeg rzeczki. Nim kwoka tam dotarła, kilkoro z nich już sturlało się z brzegu i wpadło do wody. Wszystkie jak się okazało potrafiły od razu pływać. Na szczęście nie było pośród nich ani jednego kurczaka, a same kacze pisklęta które kura nieświadomie wysiedziała. Teraz stała nad wodą i tylko gdakała najgłośniej jak potrafiła, bo jak wiadomo kury do wody wejść nie potrafią, nie mówiąc o pływaniu. Malcy nie byli w stanie przybliżyć się do wołającej mamy, ponieważ prąd wody był nazbyt wartki i powoli je znosił w dół rzeczki.
Asia już zauważyła co się stało i zaczęła głośno wzywać babcię i dziadka. Oboje zbierali na łące pozostałe pisklęta i zanosili do kojca. Kwoka pobiegła głośno gdacząc wzdłuż brzegu za odpływającymi kaczymi pisklętami i Asia próbowała gonić za nią. Po chwili dołączyła do nich babcia, a daleko z tyłu za babcią leciał co sił dziadek. Wszystkich jednak zdołał przegonić dziadków pies Burek, który po chwili znalazł się w rzeczce i dzielnie asekurował kaczuszki przyhamowując je sobą, by nie odpływały za szybko. Był to mądry pies rasy Labrador, obyty z wodą i potrafił zgarnąć uciekinierki je powoli docisnąć do brzegu. Dziadek podciągnął spodnie i wszedł do wody i podawał babci po kolei kaczuszki, które wkładała do swego fartucha. Kwoka się też do nich doczłapała, chyba dostała zadyszki i wcale już nie gdakała. Dziadek ja wziął na ręce i niósł aż do łąki. Tam pobiegła zaraz do reszty swych maleństw do kojca. Aśka pozostawała jakoś dziwnie w tyle, bo wiedziała, ze to z jej winy powstało to zamieszanie, które się dobrze skończyło. Pies podchodził do dziewczynki i raz polizał ją nawet po ręce. Dziewczynka podeszła do babci i dziadka, powiedziała im, że chciała, żeby żółte pisklęta pobaraszkowały sobie pośród żółtych kwiatów mleczy i mogły się cieszyć jak ona. Dziadek odpowiedział: Nie zawsze dobre chęci należy pochwalić, ale wspólnym wysiłkiem udało się przyjść z pomocą, bo zawołałaś nas od razu. Kwoka zajęła się już swymi dziećmi w kojcu, nawet nie wyczuwała już, które z nich wyszło niedawno z wody. Asia szybko zasnęła, bo już nie wiedziała, czy się to wszystko jej samej dziś wydarzyło co babcia opowiedziała, czy zaczęła śnić.
Trzeci dzień i opowiadanie dziadka
O trzech świerkowych siostrach
Dziś rano zaproponował dziadek Asi odpoczynek od zwierząt domowych i by poszli na spacer do lasu, gdzie będzie okazja zobaczyć leśne zwierzęta i różne rośliny. Babcia przygotowała Asi do małego koszyczka drugie śniadanie, a dziadek zabrał jeszcze coś do plecaka. Słońce świeciło i Asia była w dobrym humorze, bo pośpiewywała sobie piosenkę, której nauczyła się w przedszkolu: Idą sobie dzieci drogą, siostrzyczka i brat, nadziwić się nie mogą, jak piękny jest świat.
Dziadek objaśniał jej po drodze ten świat, bo dziewczynka stale zadawała jakieś pytania. Po powrocie z leśnej wyprawy dziewczynka i dziś była mocno zmęczona i spragniona odpoczynku. Dziś była kolej na dziadka, by jej coś przed snem opowiedział zamiast czytania bajki.
Na zboczu dużej góry, rosły nieco odsunięte od gęstego lasu już na skraju polany trzy świerkowe siostry. Najwyższa i najstarsza z nich miała na imię Mariana. Zawsze w czasie wichury osłaniała najmłodszą siostrę, której było na imię Krasifolia, a ta średnia, nieco od dwu sióstr oddalona, nazywała się Daglezja. Gdyby mogła się jeszcze nieco odsunąć, na pewno zrobiłaby to. Uważała się za tę lepszą od dwu sióstr. Zawsze okazywała swą wyniosłość, była bardzo niemiła dla młodszej siostry, ale i starszej okazywała mało szacunku, czuła się najważniejsza. Bardzo zazdrościła swej dużej siostrze, że jako starsza jest znacznie wyższa od niej. Kiedyś zobaczyła z dala na łące niezbyt wielkiego ptaka z długim ogonem, którym powłóczył za sobą po ziemi. To był paw, który od czasu do czasu wydawał straszne okrzyki i unosił wtedy swój ogon mocno w górę. Wtedy tworzył się z niego olbrzymi kolorowy wachlarz. Było na nim pełno zdobiących go, zielono błękitnych pawich oczek. Ogon poruszał się, drgał jeszcze bardziej, gdy ptak wydawał swe głośne krzyki niosące się dalekim echem na cały las. To nie od tego ptaka nabrała Daglezja tej pawiej dumy, bo taka była już wcześniej, choć żadne z drzew na skraju lasu nie widziało u niej jakiegoś istotnego powodu do takiej wyniosłości.
Daglezja postanowiła wyćwiczyć wszystkie swoje gałęzie, by móc je tak jak paw jak najwyżej podnosić, naprężać z całych sił, by rozpościerały się jak pawie pióra. Wytężała swe siły, czekała aż wydobędzie się z niej jakiś świerkowy dźwięk, a na gałęziach wystąpią kolorowe zabarwienia jak u pawia. Była jeszcze bardzo młodą świerkową panną i żadne najmniejsze trzeszczenie z jej pnia się nie wydobyło. Od czasu do czasu zawołała do swej młodszej siostry Krasifolii : słuchaj no ty mała, patrz pilnie, czy nie widać tam niżej na moich gałęziach, na twej wysokości takich ozdób jak u pawia? Może pokazują się już kolorowe plamy? Najmłodsza siostra jakoś niczego nie mogła dostrzec, choć raz przez moment coś zauważyła i prawie chciała zawołać, jest, jest kolorowa plama, ale ta zaraz zniknęła, bo to kolorowy motyl usiadł tylko na chwilkę na gałązce Daglezji. Średnia siostra strasznie się naprzykrzała przez całe lato i jesień starszej i młodszej siostrze. Ciągle wołała do nich, by patrzały i podziwiały ją, jaka jest piękna, jak każda jej gałąź i gałązka cudownie się rozkłada prawie jak ogon pawia. Czasem wydawało jej się, że w słońcu można już dojrzeć barwne ozdoby jakie mają pawie na swych rozłożystych piórach.
Kolorowa jesień przemieniła się w górach z dnia na dzień w zimę. Coraz częściej gałązki trzech sióstr pokrywał szron. Nastały pierwsze wichury. Najbardziej wiatr wyginał Daglezję, gdy pełna dumy chciała nadal pysznić się swoimi szeroko rozłożonymi ramionami, pawio ogoniastymi gałęziami. Wichura dawała się jej mocno we znaki i już chciała wołać siostry o pomoc, ale duma jej na to nie pozwalała, choć czasami uroniła niejedną żywiczną łzę, która ściekała po pniu. Starsza siostra była już mocno doświadczona w przetrzymywaniu zimowych wichur i uczyła najmłodszą z nich jak należy się zachować, gdy wiatr targa silnie każdą gałęzią. Obie je opuszczały i trzymały ciasno, jak najbliżej pnia, a niektórymi gałęziami się nieco oplatały, by być bliżej siebie, jak dwie kochające się siostry.
Po wichurach przyszły zimowe mrozy i śniegi. Spadło dużo białego puchu. Daglezja nie mogła się powstrzymać, by nie rozstawiać jak najszerzej swych gałęzi, ubrać je jakby w białe puszyste futro i rozkładała je potem szeroko na pokaz. Udawała, że tańczy piruety na balu. Wołała do swych skulonych sióstr ubranych bardziej skromnie w śnieżne szaty : Patrzcie ubogie siostry, jaka ja bogata jestem, jaki wspaniały mam strój zimowy, jestem najpiękniejsza, piękniejsza od kolorowego pawia. Ja się poruszam, ja tańczę.
Zima to trudny czas, nie tylko dla zwierząt, ale i dla drzew, zwłaszcza, gdy śniegu przybywa, gdy już bliżej wiosny staje się on ciężki i mokry. Najstarsza Mariana i najmłodsza Krasifolia nie pyszniły się zimowym strojem jak ich średnia siostra. Stały skromnie, przytulone do siebie, nie robiły niczego na pokaz. Daglezja trzymała nadal jak najszerzej swe gałęzie, dźwigała też na nich bardzo dużo tego ciężkiego śniegu, udając że ma na sobie najwspanialsze białe futro. Póki nie wiał wiatr, trzymała się prosto, ale któregoś przedwiosennego dnia, gdy jeszcze sporo mokrego śniegu spadło, nocą zaczęła wichura mocno targać pniem Daglezji. Ta wygięła się, zajęczała prawie tak głośno jak paw i poczuła, że coś w jej środku pęka pod ciężarem pychy. To najwspanialsze śnieżne futro, które wczoraj w blasku wieczornego słońca zamigotało tysiącem błyszczących gwiazdek stało się nazbyt ciężkie dla szeroko rozłożonych gałęzi Daglezji. W hałasie wichury dwie świerkowe siostry trzymały się skulone i przytulały się do siebie. Nie musiały dźwigać na sobie tyle śniegu co ich siostra obok i jakoś przespały noc mimo wichury. Najstarsza z sióstr usłyszała przez sen krzyk pawia. Rano powiedziała do najmłodszej, że chyba ma się ku wiośnie, bo paw wrócił. Usłyszała jego krzyk. Gdy zrobiło się jasno, obie siostry zobaczyły jak Daglezja się mocno przechyla w ich stronę i szuka na nich oparcia. Towarzyszyły temu głośne jęki i skrzypienie pnia. Mariana zrozumiała, że to w nocy wcale nie był krzyk pawia, tylko Daglezja wołała je odczuwając ból. Teraz prosiła jak tylko najmilej potrafiła, aby ją przytuliły do siebie i podtrzymywały, bo coś w środku się w niej łamie, a ona nie potrafi już udźwignąć tego śnieżnego płaszcza. Siostry próbowały pomóc jej zrzucić tę masę śniegu, jaką Daglezja dźwigała przez swą lekkomyślność. Prosiła i przepraszała kochane siostry, że już nigdy nie będzie okazywać im swej wyższości, że chce być taka jak one, skromna i rozsądna. Obie siostry się bardzo wzruszyły i przyrzekły jej wsparcie, bo wierzyły, że razem mogą pokonać zły los jaki przytrafił się Daglezji.
Następnego ranka zatrzymały się tam na skraju lasu sanie załadowane już częściowo gałęziami świerków. Dwaj robotnicy leśni podeszli do wywracającej się Daglezji i jeden z nich wskazał siekierą na pochyły i podłamany pień, a drugi na to w milczeniu pomachał potakująco piłą. To był wyrok na świerkową siostrę. Mariana i Krasifolia zaczęły przerażone błagać drwali, by oszczędzili ich siostrę, pomogli i uratowali ją, a ich cała trójka w zamian odda im wszystkie swoje gałęzie aż do połowy pni. Nawet je przedtem otrząsać będą ze śniegu. Drwali ta siostrzana miłość bardzo wzruszyła i postanowili nie ścinać Daglezji. Wzięli grubą linę i odciągnęli pochylone drzewo do pionu. Założyli mocną opaskę na skaleczonym miejscu pnia, z grubych gałęzi dali wzmocnienie które obwiązali liną i stwierdzili, że jak drzewo popłacze nieco z bólu swymi żywicznymi łzami, to się szybko zrośnie. Z obcinanych gałęzi też popłynie nieco soku i tym szybciej się zagoi. Trzy siostry spoglądały potem jakoś dziwnie na siebie. Na początku było im trudno przyzwyczaić się do swego nowego wyglądu. Nawet próbowały żartować, że wyglądają mniej dostojnie, bez swych długich sukni z zielonych gałęzi, są teraz ubrane tylko w kuse mini sukienki, ale za to nabrały weselszego wyglądu. Daglezja powiedziała, że jej taka moda odpowiada, że czuje się jak stojąca na jednej nodze baletnica w piruecie. Chciała jeszcze dodać, że wygląda najwspanialej, ale zamilkła, bo sobie zaraz przypomniała, ile przykrości sprawiała swym siostrom bezmyślnym przechwalaniem się. Odtąd trzy świerkowe siostry żyły w wielkiej zgodzie i z biegiem czasu wyrastały im nowe gałęzie w miejscach po tych odciętych przez drwali. Nie były już takie bujne jak te poprzednie, te ich najpierwsze, ale też wystarczająco okrywały pnie. Oddalona od dwu sióstr Daglezja jakby się nieco zbliżyła do sióstr, a jeśli jej się tak tylko wydawało, bo przecież drzewa nie przybliżą się. Wiedziała jednak na pewno, że jest teraz znowu bliżej sióstr. One też to czuły, że jest im bardzo bliska
.
Czwarty dzień
w którym dziadek opowiada o pawikoniku
Dziś przez cały dzień padał deszcz, więc Asia siedziała z babcią w domu, bo dziadek wyjechał do miasta na jarmark dokąd zabrał większą ilość słoików z miodem na sprzedaż. Babcia musiała cierpliwie odpowiadać na pytania wnuczki, bo ta koniecznie chciała wiedzieć co robiła jej mamusia, gdy była w jej wieku, czym się zajmowała. Babcia znalazła zaraz jakieś stare rysunki i pokazała jej, jak jej mamusia wtedy rysowała. Pełno na nich było dużych domów, jakie buduje się w miastach. Jej mamusia została jak jej tatuś architektem i zaprojektowali już dużo olbrzymich budynków. Babcia przyniosła zaraz dużo kartek papieru i kredki. Zachęciła wnuczkę, by też porysowała. Asia stwierdziła, że też narysuje domy, ale nie takie duże, a małe jak na wsi, gdzie dużo zieleni dokoła i rysunek staje się zaraz bardziej kolorowy, gdy doda dużo kwiatów ogródkach. Asię zajęło rysowanie już prawie do wieczora, a babcia mogła odpocząć i pomilczeć. Wieczorem poprosiła dziadka, który nie miał dziś okazji pogadać z wnuczką, by znów jej teraz coś na dobranoc opowiedział.
Pewno miał dziadek w czasie jazdy okazję by nową historię wymyśleć. A była ona taka:
Może gdzieś żyje sobie ów pawikonik, z nazwy tylko podobny do zielonego pasikonika. Ten pawikonik to jednak całkiem inny stwór, a właściwie dwie różne istoty. To jeszcze nie całkiem stara szkapa, która niejeden ścięty, czy powalony świerk z lasu na górskim stoku w dolinę ściągała. Była krępej rasy i dość niska, kiedyś bardzo silny górski konik. Teraz był już na łaskawym chlebie, czasem go tylko zaprzęgano do małego wozu, lub zimą do sań. Na zboczu przed chatą miał do swej dyspozycji kawałek górskiej łąki, była ogrodzona, więc nie potrafił wyjść dalej pomiędzy drzewa, gdzie trawa była bardziej soczysta. Odwiedzał go jednak paw. Ptak, wydawał się olbrzymem, gdy swój ogon nastroszył, to znów był mały, tyle że bardzo długi, bo ciągle powłóczył po ziemi swój ogon za sobą. Swoje wizyty zapowiadał z dużej odległości przeraźliwym krzykiem niosącym się po górskim lesie. To nie jak jeden paw, a jakby ich było wielu, bo echo niosło się od zbocza do zbocza. Paw kręcił się blisko domu i czasem podsłuchiwał, o czym gospodarze mówili. Właśnie złożył wizytę konikowi, tym razem bez głośnej zapowiedzi, bo to co miał do zakomunikowania swemu przyjacielowi, wcale nie było wesołe. Zapowiadało niemiły obrót spraw dla ich obu. Gospodyni powiedziała do swego męża: Jesteśmy starzy oboje, nie mamy już krówki, co mleko dawała, pies ze starości zdechł, a kury zagryzł lis. Zostały nam tylko te dwa bydlęta darmozjady. Koń i paw. Paw nie gęś, mięso ma niestrawne, a pióra trudno sprzedać, bo mało ludzi już paraduje w krakowskich czapkach z piórem. Kark ukręcisz, powyrywasz ptaku wszystkie pióra, te długie zabierzesz na targ i spróbujesz tanio sprzedać. Mięso sprzedaj jakoby z indyka. Weź i konika, zaprzęgnij do małego wozu, to go uciągnie. Jutro w miasteczku jarmark, to może wszystko sprzedaż, konika do rzeźni, a nawet wóz.
Zmartwił się konik i paw, bo coś z rozmowy do nich dotarło. Smutny los czekał obojga. Pomyśleli, ale nic szczególnego im tak od razu na myśl nie przyszło, więc oboje zaczęli głośno krzyczeć z rozpaczy. Paw wydawał swe głośne okrzyki, jakby go już żywcem ze skóry darli, a konik rżał przeciągłym głosem jak jeszcze nigdy. Gospodyni zrobiło się żal zwierząt, była przesądna, wiedziała, że śmierć ma swój zapach, pewno zwierzęta już coś czują. Nie chciała zmieniać postanowienia, tylko jak to bywa ze skazańcami, postanowiła im wydać resztki owsa na pożegnalną ucztę. Powiedziała do męża: Idź stary, nasyp im do koryta, co z owsa zostało, niech mają swoją ucztę skazańców, bo należy im się za lata służby. Tego jednak zwierzęta już nie usłyszały, by mogło ich to choć odrobinę pocieszyć, choć nie uratować.
Gdy tylko zrobiło się ciemno, konik z pawiem szykowali się do opuszczenia nieprzyjaznego miejsca. Pozostał tylko problem wydostania się konika ponad poprzeczką ogrodzenia na zewnątrz. Dwukrotnie próbował nabrać rozpędu i przeskoczyć przez ogrodzenie, ale tuż przed nim zapierał się ostro kopytami w trawie, bo ogarniał go przemożny lęk, że nie przeskoczy, tylko wpadnie z impetem na drąg i połamie nogi. Konik położył się przed ogrodzeniem i zaczął wierzgać nogami, wkopywać się w trawę, tak że wkrótce powstał dołek pod przegrodą. Po chwili udało mu się przedostać pod drągiem i razem z pawiem opuścili zagrodę. Początkowo szedł paw z przodu, a konik za nim. Noc była ciemna bezksiężycowa, więc konik często wchodził na ogon pawie, a ten boleśnie wykrzykiwał za każdym razem. Gdy się zamienili i konik poszedł przodem, paw znowu co chwilę krzyczał, bo po ciemku zaczepiały długie pióra o jakieś krzaki i groziło to ich wyrwaniem. Konik wpadł na pomysł, by paw jechał na jego grzbiecie. Paw uniósł się z trudem w powietrze, ale udało mu się wylądować na grzbiecie konika. Tak wędrowali lasem w górę i w dół, a potem drogą wzdłuż rzeki pośród łąk. Nad ranem, po długiej wędrówce konik był bardzo zmęczony. Paw siedział cicho, nie odzywał się wcale, bo całą drogę przesypiał. Z nad rzeki snuła się gęsta mgła. Nastawał szary świt.
Paw się już obudził i usiłował z grzbietu konia cos zobaczyć w gęstej mgle. Niedaleko od nich majaczyło się jakieś światełko, więc pokierował konika w tym kierunku. W miarę zbliżania się usłyszeli dość głośne krzyki. Gdy po chwili dotarli do tego miejsca, wyrosła przed nimi chata, gdzie okno było na oścież otwarte, było jasno bo u sufitu paliła się duża lampa naftowa. Przy stole siedziało dwu opryszków, którzy zajadali i popijali. Obok w chlewiku ktoś głośno jęczał i płakał. Widocznie to tam zamknęli gospodarzy. Paw stojący na grzbiecie konia nastroszył swój ogon, Koń stanął na tylnych nogach i to, co dwaj opryszkowie zobaczyli, było jakąś nieziemską zjawą. Paw i koń stali się jednym olbrzymim jakby przedpotopowym stworem wyłaniającym się z gęstej mgły. Do tego doszły przeraźliwe ryki wydawane przez oba zwierzęta. Dwu oprychów było tak przerażonych, że pędem pouciekali z izby i gonili prawie na oślep w kierunku wody, gdzie jeśli się nie potopili, to dużo wody nałykali i sporo strachu najedli.
Ten pawi-koński potwór, czy pawikonik zamienił się zaraz w normalnego konika i pawia. Zwierzęta udały się szybko do chlewika, otwarły drzwi i wypuściły przerażonych gospodarzy, którzy im bardzo dziękowali za ratunek. Poczęstowali konika i pawia czym tylko mieli. Zwierzęta były bardzo zmęczone nocną wędrówką i teraz one skorzystały z chlewa, by tam wypocząć. Paw pamiętał jeszcze dobrze jak poprzedni gospodarze się z nimi obejść chcieli. Bał się, żeby teraz ich tu w chlewiku nie zamknięto, więc poprosił żeby nie zamykać drzwi, bo ma zbyt długi ogon, który musi wystawać na zewnątrz.
Zwierzęta dobrze wypoczęły i chciały koło południa wyruszyć dalej. Gdy oznajmiły to gospodarzom, ci zaczęli prosić swych wybawców by pozostali u nich na stałe. Mają u siebie osiołka, który jest smutny, bo nie ma współtowarzysza i mogą przecież przebywać razem. Paw może sobie na dachu siedzieć i krzyczeć, bo nie mają już koguta, który tam piał do woli. Gdy na łąkę nad rzeką przyjdą dzieci z pobliskiego domu sierot, będą się popisywać swymi umiejętnościami, a konik z osiołkiem będzie woził na grzbiecie odważnych. Dla najodważniejszych będzie pokaz strasznego potwora, który nawet groźnych opryszków przestraszył i do ucieczki skłonił. Odtąd żyli paw i konik pośród nowych przyjaciół jeszcze długo i szczęśliwie. Od czasu do czasu stawały się pawikonikiem, czy też koniopawiem.
Wokół wieży drewnianego kościółka unosił się, a nawet latał czerwono grzywiasty konik. Nie żadne maleństwo, bo był wielkości kucyka. Właściwie, to bardziej unosił go wiatr, czasami nawet bardzo niebezpiecznie zbliżał go do szczytu wieży, do ostrych metalowych krawędzi krzyża na jej szczycie. Konik był przerażony, wiedział, że jest ładny, bardzo kolorowy, tyle że w środku nie było w nim nic, został nadmuchany jak balon. Był dumny, może nawet za bardzo, że nie jest takim zwykłym niewielkim balonem jak jego współtowarzysze z którymi był przywiązany na niezbyt długich linkach do słupa przy murku kościelnym tuż obok straganu odpustowego z różnymi pstrymi zabawkami i łakociami. Właśnie podeszła tam mama ze swym małym synkiem, który koniecznie chciał takiego konika. Mama tłumaczyła synkowi, że może mu kupić cukrową watę na patyku, bo po co mu taki nadmuchany konik, skoro ma w domu konia na biegunach z prawdziwą grzywą i ogonem i może na nim siedzieć i huśtać się do woli. Ten plastikowy może każdy podmuch wiatru unieść w górę i może odlecieć nie wiadomo dokąd. Może się nawet zdarzyć, że jakiś ptak ostrodzioby go przebije i na ziemię spadnie tylko jakaś bezkształtna powłoka.
Chłopczyk tupał nogami i krzyczał tak głośno, że mama poczuła się zakłopotana niesfornością synka. Sprzedawca wyczuł, że mama zechce kupić konika chłopcu i chciał szybko ubić interes. Zaczął go w pośpiechu odwiązywać, gdy niezręcznie wypuścił linkę z ręki i konik pogalopował w górę kołysany lekkim wiatrem. Stojący w pobliżu krzyknęli jak na komendę: Och, jaka szkoda, uciekł taki ładny koń. Chłopak zaś głośno krzyczał: Mamo, ja chcę mego konia!. W pobliżu kościółka rosła potężna lipa. Gdy konik unosił się wyżej i wyżej jego linka zaczepiła się o gałąź. Konik pozostał na uwięzi i zaczął się poruszać w pobliżu wieży. Wykonywał tam iście cyrkowe harce. Ludzie spoglądali raz w górę na konika, to znowu w dół na głośno krzyczącego brzdąca. Jego mama kupiła mu już podwójną watę cukrową, by go udobruchać. Chciała też w ten sposób pocieszyć sprzedawcę, który poniósł stratę, bo ten konik trochę jakby z ich przyczyny uciekł z jego straganowej stajni.
Zaraz odezwali się tacy, którzy zawsze wiedzą co należy zrobić w takim przypadku. Każdy jednak radził co innego, rady się nawzajem wykluczały. Był ktoś, kto widział jak artysta cyrkowy wchodził komuś na ramiona, potem jeszcze ktoś, a w końcu na samą górę wskoczył mały chłopak. Nikt jednak nie był chętny, by stanąć jako pierwszy na dole. Każdy się wymawiał, wszyscy chcieli być na samej górze. Najwięcej było chłopców, którzy twierdzili, że potrafią odczepić sznurek zaplątany w gałęzie.
Po chwili ktoś sobie przypomniał, że przy kościele jest długi drąg z hakiem na końcu, który służył już do ściągania złamanych gałęzi zaczepionych na wieży, czy dachu. Zaraz kilku chętnych pobiegło i go przynieśli. Kilku silniejszych obserwatorów z tłumu podniosło drąg wysoko do góry. Wycelowali hak w kierunku sznura zaczepionego do gałęzi. W końcu udało się konia uwolnić, ale sznur odczepił się od haka i konik poszybował w kierunku wieży. Malec nadal płakał i domagał się takiego konia jak ten, który przed chwilą się oddalił ponad głowami tłumu. Okrążył jeszcze parę razy wieżę kościółka i zaczął frunąć jak jakieś ptaszysko. Matka próbowała synka namówić na inną nadmuchaną balonową zabawkę, bo była tam i duża krowa. Ten nie chciał jednak niczego innego prócz konika.
Dzień był dosyć wietrzny i balonowy konik dość szybko poszybował nad lasami, polami, niejedną wsią i miasteczkiem. Dotarł do odległej krainy, która leżała już za granicą naszego państwa. Nastał wieczór, zrobiło się coraz ciemniej i konik leciał teraz niżej, bo wiatr ucichł prawie całkowicie. Na wzgórzu pod lasem stał samotny domek, w którym było otwarte okno i balonowy konik skierował się do niego. Zawadził trochę o firankę i wślizgnął się do pokoju. W łóżeczku spała już mała dziewczynka, chyba w wieku tego chłopca tam przy straganie. Konik stanął tuż przed łóżeczkiem i spoglądał na uśmiechającą się przez sen dziewczynkę. Nie zauważył, że na podłodze leżała róża. Rozkwitła całkowicie i była czerwona, taka z tych najczerwieńszych róż. Konik zapachu nie poczuł, bo niechcący nastąpił na ostry kolec róży i zaraz zaczęło z niego uciekać z sykiem powietrze. Konik poczuł, że robi mu się słabo, stawał się wiotki, nogi mu się uginały i zaczął się strasznie kurczyć. Wiedział, ze to koniec, nie zdołał poprosić dziewczynki, by go uratowała, by zapchała czymś to miejsce z którego uchodzi jego balonowe życie. Dziewczynka przespała całą noc spokojnie.
Gdy rano usiadła na łóżeczku, nie zobaczyła czerwonej róży, tylko leżącą niekształtną masę jakiegoś pokurczonego zwierzaka. Wstała i rozprostowała to coś, a wtedy zobaczyła, że ma to przecież kształt konia. To koń nadmuchiwany. Wygląda zabawnie i całkiem jak prawdziwy. Szybko znalazła na końcu ogona miejsce, gdzie znajdował się korek, zaraz go wyjęła i zaczęła z całych sił dmuchać tak jak to zawsze z balonikami robiła, gdy z nich już powietrze uszło. Konik był prawie jej wzrostu, więc nie dała rady wypełnić go powietrzem. Co trochę nadmuchała, to zaraz uszło z jakiegoś niewidzialnego otworu. Dopiero gdy tato, wrócił z obchodu po lesie, zastanawiał się, skąd tu ten konik dotarł. Na pewno przywiało go przez otwarte okno i przez noc uszło z niego powietrze. Nie było to jednak zwykłe powietrze, a gaz lżejszy od niego, taki jakim się wypełnia baloniki, żeby unosiły się w górę. Czegoś takiego jednak nie posiada, by konika powtórnie nadmuchać, a zresztą konik mógłby znowu odlecieć. Spróbował go nadmuchać pompką do roweru i konik stanął zaraz na nogach, ale nie na długo. Z pewnością ma gdzieś dziurkę, orzekł i szybko zanurzył konika w małym zbiorniku wodnym. Zaraz okazało się, że powietrze uchodzi z niego małymi bąbelkami tuż pod kopytkiem lewej przedniej nogi . Tata przylepił białą łatkę na dziurkę i obiecał, gdy to dobrze wyschnie, napompuje znowu powietrza do konika. Dziewczynka zastanawiała się, jak będzie konika wyprowadzać, skoro już nie będzie latać nad nią jak balonik na sznurku. Tata znalazł na to radę. Przymocował konika do starej wycieraczki i dziewczynka mogła konika wyprowadzać na łąkę, ciągnąc go za sobą.
Mama z synkiem, który zapragnął jakiś czas temu tego balonikowego konika, wyjechała tego lata na wakacje do sąsiedniej krainy. Znaleźli się tam całkiem blisko domku owej dziewczynki, u której wylądował konik. Któregoś dnia mama z synkiem spacerowali drogą pośród łąk, blisko domku na wzgórzu. Zobaczyli na łące dziewczynkę z konikiem. Spacerowała z nim po trawie i ciągnęła go na sznurku za sobą. Mama powiedziała do synka: „Pobiegnij do dziewczynki, ona ma takiego samego konika jakiego ty chciałeś, gdy wtedy gdzieś odleciał.” Chłopak odpowiedział: „Ech mamo, to nie ten konik, tamten nie miał różowej wstążki na szyi, a poza tym wcale nie sunął po ziemi, tylko był latającym jak ptak kucykiem. Teraz już nie chcę takiego konika, który odleci jak papuga, którą miałem. Chcę żywego kucyka, mamo.”
Po powrocie z wakacji mama zabrała synka do wielkiego parku, gdzie były kucyki, na których dzieci mogły spróbować swej pierwszej jazdy konnej. Chłopak spróbował trochę posiedzieć na grzbiecie konika prowadzonego przez jego opiekuna. Po jakieś chwili poprosił mamę, że chce zejść, bo ma jej coś bardzo ważnego do powiedzenia.
„Wiesz mamo, ja naprawdę nie chcę już żadnego konika, ani prawdziwego, ani sztucznego. Siedzenie na koniu jest bardzo niewygodne. Wolę sobie siedzieć przy swoim biurku i rysować konie kolorowymi kredkami”
Katowice, 14. maja, 2014
List
Ukochany chłopak Danusi wyruszył daleko za morze w poszukiwaniu pracy. Ze sobą zabrał swe trzy ulubione gołębie pocztowe, które miały zanosić ukochanej jego listy. Wiadomość o znalezieniu pracy w nowym miejscu przyniósł wkrótce pierwszy gołąb. Długi lot go tak bardzo wyczerpał, że przez kilka dni nie ruszał się z gołębnika. Po roku nadleciał drugi gołąb z liścikiem, w którym chłopak pisał o swej wielkiej tęsknocie do Danusi. Obiecywał, że niedługo wróci, ale przedtem przyleci trzeci gołąb z wiadomością.
W tym czasie dziewczyna siadała często nad strumykiem, w pobliżu domu. Ona też bardzo tęskniła, ale nie miała sposobu, aby to w jakiś sposób przekazać swemu chłopakowi tam w dalekim kraju. Codziennie, gdy wysypywała ziarna dwom gołębiom, które wróciły, prosiła je usilnie, aby poleciały z listem w drogę powrotną do jej ukochanego. Napisała list pełen tęsknoty i zakładała go raz jednemu, to drugiemu z gołębi. Żaden jednak nie kwapił się do odlotu. Zawsze gdy uleciały w górę, poszybowały trochę w pobliżu gołębnika i po krótkiej chwili wracały. Dziewczyna domyśliła się w końcu, że list mówiący o największej tęsknocie nie może być za długi, bo choć dla niej ważny, waży za dużo i staje się za ciężki dla gołębia. Zaczęła pisać coraz krótsze liściki, coraz mniej słów, na coraz mniejszych kartkach. Trudno jej było wyrazić swoją wielką tęsknotę za pomocą niewielu słów.
Pewnego dnia wydawało się jej, że gołąb odleciał naprawdę. Wypatrywała go cały dzień i wieczorem go nie było w gołębniku. Niestety, rano gołąb tam znów siedział, ale nie miał już załączonego listu. Zauważył pewno, że zgubił list i powrócił do gołębnika. Danusia napisała jeszcze jeden liścik i wysłała go tym drugim gołębiem. Ten również nie znalazł drogi powrotnej za morze i wrócił po trzech dniach z przytwierdzonym listem.
Danusia coraz częściej bywała zapłakana i wysiadywała nad strumykiem, gdzie się jej wydawało, że łzy wpadające do wody popłyną strumykiem, a potem dalej rzeką aż do morza, za którym przebywał jej ukochany. Napisała jeszcze jeden, tym razem bardzo długi list, który starannie umieściła w butelce i wrzuciła do strumyka, aby popłynął aż za morze do jej ukochanego.
W kraju za dalekim morzem chłopak z każdym dniem mniej myślał o Danusi. Nim się spostrzegł, wiedział już, że kocha inną, tu poznaną dziewczynę, która się do niego codziennie uśmiechała. Długo nie mógł się zdecydować, aby wysłać do Danusi list tym trzecim gołębiem. Pozostała mu jeszcze ostatnia różowa karteczka z tych, które mu Danusia dała w dniu wyjazdu, aby na niej napisał wiadomość.
W przeddzień ślubu z tą nową dziewczyną postanowił powiadomić Danusię o tym, że ją przeprasza, że już do niej nigdy nie wróci, bo jutro bierze z inną ślub. Trzeci gołąb wzbił się z pocztą w powietrze, trochę krążył jakby niezdecydowany w jakim kierunku polecieć. Robił wrażenie, że i on już nie pamięta gdzie czeka Danusia. Po kilku okrążeniach poleciał w kierunku morza.
Popołudniu, gdy gołąb leciał nad wodą nadeszła straszna burza z piorunami, silną wichurą i ulewnym deszczem. Gołąb stracił całkowicie orientację. Leciał już ostatnim wysiłkiem, coraz wolniej poruszał skrzydłami i bardzo obniżał lot. W pewnym momencie dostrzegł unoszącą się na wodzie dużą belkę. Udało mu się mimo rozkołysanej fali na niej usiąść. Gołąb był bardzo wyczerpany, czuł że dalej już nie doleci i nie wiedział dokąd na belce go fala uniesie. Zobaczył wynurzającą się z wody niewielką rybę i poprosił ją o pomoc. Wytłumaczył jej, że ma ważny list do tęskniącej dziewczyny, która mieszka niedaleko źródła wielkiej rzeki, nad strumykiem, gdzie często przebywa. Można to miejsce rozpoznać po tym, że rośnie tam bardzo dużo niezapominajek. Rybka zgodziła się tam popłynąć i dostarczyć list Danusi. Gołąb zaś dotarł na belce do nieznanego mu brzegu, ale nigdy już nie znalazł drogi ani do chłopca, ani do dziewczyny.
Ryba przepłynęła morze i znalazła ujście wielkiej rzeki, do której wpłynęła. Trwało to kilka dni, nim dopłynęła z rzeki strumykiem do miejsca gdzie teraz wiosną było aż niebiesko od niezapominajek. Gdy Danusia przyszła jak co dzień nad brzeg strumyka, zobaczyła rybę, która trzymała w pyszczku małą różową kartkę papieru. Od razu się domyśliła, że to list dla niej, na jej papierze. Ryba nie potrafiła wyjść na brzeg, więc Danusia weszła do strumyka, aby odebrać od ryby list. Długa wodna podróż całkowicie rozmoczyła papier, atrament się rozmazał i wszystkie słowa poza jednym były nieczytelne. To słowo brzmiało JUTRO.
Po wiosennych deszczach przybyło sporo wody w strumieniu, który stał się już prawie rzeką. Danusia wpatrując się w tę małą różową kartkę, myślała że jej najdroższy zawiadamia ją o jutrzejszym powrocie do niej. Nie zauważyła, że zapada się coraz głębiej w grząskie dno, aż upadła porwana wartkim prądem. Nawet tego nie zauważyła, tylko dalej wpatrywała się w to jedno słowo JUTRO. Jeszcze przez chwilę starała się tę drogą dla niej kartkę trzymać nad wodą, nim się całkowicie pogrążyła w toni. Nie wiedziała, że tonie bo tak bardzo była przejęta wiadomością o czekającym ją jutro szczęściu.
Katowice, 14.maja, 2010
O dobrej sroce
Daleko za wielkim miastem gdzie kończyła się ostatnia ulica, stał ostatni dom, w którym mieszkał kilkuletni chłopak uczący się od niedawna grać na skrzypcach. Jeszcze niewiele potrafił i dźwięki które jego skrzypce wydawały, nie były miłe nawet dla niego samego. Często zdarzały się takie, o których się mówi, że przyprawiają o ból zębów. Mama chłopca pytała jego tatę, kiedy synek nauczy się tak grać, by dźwięki stały się nieco przyjemniejsze do słuchania. Mąż odpowiadał, że jeśli będzie pilnować by ćwiczył zadane lekcje, to może już wkrótce. Mama czasem jednak nie wytrzymywała i wysyłała synka po byle drobiazg do sklepu, by zyskać chwilę przerwy w torturach dźwiękowych.
Na dachu domu, pomiędzy dwoma kominami urządziła sobie kotka dodatkowe legowisko dla swoich kociąt. Było tu cieplej, bo grzały ściany kominów i słońca też było więcej niż w cieniu starej szopy na podwórzu, gdzie tuż obok pies łańcuchowy ciągle szczekał i budził małe. Stara kotka miała swoje sposoby by tam wysoko umieścić swoją dwójkę małych dzieci. Często je tam pozostawiała podczas gdy musiała coś dla siebie upolować, bo malutkie żywiły się tymczasem tylko jej mlekiem.
Naprzeciw okna pokoju, gdzie chłopiec ćwiczył na skrzypcach, rosło wysokie drzewo. Była to rozłożysta lipa. W jej gałęziach uwiła sobie gniazdo sroka. Ten krzykliwy ptak zajął całe drzewo dla siebie. Z różnych miejsc drzewa można było usłyszeć te skrzeczące dźwięki, choć pochodziły tylko od tego jednego ptaka. Sroki uchodzą za wścibskie ptaki, wszędzie coś podpatrzą, a nawet ukradną i zaniosą do swego gniazda. Mówi się o nich, że to sroki złodziejki. Czasem siadała na okiennym parapecie pokoju chłopca. Nie żeby mu cos ukraść, ale żeby z nim wspólnie koncertować, a może nawet przedrzeźniać, gdy próbował grać. Nie wiadomo, kto wydawał bardziej skrzypiące dźwięki. Czasem chłopak już wcale nie grał, a oglądał swe ulubione historyjki komiksowe, to mamie wydawało się, że z jego pokoju nadal słyszy to przykre granie, podczas to tylko sroka skrzeczała.
Ptaszysko już dawno odkryło to miejsce, dokąd mama kotka wynosiła swe małe, by mogły się tam wygrzewać. Nigdy nie zbliżyła się do nich za bardzo, tylko obserwowała je z daleka. Po kilku tygodniach sroka zauważyła, że małe kocięta opuszczają legowisko, spacerują wokół kominów same i bardzo głośno miałczą. Mama kotka się nie pokazywała. Chyba były bardzo głodne, szybko się męczyły i przez większość czasu leżały przytulone do siebie na swoim legowisku. Kotka się więcej nie pokazała. Nikt nie wiedział, co się jej przytrafiło. Sroka, ten ptasi drapieżnik miała na swój sposób dobre serce. Odżywiała się w dość urozmaicony sposób, tu coś wydziobała w ziemi, jakiegoś dużego chrząszcza, to znów jakąś mysz polną. Z gniazd wykradała jajka, albo nawet młode pisklęta. Raz coś złapała, a czasem coś ukradła. Zrobiło jej się żal głodujących kociąt. Sama nie miała w tym roku swego przychówku, bo przy ostatniej wichurze wypadły jajka z gniazda i się potłukły. Postanowiła się ze szczeniętami dzielić tym, co i koty lubią. Były to małe myszki i pisklęta. Co jakiś czas przynosiła im jakiś koci przysmak. Początkowo były to małe kawałki dość rozdrobnionego pokarmu,. Później były już większe kawałki i wreszcie całe myszy, czy małe ptaszki. Kotki przyzwyczaiły się już do matkującej im sroki, która dbała, by nie cierpiały głodu. Ostatnio przyniosła im już żywą myszkę i kocięta nim ją zjadły, musiały za nią gonić po dachu. Uczyła je łapać tę zdobycz, by potrafiły się niedługo same wyżywić. Kotki bardzo się przywiązały do swej nowej opiekunki. Gdy nadlatywała do nich, już z daleka miałczały, a ona odpowiadała im jak najmilej potrafiła swymi krzykliwymi nawoływaniami. Głos sroki stawał się teraz sympatyczniejszy, podobnie jak dźwięki, które wydobywał ze swych skrzypiec chłopiec uczący się grać o piętro niżej. Sroka przemyślnym sposobem sprowadziła kocięta do klatki schodowej. Wpuściła tam przed kotkami mysz, za którą pogoniły. Nie złapały jej, ale wydostały się z dachu. Może po zapachu dotarły do starego legowiska w szopie, ale swej mamy tam nie zastały. Zadomowiły się, tu na stale i zostały zaakceptowane przez gospodarzy domu. Jak wszystkim domownikom, tak i im się coś do jedzenia dostawało. Z czasem można było zobaczyć dwie kotki polujące na pobliskich ugorach, a nad nimi nisko latającą srokę pomagającą naganiać zwierzynę.
Chłopak widział kiedyś, jak dwa koty i sroka zajadały wspólnie upolowaną mysz. Teraz grał już o wiele lepiej, dźwięk jego skrzypiec wyszlachetniał, sroka go już nie przedrzeźniała, gdy grał przy otwartym oknie. Często słuchał z zainteresowaniem muzyki. Gdy ostatnio zagrano w radiu uwerturę do ”Sroki złodziejki” zapytał potem mamę, czy sroki to dobre, czy złe ptaki? Mama pomyślała i zapytała synka: pszczoła zapyla kwiaty, daje nam miód, ale czasem i boleśnie ukłuje, to czy są dobrymi, czy złymi owadami?
13.06.2014
O trzech świerkowych siostrach
Na zboczu dużej góry, rosły nieco odsunięte od gęstego lasu już na skraju polany trzy świerkowe siostry. Ta najwyższa i najstarsza z nich miała na imię Mariana. Zawsze w czasie wichury osłaniała najmłodszą siostrę, której było na imię Krasifolia, a ta średnia, nieco od dwu sióstr oddalona, nazywała się Daglezja. Gdyby mogła się jeszcze nieco odsunąć, zrobiłaby to na pewno. Zawsze okazywała swą wyniosłość, była bardzo niemiła dla młodszej siostry, ale i starszej okazywała mało szacunku, czuła się najważniejsza. Bardzo zazdrościła swej dużej siostrze, że jako starsza jest znacznie wyższa od niej. Kiedyś zobaczyła z dala na łące niezbyt wielkiego ptaka z długim ogonem, którym powłóczył za sobą po ziemi. To był paw, który od czasu do czasu wydawał straszne okrzyki i unosił wtedy swój ogon mocno w górę. Wtedy tworzył się z niego olbrzymi kolorowy wachlarz. Było na nim pełno zdobiących go, zielono błękitnych pawich oczek. Ogon poruszał się, drgał jeszcze bardziej, gdy ptak wydawał swe głośne krzyki niosące się dalekim echem na cały las. To nie od tego ptaka nabrała Daglezja tej pawiej dumy, bo taka była już wcześniej, choć żadne z drzew na skraju lasu nie widziało u niej jakiegoś istotnego powodu do takiej wyniosłości.
Daglezja postanowiła ćwiczyć swoje wszystkie gałęzie, by moc je tak jak paw jak najwyżej podnosić, naprężać z całych sił, by rozpościerały się jak pawie pióra. Wytężała swe siły, czekała aż wydobędzie się z niej jakiś świerkowy dźwięk, a na gałęziach wystąpią kolorowe zabarwienia jak u pawia. Była jeszcze bardzo młodą świerkową panną i żadne najmniejsze trzeszczenie z jej pnia się nie wydobyło. Od czasu do czasu zawołała do swej młodszej siostry Krasifolii : słuchaj no ty mała, patrz pilnie, czy nie widać tam niżej na moich gałęziach, na twej wysokości takich ozdób jak u pawia? Może pokazują się już kolorowe plamy? Najmłodsza siostra jakoś niczego nie mogła dostrzec, choć raz przez moment coś zauważyła i prawie chciała zawołać, jest, jest kolorowa plama, ale ta zaraz zniknęła, bo to kolorowy motyl usiadł tylko na chwilkę na gałązce Daglezji. Średnia siostra strasznie się naprzykrzała przez całe lato i jesień starszej i młodszej siostrze. Ciągle wołała do nich, by patrzały i podziwiały ją, jaka jest piękna, jak każda jej gałąź i gałązka cudownie się rozkłada prawie jak ogon pawia. Czasem wydawało jej się, że w słońcu można już dojrzeć kolorowe ozdoby jakie mają pawie na swych rozłożystych piórach.
Kolorowa jesień przemieniła się w górach z dnia na dzień w zimę. Coraz częściej gałązki trzech sióstr pokrywał szron. Nastały pierwsze wichury. Najbardziej wiatr wyginał Daglezję, gdy pełna dumy chciała nadal pysznić się swoimi szeroko rozłożonymi ramionami, pawio ogoniastymi gałęziami. Wichura dawała się jej mocno we znaki i już chciała wołać siostry o pomoc, ale duma jej na to nie pozwalała, choć czasami uroniła niejedną żywiczną łzę, która ściekała po pniu. Starsza siostra była już mocno doświadczona w przetrzymywaniu zimowych wichur i uczyła najmłodszą z nich jak należy się zachować, gdy wiatr targa silnie każdą gałęzią. Obie je opuszczały i trzymały ciasno, jak najbliżej pnia, a niektórymi gałęziami się nieco oplatały, by być bliżej siebie, jak dwie kochające się siostry.
Po wichurach przyszły zimowe mrozy i śniegi. Spadło dużo białego puchu. Daglezja nie mogła się powstrzymać, by nie rozstawiać jak najszerzej swych gałęzi, ubrać je jakby w białe puszyste futro i rozkładała je potem szeroko na pokaz. Udawała, że tańczy piruety na balu. Wołała do swych skulonych sióstr ubranych bardziej skromnie w śnieżne szaty : Patrzcie ubogie siostry, jaka ja bogata jestem, jaki wspaniały mam strój zimowy, jestem najpiękniejsza, piękniejsza od kolorowego pawia. Ja się poruszam, ja tańczę.
Zima to trudny czas, nie tylko dla zwierząt, ale i dla drzew, zwłaszcza, gdy śniegu przybywa, gdy już bliżej wiosny staje się on ciężki i mokry. Najstarsza Mariana i najmłodsza Krasifolia nie pyszniły się zimowym strojem jak ich średnia siostra. Stały skromnie, przytulone do siebie, nie robiły niczego na pokaz. Daglezja trzymała nadal jak najszerzej swe gałęzie, dźwigała też na nich bardzo dużo tego ciężkiego śniegu, udając że ma na sobie najwspanialsze białe futro. Póki nie wiał wiatr, trzymała się prosto, ale któregoś przedwiosennego dnia, gdy jeszcze sporo mokrego śniegu spadło, nocą zaczęła wichura mocno targać pniem Daglezji. Ta wygięła się, zajęczała prawie tak głośno jak paw i poczuła, że coś w jej środku pęka pod ciężarem pychy. To najwspanialsze śnieżne futro, które wczoraj w blasku wieczornego słońca zamigotało tysiącem błyszczących gwiazdek stało się nazbyt ciężkie dla szeroko rozłożonych gałęzi Daglezji. W hałasie wichury dwie świerkowe siostry trzymały się skulone i przytulały się do siebie. Nie musiały dźwigać na sobie tyle śniegu co ich siostra obok i jakoś przespały noc mimo wichury. Najstarsza z sióstr usłyszała przez sen krzyk pawia. Rano powiedziała do najmłodszej, że chyba ma się ku wiośnie, bo paw wrócił. Usłyszała jego krzyk. Gdy zrobiło się jasno, obie siostry zobaczyły jak Daglezja się mocno przechyla w ich stronę i szuka na nich oparcia. Towarzyszyły temu głośne jęki i skrzypienie pnia. Mariana zrozumiała, że to w nocy wcale nie był krzyk pawia, tylko to Daglezja wołała je odczuwając ból. Teraz prosiła jak tylko najmilej potrafiła, aby ją przytuliły do siebie i podtrzymywały, bo coś w środku się w niej łamie, a ona nie potrafi już udźwignąć tego śnieżnego płaszcza. Siostry próbowały pomóc jej zrzucić tę masę śniegu, jaką Daglezja dźwigała przez swą lekkomyślność. Prosiła i przepraszała kochane siostry, że już nigdy nie będzie okazywać im swej wyższości, że chce być taka jak one, skromna i rozsądna. Obie siostry się bardzo wzruszyły i przyrzekły jej wsparcie, bo wierzyły, że razem mogą pokonać zły los jaki przytrafił się Daglezji.
Następnego ranka zatrzymały się tam na skraju lasu sanie załadowane już częściowo gałęźmi świerków. Dwaj robotnicy leśni podeszli do wywracającej się Daglezji i jeden z nich wskazał siekierą na pochyły i podłamany pień, a drugi na to w milczeniu pomachał potakująco piłą. To był wyrok na świerkową siostrę. Mariana i Krasifolia zaczęły przerażone błagać drwali, by oszczędzili ich siostrę, pomogli i uratowali ją, a ich cała trójka w zamian odda im wszystkie swoje gałęzie aż do połowy pni. Nawet je przedtem otrząsać będą ze śniegu. Drwali ta siostrzana miłość bardzo wzruszyła i postanowili nie ścinać Daglezji. Wzięli grubą linę i odciągnęli pochylone drzewo do pionu. Założyli mocną opaskę na skaleczonym miejscu pnia, z grubych gałęzi dali wzmocnienie które obwiązali liną i stwierdzili, że jak drzewo popłacze nieco z bólu swymi żywicznymi łzami, to się szybko zrośnie. Z obcinanych gałęzi też popłynie nieco soku i tym szybciej się zagoi. Trzy siostry spoglądały potem na siebie, na początku było im trudno przyzwyczaić się do swego nowego wyglądu. Nawet próbowały żartować, że wyglądają mniej dostojnie, bez swych długich sukni z zielonych gałęzi, a ubrane tylko w kuse mini sukienki, ale za to nabrały weselszego wyglądu. Daglezja powiedziała, że jej taka moda odpowiada, że czuje się jak stojąca na jednej nodze baletnica w piruecie. Chciała jeszcze dodać, że wygląda najwspanialej, ale zamilkła, bo sobie zaraz przypomniała, ile przykrości sprawiała swym siostrom bezmyślnym przechwalaniem się. Odtąd trzy świerkowe siostry żyły w wielkiej zgodzie i z biegiem czasu wyrastały im nowe gałęzie w miejscach po tych odciętych przez drwali. Nie były już takie bujne jak te poprzednie, te ich najpierwsze, ale też okrywały nieco pnie. Oddalona od dwu sióstr Daglezja jakby się nieco zbliżyła do sióstr, a jeśli jej się tak tylko wydawało, bo przecież drzewa nie poruszają się, to wiedziała na pewno, że jest teraz znowu bliżej sióstr. One też to czuły, że jest im teraz bardzo bliska.
06.06.2013
2014.01.28. Odpływające skrzypce
Po ukończonych lekcjach gry na skrzypcach Tymek wracał drogą prowadzącą przez mostek nad rzeką. Zazwyczaj przystawał na nim, by popatrzeć na dość wartko płynącą wodę. Bywało, że rzucił jakiś patyk do wody, lub tylko splunął, by sprawdzić jak szybki prąd. Patyk był jednak słabo widoczny, więc postanowił wyrwać kartkę z zeszytu nutowego, który miał w futerale skrzypiec. Z łatwością złożył łódkę z papieru, pochylił się mocno z mostku i rzucił ją na wodę. Łódka opadała lekko, ale zaraz rozległ się głośny plusk. Przez nieuwagę potrącił futerał ze skrzypcami i ten również popłynął. W pierwszej chwili nie dotarło do chłopca, że utracił swoje skrzypce, bo bardziej interesowało go, co będzie szybsze w tym wyścigu na wodzie. Dopiero po chwili spostrzegł, że futerał choć wolniej, odpływa bezpowrotnie w dal. Tymek próbował pobiec prawym brzegiem wzdłuż rzeczki, ale zarośla trzcinowe nie pozwalały mu już niczego zaobserwować. Robiło się późno i nastawał zmierzch, więc Tymek wrócił dziś bez swego instrumentu do domu. Był bardzo przerażony, bo wiedział, że skrzypce odpłyną teraz w ciągu nocy bardzo daleko. Utraci je już bezpowrotnie. Teraz dopiero ogarnął go lęk, jak wytłumaczy tę stratę matce.
Dawniej, gdy jego tata przebywał stale w domu i miał pracę jako muzyk na miejscu, udzielał mu też lekcji gry na skrzypcach. Bywało, że bardziej zależało rodzicom Tymka niż jemu samemu, by uczył się grać na instrumencie. Na początek wybrano dość wcześnie skrzypce. Później miała zapaść decyzja o ewentualnym głównym instrumencie, na którym podjął by naukę. Teraz udzielał mu lekcji kolega taty. Tymek przykładał się do domowych ćwiczeń zadanych lekcji, bo chciał, by tata mógł z nim po powrocie znowu wspólnie zagrać niektóre utwory. Tymek polubił to wspólne granie. Dziś jednak ogarnął go lęk, jak wytłumaczy mamie brak skrzypiec. Postanowił ten moment odsunąć na później, jak długo się tylko da. Zrobi tak, aby
2
mama się nie zorientowała, że nie ma swoich skrzypiec. Na lekcje chodził tylko raz w tygodniu. Mamy nie było w domu, więc nie zauważyła, jego powrotu bez skrzypiec. Dotąd Tymek miał ciągle jeszcze swoje małe skrzypce, tak zwane połówki. Tata obiecał mu już ostatnio sprawić normalne skrzypce. Ma je kupić je zagranicą. W domu były jeszcze stare skrzypce taty i Tymek wyciągnął je zaraz ze schowka. Te niestety nie miały struny G. Były bardzo rozstrojone, ale z tym się Tymek szybko uporał. Zaraz poszedł do siebie do pokoju i zamknął za sobą drzwi. Zaczął ćwiczyć, bo chciał, żeby mama usłyszała jak gra, gdy wróci. Razem ze skrzypcami utracił także swoje nuty, które popłynęły w futerale. Mama nie weszła do pokoju, tylko zawołała do niego pieszczotliwie: Tymuś, już jestem, robię kolację, a ty zagraj teraz dla mnie Arię na strunie G. Był to ulubiony utwór mamy, który jej tata często grywał, gdy przebywał z nimi. Tymek był dziś bardzo zdenerwowany, zgubił przecież swój instrument, a na tych większych skrzypcach nie był jeszcze przyzwyczajony grać i trochę fałszował. Bał się, że mama to słyszy i wejdzie do pokoju sprawdzić, czemu mu dziś granie tak opornie idzie. A tu jeszcze ten pomysł z Arią na strunie G, na strunie której on w ogóle na tych skrzypcach nie posiada. Po chwili mama jednak zawołała, kolacja gotowa, przychodź zaraz. Tymek przerwał natychmiast granie, schował skrzypce i zadowolony wyszedł z pokoju. Miał nadzieję, że tego dnia nie będzie się musiał przyznać do utraty instrumentu. Przy kolacji mama zapytała tylko jak mu szło na lekcji muzycznej. Właściwie, to była zorientowana w dość dobrych postępach syna, bo często telefonowała do owego kolegi męża. Tymon starał się tematu nie rozwijać, bo mógłby się zbyt łatwo czymś zdradzić. Nie próbował mamy przekonać, by pozwoliła mu dłużej telewizję oglądnąć, sam wyraził chęć, by się wcześniej położyć. To miała być ucieczka w świat snów. Może odnajdzie w śnie swoje skrzypce i przestanie się zamartwiać.
3
Rano, gdy się obudził, mama Tymka miała już śniadanie do szkoły i to na teraz gotowe, pocałowała go, udzieliła kilku wskazówek i pospieszyła do pracy. Tymon nie miał dziś pierwszej lekcji i zabrał się zaraz do wypisania afisza. Napisał na dużej kartce papieru pakunkowego:
NA RZECE ODPŁYNĘŁY
W CZARNYM FUTERALE
MAŁE SKRZYPCE.
O ODDANIE PROSI TYMON .
BĘDZIE NAGRODA PIENIĘŻNA
Szybko pobiegł nad rzeczkę i na dużym olchowym drzewie zawiesił swój plakat poszukiwawczy. Do szkoły zdążył na czas, ale kolegom nie zwierzał się ze swej straty. Po powrocie do domu ćwiczył znowu na tych dużych skrzypcach ojca. Szło mu już jakby odrobinę lepiej, wydawało mu się, że mniej fałszuje. Grał to, co pamiętał, bo przecież nie miał swych nut.
Jeszcze mamie niczego o swej zgubie nie powiedział, ale też nie usiłował kłamać. Tyle, że udawał jakby było inaczej. Tymon jeszcze nie był pewien, czy udawanie prawdy, to też tyle samo co kłamanie.
Jutro ma znowu lekcje gry na skrzypcach. Dziś popołudniu i przed zaśnięciem zastanawiał się długo, jak wybrnąć, czy pójść na lekcje ze skrzypcami taty? Wymyśleć jakąś historyjkę? Tymek zasnął i potem miał przeróżne sny, z których jeden zapamiętał. Śniły mu się skrzypce w otwartym futerale które płynęły po burzliwej rzece, potem po morzu. Tymon je próbował dogonić na łodzi, ale nie miał dość sił by szybciej wiosłować. Nagle pojawiła się wyspa, gdzie skrzypce i on wylądowali. Gdy je wyjął z futerału, nie miały innych
4
strun, tylko cztery struny G. Zaraz usiłował coś zagrać. Granie na nich było bardzo męczące i Tymek obudził się rano niezbyt dobrze wyspany.
Gdy mama Tymka wróciła popołudniu z pracy, była bardzo uśmiechnięta i już na progu zawołała, że ma dobrą nowinę dla niego. Tymek zapytał, czy może tata wraca? Mama odpowiedziała: To też, ale i skrzypce, które zgubiłeś się odnalazły. Spory kawał drogi stąd wyłowił je rybak. Futerał utkwił w trzcinach. W wyjętych z futerału nutach zobaczył pieczątkę ojca z adresem i telefonem, który teraz miała jego mama. To trwało trochę nim się dodzwonił. Mama Tymka nie mogła się tylko zorientować, kiedy te skrzypce zgubił, skoro słyszała codziennie jak ćwiczy. Tymkowi zrobiło się jakoś dziwnie, podbiegł do mamy i ją bardzo mocno uścisnął i pocałował, mówiąc kochana jesteś mamo. Zaraz wybiegł z domu, mama zdołała jeszcze za nim zawołać, wróć zaraz, bo za godzinę będzie tu ten pan ze skrzypcami, a Twoje dzisiejsze lekcje odwołałam. Tymon wrócił już po chwili z nad rzeczki z afiszem. Mama spojrzała i powiedziała: Obiecałeś nagrodę, jaka ona będzie? Tymon przyniósł swoją skarbonkę i widać było po jego minie, że trochę mu żal otwierać swoje oszczędności, które już od dłuższego czasu gromadził. W tej chwili rozległ się dzwonek do drzwi, mama zaraz poprosiła starszego pana, który przyniósł futerał ze skrzypcami. Był to bardzo schorowany i biedny człowiek, żyjący samotnie. Mama Tymka oznajmiła teraz, że syn obiecał na plakacie nagrodę dla znalazcy skrzypiec, będą to jego oszczędności, a ona postanowiła coś do nich dołożyć. Starszy pan opowiedział im, że bardzo dawno temu, jako dziecko przeczytał nowelkę Sienkiewicza o Janku Muzykancie. Marzył też o skrzypcach, ale ich nigdy nie miał, nim te nie przypłynęły teraz po wielu latach do niego. Nagrody jednak nie weźmie, bo przyznaje się, że pomyślał przez chwilę, by skrzypce zatrzymać dla siebie. Chciałby tylko czasem przyjść posłuchać, jak Tymon gra.
Ostatni słowik
Było to wtedy, gdy tamten czas się już kończył, a nowy jeszcze nie nastał. W środku Afryki zachował się jeszcze nieduży kawałek dżungli, w którym szary słowik przebywał już drugi rok, bo poprzedniej wiosny nie odleciał z innymi ptakami do Europy. Nie spotkał się ze swą ukochaną, by z nią i innymi ptakami spędzić tam lato, a myślał że wezmą ślub i może wylęgną im się pisklęta?
Każdy kolejny rok stawał się gorętszy niż poprzedni. W Afryce brakowało miejsc, gdzie dało się przeżyć zarówno ludziom jak i zwierzętom. Pośród ptaków roznosiły się szybko wieści o tym, gdzie można znaleźć jeszcze trochę wody i wtedy przelatywały to tu, to tam. Szary słowik, choć śpiewał tak wspaniale, wyglądał niepozornie, nie zwracał na siebie uwagi i nikt go dotąd nie upolował. Nadeszła kolejna wiosna, więc postanowił jak większość ptaków odlecieć już na zawsze na północ do Hiszpanii. Tam było ptactwu łatwiej przetrwać i wychować pisklęta aniżeli w Afryce. Pamiętał, o czym kiedyś śpiewał najstarszy ze słowików, który znał różne przypowieści. Było w nich o tym, co było dawniej i co się wydarzy, gdy czas będzie się już kończył i zostanie tylko ostatni słowik, który zaśpiewa w Alhambrze. Nie potrafił jednak powiedzieć, co to jest ta Alhambra i gdzie to jest, ale przypuszczał, że to na pewno w Hiszpanii. Tej wiosny odleciało z Afryki znacznie mniej ptaków niż poprzednio, tylko te najsilniejsze, bo głód spowodowany suszą osłabił je za bardzo. Niektóre z nich, gdy wydawało się, że pokonały już trudną trasę nad wysuszonym afrykańskim lądem, nie miały dosyć sił, by przelecieć końcowy odcinek nad morzem. Chciało im się pić, obniżały swój lot by zaczerpnąć choć parę kropel wody z morza. Słona woda je jeszcze bardziej wykańczała, miały coraz mniej sił i spadały tuż przed Europą do morza. Topiły się tak jak ludzie masowo uciekający z Afryki do Europy. Szaremu słowikowi udało się, bo wypatrzył nad morzem statek z wieloma białymi skrzydłami żagli. Były na nim trzy wysokie jakby wyschłe pnie drzew. Trochę nad nimi leciał, a o zmierzchu wylądował na czubku tego środkowego masztu jak my je nazywamy. Nawet nie zaśpiewał swej wieczornej pieśni, tylko zaraz zasnął. Nad ranem spadło odrobinę deszczu, wystarczyło w sam raz by wypić kilkanaście kropel, które pozostały na linach. Gdy słowik spojrzał w dół, zauważył, że jest już blisko lądu. Ucieszył się, gdyż pomyślał, że chyba jest w Hiszpanii, choć pod koniec nie leciał tą trasą, gdzie zwykle kierował się położeniem gwiazd. Niedługo zauważył, że i tu jest bardzo gorąco, prawie jak w Afryce. Postanowił oddalić się od morza i polecieć dalej na północ w głąb kraju, gdzie zwykle spędzał lata. Tam bywały niegęste lasy, zagajniki, wieczorem po zachodzie słońca bywało chłodniej i jego trele niosły się daleko, jakby na kropelkach wieczornej mgły. Słowicze gardła nie zasychały tu tak szybko jak w Afryce, a wilgoć w powietrzu nadawała melodii delikatniejszą barwę.
Przez długi czas poszukiwał swej pani słowikowej, wypytywał o nią, ale nikt od dawna jej nie widział i jej już nie odnalazł. Coraz rzadziej usłyszał śpiew innego słowika. Znacznie mniej ptaków odzywało się w zagajnikach i lasach Hiszpanii. Głód i tu doskwierał ptakom, zdarzały się coraz częściej pożary lasów. Zwierzęta i ptactwo uciekało nie wiadomo dokąd, byle przed siebie i ginęły często w ogniu. Ptaki dusiły się też lecąc wysoko w górze w gorącym i zadymionym powietrzu. Coraz mniej ptaków przetrwało i większość była tak zmęczona, że nawet nie próbowała gdzieś dalej odlecieć. Szary słowik też tego nie próbował. Powoli kończył się jego czas i ten obecny czas w ogóle. Koniec czasu nie sprzyjał nikomu, ani niczemu tu na tej ziemi. Słowik coraz rzadziej spotykał inne ptaki, ani nie słyszał ich śpiewu. Nie wiedział jeszcze na pewno, czy jest już ostatnim słowikiem, czy to on powinien zaśpiewać w Alhambrze jak mówił dawny przekaz, o którym pamiętał. Nie wiedział, gdzie ta Alhambra się znajduje. Na wszelki wypadek, próbował ćwiczyć śpiewanie. Gdy nucił te swoje kląskane melodie, nikt się nie odzywał, nikt z nim nie próbował konkurować. Gdy przerywał na chwilę swoje trele, nastawała cisza, czasem odezwało się tylko jego dalekie echo. Leciał wtedy dalej, by znaleźć ową nieznaną mu Alhambrę. Niedługo spotkał w zagajniku starą sowę. Zazwyczaj unikał tych groźnych ptaszysk, by nie zostać przez nie pożartym. Ta sowa jednak nie była wcale głodna, była bardzo zmęczona, chyba tak jak on, była ostatnia ze swego gatunku. Jak to sowy, była bardzo mądra i wiele wiedziała. Gdy słowik zapytał sowę co to jest i gdzie jest owa Alhambra, zasłuchał się na długo, gdy sowa zaczęła swą opowieść o owym pałacowym cudzie i ogrodowym raju.
Po tej wyczerpującej opowieści szary słowik wtulił się wygodnie pomiędzy dwie gałązki i próbował zasnąć. Był zmęczony i udało mu się to dość szybko. Spał przez dwie doby, a gdy się obudził zauważył, że zaczyna świtać i czas polecieć tam, gdzie powinna być Alhambra. Gdy już dość długo leciał, zauważył na wysokim wzgórzu zamek warowny z wysokimi wieżami, które zwą się minaretami. Spotykał je już dawniej w Afryce, ale je zawsze omijał, bo dochodziły stamtąd głośne modlitewne śpiewy, które potrafiły zagłuszać śpiew wielu słowików. Usiadł na pobliskiej palmie by odpocząć i pomyśleć, co dalej zrobić. Było już przez długi czas cicho, nie było słychać odgłosów ludzi, ani ptaków. Do słowika dotarło, że jest sam, że nastał czas wielkiego przemijania. Warowny zamek Alhambra, co znaczyło czerwony w języku arabskich ludzi, którzy go zbudowali. Teraz w blasku zachodzącego słońca zamek płonął w czerwonym kolorze na wzgórzu nad miastem. Tym razem nie był to pożar, a jaskrawe światło które zwolna zanikało, gdy nad pałac nacierało wieczorne przyciemnienie. Na horyzoncie szykował się już księżyc w pełni by wyruszyć na nocną wędrówkę po bezchmurnym niebie. Słowik wiedział, że nadchodzi jego czas. Czas zaśpiewania po raz ostatni, do ostatnich sił, do ostatnich wyrzucanych z siebie dźwięków. Nie wiedział tylko, kto tego śpiewu posłucha, czy dotrze gdzieś dalej aż na skraj wysuszonej ziemi, nad którą zalega bezdźwięczna cisza. Słowik myślał, że może wyśpiewa dziś swą najwspanialsza pieśń nad pieśniami, to jeszcze kogoś wybudzi, kto już tkwi w głębokim śnie, bo spełnił się jego czas. Słowik nadleciał nad Alhambrę i jedyne zwierzęta, które zobaczył na pałacowym dziedzińcu, to było dwanaście lwów, które pilnowały fontanny, z której od czasu do czasu wytrysnął strumień wody do basenu. Słowik zobaczył, że zwierzęta są niegroźne, bo wyrzeźbione z kamienia. Sfrunął więc na krawędź basenu przy fontannie i wypił kilka haustów krystalicznej wody. Nie tak ciepłej jak ta z kałuży, gdy niedawno był w przelocie tu do Alhambry. Jeszcze nie wiedział, gdzie powinien się odbyć ten ostatni śpiew. Wzmocniony łykami wody z fontanny odleciał z dziedzińca do jednej i drugiej komnaty. Wszystkie potrafiły oczarować swym bogactwem bogato rzeźbionych elementów dekoracji. Wydał w locie kilka dźwięków by wypróbować akustykę. Te piękne wnętrza tłumiły jednak trochę jego śpiew. Wydawał mu się cichszy, i obawiał się, że nie dotrze zbyt daleko. Nie chciał pośród ścian śpiewać tylko dla samego siebie. Jeszcze liczył na to, że jego głos do kogoś dotrze, kto jeszcze na skraju czasu pozostał. Słowik poleciał na zewnątrz, teraz księżyc wskazywał mu już drogę. Była pełnia i zrobiło się jaśniej. Znalazł się wkrótce w cudownym miejscu. Pełno tu było urozmaiconej zieleni, wszystko odbijało się w lustrach wodnych, a fontanny odzywały się cichym szmerem. Do niedawna jeszcze było to miejsce dla niektórych rajskim ogrodem rozkoszy. Słowik nie doznawał tu jednak niczego szczególnego, a tylko wewnętrzną potrzebę śpiewania. Nie myślał przedtem o tym, że to będzie jego ostatni śpiew. Usiadł na kolczastym krzewie, gdzie jeszcze samotna róża kończyła swój czas trwania w pięknie. Jeszcze resztki woni uchodzącej z płatków róży go trochę orzeźwiły i przyprawiły w lekki stan euforii jak muzyka przed koncertem. Próbował się oprzeć o gałąź krzewu, ale nie znalazł dobrego wsparcia, bo krzew wydał nie tylko dorodne kwiaty, ale wyrosły na nim i dorodne kolce. Gdy słowik wyrzucił z siebie kilka próbnych dźwięków, wpadł zaraz w ciąg swych dawnych melodii, które śpiewał zwykle przy pełni księżyca, a często i do księżyca. To nie było zwykłe słowikowe kląskanie. To nie był zwykły koncert składający się z doskonale ze sobą połączonych akordów, tworzących ciąg przyjemnych melodii. To była narracja o jego życiu. Słowik opowiadał o tym wszystkim, co przeżył, śpiewał o tym i wracały w tym te wszystkie wędrówki, te pobyty afrykańskie i te w Europie, te konkursy śpiewacze, ci wszyscy, których spotykał. Było o tym, gdy był zakochany i o samotnych chwilach w smutku. Ten mały ptak przeżywał tak wiele i pamiętał to wszystko, bo stanowiło to treści jego śpiewnych słowiczych opowieści. Po tych radosnych częściach jego melodii przyszły smutniejsze, te o końcu czasu, o przemijaniu. Tu wydawało się, że czasem z lekka jęknął fałszywym akordem. Melodia urywała się często, a potem już mniej kolorytu miały te dźwięki. Stawały się jakby smutniejsze, ciągle przerywane głośniejszym żałosnym trelem. Słowik coraz częściej przerywał swój śpiew. Chwile ciszy wydłużały się. Przez krótki czas zawsze echo wydłużało jego śpiew. Potem już nie śpiewał, a wydawał z siebie tylko krótkie dźwięki, tylko jazgot, jakby odgłosy wróbli. W końcu nastała cisza. Słowik zsunął się z gałązki trochę niżej, osunął na ostre kolce. Zatrzepotał skrzydłami, już nie wzleciał w górę, a tylko wbił się w nie jeszcze głębiej. Chmura przysłoniła księżyc i nie można było zobaczyć, czy mocno się zranił. Zamilkł i śpiew ostatniego słowika zakończył wszystkie ptasie dźwięki. Nastąpiła cisza i koniec czasu.
Katowice, 14.05.2019
Kilka dni wcześniej zmarł mój przyjaciel z lat
z szkolnych lat Antoni B.
PAPIEROWE PTAKI
W pokoju na poddaszu mieszkał bardzo nieśmiały student, który od dawna ukradkiem obserwował śliczną dziewczynę opalającą się na balkonie o piętro niżej. Gdy ją spotykał na schodach, nie miał odwagi się jej ukłonić, nie mówiąc o tym, by się do niej odezwać. Po prostu spuszczał oczy i przechodził chyłkiem obok niej. Oglądał z daleka jej ładną twarz, ale nie wiedział jakiego koloru ma oczy. Był przekonany, że muszą być niebieskie, bo w takich niebo odbija się najlepiej. Ów student lubił leżeć na trawie, patrzeć w błękit nieba i marzyć. Dotąd nie były to jakieś konkretne marzenia. Odkąd ją zobaczył, zaczęła mu się ona w tych marzeniach pojawiać w tym błękicie, albo rozpływała się w płynących po niebie obłokach. Student interesował się ptakami i studiował ornitologię. Posiadał dużo czasopism z kolorowymi ilustracjami ptaków. Od dzieciństwa lubił składać z wydartych kartek z zeszytów papierowe ptaki - jaskółki. Był w tym mistrzem nie lada, bo jego ptaki trafiały zawsze tam, je skierował je skierował. Umiejętnie stosował odpowiednio wygięte stery. Obserwował przez lusterko przy oknie, czy dziewczyna wyszła na balkon i wtedy z ukrycia wysyłał do niej skierowany ptak-list-samolocik wykonany z papieru z ilustracji, na których były najbardziej kolorowe ptaki. Wybierał najczęściej różne rajskie ptaki, bo miały symbolizować jego nieziemskie uczucie do niej. Nigdy dotąd nie zdecydował się na dopisanie kilku słów naptasim liściku Jego romantyczne usposobienie skłaniało go do tajemniczości i liczył na jej intuicję. Miesiąc maj miał się ku końcowi, dziewczyna uzyskała już ładną opaleniznę koloru brzoskwiniowego. Nie wykazała jak dotąd żadnego zainteresowania tymi rajskimi posłańcami. Któregoś dnia student zauważył na podwórzu w Kubie na śmieci całą stertę wysypujących się zmiętych papierowych ptaków, które na próżno wysyłał do swej wybranki. Postanowił jeszcze raz wysłać swego posłańca. Pełen desperacji wybrał tym razem ilustrację ze zwykłym wróblem. Chciał swej wybrance powiedzieć, że lepszy Wróbel w garści, niż najładniejszy ptak na dachu. Gdy dziewczyna opalała się znowu na balkonie, poczuła, ze coś dotknęło jej włosów. Szybkim ruchem sięgnęła po papierową składankę i zaraz ją rozwinęła. Odezwała się bardzo naburmuszona: Co za wstrętne ptaszysko, taki zwykły wróbel. Na te dotychczasowe można było przynajmniej popatrzeć z przyjemnością, nim je wyrzucałam do śmieci. Szybko złożyła kartkę na powrót i powiedziała: leć sobie ptaszysko do swoich żywych pobratymców. Papierowy ptak poszybował zaraz w kierunku rozłożystego kasztanowca..
Papierowy ptak poleciał i prawie okrążył drzewo, gdy nagły powiew wciągnął go pomiędzy gałęzie wprost na gniazdo pary wróbli. Samczyk pilnował gniazda i przesuwał znajdujące się tam jajka na sam środek w największe zagłębienie, gdy właśnie usiadł na nich ten nieproszony wróbel-samolocik. Niby to bratni wróbel na obrazku, ale jakiś dziwny, spłaszczony. Potraktował tego intruza jak wroga i błyskawicznie zaczął w niego z całej siły dziobać. Przebił z łatwością papierowe skrzydełka samolociku, powstały w nich dwa otwory, ale te były znacznie głębsze niż wróbel przewidział, bo przebiły skorupki dwu jajeczek, które wróble od kilku dni wysiadywały. Samczyk był tak bardzo bojowo nastrojony, że w swym walecznym zapamiętaniu dziobał i odsuwał ptako-samolocik na sam skraj gniazda aż udało mu się wroga z niego wyrzucić. Ten już teraz nie poszybował tak elegancko, tylko jakimś dziwnym korkociągiem zaczął szybko spadać ku ziemi bo był obciążony dwoma rozbitymi jajeczkami, które przylepiły się od spodu do skrzydeł. Nawet prawdziwe wróble nie potrafią latać ze swoimi jajkami by przenieść je w inne miejsce. Gdy samiczka wróciła do gniazda, nie policzyła o ile mniej potomstwa będą teraz mieli. Było jej jakby trochę wygodniej w gnieździe wysiadywać.
Wieczorem student przechodził w pobliżu drzewa i zauważył na ziemi swój mocno zniszczony samolocik. Pochylił się, podniósł go i zauważył przylepione do niego od spodu potłuczone jajka z małymi jeszcze nie za bardzo wykształconymi pisklętami. Jako przyszły ornitolog wiedział już, że byłyby to takie wróble, jak ten z papierowej ilustracji. Wiedział, że ptaki często wyrzucają część jajek, czy nawet piskląt z gniazda, gdy wyczuwają trudniejsze czasy i nie będą mogły wykarmić młodych. Student przeczuwał tak jak ptaki, że nadszedł też trudny czas dla niego, bo jego wybranka wcale go nie zauważa i nigdy nie będzie mógł z bliska spojrzeć jej w oczy. Pocieszył się, bo przyszło mu na myśl , że ona może wcale nie ma błękitnych oczu, o jakich marzył.
15.05.2013.
Pawikonik
Może gdzieś żyje sobie ów pawikonik, z nazwy tylko podobny do zielonego pasikonika. Ten pawikonik to jednak całkiem inny stwór, a właściwie dwie różne istoty. To jeszcze nie całkiem stara szkapa, która niejeden ścięty, czy powalony świerk z lasu na górskim stoku w dolinę ściągała. Była krępej rasy i dość niska, kiedyś bardzo silny górski konik. Teraz był już na łaskawym chlebie, czasem go tylko zaprzęgano do małego wozu, lub zimą do sań. Na zboczu przed chatą miał do swej dyspozycji kawałek górskiej łąki, była ogrodzona, więc nie potrafił wyjść dalej pomiędzy drzewa, gdzie trawa była bardziej soczysta. Odwiedzał go jednak paw. Ptak, wydawał się olbrzymem, gdy swój ogon nastroszył, to znów był mały, tyle że bardzo długi, bo ciągle powłóczył po ziemi swój ogon za sobą. Swoje wizyty zapowiadał z dużej odległości przeraźliwym krzykiem niosącym się po górskim lesie. To nie jak jeden paw, a jakby ich było wielu, bo echo niosło się od zbocza do zbocza. Paw kręcił się blisko domu i czasem podsłuchiwał, o czym gospodarze mówili. Właśnie złożył wizytę konikowi, tym razem bez głośnej zapowiedzi, bo to co miał do zakomunikowania swemu przyjacielowi, wcale nie było wesołe. Zapowiadało niemiły obrót spraw dla ich obu. Gospodyni powiedziała do swego męża: Jesteśmy starzy oboje, nie mamy już krówki, co mleko dawała, pies ze starości zdechł, a kury zagryzł lis. Zostały nam tylko te dwa bydlęta darmozjady. Koń i paw. Paw nie gęś, mięso ma niestrawne, a pióra trudno sprzedać, bo mało ludzi już paraduje w krakowskich czapkach z piórem. Kark ukręcisz, powyrywasz ptaku wszystkie pióra, te długie zabierzesz na targ i spróbujesz tanio sprzedać. Mięso sprzedaj jakoby z indyka. Weź i konika, zaprzęgnij do małego wozu, to go uciągnie. Jutro w miasteczku jarmark, to może wszystko sprzedaż, konika do rzeźni, a nawet wóz.
Zmartwił się konik i paw, bo coś z rozmowy do nich dotarło. Smutny los czekał obojga. Pomyśleli, ale nic szczególnego im tak od razu na myśl nie przyszło, więc oboje zaczęli głośno krzyczeć z rozpaczy. Paw wydawał swe głośne okrzyki, jakby go już żywcem ze skóry darli, a konik rżał przeciągłym głosem jak jeszcze nigdy. Gospodyni zrobiło się żal zwierząt, była przesądna, wiedziała, że śmierć ma swój zapach, pewno zwierzęta już coś czują. Nie chciała zmieniać postanowienia, tylko jak to bywa ze skazańcami, postanowiła im wydać resztki owsa na pożegnalną ucztę. Powiedziała do męża: Idź stary, nasyp im do koryta, co z owsa zostało, niech mają swoją ucztę skazańców, bo należy im się za lata służby. Tego jednak zwierzęta już nie usłyszały, by mogło ich to choć odrobinę pocieszyć, choć nie uratować.
Gdy tylko zrobiło się ciemno, konik z pawiem szykowali się do opuszczenia nieprzyjaznego miejsca. Pozostał tylko problem wydostania się konika ponad poprzeczką ogrodzenia na zewnątrz. Dwukrotnie próbował nabrać rozpędu i przeskoczyć przez ogrodzenie, ale tuż przed nim zapierał się ostro kopytami w trawie, bo ogarniał go przemożny lęk, że nie przeskoczy, tylko wpadnie z impetem na drąg i połamie nogi. Konik położył się przed ogrodzeniem i zaczął wierzgać nogami, wkopywać się w trawę, tak że wkrótce powstał dołek pod przegrodą. Po chwili udało mu się przedostać pod drągiem i razem z pawiem opuścili zagrodę. Początkowo szedł paw z przodu, a konik za nim. Noc była ciemna bezksiężycowa, więc konik często wchodził na ogon pawie, a ten boleśnie wykrzykiwał za każdym razem. Gdy się zamienili i konik poszedł przodem, paw znowu co chwilę krzyczał, bo po ciemku zaczepiały długie pióra o jakieś krzaki i groziło to ich wyrwaniem. Konik wpadł na pomysł, by paw jechał na jego grzbiecie. Paw uniósł się z trudem w powietrze, ale udało mu się wylądować na grzbiecie konika. Tak wędrowali lasem w górę i w dół, a potem drogą wzdłuż rzeki pośród łąk. Nad ranem, po długiej wędrówce konik był bardzo zmęczony. Paw siedział cicho, nie odzywał się wcale, bo całą drogę przesypiał. Z nad rzeki snuła się gęsta mgła. Nastawał szary świt.
Paw się już obudził i usiłował z grzbietu konia cos zobaczyć w gęstej mgle. Niedaleko od nich majaczyło się jakieś światełko, więc pokierował konika w tym kierunku. W miarę zbliżania się usłyszeli dość głośne krzyki. Gdy po chwili dotarli do tego miejsca, wyrosła przed nimi chata, gdzie okno było na oścież otwarte, było jasno bo u sufitu paliła się duża lampa naftowa. Przy stole siedziało dwu opryszków, którzy zajadali i popijali. Obok w chlewiku ktoś głośno jęczał i płakał. Widocznie to tam zamknęli gospodarzy. Paw stojący na grzbiecie konia nastroszył swój ogon, Koń stanął na tylnych nogach i to, co dwaj opryszkowie zobaczyli, było jakąś nieziemską zjawą. Paw i koń stali się jednym olbrzymim jakby przedpotopowym stworem wyłaniającym się z gęstej mgły. Do tego doszły przeraźliwe ryki wydawane przez oba zwierzęta. Dwu oprychów było tak przerażonych, że pędem pouciekali z izby i gonili prawie na oślep w kierunku wody, gdzie jeśli się nie potopili, to dużo wody nałykali i sporo strachu najedli.
Ten pawi-koński potwór, czy pawikonik zamienił się zaraz w normalnego konika i pawia. Zwierzęta udały się szybko do chlewika, otwarły drzwi i wypuściły przerażonych gospodarzy, którzy im bardzo dziękowali za ratunek. Poczęstowali konika i pawia czym tylko mieli. Zwierzęta były bardzo zmęczone nocną wędrówką i teraz one skorzystały z chlewa, by tam wypocząć. Paw pamiętał jeszcze dobrze jak poprzedni gospodarze się z nimi obejść chcieli. Bał się, żeby teraz ich tu w chlewiku nie zamknięto, więc poprosił żeby nie zamykać drzwi, bo ma zbyt długi ogon, który musi wystawać na zewnątrz.
Zwierzęta dobrze wypoczęły i chciały koło południa wyruszyć dalej. Gdy oznajmiły to gospodarzom, ci zaczęli prosić swych wybawców by pozostali u nich na stałe. Mają u siebie osiołka, który jest smutny, bo nie ma współtowarzysza i mogą przecież przebywać razem. Paw może sobie na dachu siedzieć i krzyczeć, bo nie mają już koguta, który tam piał do woli. Gdy na łąkę nad rzeką przyjdą dzieci z pobliskiego domu sierot, będą się popisywać swymi umiejętnościami, a konik z osiołkiem będzie woził na grzbiecie odważnych. Dla najodważniejszych będzie pokaz strasznego potwora, który nawet groźnych opryszków przestraszył i do ucieczki skłonił. Odtąd żyli paw i konik pośród nowych przyjaciół jeszcze długo i szczęśliwie. Od czasu do czasu stawały się pawikonikiem, czy też koniopawiem.
6.07.2014.
Spóźniona Wigilia
Po wielu wigilijnych spotkaniach z kolegami, malarz przypomniał sobie o czekającej na niego córeczce w pracowni. Obiecał jej wspaniałą choinkę na dzisiejszy wigilijny wieczór. Zaraz rano, gdy wyszedł z domu kupił dużą jodłę. Początkowo nosił ją z sobą, ale pod wieczór, po przedwczesnym świętowaniu wigilii, gdy się rozstawał z kolegami, nie miał już drzewka z sobą. Było już za późno, na kupienie innej choinki. Ulice już opustoszały, zrobiło się ciemno i zaczął padać pierwszy śnieg, tak bardzo oczekiwany przez dzieci. W niektórych oknach można już było zobaczyć rozświetlone choinki.
Gdy wrócił do swej pracowni, spostrzegł, że córeczka zmęczona długim czekaniem na jego powrót spała już głębokim snem na kozetce. Uświadomił sobie dopiero teraz, jak bardzo musiała być zawiedziona, gdy tak długo nie wracał. Nie pozostało mu nic innego, tylko choinkę namalować. Postępował podobnie już dawniej, gdy obiecane wcześniej prezenty darował jako namalowane obrazki. Nie zawsze mogły one stanowić ekwiwalent wymarzonego przedmiotu. Obrazki z Krakowa zamiast obiecanej tam wycieczki, potrafiły cieszyć, ale namalowana piłka już mniej. Dziś w wigilię miało być inaczej, ale i tym razem zawiódł. Chciał, żeby córeczka cieszyła się naprawdę tego wieczoru. Tym razem czekały prawdziwe prezenty. Pracująca w dalekiej Irlandii mamusia dziewczynki przysłała dużą paczkę z zabawkami. On kupił dla córeczki wspaniałą lalę w stroju krakowskim. Może po przebudzeniu będzie choć nie całkiem, to jednak prawie tak, jak tego córeczka oczekiwała.
Brak choinki postanowił naprawić po swojemu. Pospiesznie zabrał się do pracy. Zamocował ostatni duży kawał zagruntowanego płótna w dużym oknie pracowni. W pośpiechu zaczął malować. Na bieli płótna zaczęła się pojawiać najpierw jedna okazała choinka, a potem kolejne mniejsze i większe, jedne bliżej, inne dalej. Powstał cały las w śnieżnej szacie. Jeszcze nigdy nie namalował czegoś tak realistycznie, bo na co dzień malował wyłącznie obrazy abstrakcyjne, których nikt nie kupował. Bardzo chciał, aby w ten wieczór córeczka była szczęśliwa mimo tak bardzo spóźnionej już wigilii. Postanowił, że na wszystkich choinkach w namalowanym lesie zapłoną światełka. Noc wigilijna już minęła, nastał słoneczny poranek za zaciemnionym oknem. Porobił więc w malowidle mnóstwo otworków, tak że las zaświecił się udekorowany jakby licznymi lampkami. Malarz był już bardzo zmęczony, gdy usiadł przed swym dziełem. Powyjmował ze schowków prezenty i ułożył je na parapecie okna. Tym razem były wszystkie prawdziwe, co córeczka po obudzeniu się od razu zauważyła. Prezenty leżały nie pod jedną choinką, a w całym lesie. Szybko przygotował śniadanie świąteczne, które teraz miało udawać wigilijną kolację. Córeczce wydawało się mimo przespanej już nocy, że ten oczekiwany wieczór trwa nadal. Choć było południe, to i jemu się tak wydawało, bo był już bardzo zmęczony. Zasnął zadowolony, gdy widział radość córeczki gdy tuliła cichą kolędą swą nową lalę do snu.
Katowice, w grudniu 2004
Słowik i rybka
To nie zaczynało się tak, jak zwykle w bajkach, że pewnego razu... Ten słowik przelatywał bardzo często ponad rzeczką z olchowego gaju na drugą stronę do lasku brzozowego. Ciągle jeszcze nie był zdecydowany, gdzie zbudować gniazdo. Sypiał niewiele podczas majowych nocy, bo wytrwale doskonalił swój śpiew. Nikt mu nie wtórował. Przebywał sam w tej okolicy. Próbował w czasie swych koncertów powtarzać zeszłoroczne pieśni słowicze, ale nikt się do tej pory nie odezwał. Jego tegoroczne kląskania stawały się coraz mniej pogodne. Ciągle przelatywał nad rzeczką to na jedną stronę, to na drugą. Zmęczenie powodowało, że latał coraz niżej i czasami prawie dotykał piórkami powierzchni rzeczki. Widział wtedy w blasku księżyca swoje odbijające się blade słowicze oblicze w wodzie. Odzywał się już coraz rzadziej. Jeśli zaśpiewał, to był to najsmutniejszy śpiew słowiczy w tej okolicy.
Właśnie nastała pełnia. Słowik już od wschodu księżyca siedział na sterczącej nad rzeczką gałęzi drzewa. Próbował śpiewać, ale to co z siebie wydobył, było tak ciche, że nawet łagodny szmerek fal rzeczki stłumił te dźwięki. Słowik wpatrywał się w olbrzymi, pomarańczowy księżyc, gdy nagle usłyszał pod sobą plusk. To wyskoczyła z wody mała rybka, która była co prawda całkiem zwykłą rybką, ale w blasku księżyca wydawała się złota Taka, o jakich opowiadała stara sowa. Takie rybki żyją daleko stąd, w wielkiej wodzie, do której wszystkie małe i duże rzeki wpływają.
Słowik od razu odzyskał swój normalny głos i wydobył z siebie tę dawną piękną i tęskną melodię. Wyglądało jakby śpiewał do księżyca, ale to nie księżyc rzucił na niego jakiś przemożny czar, a mała rybka, która wyskoczyła z wody i unosiła się nieruchomo przez chwilę w powietrzu. Gdy słowik przerwał na krótki moment swój śpiew, aby nabrać powietrza, rybka zanurzyła się na powrót w wodzie. Słowik próbował zaraz rybkę przywołać swym coraz bardziej tęsknym śpiewem nad powierzchnię wody. Po chwili rybka wyskoczyła jeszcze wyżej nad wodę i znów przez chwilę utrzymała się nieruchomo przed śpiewającym słowikiem, który wiedział, że odtąd będzie śpiewał już tylko dla złotej rybki. Te krótkie momenty sprawiły, że oboje zrozumieli coś, o czym do tej pory nie wiedzieli. To były narodziny uczucia, wzajemnej tęsknoty i pragnienie aby być blisko siebie. Ptak w czasie lotu obniżał się tak nisko jak tylko mógł nad wodę, a rybka unosiła się możliwie długo w powietrzu, ale tak naprawdę były to nazbyt krótkie momenty. Nigdy słowik nie dośpiewał rybce swej miłosnej pieśni do końca, bo już musiała wracać do wody. Czasem próbował zanurkować, ale nigdy nie udało mu się zanurzyć głębiej do niej, a rybce dłużej pozostać z nim nad wodą. Słowik zabrał się do budowy gniazda na gałęzi nad samą wodą. Gdy padał deszcz odsłaniał wejście do gniazda tak, aby krople wody wpadały do środka i powstał mały zbiorniczek z wodą dla rybki. Gdy już wody było dość dużo, zaczynał swoim śpiewem przywoływać rybkę do gniazda. Niestety, zanim rybka uniosła się na tyle wysoko, aby dotrzeć do gniazda, woda przez nieszczelne ścianki powolutku, ale jednak wyciekła.
Rybka na swój sposób próbowała ułatwić słowikowi zanurzenie się z nią w wodzie, kręciła ogonkiem, aż powstawał niezbyt głęboki lej. To też nie pomagało, bo woda szybko wygładziła ten otwór zanim słowikowi udawało się w nim zanurzyć.
Choć oboje tak bardzo do siebie tęsknili, nigdy nie mogli być ze sobą dłużej, niż na bardzo króciutkie chwile. Ani jedno, ani drugie nie potrafiło żyć w świecie drugiego. Księżycowe noce się skończyły i słowik przestał śpiewać, a rybka wyskakiwać z wody. Łuski rybki straciły swój złoty blask, zrobiły się szare i słowik nie dostrzegał już małej rybki nocą.
Nadeszło lato i nastały upały. Od dłuższego czasu nie spadła ani kropla deszczu. Rzeczka zaczęła szybko wysychać. Na środku pozostała tylko mała struga stojącej wody, bez jednej rybki. Słowik wzleciał wysoko w górę ponad wierzchołki drzew i zobaczył daleko pod horyzontem wodę błyszczącą w słońcu, a może nawet połyskujące w niej rybki. Może wyruszyły tam na poszukiwanie wielkiej wody, gdzie gromadzą się wszystkie złote rybki, o których opowiadała sowa.
Jak wiadomo, słowiki pod koniec lata odlatują daleko na południe, uciekając przed zimą. Ten słowik myślał tylko o rybce, która była dla niego najbardziej złotą ze wszystkich rybek. Poleciał tym razem nie na południe, a nad rzeczką, potem zaś nad coraz większą rzeką daleko na północ. Gdy dotarł nad wielką wodę, było już bardzo zimno. Słowik opadł całkowicie z sił i nie był już w stanie poderwać się do lotu. Pozostał nad brzegiem wielkiego morza i skurczony drżał z zimna. Znów była pełnia księżyca i słowik zobaczył niedaleko brzegu wyskakującą z wody rybkę. Połyskiwała złotym blaskiem jak dawniej. Bardzo się ucieszył, bo był przekonany, że to ta jego złota rybka. Ostatnim wysiłkiem spróbował zaśpiewać, ale już nie wydobył z siebie żadnej pieśni, tylko osunął się martwy na piasek.
Za chwilę nadleciała i usiadła tuż obok niego jakaś duża mewa i trzymała w dziobie połyskującą w świetle księżyca małą rybkę. Mewa nie była zbytnio uważna i rybka jej wypadła z dzioba. Wtedy chmura przysłoniła księżyc. Rybka leżała tuż obok słowika i była niewidoczna dla mewy. Nocą spadł pierwszy śnieg i przykrył białym, mroźnym całunem słowika i rybkę. Niedługo potem wielka sztormowa fala zabrała tę parę tkwiącą w najgłębszym ze snów na zawsze w głębiny wielkiej wody.
Lipiec, 2005