Józef Krupa — Pisarstwo

opowiadania · bajki · wspomnienia · historyjki

Zestaw opowiadań

Bolonia

Bolonia - Bieruń

W 1943 roku, po klęsce stalingradzkiej Niemcy powoływali coraz częściej Ślązaków do Wehrmachtu. Także tych, z tą gorszą odmianą Volkslisty. Alojzy Jarosz z Bierunia otrzymał powołanie do wojska w na początku marca. Nic nie pomogło jego odwołanie się, że ma już czwórkę dzieci na utrzymaniu, a lada dzień urodzi się piąte. Tym razem po czterech chłopcach urodziła się dziewczynka, ale o tym Alojzy dowiedział się dopiero po kilku tygodniach z listu żony. Córeczkę zobaczył dopiero w rok po wojnie.

Alojzy miał szczęście, bo nie dostał się na front wschodni do Rosji, a do Francji, gdzie ostatecznie znalazł się niedaleko Toulon nad Morzem Śródziemnym. Odbywał służbę w artylerii ochrony wybrzeża. Przez długi czas trwał tam spokój. Po wielkiej inwazji na wybrzeżu Normandii alianci wylądowali w sierpniu 1944 także na południu Francji. Po silnym zbombardowaniu niemieckich pozycji walki nie trwały zbyt długo. Alojzy był w bunkrze wraz z trzema kolegami z Alzacji, bardziej Francuzami niż Niemcami. Oni też nie byli zbyt chętni, by walczyć za hitlerowskie Niemcy. Poddali się szybko wywieszając biały ręcznik. Mieli pecha, bo żołnierzom amerykańskim nie spieszyło się, by ich wziąć do niewoli. Z bunkra obok przybiegł fanatyczny młody porucznik by ich rozstrzelać za dezercję. Gdy wydawał im rozkaz ustawienia się pod ścianą bunkra, upadł nagle postrzelony. Nastała cisza, nikt już nie strzelał, zaraz zjawili się czarni Amerykanie. Zorientowali się, że czterej niemieccy żołnierze byli już bez broni i nie wykazywali zbytniej ochoty do walki, bo działo z ich bunkra milczało. Pogoniono ich zaraz do miejsca zbornego jeńców. Dla Alojzego wojna po niemieckiej stronie się skończyła, ale nie całkiem nastał pokój dla niego.

Wkrótce zaczęli się pojawiać w obozie oficerowie werbunkowi z armii Andersa. Przekonywali Polaków z armii niemieckiej, by przystąpić do służby w polskim Drugim Korpusie. Nie spotka ich żadna kara za służbę w niemieckiej armii. Alojzy Jarosz zgodził się, bo kalkulował, że nim wyruszy z nową armią na front, wojna się szybko skończy. Było pewne, że z Ziemi Włoskiej do Polski nie oni pierwsi dotrą, a Armia Czerwona. Minęło parę miesięcy służby w nowej armii. Dostał się do 3 dywizji Strzelców Karpackich, gdzie zaprzyjaźnił się z innymi kolegami ze Śląska, którzy przeszli podobną drogę jak on. Najbardziej dokuczał mu brak kontaktu z domem. Dopóki był w niemieckim wojsku, listy docierały, choć ostatnio Feldpost też działała z dużym opóźnieniem.

Z początkiem 1945 roku Alojzy dowiedział się, że niedługo wyruszą na front. Niemcy stawiali jeszcze silny opór, już było dawno po zwycięskiej bitwie pod Monte Cassino, Polacy parli w ramach 8 angielskiej armii coraz dalej na północ. Rozstrzygające walki czekały Polaków pod Bolonią. 9 kwietnia, po kilkugodzinnym przygotowaniu artyleryjskim, 3 Dywizja Strzelców Karpackich rozpoczęła forsowanie rzeki Senio. Jedna z fal własnych bombowców przez pomyłkę zbombardowała dywanowo oddziały własnej dywizji. Byli zabici i ranni. Pośród ostatnich znalazł się także Alojzy, choć rana była lekka, dostał odłamek w prawą dłoń. Nie było to na szczęście groźne i rokowało szybkie wyleczenie. Po dwu tygodniach wrócił w ograniczonym zakresie do służby. Pełnił służbę wartowniczą, a tymczasem jego bronią był tylko gwizdek.

21 kwietnia 9 Batalion Strzelców Karpackich, w którym Alojzy pełnił służbę wkroczył jako pierwszy do Bolonii i nad miastem zawisła polska flaga. Entuzjazm ludności był przeogromny, nieudawana wdzięczność dla wybawców, słowa Polonia i Bolonia mieszały się z sobą. Kobiety szalały na punkcie Polaków, bo byli inni od Włochów, okazywali damom szacunek i większą wytrwałość w zdobywaniu względów, choć wcale nie byli mniej zaborczy od Włochów. Zachowywali się jednak z dużą elegancją. Niejedna Włoszka uległa zauroczona, nie potokiem słów, bo istniała zasadnicza przeszkoda językowa, ale znakomicie odgrywanymi rolami niemymi. Polskie oddziały zatrzymały się na jakiś czas w okolicy Bolonii. Nastrój był radosny, była wiosna i 8 maja zakończyła się wojna. Trwało długie świętowanie. Alojzy wraz z kolegami z jednostki przebywali poza Bolonią, w okolicy rolniczej, gdzie było dużo winnic. Przy niejednej szklanicy wina nawiązywały się polsko włoskie przyjaźnie i niejeden romans. Niejedna nowa miłość miała tu swój początek.

Alojzy nie był zaborczy, nie należał do tych, którzy ulegali czarowi urody Włoszek. Był co prawda mężczyzną w wieku czterdziestu lat, wieku, w którym u niejednego budzi się powtórnie chęć bycia macho. On jednak często myślał o swej żonie i dzieciach. Tęsknił za nimi tym bardziej teraz, gdy skończyła się wojna. Coraz częściej zastanawiał się nad powrotem do kraju. Wraz z młodszym kolegą Janem Rosą pomagali w wolnych chwilach dwom urodziwym Włoszkom przy pracach w winnicy. Były to matka z córką. Kolega podkochiwał się w młodszej z pań, ale ta była zainteresowana spokojnym Alojzem. Chętnie przebywała w jego pobliżu. Może przypominał jej nieżyjącego ojca? Jej matka najwyraźniej uwodziła urodziwego i młodszego z Polaków, choć ten zauroczony był jej piękną córką, która miała na imię Anna, tak samo jak żona Alojza. Ta zbieżność imion powodowała, że Alojz nie ulegał czarowi młodej dziewczyny, bo coraz częściej myślał o żonie, o dzieciach. Kiedyś przed laty poznał swoją Annę, gdy była taka, jak teraz młodsza Włoszka. Alojz unikał momentów, by przebywać z młodziutką dziewczyną sam na sam. Pod koniec maja potrafił już sklecić kilka włoskich zdań. Szło mu to znacznie gorzej, niż młodszemu koledze, który już przeszedł z Armią Andersa całą kampanię włoską. Teraz zapisał się do utworzonego w Bolonii polskiego gimnazjum dla żołnierzy, by móc je ukończyć i zdać maturę. Janek, bo tak mu było na imię uczył się również języka włoskiego. Potrafił już o tym i owym porozmawiać z Włoszkami. Alojzy nie palił się do nauki języka, bo przy pierwszej nadarzającej się okazji zgłosił już chęć powrotu do kraju. Oficerowie przekonywali takich jak on, że niedługo wrócą wszyscy jako Wojsko Polskie do kraju, a tymczasem grozi im tam po powrocie wywózka na Sybir. Opisywali w najczarniejszych barwach sytuację w Polsce pod panowaniem komunistów. Dla Alojza przemożna chęć połączenia się z rodziną była jednak silniejsza, zwłaszcza że nie widział dotąd swej córki, którą też miała na imię Ania jak żona. Janek wyjawił decyzję Alojzego starszej Włoszce. Widziała, że u córki rodzi się jakieś uczucie do starszego z Polaków i próbowała temu przeciwdziałać aranżując sytuacje sprzyjające raczej zbliżeniu się młodych. Przestała umizgiwać się do Janka, bo zobaczyła w nim kandydata na męża dla córki. Zbliżał się termin wyjazdu Alojzego i wszystkich tych, którzy zostali zdemobilizowani. Mieli się wpierw udać do Anglii. Termin wypłynięcia był ustalony, przedtem jednak obie Włoszki chciały pożegnać sympatycznego Polaka, który postanowił wracać do kraju, do rodziny.

Pod wieczór przedostatniego dnia pobytu Alojzego nastąpiło wspaniałe przyjęcie. Starsza Włoszka popisała się swymi umiejętnościami i dała smakowity pokaz włoskiej kuchni. Nie brakowało również wina własnego wyrobu. Na początku było trochę smętnie, bo to przecież pożegnanie przyjaciół. Pożegnanie na zawsze. Mimo że Janek dzięki swym coraz doskonalszym umiejętnościom językowym próbował wprawiać Annę w dobry humor, to na jej twarzy pojawiał się smutek. Jakieś nieuświadomione do końca uczucie. Tęsknota za ojcem, którego brak odczuwała przez tyle lat, czy też nowa tęsknota za bliskością mężczyzny budzącego zaufanie, bo podobnego do ojca. Rozmowa się nie kleiła, nie potrafili się porozumieć w sprawach, które ich gnębiły. Wszyscy coś mówili do siebie, ale były to raczej krótkie monologi. Wypili sporo wina, którego było aż nadto. Nastała noc, alkohol zrobił swoje. Alojz najszybciej opadł z sił, stał się bardzo senny, widać było, że nie dojdzie do obozu. Janek, jako młodszy był w lepszej formie. Gospodyni zaproponowała Alojzowi by się przespał i zaprowadziła go do pokoiku obok. Jej córka wyszła też niedługo. Matka pozostała z Jankiem i zaciągnęła go po chwili do swej sypialni do wspólnego łoża.

Alojzy obudził się o świcie całkowicie trzeźwy i zobaczył, że obok niego śpi przytulona młoda Włoszka. Zaskoczyło go to, bo dotąd nie próbował jej uwodzić, nie przyszło mu na myśl, aby się z nią przespać. Nie, żeby nie doceniał jej urody, ale coraz usilniej myślał o żonie i o rychłym powrocie do niej.

Teraz po nocy był oszołomiony, czyżby się z nią przespał? Czy upojenie winem było tak silne, że niczego nie pamiętał? Chciał od tych myśli uciec jak najdalej, uciec od pięknej uwodzicielki. Jak najdelikatniej odsunął dziewczynę od siebie. Zobaczył, że jest całkiem naga. Dotarła do niego błyskawiczna myśl, że ta obca Anna ma takie same krągłe piersi jak kiedyś jego Anna, gdy była w jej wieku. Dopiero po chwili uświadomił sobie że jest też rozebrany. Po cichu opuścił pokój, dom, nawet nie szukał kolegi. Nikt go nie zauważył, gdy wychodził. Nawet pies nie zaszczekał, gdy opuszczał podwórze. Podleciał tylko na moment do niego, uniósł się na tylne łapy i polizał go po dłoniach. Do południa spotkał się z Jankiem, który wręczył mu podarunek od Włoszek, szklany baniak pełen wina. To miało być na drogę, na morską podróż do Anglii, bo do Polski chyba nie dotrwa. Gdy Alojzy patrzał na znikający port, na włoskie wybrzeże, próbował sobie przypomnieć co wydarzyło się tamtej nocy. Niczego nie pamiętał, chciał to jak najszybciej wymazać ze świadomości. Wiedział, że wkrótce wróci do dawnego życia, do kraju, do żony do dzieci, do swoich.


Na początku czerwca 1973 roku pojawił się w sekretariacie dyrekcji nowo zbudowanej fabryki Fiat w Tychach młody włoski inżynier z macierzystej fabryki w Turynie. Przedstawił się sekretarce jako Giancarlo Rosa. Wymawiał swe nazwisko po włosku, ROZA – róża. Sekretarka mówiła dość dobrze po włosku, więc przekazała bez trudu wszelkie informacje wstępne przystojnemu Włochowi i umówiła go zaraz z dyrektorem naczelnym na następny dzień. Powiedziała, że będzie przy tym obecna jako tłumacz. Uśmiechając się zalotnie, powiedziała do Giancarla po włosku, jestem Anna. Włoch odezwał się na to po polsku, jestem Janek. Ucałował Annę szarmancko w dłoń, rzucił wesoło arrivederci i udał się pod wskazany adres pokoju gościnnego. Sekretarka Anna była uroczą dziewczyną mniej więcej w jego wieku, przypominała mu jego ulubioną włoską aktorkę Lucię Bose.

Następnego dnia na naradzie u dyrektora Giancarlo rozmawiał wyłącznie po polsku, bo sekretarka przekazała wcześniej tę informację dyrektorowi, że Włoch zna język polski. Młody inżynier oznajmił, że tak naprawdę, to jest tylko w połowie Włochem. Jego ojciec nazywał się Jan Rosa, walczył pod Monte Cassino i wyzwalał Bolonię. Był porucznikiem w Armii Andersa, ale wie , że o tym się tu w Polsce teraz raczej niechętnie wspomina. Nie wrócił po wojnie do kraju, ożenił się tam z Włoszką, jego matką i już do Polski nigdy nie wracał, bo nie miał tam rodziny. Jego bliscy jak i on zostali na początku wojny wywiezieni przez Rosjan na wschód i tam zaginęli. On wrócił z powstającą w Rosji Armią Andersa i potem przeszedł z nią włoski szlak bojowy. Na terenie fabryki samochodów w budowie, Giancarlo zdołał się umówić z Anną po pracy na kawę. Miał nadzieję, że Anna zgodzi się na nawiązanie nieco bliższego kontaktu z nim. Giancarlo dysponował już samochodem służbowym, miał pierwotnie otrzymać nowego „dużego” Fiata, ale poprosił o nowego Malucha, z tych produkowanych już w Bielsku Białej. Zaproponował Annie, że odwiezie ją do domu, a po drodze wstąpią na kawę, ona ma tylko zaproponować dokąd. Anna powiedziała Jankowi gdzie mieszka, bo gdy byli sami, zwracała się do niego po polsku, per panie Janku. Opisała mu małe miasteczko o nazwie Bieruń. Rozmawiali dość długo w małej kawiarence gdzie się zatrzymali. Siedzieli na tarasie i nim się spostrzegli nastąpił wieczór. Janek musiał dużo opowiadać o Włoszech, nawet o swoich stronach rodzinnych pod Bolonią i o samej Bolonii. Anna nie wyjawiała mu jednak powodu swych włoskich zainteresowań. Oboje wyczuwali, że nie tylko włoskie tematy ich zbliżają. W najbliższych dniach nie mieli jednak zbyt wiele czasu, by kontynuować rozmowy, bo w fabryce nastał gorący i nerwowy czas rozruchu produkcji maluchów, tego prezentu Gierka dla Polaków pragnących zrealizować sen o motoryzacji.

Anna zdawała sobie sprawę, że jest o ponad dwa lata starsza od Janka. Dotąd nie spotkała swej wielkiej, jedynej miłości. Była pochłonięta studiami. Jako najmłodsze dziecko miała jeszcze czterech braci, którzy się wyprowadzili z dość ciasnego domu rodzinnego. Rodzice byli już starszymi ludźmi, nieco schorowanymi, więc poczuwała się w obowiązku zaopiekowania nimi. Mieszkała z nimi razem. Sprawy damsko męskie traktowała dotąd jako chwilowe flirty. Wydawało się, że jeszcze na studiach zaczęło coś iskrzyć, że się zwiąże na stałe z chłopakiem, ale podjęta praca w bielskiej fabryce Fiata pochłaniała ją bez reszty, a dojazdy do Bierunia zabierały też sporo czasu. Teraz przyjęła pracę w Tychach i dojazdy jej się znacznie skróciły. Ostatnio, gdy ruszyła produkcja, zaczęła się częściej spotykać z Jankiem. Trochę się bała kontynuacji tej znajomości, obawiała się uczucia, które nie rokuje trwałości. Janek jest tu tymczasowo. Niedługo zostanie znów przeniesiony do Włoch, bo jest włoskim obywatelem. Jej byłoby trudno z nim wyjechać. Ojciec jest już bardzo nękany chorobą Alzheimera, a matka coraz trudniej sobie radzi. Janek niczego dotąd nie sugerował. Zauważyła u niego głęboki związek uczuciowy z matką, z którą często rozmawiał telefonicznie.

Wkrótce nadarzyła się okazja wspólnego wyjazdu służbowego do Włoch. Dyrektor miał wizytować zakłady w Turynie, a Anna jako sekretarka i tłumaczka miała mu towarzyszyć. Z nimi miał także pojechać Giancarlo Rosa, jako ich włoski opiekun. Nie było pewne, czy jeszcze wróci z nimi do Polski. Istniało jednak duże prawdopodobieństwo jego ponownych wizyt w Tychach. Anna nie obiecywała sobie wiele, nie była jeszcze pewna, czy to już miłość, czy jeszcze jedna fascynacja, która też przeminie, bo uwarunkowana niesprzyjającymi okolicznościami. W samolocie mieli dużo czasu na rozmowy. Siedzieli obok siebie. Annę ta bliskość cieszyła, zaczęła odczuwać jakąś łączność z Jankiem. Rozmawiali, jakby to robili z sobą od lat. Nabrali do siebie zaufania. Właściwie, to wiedzieli, że dyrektor ich nie podsłuchuje, bo mówili ze sobą po włosku, niby po to by Anna mogła się lepiej wprawiać w rolę tłumaczki. Anna wyjawiła Jankowi, że jej fascynacja Włochami bierze się między innymi stąd, bo jej ojciec też przebywał w czasie wojny we Włoszech, miał tam i swój epizodyczny pobyt w Armii Andersa. Wrócił jednak zaraz po zakończeniu wojny do kraju, do swoich. Anna miała wtedy trzy lata, gdy po raz pierwszy zobaczyła ojca po wojnie. Te opowieści włoskie ojca nie były wspomnieniami wojennymi, a raczej jakimiś relacjami z niechcianej podróży. Niewiele było o ludziach, więcej o krajobrazie. Dla niej Włochy to bella Italia. W domu nie wiodło się zbyt dobrze, nie było biedy, ale doznawała różnych ograniczeń. Przez jakiś czas po wojnie ojciec uchodził za podejrzanego z powodu swych wojennych powikłań, więc nigdy nie otrzymywał lepszej, bardziej intratnej pracy na kolei, gdzie przepracował szmat życia prócz tych lat wojennych. Żyli skromnie. Anna nie była jeszcze nigdy za granicą, więc przeżywała obecny wyjazd bardzo emocjonalnie. Był to też jej pierwszy lot samolotem. Nad Alpami weszli w rejon burzowy, więc było trochę nagłych spadków wysokości i wtedy szukała jakiegoś bliskiego oparcia się na Janku. Było to mimowolne, z prawdziwego lęku. Annie nie przyszło by na myśl wykorzystać to za pretekst do przytulenia się. Coś ich coraz bardziej zbliżało do siebie, choć sobie tego nie uświadamiali.

Po kilku dniach pobytu służbowego w Mediolanie, po zwiedzaniu miasta, zrobieniu zdjęć przed katedrą, którą Anna się bardzo zachwyciła, rozstali się na dwa dni z dyrektorem. On został zaproszony z prywatną wizytą do jednego z dyrektorów Fiata, a Giancarlo zaprosił z polecenia swej matki Annę do ich domu pod Bolonią. Tu we Włoszech Janek już nie jeździł małym Fiatem, a swoim szybkim Ferrari. Podróż do Bolonii minęła Annie w mgnieniu oka. Była oszołomiona widokami, które przesuwały się jak w kalejdoskopie. Oglądała teraz w rzeczywistości to, co znała ze studiów i podziwiała w różnych prospektach i przewodnikach podróży. Tymczasem omijali miasta, nigdzie się nie zatrzymywali, Giancarlo wręcz pędził do siebie do domu. Chciał jak najszybciej przedstawić polską Annę swej mamie Annie. Był ciekaw, jak oceni jego wybrankę, choć ta jeszcze o tym nie wiedziała.

Matka Giancarla - Janka była zachwycona uroczą Polką, obie panie od pierwszego momentu połączyła jakaś nitka wzajemnej sympatii. Giancarlo chciał Annie jak najwięcej pokazać. Pierwszego dnia pojechali do Ferrary, tam o krok już było nad Adriatyk. Czas im mijał szybciej niżby chcieli. Matka Janka chciała z nimi pojechać, bo cieszyła ją rozmowa z ewentualną przyszłą synową. Giancarlo musiał ją z całych sił przekonywać, by pokazała swój kunszt włoskiej gospodyni i przygotowała uroczystą kolację. Janek chciał się wtedy Annie oficjalnie oświadczyć.

Przed kolacją trwały jeszcze ostatnie przygotowania, w których Anna chętnie poszła pomagać matce Janka w kuchni. Była to okazja do porozmawiania. Obie pani czuły do siebie nieukrywaną sympatię. Starsza Anna zaaprobowała tę młodszą dla syna, choć ta nie przeczuwała jeszcze, co przy kolacji miało nastąpić. Młodsza w skrócie opowiedziała o swej rodzinie, o tym że pochodzi z Bierunia, że jej ojciec Alojzy przebywał w czasie wojny tu we Włoszech w tych okolicach i w Bolonii, że brał udział w wyzwalaniu tego miasta w kwietniu 1945 roku. Że był ranny w rękę. Dodała, że ojciec wspominał też o młodszym koledze z wojska, z którym pomagał dwom Włoszkom w gospodarstwie. Nie pozostał jednak we Włoszech jak ów kolega i szybko zgłosił się na powrót do Polski, tak że wkrótce opuścił Bolonię. Coś zaczęło Włoszkę niepokoić. Przeprosiła wszystkich i pobiegła do swej sypialni. Sięgnęła do drewnianej szkatułki, gdzie przechowywała stare listy. Był też ten z 1946 roku wysłany do Polski do Alojzego Jarosza bez pełnego adresu, tylko z nazwą miejscowości Bieruń i nazwą kraju: Polonia. To był zwrot z dopiskiem adresat nieznany. Nie pamiętała już nazwiska Alojzego, a niedoszła synowa nie przedstawiała się nazwiskiem, a jako Anna. Otwarła list i zabrała go z sobą. Nie poszła do młodej Polki, a do syna. Oznajmiła mu, że Anna nie może zostać jego narzeczoną, bo jest jego przyrodnią siostrą. Jego ojcem nie jest Jan Rosa, a Alojzy ojciec Anny. W 1945 roku była w nim zakochana, uwiodła go w pożegnalną noc, upojeni winem przespali się. W wysłanym liście do Alojzego było o tym, że zaszła z nim w ciążę, o czym Alojzy nie zdołał się już nigdy dowiedzieć Przeżyła wstrząs. Zawdzięcza to matce, że doszła do siebie i dzięki zręcznym knowaniom matrymonialnym, szybko poślubiła młodszego z Polaków Jana Rosę i w końcu została szczęśliwą matką, a Jan w swym najgłębszym przekonaniu ojcem Giancarla. Jan Rosa nie cieszył się zbyt długo młoda żoną i synkiem, którego uwielbiał, bo zginał w katastrofie samochodowej, gdy syn miał zaledwie siedem lat. Wychowywała go sama matka.

Po tej decydującej rozmowie z synem, który przeżył głęboki szok. Szybko usunął się do swego pokoju i unikał niedoszłej narzeczonej. Ania poczuła się dziwnie, bo wyczuła że wydarzyło się coś istotnego, wynikało to też z nastroju mamy Giancarla-Janka. Po chwili podjęła się tej drugiej trudnej rozmowy z Anną, swoją imienniczką o której już zdążyła pomyśleć, jak o swej przyszłej synowej. Zamiast radości, nagle wróciło z dalekiej przeszłości wielkie rozczarowanie dla wszystkich. Jeszcze przed chwilą Ania obiecywała sobie po dzisiejszym wieczorze, że na pewno nastąpi jakiś przełom w rozwoju ich chyba wzajemnych uczuć. Stało się coś niespodziewanego. Utraciła wspaniałego ukochanego mężczyznę, Giancarla, ale odnalazła w nim brata Janka. Była to smutna kolacja, ale też w końcu częściowo radosna. U jednej i u drugiej Anny nastąpiły dotąd nieznane pomieszania uczuć.

Następnego dnia zwiedzali Florencję, Anna inaczej patrzała na przyrodniego brata. Było to trudne, przyzwyczaić się do tej zmiany. To już teraz inne uczucie, które ich miało odtąd łączyć, zostało pozbawione kolorytu damsko męskiego. W pozostałym czasie było mniej rozmów o Włoszech. Wracały polskie tematy. Janek postanowił jak często tylko będzie mógł, przyjedzie do Polski. Chce tam poznać rodzinę, swego dotąd nieznanego ojca, choć ten już nikogo z bliskich sam nie rozpoznawał i pewno o nim się już nigdy nie dowie. Pozna natomiast czterech przyrodnich braci. Janek chciał tak bardzo mieć rodzeństwo. Ma je teraz w Polsce. Myślał też by załatwić obywatelstwo włoskie dla swej nowo pozyskanej siostry. Tej dziewczyny, której on Włoch, macho, nigdy dotąd nie pocałował. Na lotnisku pocałował ją pocałunkiem pożegnalnym jak brat siostrę. Dyrektor dziwił się, czemu Ania wraca teraz taka smutna. Pomyślał, że jest pewno bardzo zakochana. Powiedział do niej, pani Aniu niedługo będziemy się domagali od Włochów, by przysłali nam znów inżyniera Giancarla do nas, bo sobie bez niego w Tychach nie radzimy.


W 1975 roku zmarł ojciec Anny, Alojzy. Anna zawiadomiła Giancarla – Janka, który niezwłocznie przyjechał swoim Ferrari. Jego matka bardzo chciała z nim pojechać, ale ze względu na zdrowie nie była w stanie wytrzymać dalekiej podróży. Janek połączył tę podróż ze sprawami służbowymi w Tychach i bielskiej fabryce Fiata, więc miał kilka dni na pobyt w Polsce. Tym razem miał poznać wszystkich swych przyrodnich braci. Oficjalnie był na pogrzebie jako syn przyjaciela ojca z wojska we Włoszech. Anna nie miała dotąd odwagi, by przekazać matce wiadomość, że ona i bracia mają we Włoszech przyrodniego brata. Matka przyzwyczaiła się już do traktowania mężczyzn z otocznia Ani jak przemijające sympatie. Tym razem widziała, że są sobie bliscy, ale tak jakoś inaczej. Nie była nigdy zbyt podejrzliwa, nigdy nie uwierzyłaby w zdradę męża.

Na pogrzebie Janek szedł z Anną, prowadził ją. Złożył na grobie wieniec z samych czerwonych róż. Rosas, róże jak brzmiące po włosku jego nazwisko. Róże pokryte kroplami wody, jak rosa, jego nazwisko po polsku. Na szarfie pisało: Od Jana Rosy z Bolonii. Dla przyrodnich braci pozostał nadal obcym, sympatycznym Włochem, takim dziwnym narzeczonym ich siostry. Na stypie wszyscy byli bardzo mili dla niego. Traktowali go jak swojego.


Po roku od śmierci ojca zmarła matka Ani. Na jej pogrzebie nie było Janka, bo przebywał akurat w USA. Potem stały się jego przyjazdy do Polski rzadsze. Janek często telefonował do Ani, jednak ona wyczuwała, że nie mówi jej jak dawniej o wszystkim. Pomyślała, że może ma kłopoty damsko męskie. Męczyło ją to jego skrępowanie w rozmowach.

W kontaktach telefonicznych zaczęły następować coraz dłuższe przerwy. Trwało to tak do roku 1980. Anna zadzwoniła ostatecznie sama do Włoch, do matki Janka. Gdy usłyszała jej głos, jej pronto Anna, od razu wyczuła, że stało się coś niedobrego. Matka Janka powiedziała tylko, że Janek jest bardzo chory i zaczęła szlochać do słuchawki. Nie zdołała się niczego więcej dowiedzieć. Ania dodzwoniła się swymi służbowymi kanałami do Fabryki w Mediolanie i dowiedziała się, że senior Giancarlo Rosa jest na urlopie chorobowym i przebywa w sanatorium. Otrzymała do niego numer telefonu.

Po licznych rozmowach telefonicznych, które jednak nie wyjaśniły Ani niczego o stanie zdrowia przyrodniego brata, postanowiła wziąć urlop i pojechać do Włoch. Jej dyrektor, który dowiedział się od niej, że inżynier Giancarlo jest poważnie chory, postanowił ułatwić jej wyjazd do Włoch. Była to fikcyjna delegacja służbowa celem wyjaśnienia pewnych dokumentów podpisywanych w Polsce przez włoskiego inżyniera. Anna poleciała samolotem do Mediolanu, a stamtąd udała się do matki Janka w Bolonii. Obawiała się, że Janek może coś ukrywać, jeśli chodzi o stan jego zdrowia. Od matki Janka dowiedziała się, że Janek cierpi na bardzo złośliwą odmianę białaczki. Może go uratować tylko przeszczep szpiku. Potrzebni są dawcy. Nie znaleziono dotąd zgodności u ewentualnych dawców. Anna błyskawicznie pomyślała o sobie i o jej braciach. Są przecież z Jankiem spokrewnieni, są rodzeństwem. Dziwiła się, że Janek nie wyszedł sam z taką propozycją do niej, do jej braci. Natychmiast udała się z matką Janka do niego, do sanatorium w włoskich Alpach. Lekarze przeprowadzili tam konieczne badania szpiku Anny. Niestety, nie mogła zostać dawcą. Wynik był zaskakujący. Nie było żadnej zgodności, co więcej, nie wykryto między Anną a Giancarlem żadnego pokrewieństwa genetycznego. Byli pod tym względem obcymi sobie osobami. To był wielki szok dla Anny i Janka, ale też dla jego matki.

Janek był bardzo osłabiony i lekarze zalecali, aby pozostał pod ich opieką. Wymaga teraz intensywnego odpoczynku, bo znalazł się na skraju wyczerpania nie tylko fizycznego, ale i psychicznego. Obie panie postanowiły wrócić z Jankiem do Bolonii. Czuły potrzebę wyjaśnienia sobie wielu spraw, tych z przeszłości i tego co dalej. Ania zwróciła się po nieprzespanej nocy, zaraz po śniadaniu do matki Janka z prośbą, by pomogła jej przekonać syna, by ją poślubił. Jest gotowa natychmiast wyjść za Giancarla. Nie chce wracać do Polski, być z dala od Janka, a tu pozostać nie ma prawa. Nie jest dla niej ważne, czy Janek ją jeszcze pokocha jak żonę, czy nie. Ona wie ponownie, że darzy go uczuciem, takim jak na początku ich znajomości. Ona chce się nim opiekować niezależnie od jego stosunku do niej. Chce zostać z nim na dobre i na złe. Na zawsze. Anna, matka Janka - Giancarla objęła ją i powiedziała: jeśli nawet utracę syna, zostanie mi synowa, prawie córka.

Pobyt Giancarla w domu nie trwał jednak zbyt długo, bo musiał zostać ponownie hospitalizowany. Obie Anny często go odwiedzały, choć młodsza przebywała teraz częściej w szpitalu teraz już z mężem. Stała się żoną poprzez dokonanie bardzo formalnego zawarcia małżeństwa na terenie szpitala. Ślub w łóżku, ale taki że tylko pan młody w nim sam leżał. Wszystkie emocje, przemiany uczuć utwierdziły Anię, że zostanie z Jankiem do końca.

Mama Giancarla Anna zaczęła któregoś wieczoru snuć wspomnienia. Wróciła do roku 1945, do zakończenia wojny, do szalonych dni radości i świętowania z Polakami. Do dni młodości i budzącej się tęsknoty za mężczyzną. Tak, ów starszy z Polaków podobał się jej, szukała jego bliskości, choć tak naprawdę nie za dużo sobie obiecywała. Wiedziała, że adoruje ją młodszy z Polaków. Po kolacji pożegnalnej, gdy wszyscy już sporo wina wypili, nie pamięta jak to się stało, znalazła się w łóżku starszego Polaka. Niczego nie zapamiętała. Zwierzyła się matce, że może zaszła w ciążę. Ta jej od razu poradziła, by związać się z młodszym Janem, który nadal do nich zachodził i wyraźnie ją adorował. Doszło do tego, że młodzi się przespali, w czym im jej matka pomogła stwarzając odpowiednie okoliczności. Jan był przecież w młodszej Włoszce zakochany. O tamtym miłosnym epizodzie młodej Anny z Alojzym nigdy się nie dowiedział. Alojzy i Anna też nie wiedzieli, czy taki fakt w ogóle zaistniał, gdy obudzili się nadzy obok siebie w łóżku. Wkrótce Anna oznajmiła Janowi, że jest w ciąży. Był bardzo szczęśliwy, że będzie miał dziecko z ukochaną dziewczyną, a ona że jej dziecko będzie miało wspaniałego ojca i oboje postanowili się jak najszybciej pobrać. Niedługo Jan opuścił wojsko, skończył studia w Bolonii. Za swe największe osiągnięcie życiowe uważał, że mają z Anną syna, który wyrósł na zdolnego inżyniera z branży samochodowej, prawie Włocha, Giancarla Rosę, o całkiem po włosku brzmiącym nazwisku, choć było zarazem i polskim o całkiem innym znaczeniu. Janek - Giancarlo rozmawiał z ojcem tylko po polsku, a z matką po włosku. Później rozmawiali z Anią też na przemian w obu językach. Ojciec Janka – Giancarla zmarł, gdy ten ledwo co ukończył studia.


Mimo intensywnych poszukiwań nie znaleziono dawcy szpiku dla Giancarla. Nie było już dla niego ratunku, pobyt w sanatorium był teraz bezcelowy, Giancarla przeniesiono do domu, gdzie żona Ania i matka Anna opiekowały się nim. Czyniły to z największym oddaniem aż do jego ostatnich chwil. Niedługo po śmierci syna, odeszła i matka. Choć samotna, Ania pozostała we Włoszech. Żyła tam w odosobnieniu. Jeden z jej braci wyjechał na fali emigracyjnej ze Śląska do Niemiec i tam się osiedlił. Wraz z żoną mieli wypadek samochodowy, oboje zginęli na miejscu. Zostały dzieci, chłopak i dziewczynka. Po długich sądowych utarczkach udało się Ani uzyskać prawo do wychowania dzieci. Przeniosły się do niej do Włoch, gdzie Anna była dla nich dobrą ciocią i została im prawie mamą. Żyli tam pośród miejsc, bliskich Jankowi. Ania wracała często do Polski. Tam odwiedzała groby rodziców, a we Włoszech męża i teściowej. Nie prowadziła smutnego życia wdowy, bo radość dawały jej przybrane dzieci siostry.


***

2015

Boogie

Boogie – Woogie


Roman przebywał już ponad trzy lata w centrum opieki w malowniczej podgórskiej miejscowości. Czas stał się teraz dla niego pojęciem względnym. Nie istniały dla niego ani dni, ani tygodnie, czy miesiące, rozróżniał zaledwie pory roku. Bardzo przeżywał te chwile, gdy przed paru dniami spadł pierwszy śnieg. To pobielenie jesiennej, szarej codzienności nie trwało jednak zbyt długo. U Romana nastąpiła jakaś dziwna zmiana nastroju. Mówiono, że jest mrukiem, z nikim się tu nie przyjaźni, chodzi jak kot własnymi ścieżkami, a właściwie to jeździ na swym wózku inwalidzkim. Jedna z opiekunek zauważyła, że gdy padał śnieg, siedział cały czas przed oknem, spoglądał nieruchomo i nucił coś po cichu. Po chwili doszła do wniosku, że śpiewa tak po swojemu kolędę Cicha noc. Trudno im było zrozumieć słowa, w jakim języku. Roman mówił i tak bardzo niewyraźnie, tylko z trudem można było się z nim porozumieć. Był chyba bardzo muzykalny, bo melodia brzmiała łagodnie i sympatycznie.

Roman spędził parędziesiąt lat w Stanach Zjednoczonych, dokąd udało mu się nielegalnie wyjechać jeszcze podczas studiów w latach pięćdziesiątych. Tam pracował i skończył studia. Wiodło mu się nieźle, ożenił się z Amerykanką. Mieli jedną córkę. Przez dziesięć lat opiekował się żoną, która dość wcześnie zapadła na Alzheimera. Pod koniec stała się bardzo agresywna i musiał ją oddać do domu opieki. Miała tam luksusowe warunki i on bywał u niej codziennie, choć może nie tyle z nią, co przy niej, osobie przebywającej już w dalekich rejonach myśli ludzi nieobecnych. Po jakimś czasie, Roman zaczął także podążać za żoną w tę krainę nieuporządkowanego bytu. Jeszcze zdążył przyjechać do Polski, za którą tęsknił od dziesiątków lat. Tak bardzo przeżywał ten powrót, że choroba jakby się nieco cofnęła. Nie trwało to jednak długo, bo samotność dawała mu się we znaki. Nie miał już w Polsce rodziny ani kontaktów z dawnymi przyjaciółmi. Lekarz, który się nim tu opiekował, poradził by się udał do prywatnego domu opieki. Romanowi bardzo się spodobał ośrodek w miejscowości podgórskiej i się tam zadomowił na stałe. Teraz po trzech lata pobytu tutaj, na początku adwentu odezwała się znienacka córka mieszkająca na Florydzie. Postanowiła go w Polsce odwiedzić, czego w Stanach nigdy nie robiła. Gnana wyrzutami sumienia, próbowała je uspokoić licznymi prezentami, jakie ze sobą przywiozła.

Podobnie jak kiedyś matka, teraz i ojciec też jej nie rozpoznał. Uznał ją widocznie za amerykańskiego kuriera przywożącego przesyłki, bo mówiła wyłącznie po angielsku. Ona też ojca prawie nie poznała, bo się bardzo zmienił przez chorobę i poruszał się wyłącznie na wózku inwalidzkim. Mówił bardzo niewyraźnie, mieszał polski z angielskim. To nie była już rozmowa ojca z córką, a tylko jakieś przekazywanie sobie komunikatów. Córka nie czekała do świąt Bożego Narodzenia z prezentami, szybko wypakowała je ojcu w pokoju, nawet się już nie pożegnała z ojcem i w pospiechu poleciała do siebie do Stanów. Roman zapomniał natychmiast o córce. Pozostały po niej tylko liczne prezenty. Pośród nich był i przenośny odtwarzacz CD i trochę różnych płyt.

Roman zaczął urządzać w swym pokoju koncerty. Książek już od dawna nie czytał, ale lubił słuchać muzyki. Któregoś dnia zaczął odtwarzać płytę, która okazała się jego ulubioną muzyką z lat młodzieńczych, In the Mood, Glenna Millera. Te rytmiczne dźwięki zmieniały natychmiast jego nastrój, przenosił się w tamten dawno miniony świat muzycznej euforii lat młodości. Rozkołysał go swing. Roman postanowił podzielić się swym radosnym nastrojem ze współmieszkańcami. Usiadł na wózku, zabrał odtwarzacz na kolanach i wyjechał na korytarz. Tam oszołomiony głośną melodią i rytmem Boogie – Woogie wstał z wózka i bardzo nieporadnie zaczął swój taniec.

Poruszał się w jakiś przedziwny sposób, jakby machał wykręconymi rękami i nogami, niczym u jawajskiej kukły o niesamowitej ruchomości stawów dokoła ich osi. Niewiele w tym było gracji tanecznej, a więcej z euforycznego tańca św. Wita. Nie był to jednak taniec. Powstała nagła erupcja ruchu uwięzionego w środku zniedołężniałego już ciałem i duchem starca. Wybuch gwałtowny, został jakby z całą energią wyrzucony w górę i nagle upadł. Nikt z sąsiadów, którzy się zdołali na swych wózkach wychylić spoza drzwi swych pokoi nie bił brawa, powoli docierało do niektórych, że to nie koniec szalonego tańca, a całego życia. Może w tym ostatnim momencie doznał jeszcze na chwilę bardzo szczęśliwego powrotu w czas młodości.


Porąbka, 15.11. 2018

Budowniczy wieży

Budowniczy wieży


W dalekiej krainie, gdzie wydobywano bardzo dobrą glinę pracował w cegielni młody ceglarz. Wyrabiał, formował, a potem wypalał najlepsze cegły w całej okolicy. Gdy codziennie rano spieszył do pracy w cegielni, przechodził obok małego białego domku. Mieszkała w nim ze swą matką śliczna czarnowłosa dziewczyna. Któregoś letniego dnia, zobaczył jak czesała w oknie swe nadzwyczaj długie włosy. Spieszył się do pracy, nawet się nie zatrzymał, by się jej dłużej przyglądać, ale coś zdążyło go ukłuć w okolicy serca, wiedział, że już na zawsze oczarowała go swą urodą. Odtąd wstawał jeszcze wcześniej do pracy, szedł okrężną drogą wzdłuż gaju nad rzeką, gdzie nazrywał kwiatów na malutki bukiecik. Wkładał go potem do skrzynki na listy przy furtce jej domku. Trwało to tak przez całe lato. Teraz nastała jesień, kwiatów było już coraz mniej, nie miał ich gdzie nazbierać. Nie wiedział dotąd, czy ukochana dziewczyna się domyśla od kogo dostawała te kwietne liściki.

W niedalekiej wiosce, w remizie strażackiej szykował się festyn z tańcami z okazji tegorocznych dożynek. Zakochany młodzieniec zbierał od kilku dni ostatnie polne róże dla swej wybranej, ale te już bardzo szybko więdły. Chciałby jej zanieść pąsową różę, ale takich nigdzie nie było. Brakowało mu ciągle odwagi, by napisać liścik, w którym poprosiłby ją, by poszła z nim na ten wiejski bal. Dziś w pracy cały czas rozmyślał o tym, że już jutro musi zanieść jej list z czerwoną różą, w którym zaprosi ją na bal.

Zaraz po pracy nie wrócił do domu, a pojechał rowerem do wsi, gdzie gospodyni proboszcza hodowała w ogródku róże, którymi ozdabiała co niedzielę ołtarz w kościele. Przyrzekł jej dostarczyć cegieł na walący się mur przy bramie, jeśli mu da choć jedną pąsową różę. Był zwyczaj, że na ołtarz dawano tylko białe róże, więc nie hodowała w ogródku tych czerwonych. Gospodyni widziała po minie młodzieńca, że jest chyba bardzo zakochany i zrobiło jej się chłopaka żal. Powiedziała mu, że ma na to radę, by mógł swej dziewczynie darować czerwoną różę, choć takie u niej w ogóle nie rosną, a te białe już też rzadko zakwitają. Poszukała i znalazła ostatnią rozwiniętą różę tegoroczną. Miała świeży sok z buraków i też mu go trochę dała, by włożył białą różę na noc do wody zalanej tym sokiem. Może do rana kwiat zdąży się nasycić i nabierze czerwonego koloru. Młodzieniec się bardzo ucieszył, dziękował i spieszył szybko do siebie, by róża w drodze ani trochę nie zwiędła. Jak mu poradzono, wstawił kwiat do dzbanka z świeżą wodą ze studni i sokiem buraczanym. Róża była pięknego kształtu, ale miała także duże i ostre kolce. Niechcący ukłuł się w palec i kropla jego krwi wpadła do wazonu. Pomyślał, że będzie to róża, którą zabarwi też jego krew i dziewczyna na widok kwiatu o krwawej czerwieni przychyli się do jego prośby. Zaraz napisał krótki liścik, w którym zapraszał ją na bal. Nim zasnął wyobrażał sobie, jak trzyma ją w ramionach i z nią tańczy.

Gdy młodzieniec się rano obudził, ociągał się przez chwilę od spojrzenia na różę w wazonie. Gdy ją zobaczył, stwierdził, że jest tak czerwona, jak winna być każda róża od zakochanego. Zabrał ją z liścikiem, by w drodze do pracy zostawić ją z zaproszeniem w skrzynce na listy. Gdy wracał z pracy, zobaczył tam swą lekko zwiędłą różę i nie wiedział, czy dziewczyna zauważyła liścik. Sąsiad go zagadnął i powiedział mu, że Maria już tu nie mieszka, bo wczoraj pod wieczór wyjechała z matką w nieznane. Młodzieniec zabrał więdnącą różę z sobą i położył ją na półeczce nad swym łóżkiem. Nie poszedł na zabawę w remizie, bo nie wyobrażał sobie, by mógł poprosić do tańca inną dziewczynę. Było mu bardzo smutno przez kolejne dni, pozostała mu jakaś nadzieja, że może przyjdzie list od dziewczyny, w którym mu swoje zniknięcie wyjaśni.

Czekał na próżno, żaden list nie nadszedł, nikt nie wiedział gdzie dziewczyna z matką przebywa. Postanowił dokonać czegoś nadzwyczajnego, chciał zadziwić ukochaną niezwykłym czynem, zapewnić ją w ten sposób o swej miłości. Odtąd poświęcił się wyłącznie pracy, wytwarzał coraz więcej cegieł na swój użytek. Postanowił, że sam zbuduje najwyższą wieżę, swoją wieżę Babel. Liczył na to, że budowla będzie z bardzo daleka widoczna, a jeśli nawet Maria jej sama nie dojrzy, to wieści o jego wyczynie dotrą do niej i ją wzruszą. Zrozumie, jak wielkim uczuciem ją darzy. Może ją to odmieni i wtedy wróci do niego?

Wieża rosła powoli, pięła się w górę, była już wyższa od najstarszych drzew dokoła. Nie tylko sąsiedzi, ale i ludzie z dalszej okolicy przychodzili spoglądać na tę budowlę. Jedni ją podziwiali, a drudzy zastanawiali się po co taki niepraktyczny gmach budować. Z młodzieńca stał się już dawno dojrzałym mężczyzną, mówiono o nim, że dziwak, samotnik. Budowlą swoją nikomu krzywdy nie czynił. Pracował bez opamiętania, ale coraz częściej robił przerwy w pracy, by na szczycie wieży rozglądać się we wszystkich kierunkach. Patrzał w dal przez lunetę, którą tam sobie zainstalował. Widział o wiele więcej, niż mógłby zobaczyć gołym okiem na ziemi. Łudził się, że może ujrzy ukochaną powracającą do starego domku, a może nawet do niego. Nie zdawał sobie sprawy, że to już lata minęły, od dnia, gdy Maria opuściła te strony na zawsze. Od dłuższego czasu nie mieszkał już w swym dawnym mieszkaniu, a przesiadywał i spał we wieży, którą ciągle podwyższał. Pewnego dnia wrócił do starego mieszkania i gdy spojrzał na półkę, zobaczył że nie było tam już czerwonej róży, a rozsypane płatki. Wybielały tak mocno, jakby nigdy nie były ciemno czerwone. Na łodydze pozostał tylko jeden biały płatek i wydawało mu się, że nie jest zwiędły. Zauważył na nim małą czerwoną kroplę krwi. Coś w nim drgnęło, zebrał wszystkie płatki róży i udał się na górę wieży. Płatki rozsypał na murze i usiadł na swym fotelu. Nie spojrzał już przez lunetę, nie czekał na nikogo, bo wiedział że to daremne, zrozumiał ten znak. Róża nie przyjęła jego krwi. Dziewczyna już nigdy nie wróci do niego. Siedział tam na górze bardzo długo prawie znieruchomiały. Pod wieczór przyszła gwałtowna burza, nie miał już sił by wstać i zejść na dół. Nikt nie wie jak naprawdę było, czy wpierw zasnął na zawsze, czy zginął pod gruzami walącej się wieży, gdy uderzył w nią piorun. Przedtem podmuch wiatru rozsypał suche płatki róży gdzieś daleko po okolicy. Może nawet niektóre opadły do ogródka przy dawnym domku Marii. Niektóre doleciały dużo dalej, aż tam gdzie mieszka obecnie dawna ukochana.

Po jakimś czasie zaczęły przy gruzowisku wyrastać pąsowe róże. Tego też nikt nie wie, czy wyrosły same, czy wróciła tamta dziewczyna i je tu posadziła. Może dowiedziała się o smutnym losie zakochanego w niej budowniczego wieży?


9.07.2014.

Dawno temu

Dawno temu


Jaś zapamiętał to przedszkolne zauroczenie Jadwisią, które trwało nadal w pierwszych latach szkolnych. Nigdy nie próbował jej swego uczucia wyrazić słowami. To był milczący zachwyt. Jadwisi oczy były najbardziej błękitne pośród wszystkich dziewcząt w klasie. Koleżanki donosiły Jasiowi, że pisze do niego listy, ale żadne do niego nie docierały. One wiedziały o czym pisze, czasem coś zdradziły, choćby to, że Isia chciałaby zawsze słuchać, gdy on na skrzypcach gra. Właściwie to nigdy nie usłyszała go, a gdyby to może wcale nie byłaby taka zachwycona. Nigdy zresztą o tym nie rozmawiali. Właściwie to nie spotykali się wtedy prawie wcale, Jaś był bardzo skrępowany, nigdy nie odważył się z nią samą umówić na spacer. Takich marzeń nie potrafił zrealizować. Jadwisia miała trochę starszą siostrę, która inicjowała czasem jakiś wypad do kina. Wiadomo, że w kinie się nie rozmawia, a w drodze, to prawie cały czas mówiła starsza siostra Jadwisi. Oboje tylko na siebie spoglądali. Za jakiś czas przestali chodzić razem do tej samej klasy, bo nastąpiły zmiany i utworzono odrębne szkoły dla chłopców i dla dziewcząt. Mieszkali spory kawał od siebie i wkrótce Jadwisia miała wielu innych adoratorów. Jaś często bywał zazdrosny, ale miał coraz mniej okazji by to Jadwisi okazać. Czasem odwiedzał swego kolegę z klasy, który mieszkał obok Jadwisi i zdarzało się, że i ona tam na chwilę zachodziła. Po tych zmianach chodziła teraz o klasę wyżej od nich i o rok wcześniej zdała maturę. Jadźka zmieniła się bardzo, stała się szybciej dorosła od swych niedawnych rówieśników. Wybrała się na studia aktorskie. Robiła wrażenie, że już teraz wypróbowuje swych sił aktorskich w uwodzeniu swych kolegów. Jadzia zaproponowała Jasiowi by się z nią wybrał na kąpielisko, ale nie na Rudę w pobliżu, tylko na basen w Paruszowcu, gdzie na stawie są też kajaki. Zapowiadało to przyjemny długi spacer brzozową aleją przez las.

Dzień był słoneczny i mieli dość długą drogę przed sobą. Jadźka opowiadała o sobie, jak jej poszło na egzaminie wstępnym do szkoły aktorsko filmowej w Łodzi. Dostała mieszkanie w domu akademickim i była pewna, że jej się powiedzie, może nawet na początek dostanie jakąś małą rolę w filmie. Dowiedziała się o takich możliwościach od koleżanek ze starszych lat. Jaś był oszołomiony elokwencją Jadźki. Tryskała entuzjazmem, nie była już tą dawną nieśmiałą dziewczyną, będącą trochę w cieniu swej starszej siostry. To nie była ta dawna Jadwisia, a Jadzia, próbująca grać rolę zaborczej filmowej bohaterki. Jaś był tym nieco przytłoczony, poczuł się faktycznie jak kolega z młodszej klasy, którego starsza koleżanka łaskawie dopuszcza na pewien dystans ku sobie. Jadźka wzięła Jasia za rękę i szli tak spory kawał w milczeniu. W pewnym momencie stwierdziła, że spacer ją zmęczył i chciałaby trochę poleżeć w cieniu na trawie. Zaraz skręcili z drogi do lasu i szybko znaleźli odpowiednie zacienione, niewidoczne z drogi miejsce. Jadźka nie zadawała już Jasiowi pytań, nie była skłonna prowadzić dialog. Przez chwilę leżeli obok siebie i patrzeli milcząco w niebo. W pewnym momencie przytuliła się do Jasia i powiedziała: Kiedyś kochałam się w tobie jak to się mówiło, na zabój. Byłam jednak skrępowana, wstydziłam się ci coś okazać. Teraz zaczęła tulić się do jego policzka i próbowała go pocałować w usta. Jasiu nie odpowiedział na pocałunek, oddalił się delikatnie. Opowiedział jak bardzo marzył dawniej o jej pocałunkach. Była jednak zaskoczona, że próbuje się od niej odsunąć. Odczuwała żal, że nie jest pożądana. Ostatnio nie spotykała się z taką chłodną reakcją na jej kokieterię. Zaraz zaczęła zadawać mu pytania. Dlaczego się od niej odsuwa, czy nią gardzi?

Jaś zaczął swoją opowieść. Przed rokiem przeczytał książkę misjonarza werbisty, DROGĄ PIELGRZYMÓW. To skłoniło go do przemyśleń o tym jak ukształtować swe życie. Postanowił zaraz po maturze pójść do seminarium OO Werbistów w Braniewie. Spróbuje, czy podoła. Trudno mu w tej chwili opowiedzieć o swych przemianach. Nie ona jest ich przyczyną, ani żadna inna zawiedziona miłość. Jaś nie był skłonny do zwierzeń. Jadźka powiedziała ,że jest wypoczęta i chciała by poszli teraz na kąpielisko i na kajaki. Nadal trzymali się za ręce, tylko nie było w tym żadnej rodzącej się bliskości, a jakaś inna nowa przyjaźń. Oboje opowiadali teraz w drodze do kąpieliska na przemian o swych planach. O planach, które się bardzo różniły od siebie. Po dotarciu na miejsce wypłynęli łodzią na staw pomiędzy nenufary. Wypożyczyli ją tylko na jedną godzinę. To była bardzo romantyczna godzina, która nie zapowiadała już dalszego ciągu, ale oboje zapamiętali ją na zawsze jak się miało jeszcze kiedyś okazać.

Przez wiele lat nie mieli ze sobą kontaktu. Jaś po maturze zmienił plany, zrezygnował ze studiów teologicznych i wybrał studia dziennikarskie daleko poza Polską, bo aż w Chinach, co wówczas było możliwe. Czas ten wydłużył się do siedmiu lat ze względu na opanowanie języka przed rozpoczęciem właściwych studiów. Ze względu na dużą odległość bywał wtedy bardzo rzadko w Polsce i kontakty z Jadzią urwały się całkowicie. Po studiach pozostał przez kilka lat korespondentem w tym wielkim kraju i dotarł kiedyś także do Hong Kongu, wtedy jeszcze kolonii brytyjskiej. Tam skorzystał z okazji pozostania na zachodzie i odtąd przebywał już wyłącznie w krajach strefy zachodniej, choć miało to miejsce głównie na dalekim wschodzie. Bywał kilka razy w Europie, ale do Polski nie próbował przyjechać, mimo że miał już wtedy obywatelstwo kanadyjskie. Dopiero po przemianach odwiedził rodzinę w kraju. Wybrał się też na uroczystości z okazji 75. rocznicy ich gimnazjum. Wielu obecnych tam kolegów i koleżanek, teraz już siedemdziesięciolatków nie rozpoznawał. Zaraz rzuciła mu się w oczy ona, Jadźka. Dostojna dama, wiadomo, aktorka, choć od jakiegoś czasu już na emeryturze. Po serdecznym powitaniu zaczęli przebywać prawie wyłącznie w swoim towarzystwie. Jadźka miewała kontakty z innymi kolegami, ale to spotkanie z Jasiem teraz miało miejsce prawie po pół wieku niewidzenia się. Ten miniony czas nie wpłynął na zanik dawniejszej bliskości między nimi, zmienił może nieco ich wygląd, ale gdy sobie spojrzeli w oczy, wiedzieli, że pozostali dla siebie tak samo bliscy jak za dawnych młodych lat. Musiał zaraz opowiadać, że zmienił plany, że inna była jego droga pielgrzyma, raczej pielgrzymującego dziennikarza. Że było małżeństwo, ale żona pozostała w Chinach, w swej ojczyźnie, że się rozwiedli, dzieci nie mają. Jadzia opowiedziała o sobie, o swych kolejnych trzech małżeństwach i o tym że teraz jest wdową. Jej życie też było nacechowane pielgrzymkami od teatru do teatru. Na koniec pozostał Kraków. Jest zadowolona ze swej kariery aktorskiej, choć bywały jak to bywa wzloty i upadki, ale tych pierwszych było znacznie więcej. Uroczystości jubileuszowe skończyły się szybko. Dla Jadzi i Jasia aż za szybko, bo nie zdołali się nagadać po długich latach nie widzenia się. Jasiu zaproponował wypad w góry, do jakiegoś pensjonatu. Po wielu latach kontakty z innymi kolegami stały się nazbyt luźne, nie mieli o czym interesująco porozmawiać. On i dawna Isia lgnęli do siebie.. Jaś dysponował wynajętym samochodem i udali się do Krakowa, gdzie Jadzia na chwilę wpadła do mieszkania zabrać trochę rzeczy na wyjazd do Zakopanego. Nie poprosiła go do siebie. Nie chciała, by wchodził do mieszkania, gdzie ostatnie lata spędziła z mężem.

Szybko znaleźli się w odpowiadającym im pensjonacie. Nastąpiła krótka konsternacja w recepcji, czy ma to być jeden pokój podwójny, czy dwa oddzielne? Jadzia podjęła szybką decyzję, że ma to być apartament z dwoma odrębnymi miejscami do spania. Wieczorem po kolacji był jeszcze spacer. Widok z Giewontem w blasku księżyca oczarował ich. Może Jadźka była dlatego skłonna do wspomnień o ich ostatnim spacerze sprzed lat? Powiedziała, że wtedy odszedł od niej na zawsze na swoją drogę pielgrzymów. Zaprzestała szukania kontaktu z nim. Trwały jej studia, a potem praca zawodowa i mało udane małżeńskie intermedia, poza ostatnim. O tym rozmawiali już w mieszkaniu leżąc obok siebie. Było trochę podobnie jak wtedy na trawie w lesie. Ogarniała ich jakaś łagodna uczuciowość, nie było pożądania, a pragnienie bycia blisko siebie. Nieuświadomiona chęć powrotu do stanu uczuć prawie dziecięcych. Mieli sobie dużo do powiedzenia, ale ostatecznie zmęczenie wzięło górę. Spoglądali na rozświetlony księżycem Giewont i nim się spostrzegli zasnęli zmęczeni ogromem wspomnień.

Obudzili się o świcie, prawie się obejmowali. Nie rozebrali się wieczorem, po prostu zmorzył ich sen. Teraz nad ranem zmieniły się dekoracje za oknem. Giewont rozpalił się do intensywnego różu promieniami wschodzącego słońca. Jaś objął Jadźkę i powiedział do niej : Teraz wiem, że Cię wówczas bardzo pragnąłem, tyle że to w sobie stłumiłem. Dużo lat musiało minąć, nim to do mnie dotarło. Odtąd chciałbym już zostać z tobą. Jadzia, której dotąd mówienie przychodziło z taką łatwością, zamilkła. Jaś nie chciał być natrętny, delikatnie przytulił się do niej. Zauważył w jej oczach łzy. Po chwili powiedziała do niego: Nie oczekuj, bym się teraz dla ciebie rozebrała, nie zobaczysz mnie nagiej, nie będę już twoja. Masz mnie taką pamiętać jaką mnie wtedy widziałeś, gdy byłam z tobą w dość mocno obcisłym kostiumie kąpielowym na łodzi pośród nenufarów. Mam za sobą kilka operacji i dwie amputacje. Za późno, zostały nam teraz tylko same wspomnienia.


Katowice, Wielkanoc 2015

Dziwok

2014.01.02. Dziwok


Już od dzieciństwa mówiono o nim że to dziwok - dziwak. Po pierwszej wojnie światowej przygarnięto kilkunastoletniego chłopca do szpitala psychiatrycznego, wszystkim wydawało się, że jest nienormalny, nie mówił, a tylko bełkotał coś niezrozumiale. Nikt nie znał jego pochodzenia. Nawet go lubiano, bo był silny starał się być użyteczny, pomagał personelowi szpitala gdy trzeba było coś przynieść, podać. Powoli dorastał, stawał się przystojnym młodzieńcem. Stał się jakby młodszym nieetatowym pielęgniarzem. Gdy już nabrał krzepy, skierowano go do pomocy palaczowi w kotłowni, gdzie również znalazł miejsce do spania. Mógł się swobodnie poruszać po rozległym terenie szpitalnym. Dotąd uchodził za niemowę jąkałę, ale z biegiem czasu zaczął się powoli porozumiewać za pomocą kilkudziesięciu najważniejszych wyrazów. Kiedyś zainteresował się nim ówczesny dyrektor szpitala i próbował określić jego stan psychiczny. Wydal opinię, że jest w dużym stopniu niedorozwinięty. Na pewno jest dzieckiem alkoholików. Nie był agresywny, miał dość miłe i pogodne usposobienie. Jedni mieli większe trudności w porozumiewaniu się z nim, inni sobie jakoś radzili, zwłaszcza tutejsi, którzy znali gwarę śląską. Chyba nie docierało do niego, że mają go za dziwaka, ale wiedział, że nazywają go Dziwok. Zapytany kim jest, odpowiadał swoją niewyraźną artykulacją: Dziok.

Dziok był w wieku około trzydziestu lat, nim zaczęła się druga wojna światowa. Pozostał dzieckiem, a miał wygląd postawnego wysportowanego mężczyzny. Dużo pracował, ale korzystał też z pełnej swobody. Przed wojną stacjonował w kilku wyodrębnionych pawilonach szpitalnych drugi batalion 75 pułku piechoty. Żołnierze przechodzili tam normalne przeszkolenie rekruckie, mieli też codzienną poranną gimnastykę. Dziok obserwował wszystko przez plot i naśladował ćwiczenia żołnierskie. Czasem żołnierze udawali się na kąpielisko Ruda i mieli tam zajęcia z pływania. Były też skoki do wody z dość wysokiej drewnianej trampoliny. Dziok nauczył się świetnie pływać i próbował i skoków do wody. Szybko okazał się nie lada mistrzem, a porucznik prowadzący ćwiczenia sportowe z żołnierzami chwalił go. Gdy Dziok przychodził pod trampolinę, dziewczyny go zachęcały by pokazał ich chłopakom jak się skacze. Niejeden z nich najadł się potem wstydu, gdy nieudolnie skoczył i słyszał jak dziewczyny prosiły Dzioka, by pokazał, jak to robić. Później, gdy towarzystwo udawało się na spacer, odpędzano go niezbyt miłymi epitetami. Do Dzioka dochodziło po chwili, że nie jest mile widzianym współtowarzyszem znacznie młodszych dziewcząt i chłopców. Chętnie przebywał pod płotem koszar. Żołnierze mieli z nim swoje rozrywkowe zabawy. Wykorzystywali jego chęć przebywania w ich towarzystwie, ale robili to czasem w sposób szorstki, prawie lekceważący. Podawali mu czapkę, czy hełm, który chętnie zakładał na głowę i potem wydawali komendy, które nie zawsze spełniał prawidłowo. To było powodem do żartowania z niego: Dziok, jesteś niezdara, oficerem nie zostaniesz.

Niedługo skończyły się te przekomarzania z polskimi żołnierzami. Nastał 1. września, Niemcy napadli o świcie na Polskę. Batalion opuścił już we wczesnych godzinach rannych koszary, walki w mieście się szybko skończyły, bo przewaga Niemców była olbrzymia. Wkrótce zadomowili się w koszarach niemieccy żołnierze. Dziok nadal pozostał w szpitalu, choć administracja polska przestała tam działać, przyszła niemiecka i niemieccy lekarze. Początkowo pielęgniarze w większości pozostali ci sami, bo pochodzili stąd i na ogół znali lepiej, czy gorzej język niemiecki. Dziok podchodził jak dawniej pod płot koszar, starał się nawiązać kontakt z niemieckimi żołnierzami. Ci szybko zorientowali się, że mają przed sobą kogoś z pacjentów szpitala. Jego mowę, niewyraźne polskie słowa przyjmowali jako bełkot niemowy. Dziok salutował im zgodnie z polską musztrą i Niemcy go szybko nauczyli swojego salutowania. Nie było to jeszcze hitlerowskie wyciąganie ramienia, które później i w wojsku wprowadzono, a przykładanie dłoni do daszka czapki, czy furażerki. Teraz nikt nie mówił już do niego dziwok, a Idiot. Dziok dawał Niemcom okazję do śmiechu i rubasznych żartów. Czasem mu przerzucano przez płot pelerynę panterkę, którą zakładał i dodawano hełm. Dziok chyba nie rozróżniał tego co polskie, czy niemieckie. On pokochał mundurowe przebieranki. Może odczuwał tak jak inni ludzie to pragnienie, by być na chwilę kimś innym. Szybko zaczął sobie przypominać niektóre znane mu niemieckie słowa z nie wiadomo gdzie przeżywanego dzieciństwa. Niemcy mówili o nim ein sympathischer Idiot, bardzo im imponował swoim wyrobieniem fizycznym, gdy pokazywał choćby jak zgrabnie porusza się na rękach.

Dziok już nie mieszkał jak dawniej w kotłowni szpitalnej, bo niemiecki dyrektor administracyjny kazał go stamtąd usunąć. Zaprzyjaźnieni dawni pielęgniarze umieścili go w budynku gospodarczym na terenie dużego ogrodu przyszpitalnego. Zawsze był chętny do pracy, tam gdzie właśnie potrzebowano silnego mężczyznę. Miał też swoje tajemnice. W budynku gospodarczym znalazł starannie na poddaszu ukryty polski mundur i lekki karabin maszynowy. Przypuszczalnie któryś z żołnierzy znalazł się 1. września tam na terenie ogrodu i schował się potem w budynku, gdzie znalazł jakieś ubranie robocze, w które się przebrał zostawiwszy mundur i broń starannie ukryte na poddaszu. Dziok dotąd nigdy nie ubierał tego munduru, ani nie próbował się bawić bronią. Uchroniło go to jak dotąd od ewentualnych przykrych następstw. Pewnego dnia, chyba około roku 1943, Dziok podszedł znów pod płot koszar. Tam zmieniła się cała załoga, nie znali go. Żołnierze ćwiczyli musztrę tak, jak zwykle nowi rekruci. Jego nieartykułowane nawoływania zdenerwowały oficera przyglądającego się ćwiczeniom, podszedł zaraz do płotu i go bardzo zbeształ, uderzając groźnie swymi skórzanymi rękawiczkami o bryczesy, wołając : Raus, weg du Idiot. To duże dziecko, choć bardzo silne, można było łatwo nastraszyć. Dziok nawet nie usiłował coś powiedzieć, tylko się odwrócił i udał do swej samotnej kwatery. Był bardzo przejęty takim traktowaniem i przeleżał parę godzin na swym łożu. Dziok, silny mężczyzna potrafił czasem szlochać jak dziecko. Tego jednak nikt nigdy nie widział. Może jakaś dziecięca przekora skłoniła go do ubrania się w mundur polskiego podoficera, założył hełm i nawet zabrał karabin maszynowy ze schowka. Może chciał pokazać Niemcom , że i on jest żołnierzem jak oni, choć w innym mundurze. Był już wieczór, gdy się zbliżał do płotu koszar. Teraz odbywał się tam apel wieczorny. Jeden z oficerów zauważył zbliżającego się według niego polskiego partyzanta dźwigającego karabin maszynowy. Wydal głośny rozkaz: kłaść się, a do Dzioka : halt, Haende hoch! Inny oficer wystrzelił w tym momencie dwa razy do partyzanta, za którego uważano Dzioka. Strzały były celne, śmierć nastąpiła natychmiast. Dziok przebieraniec, niedorozwinięty, dorosły mężczyzna szukający zabawy jak dziecko, poległ niczym prawdziwy polski partyzant, który mógł mieć też swój pseudonim: Dziwok - dziwak.


2.01.2014.

Epidemia trwa

Epidemia trwa

Coraz mniej kontaktów, spotkań, listy już prawie nie przychodzą. Pozostają jeszcze maile, też coraz rzadsze, bo w ostatnim czasie odeszło tak wielu przyjaciół, znajomych, kontakty się urwały. Następuje powolne wchodzenie w próżnię, celebrowanie samotności, wspominanie, zastanawianie się, czy z braku odpowiedzi należy nadal czekać, czy odezwać się powtórnie. A może trzeba adres z listy już na zawsze skreślić? Trudne decyzje, bo to jak skreślenie kogoś z listy żywych.

W ostatnich dniach otrzymałem maila od nieznanej mi osoby z Niemiec. Oczywiście po niemiecku, podpisała go Winfriede Rattenow. Był krótki, ale zawierał dłuższy załącznik. W treści maila było:

„Szanowny Panie, załączam część mojego opowiadania, które właściwie jest notką biograficzną. Co Pan sądzi, czy warto to kontynuować? Jak Pan pewno wie z medialnych doniesień, w ośrodku gdzie przebywam już od kilku lat, zadomowił się wirus Covid 19. Obawiam się, że też będę miała dodatni wynik badania, a mam i tak dosyć problemów zdrowotnych. Zbliżam się przecież do dziewięćdziesiątki. Nie wiem, czy skończę to moje już chyba ostatnie pisanie, bo opadłam z sił. Zobaczymy jak się to skończy. Tymczasem z przyjaznymi pozdrowieniami

W.R.”

Wiedziałem, że ten mail nie do mnie, to jakaś pomyłka, bo takie się już zdarzały. Zwyciężyła ciekawość i przeczytałem ów załącznik. Był to opis wydarzeń z dwu ostatnich lat wojny zanotowany przez młodziutką niemiecką dziewczynę. Zapis mnie zainteresował i lektura mnie wciągnęła. Nie pomyślałem, że nie było to skierowane do mnie. Po przeczytaniu wiedziałem, że to notatki osoby w moim wieku. Zdecydowałem się wysłać mail zwrotny do pani W.R. Nie było w nim o tym, że przeczytałem ów tekst, a tylko że to pomyłka, bo jej przesyłka dotarła do Katowic, na Górny Śląsk, do Polski. Nadeszła lakoniczna odpowiedź, że faktycznie był to błąd, po prostu, niezręcznie naciskała na klawisze. Nie zapytała, czy przeczytałem ów tekst i co o nim sądzę.

Po kilku dniach wróciłem do owego pamiętnikowego opowiadania, przeczytałem je jeszcze raz i doszedłem do wniosku, że osoba ta opisywała górnośląskie realia z tamtego czasu. Czytało się to jak dobrą literaturę wspomnieniową, język był prosty, a zarazem bardzo barwnie opisowy. Wiedziałem, że pisze to osoba z branży literackiej, czy dziennikarskiej. Zaraz poszukałem tego nazwiska w wyszukiwarce GOOGLE. Było: urodzona w 1932, w Ratibor (Racibórz), dziennikarka telewizji ARD, a przedtem aż do swej ucieczki z NRD pracowała przez krótki czas w tamtejszej telewizji. Była autorką licznych reportaży ze specjalnością Ameryki Południowej. Poza reportażami filmowymi wydała też kilka książek podróżniczych. Z powodu wypadku nie była już od wielu lat czynna zawodowo jako dziennikarka, ale na rynku wydawniczym ukazało się kilka jej książek.


Do tych książek nie miałem dostępu, ale w YouTube znalazłem jeden z jej południowo amerykańskich reportaży z Ziemi Ognistej. Wróciłem jeszcze raz do jej opowiadania biograficznego załączonego w tym pomyłkowym mailu. Zacząłem to teraz bardziej analitycznie czytać, porównywałem z moimi wspomnieniami.

Jedenastoletnia Winfriede uczęszczała w 1943 roku, podobnie jak ja do pierwszej klasy Oberschule, z tym że ona w Raciborzu, a ja w Rybniku. Łączyło nas tyle, że ona jako jedenastolatka, a ja już o rok starszy w ramach lekcji gimnastyki, odbywaliśmy naukę pływania na otwartym basenie w miejscowości Szymocice, wówczas Simsdorf jak wspominała, między Rybnikiem a Raciborzem. Wtedy, w określonych godzinach był ten basen czynny wyłącznie dla młodzieży szkół średnich obu powiatowych miast. Przebywała tam i Winfriede, była jedną z dziewcząt, którym się przyglądałem nie wiedząc kim jest. W następnym roku nie mieliśmy już wyjazdów na basen, bo w okresie letnim powtarzały się bardzo często alarmy lotnicze. Lato 1944 roku było ładne, słoneczne, niebo prawie bezchmurne. Prawie codziennie odbywały się naloty amerykańskich bombowców na zakłady benzyny syntetycznej w Kędzierzynie i wtedy mieliśmy odwołane lekcje. O tych alarmach wspominała i ona w swym opracowaniu. Na szczęście Racibórz jak i Rybnik nie były bombardowane. Było to wtedy wspaniałe widowisko, obserwowałem wysoko na niebie kilka set Douglasów lecących jak na paradzie lotniczej. Za każdym z samolotów ciągnęły się cztery długie linie białych wyziewów kondensacyjnych. Do tego dochodziło to silne dudnienie i odczuwanie jakby jakiegoś drżenia z głębi ziemi. Wojna i u nas zaczęła nabierać na intensywności, a my czuliśmy, że niedługo się skończy. Winfriede wspominała, że była w tych latach kilka razy w Rybniku u jej cioci. Raz przebywała tam podczas wakacji prawie przez tydzień. Nawet sobie przypominała, w którym budynku jej ciocia mieszkała, że był to nowoczesny, wysoki wielopiętrowy budynek narożny, w którym na parterze mieścił się bank. Ciocia mieszkała na trzecim piętrze i miała z okna widok na dużą część miasta. Winfriede ćwiczyła tam pilnie na fortepianie. W domu w Raciborzu mieli tylko pianino Bechstein, a tu był duży koncertowy Steinway i zachwycała się jego brzmieniem. Możliwe, że było to jedno z tych mieszkań na trzecim piętrze, gdzie w maju 1945 po tak zwanym wyzwoleniu zostałem jako czternastolatek przymusowo zatrudniony przy opróżnianiu mieszkań z mebli, łącznie z dużym koncertowym fortepianem. Rosjanie organizowali w tym budynku szpital wojskowy. Nam chłopcom i kilku starszym mężczyznom kazano cały bogaty dobytek ruchomy wyrzucać przez okno balkonowe na podwórze. Były tam ciężkie gdańskie meble, których nie bylibyśmy w stanie znieść. Taki ponad trzymetrowej długości koncertowy fortepian nazywa się po niemiecku „skrzydło”. Po wysunięciu go przez balkon na zewnątrz wypchnęliśmy go i wcale nie poleciał w dal. To czarne skrzydło spadło pionowo w dół uderzając z całą gamą dysonansów dźwiękowych o ziemię. Może to na tym fortepianie grała Winfriede? Było jeszcze i trzecie miejsce o którym wspominała, gdzie bywała. Też tam bywałem. To budynek starego ratusza przy rynku. W czasie wojny mieściła się tam wspaniale wyposażona biblioteka. Byłem tam po raz pierwszy z ojcem, bo zapisał mnie do biblioteki. Nauczyłem się na tyle niemieckiego, by już samodzielnie czytać w tym języku. Poczułem się oszołomiony widząc w tych stylowych wnętrzach rybnickiego ratusza tyle zgromadzonych książek. Winfriede zauważyła, że regały pachniały jeszcze świeżością i odnajdywała w nich z pomocą cioci książki z bajkami dla siebie. Jej się tam też podobało. Zapamiętała jeszcze wysokie wieże rybnickiego kościoła, bo najwyższe na Śląsku i w czasie jazdy z Raciborza do Rybnika były już z daleka widoczne. Jako luteranka do wnętrza kościoła nie wchodziła. Ja też byłem w czasie wojny w Raciborzu. Jeździłem z ciocią na zakupy większej ilości warzyw i owoców, których tam był większy wybór niż w Rybniku. Możliwe że się gdzieś mijaliśmy. Niczego wtedy o sobie nie wiedzieliśmy, nie wiele wiemy i dziś. Tak już zostanie. Może ja wiem nieco więcej o niej z jej opowiadania, które przypadkowo dotarło do mnie. Ona moich nigdy nie przeczyta.

Dopiero jakiś czas po otrzymaniu tego maila byłem znowu po długiej przerwie z powodu epidemii na kolejnej sesji zdjęciowej. Po spacerze na moich ulubionych fotogenicznych terenach za Siemianowicami, wstąpiłem jeszcze na pobliski niemiecki cmentarz wojskowy. Są tam niezliczone groby poległych podczas drugiej wojny światowej ekshumowanych żołnierzy niemieckich z terenu Górnego Śląska. Już kilka lat temu zwracałem uwagę na wyryte w granicie daty przy nazwiskach poległych w pierwszych dniach września 1939 roku, na samym początku wojny.

Z pamiętnika Winfriede dowiedziałem się, że w wieku siedmiu lat utraciła ojca, który był w Raciborzu lekarzem chirurgiem, a tuż przed wybuchem wojny został powołany do służby wojskowej. Zginął zaraz na początku wojny, matka później opowiadała, że nie było to w czasie walk na froncie, a w katastrofie lotniczej podczas transportu rannych. Oficjalnie został uznany za poległego w trakcie walk w Polsce. Gdy tym razem spoglądałem jeszcze raz na te pierwsze wyryte nazwiska, zobaczyłem, że jedno z nich z datą śmierci z 3. września jest identyczne z jej nazwiskiem. Jak przeczytałem, Winfriede pozostała mimo różnych wydarzeń w jej życiu przy swoim nazwisku panieńskim. W kamieniu było wyryte: Hauptmann Siegfried Rattenow + 3.09.1939.

Zrobiłem zdjęcie zbliżenie i plan ogólny, by przesłać to na znany mi adres mailowy Winfriede Rattenow. Nastąpił zwrot maila z adnotacją o braku takiego adresu. To taki czas, że coraz częściej maile nie dochodzą do adresatów. Wypisałem jej imię i nazwisko w GOOGLE i znalazłem notatkę klepsydrę. Dowiedziałem się, że znana dziennikarka i podróżniczka wyjechała podczas korona epidemii w swoją ostatnią podróż bez powrotu.


Katowice, w czasie epidemii, 2020

Franek

Franek

To dziecięce zauroczenie sobą Franka i Ani trwało od przedszkola, a potem w szkole podstawowej. Koleżanki i koledzy wiedzieli że są w sobie zakochani. Komentowali to zawzięcie, bo widzieli w nich parę. Później w liceum oboje bywali zakochani, ale już w innych osobach. Tamto wczesne uczucie pozostawiło jednak jakiś trwały ślad. Ich drogi się rozeszły. Ania stała się znaną aktorką, zmieniała teatry i miasta, grywała także w filmie. Jej pierwsze studenckie małżeństwo nie trwało zbyt długo. Z kolejnym się nie spieszyła. Nigdy nie była samotna, ale teatr pochłaniał ją bez reszty. Franek od dawna nie miał kontaktu z Anną. Był żonaty, oboje z żoną pracowali jako lekarze chirurdzy w tym samym szpitalu w mieście wojewódzkim. Mielił dwójkę synów i stanowili szczęśliwe i zadowolone małżeństwo. Później doszła czwórka wnuków i jedna wnuczka. Żona Franka Celina nie doczekała się emerytury, bo parę lat wcześniej zmarła po krótko trwającej chorobie na nowotwór. W tym czasie zdarzyło się, że Franek będąc na zjeździe lekarskim w Krakowie poszedł wieczorem do teatru. W sztuce grała Anna. Po spektaklu zaczekał, by ją spotkać. Było to zwykłe koleżeńskie spotkanie po latach, wspólna kolacja. Skutkowało to tym, że odtąd od kontaktowali się sporadycznie. W czasie choroby Celiny kontakty te ustały, za wyjątkiem kartek z życzeniami na święta, czy imieniny i urodziny, bo Franek pamiętał tę datę jeszcze z dawnych czasów. Po wielu latach Anna miała gościnne przedstawienie teatru krakowskiego w jego mieście. Anna zawiadomiła go, że będzie u nich grała. Franek był na przedstawieniu. Tak się zdarzyło, że w trakcie spektaklu Anna zwichnęła nogę na scenie, ale grała do końca, nieco zmieniając rolę, bo prawie cały czas siedziała. Po spektaklu zawiózł ją zaraz do szpitala i sam zajął się jej nogą. Anna miała pękniętą kość śródstopia. Noga musiała zostać unieruchomiona i Annę czekała dłuższa rehabilitacja i kuracja. Wyjechała na ten czas do pobliskiej miejscowości uzdrowiskowej.

Kilka lat po śmierci żony kontakty Franka z Anną stały się częstsze. Oboje już byli na emeryturze. Przekroczyli siedemdziesiąt lat. Od czasu , gdy Franek zaczął ją odwiedzać w Krakowie stali się sobie bardzo bliscy. Nie było to już tamto dawne zauroczenie z dzieciństwa. Mieli trochę wspólnych zainteresowań, mimo że Anna najchętniej rozmawiała o teatrze, a Franek poruszał tematy z dziedziny medycyny. Czas szukania emocji damsko męskich ustąpił szukaniu przyjaznego ciepła. Oboje pomyśleli o późnym małżeństwie. Prawie tajemny ślub, tak zwany cichy. Ona nie miała już nikogo z rodziny, on próbował zaprosić synów, ale natrafił na niezrozumienie. Potraktowali go, jak zdziecinniałego starca, mającego problemy z kalendarzem. Nie chcieli zaaprobować tego małżeństwa starców. Małżonkowie potrafili się z tym pogodzić. Zlikwidowali ich dotychczasowe mieszkania i kupili nowe, wspólne w niedalekim uzdrowisku. Żyli spokojnie i cieszyli się tym, że pokonali samotność. Nie spotkali się na dalszej drodze życia jako obcy, których los zetknął już w bardzo późnym wieku, a dobrzy znajomi z tą iskierką dawnego uczucia tlącą się od dawnych lat. Nie oczekiwali, że rozpali się teraz w większy ogień. Potrafili ze sobą rozmawiać, było to nie tylko wspominanie, ale potrafili także snuć plany na przyszłość. Za sobą mieli lekcje wszelkiej mądrości życiowej, nie oczekiwali już od życia zbyt wiele. Codziennie z zadowoleniem skreślali w kalendarzu wspólnie przeżyty dzień.

Minęło wiele dni, choć jeszcze mało lat. Małżonkowie mniej uczęszczali do teatru, rzadko zachodzili na spotkania do kawiarni. Od czasu do czasu ktoś ze starych znajomych do nich wpadał na krótką pogaduszkę, ale najchętniej przebywali sami.

Po jakimś czasie nastał dzień, od którego Franek pozostał już sam. Anna nie zdołała go przedtem obudzić, by się pożegnać, nim po cichu odeszła na zawsze w ten wczesny przedwiosenny poranek. W pierwszym momencie myślał, że też się już nie ruszy, spróbuje zasnąć jak ona. Jednak po chwili przywołała go do działania okrutna rzeczywistość. Wszelkie formalności związane z pogrzebem Anny udało mu się samemu załatwić. Nie dzwonił do synów, nie prosił ich o pomoc. Nie zawiadomił ich o śmierci nie zaakceptowanej drugiej żony. Przecież mu powiedzieli, że oni macochy nie potrzebują. Na świeckiej uroczystości żałobnej nie było nikogo z rodziny, ani jej, ani jego. Tylko kilku jego przyjaciół i dwie aktorki, jej przyjaciółki. Anna, która w swym życiu zawodowym doznawała tylu licznych głośnych i uroczystych hołdów po premierach, odchodziła teraz w ciszy, a towarzyszyła jej do miejsca spoczynku na cmentarzu tylko mała garstka osób. Nie było po pogrzebie stypy. Franek sobie nie życzył spotkania z kimkolwiek. Przez następnych kilka dni Franek głównie spał. Pod wieczór wychodził na cmentarz. Gdy wracał do mieszkania, wydawało mu się, że Anna jest znowu z nim. Była w myślach, ale też na licznych portretach i zdjęciach z wielu przedstawień, które wisiały na ścianach.

Jakiś czas później, gdy Franek zdołał się pogodzić z losem i przyzwyczaić do samotności, odebrał telefon. To dzwoniła jego jedyna wnuczka, córka młodszego syna. Bardzo się zdziwił telefonem, ale chętnie przystał na prośbę, by go mogła odwiedzić. Może się dowie, co u jego synów, co u prawie dorosłych wnuków. Wkrótce doczekał się wizyty. W pierwszym momencie wydawało mu się, że to nie wnuczka Celinka przychodzi do niego, a jego pierwsza żona Celina. Wnuczka była teraz taka, jak jego żona, gdy ją poznał na studiach. Była szalenie podobna do swej babci Celiny. Powitanie odbyło się trochę na dystans. Dziadek z wnuczką oddalili się przez brak kontaktów od siebie. Franek bardzo mocno ujął wnuczkę tym, że potrafił jej opowiedzieć jak bardzo podobna jest do babci Celiny. Przypomniał jej, że gdy była małą dziewczynką, zawsze mówiła, że będzie lekarką jak babcia Celina. Później i jej rodzice się do tego przyzwyczaili i byli pewni, że córka pójdzie na medycynę. Gdy już wnuczka z dziadkiem zdołali się po dłuższej rozmowie zbliżyć do siebie, Celinka, a właściwie teraz już Celina zwierzyła się Dziadkowi Frankowi, że mniej chciałaby rozmawiać o tym, co dotyczy babci Celiny, a raczej pomówić o babci Annie, której nie znała. Franek doznał prawie szoku, musiał chwilę odpocząć na fotelu, nim był w stanie zacząć tę smutna opowieść. Celina słuchała w milczeniu i dopiero, gdy dziadek zamilkł, zaczęła swoją historię. Oszukała rodziców, że zdaje w Krakowie na medycynę. Od dłuższego czasu pociągał ją teatr. Jeszcze w liceum była ze swoją klasą w teatrze w Krakowie na przedstawieniu w Teatrze Słowackiego, gdzie widziała Annę w jednej ze swych ostatnich ról. Zdała egzamin do szkoły teatralnej w Krakowie. Chce zostać aktorką. Taką jak Anna, ta nowa babcia. Chciała z nią o tym porozmawiać, posłuchać rad doświadczonej aktorki. Potrzebowała też zachęty i dodania sił przed trudną rozmową z rodzicami, bo bała się, że nie będą chcieli zaakceptować jej wyboru. Teraz jednak na to za późno. Dziadek Franek był wzruszony wyborem wnuczki. Opowiedział jej trochę o życiu aktorskim Anny, mniej mówił o tym jakie ono potrafi być trudne. Chciał w to wierzyć, że teraz i jego wnuczka Celinka, poradzi sobie na tej nie łatwej drodze tak jak Anna. Coś we Franku odżyło, nadzieja, że może po tym jak zbliżyła się do niego wnuczka, dojdzie także powoli do zbliżenia z synami i resztą wnuków. Nie zostanie sam.


Lipiec 2018

Guenter

Gűnter


Gűnter był starszy ode mnie o pięć lat i mieszkał wtedy podczas wojny niedaleko nas,. Podziwiałem jak wypróbowywał swe modele latające na pobliskich piaszczystych wałach, które pozostały po strzelnicy z pierwszej wojny światowej. Były doskonałym miejscem naszych zabaw dziecięcych zarówno latem jak i zimą. Dokoła były tereny niezagospodarowane, ugory porosłe mchami i kępkami suchej trawy. Tutaj mogły jego szybowcowe modele swobodnie latać i potem lądować. My młodsi przynosiliśmy je z miejsca lądowania, dumni że jesteśmy pożytecznymi pomocnikami lotniczych wyczynów Gűntera. W ten sposób wypróbowywał na przemian trzy modele. Gűnter uczęszczał do młodzieżowej pracowni modelarskiej Narodowo Socjalistycznego Korpusu Lotniczego i uchodził tam za najlepszego w tej dziedzinie. Brał udział w różnych konkursach w całych Niemczech i odnosił kolejne zwycięstwa.

Na nadchodzące zawody przygotował nowy model szybowca. Wykonał wpierw jego zmniejszoną wersję i prób lotu dokonał z okienka strychu. Kiedyś ten model nie wylądował blisko jego domu, a poszybował aż do naszego ogrodu, by opaść na drzewie jabłoni. Podczas gdy Gűnter szukał tego modelu w pobliżu, ja ściągnąłem go z gałęzi, bo widziałem gdzie wylądował. Postanowiłem go przed zwróceniem Gűnterowi, wypróbować na podwórzu. Samolot mi ładnie poszybował, tylko przy lądowaniu zawadził o płot, tak że papierowa powłoka skrzydeł się podarła. Szybko umieściłem samolot na drzewie, gdzie go znalazłem i tam go zostawiłem. Poleciałem do Gűntera i powiedziałem mu, że samolot wylądował u nas na drzewie, że bardzo długo leciał i krążył dokoła, tylko lądowanie mu się nie udało. Gűnter był zadowolony, że odnalazłem model i wcale się nie domyślił, że to z mego powodu został uszkodzony. Model się sprawdził, więc zabrał się do budowy większego egzemplarza na zawody w Berlinie.

Z tych zawodów wrócił Gűnter bez szybowca. Imprezę w ostatniej chwili odwołano, bo nastąpił alarm lotniczy i kolejny nalot na Berlin. W panicznym tłoku podczas ucieczki do schronów model został zgnieciony, tak zniszczony, że nie warto go było już ze sobą do domu zabierać. Gűnter postanowił zaprzestać tej zabawy modelarskiej jak to teraz nazywał. Właśnie obchodził 17 urodziny i postanowił w swej wściekłości na panoszących się nad niemieckim niebem Anglo- Amerykanów sam się z nimi rozprawić jako prawdziwy pilot. Zgłosił się do wojskowej szkoły pilotów. Został przyjęty, bo wojna miała się ku końcowi i coraz młodsi musieli zastępować doświadczonych, ale zestrzelonych w walkach pilotów.

Gdy Gűnter miał 18 lat, a było to pod koniec 1944 roku, został przydzielony do szwadronu myśliwców Me 110 gdzieś na terenach na wschód od Wisły. Nie dostał się na front zachodni by tam walczyć z Anglo-Amerykanami, z którymi miał na pieńku z powodu tych nieudanych zawodów, po których sobie tak dużo obiecywał. Armia czerwona zbliżała się coraz bardziej do granic Polski sprzed wojny i lotnictwo radzieckie dawało się już Niemcom mocno we znaki. Niemieckiemu lotnictwu brakowało coraz bardziej paliwa. Gűnter był teraz lotnikiem, ale prawie wcale nie latał. Kiedyś podczas nalotu na ich lotnisko polowe, gdy nie zdążyli wystartować, tkwił w kabinie samolotu na stanowisku strzelca pokładowego i próbował strzelać do atakującego wroga. Nie zdołał nawet wystrzelić, gdy smuga pocisków trafiła w ich samolot i Gűnter został ciężko ranny w prawe ramię. Dostał się do szpitala, gdzie amputowano mu ramię. Jego kariera pilota nie skończyła się w walce powietrznej, a na ziemi. Został bezrękim inwalidą wojennym i w krótkim czasie znalazł się w Rybniku. Próbował stać się jeszcze użytecznym w pracowni modelarskiej, ale i tam go odprawiono, bo instruktor musi swoim podopiecznym także coś praktycznie pokazać. Zresztą, niedługo zamknięto i te pracownie, bo wojna przesunął się już bardzo blisko do nas, chłopcy chętni do modelarstwa byli bardziej potrzebni w Volksturmie.

Gűnter ze swoimi rodzicami wyjechał jednym z ostatnich pociągów w kierunku Katowic i potem znalazł się już w głębi Niemiec. Tam zastał go koniec wojny.

W powojennych latach zaczęto tam dobrze dbać o swych inwalidów wojennych. Sprawiono mu doskonałą protezę, tak że mógł się nawet samochodem poruszać. Kilka lat po wojnie Gűnter postanowił wyruszyć w dawne strony rodzinne. Odwiedził dom blisko nas, gdzie mieszkali w czasie wojny, a potem poszedł z małym chłopcem z modelem szybowca na wały, gdzie przed laty wypróbowywał swe latające modele. Teraz jego synek spróbował w tym samym miejscu, jak kiedyś jego ojciec wypuścić do lotu swój model szybowca. Rozpoznałem Gűnthera i zagadnąłem go. Pamiętał mnie jeszcze i porozmawialiśmy. Zapytałem go, czy strącił jakiś samolot w czasie wojny. Nie odpowiedział mi, tylko dźwignął prawe ramię, odsunął nieco rękaw marynarki i zobaczyłem zamiast ręki protezę. Entuzjazm do walki w Luftwaffe amputowano mu wraz z jego ramieniem. Na wojnę patrzał teraz innymi oczyma, nie był już tamtym młodym uwiedzionym przez Fűhrera entuzjastą lotniczych walk. Jak wielu Niemców wtedy, wygłosił formułę NIE WIEDER KRIEG. Jak się później dowiedziałem, syn Gűnthera został pilotem Lufthansy. Gdy miał loty do Warszawy, umożliwiał ojcu przelot tam i z powrotem. Po latach, po zmianach w Polsce, Guenter odwiedził jeszcze raz dawne strony rodzinne samolotem Lufthansy i wylądował na lotnisku katowickim, o wiele bliżej Rybnika. Lotnictwo służyło teraz szybkim i wygodnym kontaktom sąsiedzkim, także z Niemcami.


Styczeń, 2016

Heinrich - Henryk

Heinrich – Henryk


Henryk, a właściwie to w latach wojny Heinrich, zdrobniale Heinz, drobny chłopak rozmawiający wówczas w języku niemieckim. Jego dziadkowie nie znali polskiego języka literackiego, a posługiwali się starą śląską gwarą. Heinz ją trochę rozumiał, ale się nią nie posługiwał. Pod koniec wojny zaczął uczęszczać do szkoły i niedługo czytał już niemieckie książki przygodowe. Tu gdzie mieszkali były to tereny od wieków nie należące do Polski, a do Czech, potem do Austrii, do Prus. A obecnie do hitlerowskich Niemiec. Demonstrowanie polskości kończyło się teraz natychmiastowym umieszczeniem w K.Z. Auschwitz. Niemieckie książki były wówczas pisane szwabachą, znacznie różniącą się od alfabetu łacińskiego używanego w polskiej literaturze. W tym czasie przeczytał jedyną książkę w języku polskim, jaką jego dziadek - opa trzymał na wierzchu, a nie w swych prawie tajnych schowkach z polskimi książkami. Był to starodruk pisany szwabachą, niczym nie odróżniający się od książek niemieckich. To było wydanie biblii w języku staropolskim z bardzo licznymi ilustracjami drzeworytniczymi. Opa i oma prawie codziennie zaglądali do tej księgi i przeczytali zawsze jakiś mały fragment Heinzowi. Ta księga zainteresowała go swymi bogatymi ilustracjami, na które nie mógł się nigdy dość napatrzeć. Na skrawkach papieru próbował kopiować wpierw szczegóły ilustracji, aż kiedyś narysował całą postać ukrzyżowanego Chrystusa. Heinz zaczął już w bardzo wczesnym wieku dość dobrze rysować. Pierwsze rysunki były jeszcze bardzo nieporadne. Z gęstwiny przecinających się kresek zaczęły się formować pierwsze rozpoznawalne kształty. A z koniem było tak. Dziadkowie mieli w kuchni leżankę, czyli szezlong. Gdy Heinz przypatrywał się temu meblowi z profilu, zobaczył w nim jakby pra kształt konia. Gdy dodał do wyższej części wezgłowia leżanki uszy, dorysował oczy i kreskę która miała dzielić końskie szczęki, miał już prawie gotowego konia. Jeszcze tylko ogon, podkreślenie kopyt i mebel przekształcił się w konia na miarę obecnej wyobraźni przyszłego artysty. No i tak się zaczęło. Od nieczytelnej abstrakcji, do rozpoznawalnych kształtów.

Gdy Heinz zaczął uczęszczać do szkoły, pani szybko rozpoznała jego niewątpliwie wielki talent plastyczny. Dawała mu często jakieś dodatkowe zadania do wykonania, testy a właściwie druki z rysunkami do wypełnienia kolorowymi kredkami. Te były dla Heinza objawieniem, nigdy takich jeszcze nie miał w ręku, tylu kolorowych ołówków. Czasem, gdy już miał zadanie gotowe, a pani zajęta była jeszcze resztą klasy, bawił się w układanie ołówków w dobrze ze sobą harmonizujące pary. Odkrył, że kolory można ze sobą dopasowywać. Jak się dopiero później dowiedział, nazywano to zestawianiem kolorystycznym barw w pary, czy nawet w kilka kolorów. Kiedyś zabrał do szkoły kawał szarego papieru pakunkowego, z dużej torby pozostałej po zakupach. Gdy już wykonał zadanie testowe, skorzystał z kredek i bardzo pospiesznie narysował i szybko pokolorował pejzaż górski z jeziorem, jaki widział kiedyś na czarno białym rysunku. Kolorystyka jego obrazka była bardzo odważna, wykonane to było śmiałą kreską, bez zbędnych szczegółów. Gdy pani zobaczyła ten rysunek, powiedziała do niego, że jest prawdziwym ekspresjonistą, tyle, że nie wytłumaczyła mu co to znaczy. Nacjonaliści niemieccy nie uznawali tego kierunku i zaliczali go do to potępianej przez nich entartete Kunst. Dopiero po wielu latach dowiedział się już wówczas jako Henryk, jaka wspaniała jest owa sztuka zdegenerowana.

Henryk jako Heinz- Heinrich nie zagościł zbyt długo w niemieckiej szkole pod Annaberg. Gdy się skończyła wojna, teraz już w szkole pod Górą Św. Anny nauczył się w miarę dobrze mówić po polsku, choć ciągle jeszcze swobodniej posługiwał się śląską gwarą niż polskim językiem literackim. W szkole średniej okazało się, że Henryk prócz zdolności plastycznych, jest także uzdolniony w przedmiotach ścisłych. W miarę dojrzewania, coraz mniej widział siebie w przyszłości jako artystę malarza, a bardziej jako architekta. Wiedział już dużo o artystach renesansu, choćby o geniuszu tamtego czasu, Michale Aniele, który był wspaniałym malarzem, ale i doskonałym architektem. Henrykowi wydawało się, że zawód architekta będzie bardziej praktyczny, gdyż on jako najstarszy w rodzinie będzie musiał zacząć zarabiać na jej utrzymanie. Zostali bez ojca, bo ten nie wrócił z pod Moskwy, gdzie musiał walczyć w niemieckim wojsku. Liczył na to, że jako architekt będzie mógł łatwiej zarabiać niż niejeden biedujący malarz, których Niemcy nazywali pogardliwie Hungerkuenstler. Nie byłoby to poświęcenie jego dawnych marzeń o karierze malarskiej, bo architektura miała dla niego coraz więcej artystycznego powabu. Po maturze wybrał się w pełnym przekonaniu na studia do Krakowa, mimo że znacznie bliżej było mu na politechnikę w Gliwicach. Kraków nęcił go swoimi licznymi zabytkami, muzeami i swoją artystyczną atmosferę.

Czas studiów mijał szybko, Henryk należał do najzdolniejszych studentów, zdobywał liczne nagrody i wyróżnienia. Już jako student potrafił dorabiać do skromnego stypendium. Pod koniec studiów przyjęto go w skład jednego z najlepszych architektonicznych zespołów projektowych w mieście. Mieli w tym czasie wiele pracy z rozbudowującą się Nową Hutą. Ten rodzaj budownictwa nie stał jednak w centrum zainteresowań Henryka. Zapalił się do udziału w zagranicznych konkursach architektonicznych. W tym czasie ożenił się z szalenie zdolną koleżanką z sąsiedniej ASP, kończącą studia na wydziale włókiennictwa. Specjalnością Ani były gobeliny. Marzyło jej się, by tworzyć takie wielko wymiarowe, prawie jak arrasy wawelskie. Ona również była pod urokiem artystycznej atmosfery miasta, co miało silny wpływ na jej twórcze dążenia. Stanowili doskonale dobraną parę małżeństwa dwojga artystów. Henryk obiecywał Ani, że wkrótce stworzy jej wspaniałe warunki pracy w domu, który już dla nich projektuje i zbuduje za pieniądze z nagrody za ostatni wygrany konkurs zagraniczny. On uwierzył w swoje możliwości działając w kraju, ale i za granicą. Stawał się wschodzącą gwiazdą w dziedzinie architektury monumentalnej.

Wkrótce zaczęły się te plany ziszczać. Pieniądze spływały nie tylko z nagród, ale i z wielu realizowanych projektów na prywatne zlecenia. Nie interesowały go projektowane i realizowane obiekty jako budowle, ale jako dzieła sztuki architektonicznej. Jeszcze ciągle pozostawało w nim coś z dawnych marzeń młodzieńczych. Często wyjeżdżał za granicę. Proponowano mu tam stanowiska profesorskie, ale nie palił się do tego. Miał czas wyłącznie na wygłoszenie jakiegoś gościnnego wykładu. Kiedyś spotkał się przy takiej okazji z tamtejszym znanym architektem, dziekanem niemieckim o polsko brzmiącym nazwisku. Okazało się, że obaj pochodzą z sąsiednich wsi z pod Góry Św. Anny. Dwaj Ślązacy, tyle, że dziś, obywatele dwu różnych krajów. Henryk nie gonił już za pieniędzmi. Tworzył wyłącznie to, co go interesowało. Jak kiedyś słynny polski architekt Noakowski wykonywał coraz mniej projektów, a po prostu malował swoje wizje architektoniczne jak obrazy. Mógł sobie na to pozwolić, bo był także świetnym akwarelistą. Ta twórczość malarska pochłaniała go coraz bardziej. Los okazał się jednak okrutny. Henryk owdowiał. Okrutny rak przekreślił za szybko twórcze życie Ani. Byli bezdzietni, życie samotne wykańczało go coraz bardziej. Zaczął zwolna dziwaczeć. Przestał wychodzić z domu, uciekał w pracę twórczą, coraz silniej pochłaniało go teraz malarstwo. Nie projektował obiektów architektonicznych, a malował swoje wizje architektoniczne. Najbliżsi koledzy zaczęli w Henryku zauważać zmiany osobowe. Stwierdzili szybki rozwój choroby Alzheimera. Zauważało się to nie tylko w rozmowie, ale i w jego życiu codziennym, że coraz częściej zapominał o sprawach bieżących. Jako architekt wyszedł już z obiegu, nikt mu niczego nie zlecał, nie telefonowano do niego w sprawach zawodowych. Sam najchętniej opowiadał o czasie przeszłym i zaprzeszłym. Jego nowe prace malarskie zaczęły nabierać jakichś cech nieudolności w przedstawianiu perspektywicznym, stanowiły jakby malowane gnioty z gliny. Te zmiany postępowały coraz szybciej. Gubił się nie tylko w przestrzeni na swych obrazach, ale i w tej realnej życiowej. Przyjaciele zauważyli, że nie jest już w stanie sam egzystować, bo zaczyna się gubić w swym wielkim domu i nawet o jedzeniu zapominać. Coraz częściej gdy wychodził, nie potrafił potem sam wrócić do siebie, do domu. Udało im się go umieścić w nowo otwartym luksusowym domu opieki w podgórskiej miejscowości. Był to zespół budynków, które Henryk jeszcze nie tak dawno sam projektował. W hallu głównego obiektu wisiał jeden z najokazalszych gobelinów jego zmarłej Ani. Już go nie rozpoznawał. Nie pamiętał że to dzieło jego Ani. W czasie pobytu w nowym otoczeniu poruszał się już wyłącznie na wózku inwalidzkim. Początkowo potrafił obsługiwać ten nowoczesny elektryczny pojazd, ale wkrótce przestał dawać sobie z tym rady. Już nie zdawał sobie sprawy z tego, że sam tu wszystko zaprojektował, bo najczęściej jego myślowy odbiór otoczenia był już mocno zaburzony postępującą coraz szybciej chorobą. Henryk został w tym ośrodku umieszczony w luksusowych warunkach, w bardzo dużym pomieszczeniu. To czego potrzebował najwięcej, to ogromne ilości papieru do rysowania Gdy tu przyszedł, jego rysunki miały jeszcze cechy znamion rozpoznawalności przestrzennej i czytelności poszczególnych przedmiotów. Z czasem zaczęło się objawiać całkowite zagubienie w wymierzalnym świecie. Następował powolny powrót do dziecięcej miazgi zakreskowanej chaotycznie płaszczyzny. Wszystko stawało się mgławicą linii, czymś co już nie miało nazwy, czymś co znalazło się poza rozpoznawalnym światem ludzi myślących. A może ludzi myślących inaczej pod koniec swych dni, może tak jak zaczynaliśmy postrzeganie świata na początku naszych dziecięcych dni?

Heinrich-Henryk pozostawił po sobie mnóstwo porozrzucanych porysowanych arkuszy papieru zarysowanych niczym konkretnym, które ludzie robiący porządki po nim w jego pomieszczeniu szybko przekazali wszystko jako bezwartościowe gryzmoły na makulaturę. Pozostały jednak po nim te dawniejsze trwałe ślady, wspaniałe obiekty architektury na całym świecie.


Porąbka, listopad 2018

Herb rodowy

Herb Rodowy

Parę dni temu zaczęło się lato, a epidemia od początku marca trwa dotąd nadal. Wydłuża się ten czas aż nadto. Gdy kogoś dotknie kwarantanna, to nie trwa ona jak w dawnych czasach zarazy aż czterdzieści dni, bo tylko czternaście. Zachorowało już ponad 10 milionów ludzi na świecie. Nie dziesiątkuje ludzkości jak kiedyś wcześniejsze pandemie. Dla mnie u schyłku życia czas jakby jeszcze bardziej przyspieszał. Zwolnienie wszystkich moich czynności działa tak, jakby kartki kalendarza zaczęły się same szybciej zmieniać. Przebywam więcej czasu w domu, mam coraz mniej kontaktu z tymi nielicznymi przyjaciółmi, kolegami, którzy jeszcze pozostali, choć na ogół i tak milczą. Wchodzę teraz w każdy kolejny dzień z większym wysiłkiem. Najłatwiej posiedzieć przy komputerze i w nim odnajdywać czas miniony w tym, co kiedyś zapisywałem, oraz w tych niezliczonych zdjęciach. Od czasu do czasu, gdy zaglądnę w jakieś swoje dawno nie przeglądane zakamarki, odkrywam przedmioty, które stały się również miarą mojego czasu. W pierwszym momencie nie rozpoznaję od razu co to, nie kojarzę z niczym przedmiotu. Powoli pamięć przywraca jego pochodzenie. Zaczynają same snuć swoją opowieść o czasie minionym.

Ostatnio odkryłem dość duże blaszane pudełko, coś na kształt bombonierki, bardzo dekoracyjnie zdobioną secesyjnym wzornictwem. Stare blaszane opakowanie wyrobów cukierniczych pamiętające czasy rosyjskiego caratu. Metaliczna powierzchnia była już mocno podniszczona, pościerana. W pierwszej chwili nie kojarzyłem skąd się to pudełko wzięło. Przechowywałem je, bo było ciekawe plastycznie. Trzymałem w nim jakieś drobne szpargały. Opróżniłem je, całą zawartość wyrzuciłem od razu do makulatury i zastanawiałem się, co zrobić z pudełkiem. Zacząłem od oglądania jeszcze ciągle dobrze widocznego zdobnictwa, mimo że farba była w wielu miejscach mocno starta. Potem zerknąłem do wnętrza, które świeciło prawie nowością błyszczącej blachy złotawego koloru. Zauważyłem, że na dnie leży jakby druga przykrywa. Okazało się, że to pudło było dwuwarstwowe, więc spróbowałem wyjąć tę część ze środka. Powoli zacząłem sobie przypominać skąd pudełko do mnie dotarło.

Przed wielu laty starsza pani sąsiadka, mieszkająca w domu naprzeciw prosiła mnie o namalowanie jej herbu rodowego na blasze. Dziś już nie pamiętam, o jaki herb chodziło. Otrzymałem wzór i blaszane pudełko, na którego blasze mógłbym go namalować. Herb nie był na tyle wyraźny i dokładny, by odtworzyć powiększoną kopię. W bytomskim muzeum znalazłem w herbarzu dokładniejszy wzór, tak że mogłem zamówienie wykonać. Miałem swoją blachę miedzianą odpowiednio przyciętą do formatu ramy, w którą herb miał zostać oprawiony. Wykonane dzieło zostało przyjęte przez sąsiadkę, zaś pudełko na którego blasze miałem malować, pozostało już u mnie. Później znalazłem dla niego przeznaczenie, zacząłem w nim trzymać różne chwilowo niepotrzebne szpargały. Sąsiadka, starsza ode mnie pani nie miała polskiego nazwiska, a ukraińskie. Podkreśliła jednak, że chce żeby jej syn, który wyemigrował do Niemiec, nie zapomniał o swym szlacheckim rodowodzie po kądzieli. Jak z herbu wynikało, należał do znanego starego rodu z kresów. Jej mąż był dawniej parobkiem w ich majątku i w czasie wojny zaopiekował się jej rodzicami i nią. Gdy w 1944 roku na tereny kresów wkroczyli Rosjanie zajęli ich majątek. Zwykle obchodzili się niezbyt przyjaźnie z właścicielami ziemskimi. Im zabrali dwór, majątek rozgrabili, a właścicieli wyrzucili do czworaków. Rodzice sąsiadki już nie przeżyli, zmarli na tyfus. Mimo różnic klasowych parobek i dziedziczka mieli się ku sobie, stali się parą. Ona była zdecydowana do opuszczenia rodzinnych stron na kresach, chciała by wyjechali razem do Polski i wzięli tam ślub w PRL-u. On uważał się za Polaka choć z pochodzenia Rusin. Nigdy nie uważał się za Ukraińca. Ukończył polską szkołę i posługiwał się językiem polskim. Dotarli razem na Śląsk, oboje pracowali i dokształcali się. W Polsce oboje skończyli szkoły średnie, a on skończył zaoczne studia Dorobili się mieszkania spółdzielczego na tym samym osiedlu co ja. Sąsiadka zwykle bardzo elegancka i elokwentna pani, udzielała się społecznie. Mieli syna i córkę. Syn wyemigrował za lepszym chlebem na zachód. Sąsiadka obawiała się, by syn nie uległ hasłu: Gdzie chleb, tam ojczyzna. Namalowany przeze mnie herb, jej znak rodowy miał synowi przypominać o jego pochodzeniu.

Kilka dni temu otrzymałem maila od mego szkolnego kolegi z Kanady. Ma sąsiadów Ukraińców, którzy osiedlili się tam w dużej grupie. Przybyli z terenów Wołynia, które przed wojną należały do Polski. To tam w czasie wojny dochodziło do eksterminacji ludności polskiej nie tylko przez Niemców, ale i przez sąsiadów Ukraińców. Mój kolega pisał mi, że poznał tam też Polaka, o ukraińskim nazwisku. Ten porozumiewał się z Ukraińcami raczej nie po polsku, a po angielsku. Zresztą trzymał się od tamtych z daleka. Kolega był lekarzem, miał kiedyś okazję porozmawiać trochę z owym Polakiem. Dowiedział się, że niedługo po studiach wyjechał z Polski na stałe do Niemiec, bo jego ówczesna żona miała tam rodzinę. Jego rodzice pochodzą z kresów, ojciec ma pochodzenie ukraińskie, stąd nazwisko jakie nosi. Jego ojciec zawsze czuł się bardziej Polakiem niż Ukraińcem. Matka pochodzi z majętnej polskiej rodziny ziemiańskiej, z takich co tam na wschodzie utracili wszystko. Pozostał mu namalowany herb rodowy jego mamy, który tu ze sobą przywiózł. To dla niego rodzinna pamiątka. Jemu pobyt w Niemczech nie odpowiadał, po rozwodzie z żoną, wyjechał sam do Kanady. Do Niemiec przybył ze Śląska z Katowic, gdzie się urodził i studiował. Ma teraz w Kanadzie drugą żonę, która też jest pochodzenia ukraińskiego. Ich dzieci mówią po angielsku i nieco lepiej po ukraińsku, niż po polsku. Ukraiński nacjonalizm wnosi do ich domu brat żony, który lekko podpity opowiada przy dzieciach dziwne i okrutne historie o swoim ojcu. Uważa ojca za bohatera narodowego, bo był członkiem UPA i dzielnie walczył z Polakami. Zapamiętał z dzieciństwa, jak ojciec w czasie libacji ze swymi pobratymcami z Ukrainy się przechwalał: Kak ja riezał Lachiw. Ów znajomy , choć też ma w swych żyłach ukraińską krew, woli się trzymać od tamtych z daleka i ci nie uważają go za swego, a za Polaka. Jego dzieci traktują ten herb jak dziwoląg, bo twierdzą, że oni są English. Mój kolega mówi, że świat jest mały, bo spotyka tam w Kanadzie wielu ludzi z dawnych stron, jeśli nie z Rybnika, to z Katowic, gdzie też przez wiele lat mieszkał. Zaś dla mnie świat jest wielki, może jest to ten herb przeze mnie namalowany i przewędrował tę daleką drogę aż do Kanady?

W ostatnim mailu utwierdził mnie kolega w tym, że świat jest istotnie i mały i wielki równocześnie, bo wszędzie na świecie korona wirus powoduje teraz, że ludzie chorują na tę samą chorobę. Właśnie tam u nich wróciła rodzina Ukraińców z odwiedzin ze swego dawnego kraju i okazało się, że się na Ukrainie zakazili korona wirusem.


***

21.08.2020

IKONY

IKONY


       W stanie wojennym, po przymusowym odejściu z TV zacząłem zarabiać malowaniem ikon. Najchętniej kopiowałem te ruskie   nowogrodzkie, bo miałem album ze znakomitymi reprodukcjami. Malowałem je na deseczkach i stosowałem nawet pozłocenia. Sprzedawałem je głównie w galeriach DESA. Dzięki ikonom zdołaliśmy bez większych problemów przeżyć czas stanu wojennego.

         W trakcie malowania przypomniałem sobie o moim pierwszym zetknięciu się z ikoną. Było to pod sam koniec wojny, gdy przebywaliśmy w kwietniu 1945 roku w Biertułtowach.  Po przymusowym opuszczeniu naszego mieszkania w Rybniku, gdzie już od kilku miesięcy niedaleko naszego domu przebiegała linia frontu, wylądowaliśmy na Emie w osiedlu familoków, tam gdzie się urodziłem. Koniec wojny przebiegał tu spokojnie. Nie było nalotów, ani ostrzału artyleryjskiego. Miejscowa kopalnia fedrowała do ostatniej chwili. Węgiel  był na miejscu przerabiany na koks i nadal transportowany w głąb Niemiec. Do ostatnich dni przebywali tu setki jeńców rosyjskich i tak zwani robotnicy wschodni umieszczeni w dawnym hotelu robotniczego, zwanym szlafhauzem (domem noclegowym). Robotnicy cywilni mieszkali w nim, a w barakach obok mieścił się obóz jeńców. Wcześnie rano wyruszały stamtąd do pracy kolumny marszowe tych przymusowych górników. Już z daleka było słychać głuchy stukot drewnianych pantofli o bruk. Do tego harmidru dochodziło szczekanie psów uzbrojonych wartowników. Cywilni pracownicy szli luźną gromadą za radzieckimi jeńcami

               Któregoś dnia pod koniec kwietnia nastąpił nalot lotniczy na uciekające w popłochu niemieckie oddziały. W nocy zamiast do pracy przepędzono jeńców i robotników cywilnych na rampę kolejową, i wszystkich wywieziono w kierunku Czech do Ostrawy. Następnego dnia rano znaleźliśmy się jakby pomiędzy frontami. Niemcy się już prawie wycofali, na górze szlafhauzu pozostał mały oddział obserwacyjny. Zauważyliśmy tych Niemców, gdy kilku miejscowych chłopców i ja zakradliśmy się tam na górę. Byliśmy zdziwieni, że Niemcy siedzieli przy zasłoniętym oknie i obserwowali przez małe otwory w czarnej tkaninie doskonale widoczny stamtąd skraj lasu i pola. Wypatrywali,  czy nie wyłonią się tam w oddali Rosjanie. Usłyszeliśmy za chwilę krzyk oficera: Achtung, die Russen kommen. A do nas: Haut ab - uciekajcie. Zdołałem jeszcze na skraju lasu zobaczyć małe poruszające się zielonkawe postacie żołnierzy radzieckich. To był atak. Szybko uciekliśmy w dół i pędziliśmy do naszego familoka. Już było słychać świst kul, gdy biegliśmy drogą. Nikomu nic się nie stało i każdy z nas dotarł do siebie w bezpieczne miejsce. Strzelanina szybko ucichła, widocznie ze strony niemieckiej nie miał już kto walczyć. Przez jakiś czas trwała głucha cisza. Gdzieś po godzinie zaczęliśmy ostrożnie wychodzić na ulicę. Nie było nikogo. Widocznie Rosjanie popędzili szybko dalej za Niemcami. Rozeszła się wiadomość, że w magazynie szlafhauzu jest żywność. Zaraz pobiegłem tam za innymi. 

 Przed wojną przebywałem w tym budynku na wakacjach u dziadków, Jako dziecko mówiłem, że urodziłem się na Emie, a nie w Biertułtowach, czy jak mi później w dowodzie osobistym zapisano, w Radlinie.. Dziadek Porembski,  po powrocie rodziny z Westfalii na polski Śląsk był już na górniczej rencie. Tu przyjął jednak stanowisko gospodarza - dozorcy w tym nieczynnym hotelu górniczym. Miejsca było aż nadto, bo mogli zajmować całe pierwsze piętro. Mieszkała tam też jedna ciocia z moją kuzynką i wujek, oraz najmłodszy brat mej mamy, który zmarł jeszcze  przed wojną. Pamiętam, że w jednym z pomieszczeń stała przez trzy dni aż do pogrzebu, jego otwarta trumna  . Potem bałem się trochę wchodzić do tego pokoju i zawsze go omijałem. Nigdy nie chciałem tam spać. Tu było miejsce spotkań  naszej licznej  rodziny. My dzieci mieliśmy sporo miejsca do zabaw. Był też olbrzymi ogród, z rodzaju tych zaczarowanych, może dlatego, że dość zdziczały, bardzo zapuszczony, zbyt duży jak na potrzeby babci i dziadka. Mieli tam i chlew, gdzie dziadek hodował swoje kozy. Na Emie poznałem smak koziego mleka. Po wybuchu wojny babcię w krótce usunięto z tego budynku. Gestapo aresztowało zaraz  dziadka. Jana   i zamknięto go w obozie koncentracyjnym w Dachau, gdzie został później zagazowany. Babcia znalazła swoje miejsce u swej najmłodszej córki Melanii w Niedobczycach. Wtedy, po opuszczeniu przez Niemców Emy zacząłem penetrować to pierwsze piętro. Chciałem sobie przypomnieć dawne wielkie mieszkanie dziadków.       Wszystko było teraz inne. W pokojach stało po kilka trzy piętrowych łóżek. Były jakieś skromne szafy i stół. Widać było, że mieszkańcy opuścili te pomieszczenia w popłochu. Resztki bardzo skromnego dobytku były rozrzucone na łóżkach i na podłodze. W ostatnim pomieszczeniu do którego wszedłem, było trochę inaczej, bo łóżka przylegały do siebie.. Jedna ściana była odsłonięta. Na jej środku znajdował się dość duży obraz namalowany wprost na ścianie. Była to ikona przedstawiająca Matkę Boską. Trochę mi wtedy przypominała znaną z reprodukcji  Matkę Boską Częstochowską, ale jednak znacznie inna niż znane u nas obrazy madonny. Był to dla mnie jakiś nieznany  styl malarstwa. Wszystko to oglądałem w dużym pośpiechu, zauważyłem że kontury były wydrapane w tynku i potem zaczernione. Użyto tylko kilku kolorów, były dość blade, nie pokrywały zbyt dobrze białej ściany. Robiło to wrażenie starego malarstwa ściennego al fresco. Zauważyłem już wtedy ten rodzaj świętej bliskości matki i dziecka Boga przedstawionej na malowidle. Dowiadywałem się później po wielu latach podczas wykładów z historii sztuki, że to santa conversatione (święta rozmowa).  Widać było, że malarz musiał być nie lada mistrzem i dobry w portrecie. Widziałem to po rozrzuconych rysunkach głów męskich robionych ołówkiem. Chyba mistrz rysował  swoich kolegów współmieszkańców. Może uznali jego talent i pozwolili tak zsunąć łóżka, by mógł wykonać to malowidło ścienne. Może był to rodzaj tajnej kaplicy dla nich w tym pomieszczeniu z świętą ikoną? Mieszkańcami byli sami Ukraińcy, czasem przychodzili prosić okolicznych   mieszkańców o żywność. Mówili, że dzielą się nią i przerzucają część  przez ogrodzenie z drutu kolczastego do obozu jeńców, gdzie w większości przebywali wygłodzeni Rosjanie.


.

                Po kilku latach, chyba w 1948 zwiedzaliśmy podczas szkolnej wycieczki w Góry Świętokrzyskie  dawny klasztor Święty Krzyż. Niemcy urządzili w nim w czasie wojny obóz zagłady jeńców radzieckich. Przyjmuje się, że zginęło tam około siedmiu do ośmiu tysięcy jeńców. Zwiedzaliśmy te kazamaty i byliśmy zaszokowani. Na ścianach istniały jeszcze napisy niemieckie: Kanibalismus wird mit dem Tode bestraft (kanibalizm jest karany śmiercią). Były i rosyjskie napisy o karze za kanibalizm. Więźniów trzymano w tak skrajnych, głodowych warunkach, że zdarzało się ukrywanie zwłok zmarłych i potem je spożywano. Sprawa się wydała, gdy rury kanalizacyjne zapchały się kośćmi.  W jednym z pomieszczeń zauważyłem wyrytą na ścianie ikonę. Ta nie była już tak okazała, była skromnym wyobrażeniem madonny bez dzieciątka. Tu nie podziwiałem na tyle kunsztu artysty, a przeżywałem szok w skojarzeniu z tamtymi napisami. Któryś z więźniów odczuł potrzebę uświęcenia tego nieludzkiego miejsca skromną ikoną.


.

                Jeszcze w dzieciństwie pod koniec wojny wpadłem na pomysł,  aby zawrzeć z Panem Bogiem układ w intencji naszego taty.  Namaluję cudowny obraz, gdy tata wróci do nas z wojny. Wiedziałem tylko, że zrobię to w przyszłości, jak się nauczę malowania świętych obrazów. W czasie studiów na ASP nie nauczyłem się tego, jak namalować cudowny obraz. Dowiadywałem się jednak o tym, jak wspaniale malowali różni dawni mistrzowie, jakie piękne madonny wychodziły z pod ich pędzla, choć wcale nie stawały się cudownymi obrazami. Z cudów słynęły raczej inne, namalowane przez na ogół nieznanych malarzy, czasem zaś przypisywano pochodzenie cudownego obrazu Świętemu Ewangeliście Łukaszowi, patronowi malarzy.

                   Zaraz po studiach  starałem się znaleźć  bardziej konkretną, rokującą stałymi dochodami pracę, aby łatwiej utrzymać rodzinę. Nadarzyła się okazja znalezienia ciekawej pracy w  tworzącej się w 1957 roku Telewizji Katowice . Odtąd odszedłem prawie całkowicie na  niespełna dwadzieścia  pięć lat od intensywnego  malowania obrazów. Tych o tematyce religijnej w ogóle nie tworzyłem.  Wtedy  namalowałem  nieliczne  obrazy abstrakcyjne  i dużo rysowałem. Robiłem to głównie na wakacjach. Stałem się  malarzem niedzielnym. Tworzyłem za to mnóstwo dekoracji do wielu rozmaitych programów telewizyjnych.

                Ten telewizyjny okres skończył się w pamiętną grudniową noc, gdy uzbrojeni po zęby żołnierze w hełmach kazali nam opuścić studio. Dla mnie okazało się, że to odejście z TV będzie już bez powrotu. Nie zostałem zweryfikowany do pracy w jednostce zmilitaryzowanej, jaką się TV wtedy stała. Teraz wróciłem do malowania. Były to w dużej mierze madonny, wzorowane na ruskich ikonach, które się wtedy w Desie i innych galeriach szybciej sprzedawały, niż moje Sentymentalne Powidoki, czy kompozycje Pejzaży Scenograficznych bez tytułów, oznaczonych jedynie skrótowo literami PS i kolejnym numerem w rzymskich cyfrach. Kiedyś zrobiłem  dość udaną kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Gdy zaniosłem ją do sprzedaży, pani w galerii oznajmiła mi, że jej nie wystawi na sprzedaż, bo kupi ją sama prywatnie dla siebie. Nie musiałem jak zwykle czekać na przelew bankowy, a nieco mniejszą gotówkę otrzymałem od razu do ręki.

                Po kilku latach, spotkałem ową panią. Zatrzymała mnie, bo miała mi coś ważnego do przekazania. Okazało się, że było to i dla mnie bardzo istotne przesłanie. Wyjęła z torebki małe zdjęcie przedstawiające typową madonnę-ikonę, gdzie niewiele malowanych części obrazu można było zobaczyć, bo większość przysłaniała złotawa, wykuta w złocącej się blasze tak zwana ozdobna koszulka. Zapytała mnie, czy rozpoznaję ten obraz. Zaprzeczyłem, bo wydawało mi się, że nigdy czegoś takiego nie namalowałem. Wtedy przypomniała mi ową madonnę, którą przed laty jej sprzedałem. To był właśnie  mój obraz w nieco zmienionej formie.

                          Ta kopia Madonny Częstochowskiej miała już teraz swoją osobliwą historię. Powędrowała  z Bytomia do jej cioci do Lwowa, która pozostała tam po wojnie. Owa madonna stanowiła dla niej coś świętego, a zarazem polskiego.  Jej  ciocia była od dawna sparaliżowana i nie opuszczała już swego pokoju. Tak bardzo ceniła sobie otrzymany z Polski obraz przedstawiający słynącą z cudów Matkę Boska Częstochowską, że za zaoszczędzone wdowie ruble zamówiła  złotą koszulkę na ozdobienie obrazu u znanego metaloplastyka lwowskiego. Nie była ona ze złotej blachy, czy nawet srebrnej, a zwykłej mosiężnej. Mistrz ją  tak wypolerował, że gdy blask zachodzącego słońca rozświetlał pokój, obraz nabierał złotego blasku.

                 Nikt nie potrafił zrozumieć tego cudu, jaki się wydarzył pewnego majowego dnia. Sąsiadka, która się tą ciocią opiekowała, zastała ją klęczącą przy łóżku, zwróconą do obrazu i gorliwie modlącą się. Ciocia powiedziała sąsiadce, że gdy niezwykły blask rozświetlił obraz, wydało jej się, że ktoś mówi aby wstała. Udało jej się samej zsunąć z łóżka i uklęknąć. Długotrwała terapia dała potem dobre wyniki w wychodzeniu ze  skutków paraliżu. Wpierw jednak był ów cud, w który ciocia uwierzyła. Niedługo udało jej się pojechać do rodziny do Polski i także na Jasną Górę podziękować Św. Panience za cudowne uzdrowienie. Myślę, że już nie będę musiał wywiązać się z naiwnej obietnicy sprzed lat, że namaluję cudowny obraz. 

Janka

Janka


Może pogoda nie była wcale taka zła jak się Jance ostatnio wydawało, że jest zbyt ciemno i wręcz ponuro. Już od dawna nie malowała, narzekała na oczy, że prawie nie widzi. Mieszkała na czwartym piętrze, gdzie obok mieszkania miała swoją pracownię. Ostatnio przestała w niej przebywać, bo spoglądanie na swoje dawno temu namalowane obrazy zaczęło ją denerwować. Ledwo je rozpoznawała. Janka poruszała się na wózku inwalidzkim, bo była sparaliżowana. Chorowała też poważnie na cukrzycę. Teraz choroba przyczyniła się do pogorszenia wzroku. Widziała coraz gorzej. Prowadziła samotne życie niedołężnej wdowy. W ostatnim czasie już prawie nie malowała. Jedzenie jej dostarczano, codziennie przychodziła pomoc pielęgniarska, która załatwiała też prace porządkowe. Od jakiegoś czasu koledzy zaczęli omijać jej pracownię, która kiedyś była miejscem spotkań towarzyskich. Janka była wspaniałą urodziwą dziewczyną, potem kobietą, która przez długie lata roztaczała dokoła swój urok. Teraz stała się schorowaną samotnicą. Początkowo uciekała jeszcze w malarstwo, zaczynała ciągle nowe prace, nie kończąc poprzednich. Szybko ulegała zniecierpliwieniu, prawie zapominała, po co zaczęła daną pracę malować. Stała się też mniej rozmowna, gdy przychodzili dawne koleżanki i koledzy malarze. Te wizyty ustały od jakiegoś czasu. Jej telefon najczęściej milczał. Miała kolegę ze studiów, prawie przyjaciela, takiego drugiego po mężu. Ten mieszkał w odległym mieście, był jak ona po osiemdziesiątce, już prawie głuchy. Czasem zatelefonował i pytał: Co u ciebie, bo ja się trzymam i jeszcze to zdawkowe - bądź zdrowa, maluj i wyłączał się. Telewizji nie znosiła, bo uważała, że jest głupia i nieciekawa. Narzekała, że na jej ekranie ma coraz mniej wyraźny obraz, niewiele widzi. Czytanie też ją męczyło. Prawie cały czas słuchała radia, nawet w nocy musiała mieć włączoną muzykę. Najchętniej nastawiała stacje radiowe nadające muzykę klasyczną. To ją uspokajało. Wiadomości jej nie interesowały, żyła czasem przeszłym, wspomnieniami. Przypominała sobie podróże, jakich było wiele w ich życiu. One dawały ciągle nowe barwne impulsy do kolejnych obrazów. Miejsca, które zwiedzała z mężem, były zawsze odpowiednio dobierane. Nie musiała malować, żeby sprzedawać obrazy. Mąż miał niezłe dochody jako wzięty architekt. Dostawał też liczne propozycje pracy za granicą, więc z tych wyjazdów i Janka korzystała. Robiła dużo szkiców i fotografowała. Mogła też zaliczyć zwiedzenie sporej ilości muzeów i galerii. Tamto życie skończyło się jednak tragicznym wypadkiem podczas mgły na śliskiej drodze. Dopiero po kilku tygodniach, gdy została wybudzona ze śpiączki dowiedziała się, że jej mąż zginął na miejscu. Potem trwała przez długi czas jej rehabilitacja. Łudziła się, że będzie znów swobodnie chodzić, ale powoli docierało do jej świadomości, że już na zawsze będzie przykuta do wózka inwalidzkiego. Jej życie zmieniło się diametralnie. Nic już nie będzie takie jak kiedyś. Duży dom na przedmieściu był dla niej za obszerny, a poza tym przypominał o dawnym życiu. Najbardziej jej było żal wyzbycia się wspaniałego ogrodu, do którego wchodziła wprost z pracowni malarskiej, lub z mieszkania, a później po wypadku wyjeżdżała na wózku.

Od wielu lat przebywała teraz w mniejszym mieszkaniu na czwartym piętrze, gdzie obok miała pracownię. Duże skośne okno w suficie pracowni pozwalało jej spoglądać w niebo. Coraz mniej interesowało ją patrzenie na swoje dawne obrazy, a wolała po prostu kontemplować chmury, które poprzez grę zmienności kształtów wprowadzały ją w lekki trans. Wtedy szybko zapadała w sen. Nie pamiętała dobrze swoich snów, ale wiedziała, że były to dobre sny, śniła o dawnych wydarzeniach, albo śnił się jej tamten ogród. Czekała codziennie, by zasnąć. W pochmurne dni było jej trudniej zasypiać.

Dziś nastał słoneczny dzień, Janka obudziła się ze swej drzemki w pracowni i zaraz pomyślała, że musi natychmiast udać się do ogrodu po świeże róże. Na pewno rozkwitły te żółte, które jej mąż szczególnie polubił. Postawi ich duży bukiet na stole, by go cieszyły, gdy wróci z pracy. Otworzyła raptownie drzwi i zaraz wyjechała z pracowni, by jak dawniej, znaleźć się z niej bezpośrednio w ogrodzie.

Janka ruszyła nazbyt gwałtownie. W klatce schodowej na czwartym piętrze, gdzie mieszkała, niewyhamowany wózek potoczył się z impetem schodami w dół. Niżej na półpiętrze uderzył w ścianę, a ona w nią głową. Nikt niczego nie usłyszał, nie zauważył. Za jakiś czas przyszła pielęgniarka i zobaczyła swą podopieczną leżącą nieprzytomną pod wózkiem inwalidzkim. Na pomoc było za późno.

Na grobie ktoś położył także żółte róże, ale te były już z innego ogrodu.



Katowice 9. Lipca 2017

Kogut

Kogut


Teraz w późnym wieku miewam dość płytki sen, często budzi mnie jakiś szelest, pojawiają się senne majaki, których później nie pamiętam, ale wiem, że były jakieś dziwaczne, oderwane od wszelkich realiów. Czasem zdarza się, że przez dłuższy czas nie potrafię odróżnić snu od rzeczywistych faktów. Kiedyś obudziło mnie silne uderzanie jakiegoś dużego ptaka skrzydłami o szyby. Wydawało mi się, że ptak chciałby wlecieć do środka i daje mi na swój sposób znaki, bijąc skrzydłami o szyby. Było ciemno, nie wiele widziałem. Wstałem i zapaliłem światło. Nie zobaczyłem już żadnego ptaka na parapecie okna. To nie mógł być sen, bo na szybie były ślady krwi. Długo potem nie zasypiałem ponownie, a rozmyślałem co to było, co to mogło znaczyć. Dziwne wieloznaczne znaki w sennych widziadłach mi się już zdarzały. Czasem nachodzą po takich snach myśli o sprawach ostatecznych. Wkrótce zasnąłem zmęczony tymi rozmyślaniami. Nad ranem, znowu śniłem. Teraz nie było gwałtownego przebudzenia, a dość łagodne, więc zapamiętałem prawie wszystko, cały sen.

Przebywałem na skraju lasu, nad kwiecistą polaną. Stałem ukryty za dużym drzewem i obserwowałem starca o białych włosach i brodzie w jasnych powłóczystych szatach. Pod rozłożystym srebrnym baldachimem miał coś w rodzaju czarodziejskiej pracowni, gdzie tworzył różne rajskie ptaki. Wszystkie były bajecznie kolorowe, o dziwnych egzotycznych barwach i kształtach, jedne malutkie, a inne większe, a nawet bardzo duże. Na koniec tego cyklu tworzenia każdy ptak dostawał swoją głowę. Po prostu ją nakładał na korpus ptaka, otwierał delikatnie zamknięty dziób, dmuchnął weń lekko i ptak się zaraz poruszył, pomachał skrzydłami i poleciał nad kwiecistą łąkę. Na koniec pozostał ostatni ptak, był to kogut, ale dużo okazalszy od tych zwykłych naszych. Starzec rozglądał się nerwowo i jakby nie mógł znaleźć dla niego głowy. Nie szukał dalej, tylko dmuchnął mu wpierw pod jedno, potem pod drugie skrzydło i bezgłowy kogut odleciał na łąkę. Jakoś mnie to nie dziwiło, że kogut bez głowy też potrafi latać, choć niektóre ptaki, choć maja skrzydła i głowy, nie potrafią.


Przed wielu laty, gdy jeszcze byłem nastolatkiem poprosiła mnie samotna ciocia o zabicie jej starego kokota. Uważała, że skoro już żadnej kury w gospodarstwie nie posiada, nicpoń nie ma po co istnieć. Jego mięsa co prawda nie pogryzie, ale rosół pewno będzie smaczny. Bo tak w ogóle, to z nim same kłopoty. Niedawno skoczył na głowę małej dziewczynki, ale na szczęście nic się jej nie stało. Nie pieje jak dawniej o określonych godzinach nad ranem, a o każdej porze dnia i nocy. Najchętniej siada na słupie przy furtce koło drogi i staje się wartownikiem jak pies. Pieje, gdy ktoś obcy się zbliży. Często przekomarzałem się z kogutem, bo potrafiłem doskonale naśladować gdakanie kury. Zakradałem się gdzieś obok i zaczynałem imitować głos kury. Kogut zaraz zaczynał biegać dokoła, przybierał swe paradne kogucie pozy, ale kury nie znajdywał. Wtedy zaczynał piać, co trwało jakąś chwilę, aż ciocia się wściekała, gdy właśnie z sąsiadką rozmawiała przez okno do okna. Z tym kogutem miałem dokonać ostatecznej rozprawy życiowej.

Ciocia zwróciła się do mnie jakoś oględnie, nie było mowy o zabiciu koguta, a o skrócenie go o głowę, żeby go raz na zawsze uspokoić. Przedtem należało ptaka złapać, co nie było sprawą łatwą, jako że kogut to nie potulna kura. Te gdy tylko zawołała cip, cip, cip już do niej biegły, licząc na garść ziaren. Kogut wtedy nigdy nie przychodził na takie wołanie. Jak kot chodził własnymi ścieżkami. Gdy znalazł jakieś smaczne chrząszcze czy inne pędraki wołał kury i te natychmiast się zjawiały obok niego. Teraz nie miał już o kogo po koguciemu zadbać. Stał się zdziwaczałym wdowcem i kawalerem zarazem.

Wpadłem na pomysł, by go zwabić do chlewika odgłosem gdakania kury. Ciocia stała przy drzwiach i miała je zaraz zatrzasnąć, gdy tylko kogut wejdzie do środka za kurą, którą ja naśladowałem. To nam się udało i teraz byliśmy w chlewiku we dwójkę z kogutem. Rozzłoszczony nieobecnością kury, przez moment był zajęty pianiem. Wtedy szybko narzuciłem na niego przygotowany wcześniej worek. Trudno mi go było nieruchomo trzymać, bo był bardzo silny. Musiałem go sobą przygnieść i długą chwilę tak dociskać aż się uspokoił. Nie miałem odwagi spoglądać na moment odcinania mu głowy, więc postanowiłem nie wyciągać go z worka. Siekierę miałem pod ręką i przyłożyłem ostrze do szyi koguta. Podniosłem się szybko i prawym kolanem mocno wciskałem ostrze siekiery do szyi koguta aż zobaczyłem, że worek w tym miejscu zabarwia się krwią. Kogut przestał się ruszać.

Byłem pewny, że nie żyje. Zabrałem worek z jego krwawiącą zawartością i zawołałem ciocię. Przed drzwiami chlewika wysypałem dwie części ptaka na cementowy chodnik. Wziąłem do ręki głowę, lekko ją szarpnąłem, bo była jeszcze skórą połączona z korpusem i trzymałem za wspaniały czerwony grzebień. Przez chwilę kapało z niej jeszcze trochę krwi. Wtedy nagle ożywił się bezgłowy kogut, wspiął się na nogach jak dawniej , zatrzepotał skrzydłami i uniósł się w powietrze. Zostaliśmy obryzgani krwią, a ptak odleciał nad płotem w pole dojrzewającego wysokiego żyta. Nie zauważyliśmy żadnego ruchu w zbożu, kogut przepadł. Ciocia powiedziała do mnie, że mogłem więcej szyi zostawić przy głowie, byłoby z tego choć trochę rosołu na niedzielę. Tłumaczyłem cioci, że nie mam jeszcze wprawy w zabijaniu, bo to mój pierwszy raz. Ciocia w przypływie niezadowolenia wzięła głowę koguta i zamaszystym ruchem wyrzuciła ją w zboże wołając: a weźże sobie swój łeb kokocie.


Katowice, 05.01.2015.

Końcówka

Końcówka

To podwójna końcówka, bo występuje jako nazwa miejsca, oraz jest faktycznie końcówką, czy raczej tym co zdarza się czasem na koniec, choćby ten dotyczący naszych dni. Ta pierwsza końcówka, to był raczej jej początek. Jak kawałek sznura, czy sznurowadła ma dwa końce, czy nawet dwa początki. To o czym opowiem, to na pewno końcówka historii, której początek miał miejsce bardzo dawno temu.

Janek miał domek w górach na końcu wsi Końcówka. Zaaranżował tam sobie zakupioną chatę góralską na bardzo wygodną daczę, miejsce swego wypoczynku. Sporo wkładu pracy pozostawili tu i koledzy z instytucji w której z Jankiem pracowaliśmy. Mnie też kilka razy zaprosił na wyjazd do Końcówki. Miałem namalować pejzaż stamtąd, bo ściany domku były dość pustawe. Janek zabrał mnie dwa razy na weekend i zdołałem namalować tamtejszy zimowy pejzaż. Wtedy dni bywają krótkie, malowałem dość pospiesznie. Potem zostawało nam sporo czasu na długie rozmowy. Wdawałem się w zawiłe polityczne dysputy, wyrażając dość otwarcie swoje opinie.

Jego ówczesna żona Zosia, była utalentowaną i bardzo atrakcyjną tancerką. Wymyśliła sobie, że w ich chacie powinien się znaleźć jej portret w stroju góralki. Na następny wyjazd do Końcówki pojechała z nami. Tam na miejscu zaczęła mnie namawiać, bym narysował jej portret. Janek przypomniał sobie, że mam tu jeszcze kasetę z farbami i jakieś zaczęte płótno, więc mógłbym spróbować Zosię namalować. On nam nie będzie wcale przeszkadzał, pójdzie sobie do strumyka na pstrągi. Ja wymawiałem się, bo wiedziałem, że nie sprostam oczekiwaniom portretowym pięknej tancerki. Zosia postanowiła dodać mi odwagi, wyjęła z bufetu gruziński koniak i nalała mi sporo do szklanki, sama zresztą też tyle wypiła. Postanowiła mnie zachęcić i przebierała się bez żadnego skrępowania w mej obecności odsłaniając to i owo. Wykorzystywała przy tym swoje uwodzicielskie sztuczki do maksimum. Podeszła do mnie bliżej i zapytała z niewinną miną, czy mi się nie podoba. Przy kolejnym kieliszku zbliżyła się w końcu tak blisko, że zaczęła mnie całować. Byłem zaskoczony tą sytuacją, oraz zaniepokojony, że Janek mógłby nagle wrócić. Powiedziałem jej, że Janek może zaraz wejść.

- Ee, co tam, gdy on idzie na ryby, ja się nie liczę, zostawia mnie wtedy na bardzo długi czas. Albo praca, albo ryby. Bywamy mało razem. Nasze małżeństwo się kończy, rozwodzimy się. Chciałam cię przestrzec, uważaj co mówisz do Janka, bo on jest współpracownikiem UB. Dowiedziałam się, że donosi na kolegów.

To mnie od razu otrzeźwiło, Zosia poszła za ciągiem alkoholowym, ja zastopowałem i już potem z Jankiem niczego nie wypiłem. Tłumaczyłem, że na malowanie portretu było dziś za ciemno. Tematów politycznych nie poruszaliśmy dziś wieczorem. Zosia po wypiciu nadmiaru koniaku poszła wcześniej spać.

Następnego dnia wyjechaliśmy. Nigdy więcej do Końcówki nie wracałem. Nie wiedziałem, czy Zosia zmyślała, bo gdy się dwoje ludzi rozchodzi, padają różne zarzuty. Postanowiłem być ostrożnym.

Może byłem w swych wypowiedziach nie dość czujny, bo z chwilą ogłoszenia stanu wojennego straciłem pracę. Nie byłem pewien, czy to akurat Janek się do tego przyczynił. Po zmianach ustrojowych wróciłem jeszcze na jakiś czas na stare miejsce pracy. Teraz po różnych awansach w stanie wojennym, Janek był już na emeryturze. Widywaliśmy się tylko sporadycznie, właściwie to tylko na spotkaniach emerytów raz w roku w grudniu, przed Bożym Narodzeniem, oraz czasem na pogrzebach zmarłych kolegów. Ostatnio miałem wieści, że Janek jest w bardzo posuniętym stadium raka, ma powtarzające się naświetlania i nie wychodzi już z domu. Parę dni temu miałem telefon: - Łączę pana, będzie rozmawiał pan Jan S., a ja jestem u niego pielęgniarką. Po chwili odezwał się mocno odmienionym głosem Janek:

- Dzwonię do Ciebie, bo czas się pożegnać, a przedtem chciałbym cię przeprosić i ci coś wytłumaczyć. Domyślam się, że możesz przypuszczać, że donosiłem na ciebie, że byłeś przeze mnie na czarnej liście UB gdy nastał stan wojenny. Ja nie byłem tajnym współpracownikiem. Była nim Zosia, wtedy jeszcze moja żona. Mam pewność, że mnie z różnymi kolegami zdradzała. Wypytywała mnie często o nich, o ich poglądy. Podobnie było z tobą, ale doniosła na ciebie z innej przyczyny, nie uległeś jej i nie chciałeś jej malować. W domu dość chytrze wypytywała mnie o poglądy kolegów. Miała fantazję i chyba sporo zmyślała szkodząc im tym bardziej. O wszystkim opowiedział mi w szpitalu leżący ze mną i chorujący jak ja ubek, który prowadził swego czasu TW Zosię. Pod koniec próbowała i na mnie donosić, powiedział Janek. Mnie to już nie zaszkodziło. Dzwoniłem do niej o tym do USA, gdzie obecnie mieszka. Jest teraz obywatelką amerykańską. Ze względu na syna przyjedzie jednak na mój pogrzeb. Będzie miał okazję spotkać się jeszcze z matką, choć za nią nie tęsknił. A ten twój obraz pozostał tam w Końcówce.

Katowice, lipiec 2015

Morze alkoholu

Morze alkoholu 

            W lutym 1945 pod sam koniec wojny, front zbliżył się od strony Gliwic i zatrzymał się aż na dwa miesiące pod Rybnikiem. Mieszkaliśmy już w piwnicy po częściowym zniszczeniu naszego mieszkania od wybuchu granatu. Nasz dom był ostatnim przy ulicy Wodnej. Dalej za nami były nieużytki, łąki i dwie rzeki. Tą drugą była Ruda, za nią  las na skraju którego okopywali się Rosjanie, co mogliśmy doskonale obserwować. Teraz zaczęły się dla nas kłopoty ze zdobyciem wyżywienia. W piekarni córki naszych gospodarzy wypiekano chleb dla niemieckiego wojska i od czasu do czasu udawało nam się otrzymać bochenek chleba. Gdy w ciągu dnia wychodziliśmy z bratem Bolkiem do piekarni, Rosjanie nie strzelali do nas, choć na pewno nas doskonale widzieli. Niemcy przychodzili po wodę dopiero wieczorem na podwórze do studni, gdy było całkowicie ciemno. Co jakiś czas odbywała się wymiana strzałów i wtedy słychać było świst kul. Miałem wówczas niecałe czternaście lat i podczas wojennej nieobecności ojca jako najstarszy w rodzinie pomagałem mamie w   zaopatrzeniu nas w żywność. Któregoś dnia dotarła od sąsiadów wiadomość, że w mieście w wytwórni alkoholi można się zaopatrzyć w cukier. Za zgodą mamy wybrałem się na tę wyprawę. Gdy szedłem naszą ulicą nie było przez cały czas ostrzału, tak że dotarłem wkrótce  na teren wokół nowego kościoła. Wokół budynku panował spory ruch, niemieccy żołnierze dowozili poległych na zwykłych dziecięcych sankach i widać było jak kopią dość płytkie  groby w zmarzniętej ziemi. Grzebali tu wokół kościoła swych poległych kolegów. Po drodze spotkałem jeszcze parę razy żołnierzy transportujących martwych żołnierzy w kierunku kościoła. Był to dla mnie przykry widok, bo po raz pierwszy zobaczyłem tak bezpośrednio, czym jest wojna, jak niewiele znaczy nie żywy człowiek, byle jak przewożony do miejsca swego przypadkowego pochówku na przykrótkich sankach z nogami wleczonymi po ziemi. Na grobach stawiano naprędce krzyże zbijane z pozbieranych deseczek Na nich wypisane kopiowym ołówkiem już teraz mało czytelne nazwiska. Na większości krzyży nasadzano jeszcze hełm. Śniegu nie było zbyt dużo, ale lekki mróz trwał, bo to luty. Żołnierzom było widocznie zimno, więc odwalali tę pochówkową robotę w wielkim pośpiechu.

           Gdy  szedłem przez zamarłe ulice miasta, rzadko kiedy spotykałem jakąś osobę przesuwającą się ostrożnie wzdłuż murów domów. Bez problemów dotarłem do fabryki likierów Soblika, jak się ta wytwórnia nazywała. Wszedłem do głównego budynku fabrycznego, bo widziałem kilka osób, które wynosiły stamtąd papierowe worki. Domyśliłem się, że to chyba ten cukier, na którym mi zależało. Gdy znalazłem się w środku zauważyłem pomieszczenie w którym walały się rozdarte worki z cukrem.  Wyglądało to, jakby i tam wszystko pokryła gruba warstwa śniegu. Cukier chrzęścił pod stopami jak zmrożony śnieg. Udało mi się znaleźć jakiś worek w połowie nieco przedarty, ale mogłem do niego załadować wystarczającą do uniesienia dla mnie ilość cukru. Było tego jakieś dziesięć kilo. Kilku mężczyzn poszukiwało w tym rozgardiaszu całych worków i przy tym jeszcze bardziej rozsypywali resztki cukru. Zastanawiałem się jak doniosę ten ciężar do domu. Przypomniałem sobie, że  przy wejściu do budynku widziałem sterty małych skrzynek do transportu butelek, więc zabrałem worek na plecy i włożyłem go do jednej ze skrzynek. Zobaczyłem teraz przez wejście prowadzące do piwnicy, że i tam kręcą się niemieccy żołnierze i jacyś cywile.   Żołnierz napełniał butelkę płynem tryskającym z jakieś  olbrzymiej beczki. Pomyślałem że to pewno ten likier znany mi z nazwy fabryki. Zabrałem cztery butelki, z tych które były jeszcze w skrzynkach i udałem się na  dół do piwnicy. Znalazłem się zaraz w środku dość ciemnej hali,  w której stały olbrzymie drewniane beczki o ponad dwu metrowej średnicy. Dopiero po chwili zauważyłem, że stoję przed olbrzymim basenem napełnionym płynem wypływającym z beczek. Miałem założone wysokie buty ojca z długimi cholewkami i zorientowałem się, że alkohol, do którego wszedłem  nie wlewa mi się jeszcze do butów. Powoli oczy przyzwyczaiły się do mroku i zauważyłem sporo pijących płyn bezpośrednio z lejących się cienkimi strumieniami zawartości beczek. Kilku nalewało go do butelek. Widziałem też nieprzytomne, czy już martwe osoby, które unosiły się na powierzchni tego rozlewiska alkoholowego. Niektórzy zdołali znaleźć swój życiowy kres w morzu alkoholu. Teraz dopiero zauważałem,  jakie mnóstwo fontann wytryskiwało z prawie wszystkich beczek. Jakiś żołnierz niemiecki, chyba podoficer strzelił z pistoletu do beczki i zaraz wytrysnęła kolejna fontanna. Domyśliłem się, że był to sposób na próbowanie trunków z różnych beczek, bo po łyknięciu tryskającego płynu wprost do ust, splunął resztę do wielkiego basenu i  krzyknął: Pfuj, das schmeckt nicht. Co znaczyło, że mu to nie smakowało i strzelił do kolejnej beczki. W ten sposób alkoholowy basen stawał się coraz głębszym morzem alkoholu.  Zauważyłem, jak nowi przybysze złaknieni trunku już nawet nie wchodzili do basenu, nie szukali odpowiadającego im smakowo napoju alkoholowego, a nabierali powstałą mieszankę napoju wprost z basenu do dużych pojemników . Może nie widzieli unoszących się na powierzchni żywych czy martwych osób, bo już nie ciemność, a ta niespotykana ilość alkoholu oślepiała ich.  Nie wchodzili dalej, bo basen stawał się coraz głębszy. Następnego dnia po wybuchu granatu cały alkohol razem z budynkiem, a w nim żywymi i martwymi się wypalił. Mój zdobyczny cukier dowlokłem do domu razem z czteroma butelkami trunku. Udało mi się tę skrzynkę po śniegu uciągnąć za pomocą skórzanego paska od spodni. Chyba dlatego dałem rady, bo po drodze krzepiłem się po trosze cukrem. Pamiętałem przecież to przedwojenne przysłowie, że cukier krzepi. Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że wymyślił je za sutą nagrodę Wańkowicz. Mama i moje rodzeństwo  było z cukru bardzo zadowolone. Posypany nim chleb stanowił największy smakołyk w tym trudnym piwnicznym czasie. Mama schowała w piwnicy trzy butelki na powrót taty, ale gdyśmy po dwu miesiącach wrócili z ewakuacji, okazało się, że zostały one z piwnicy wyszabrowane z wieloma innymi przedmiotami. Nasz gospodarz otrzymał jedną butelkę i chwalił mnie bardzo, że wybrałem u Soblika taki dobry trunek, bo był to aromatyczny wermut, jak mi oznajmił a nie jakieś  słodkie likierowe obrzydlistwo, które według niego w tej fabryce produkowali.


Katowice, 3.07.2019  

Na św.Mikolaja

Na św. Mikołaja


Dziś w wieczór św. Mikołaja przekonałem się, że już dawno przestałem być dzieckiem, bo ten święty już mnie omija, nie pokazuje się i nawet po kryjomu nie zostawia prezentu. Rok temu odwiedziłem ruiny jego świątyni biskupiej w tureckiej Mirze. Jego grób jest pusty, doczesne szczątki już dawno powędrowały jako złodziejski łup do Bari we Włoszech. Mam fotosy z tego, co po dawnej świątyni pozostało, gdzie na fresku można zobaczyć już mocno wyblakły wizerunek świętego.

Różne wspomnienia z dawnych lat też się mocno zatarły, ale te dziecięce o odwiedzinach świętego w ów grudniowy wieczór pozostały nadal żywe. We wczesnym dzieciństwie św. Mikołaj nie składał nam bezpośrednich wizyt, tylko zostawiał nam prezenty gdzieś na oknie, które zaraz po przebudzeniu się obaj z Bolkiem łatwo odnajdywaliśmy. Prezenty mikołajowe różniły się od tych na „dzieciątko” w wigilię tym, że były znacznie skromniejsze, otrzymywaliśmy je rano, a te drugie wieczorem pod choinkę. Zazwyczaj nie były to zabawki, a tylko słodycze.

Wtedy, gdy miałem 6 lat, a Bolek 4 lata, nie znaleźliśmy rano prezentów, mama nam zapowiedziała, że tym razem św. Mikołaj osobiście odwiedzi nas dziś wieczorem. Pytaliśmy, czy będzie u nas razem z diabłami, ale tego mama nie wiedziała. Bardzo się baliśmy tych diabłów, bo przed św. Mikołajem już parę dni wcześniej harcowały groźnie na naszej ulicy. Wyglądały strasznie, miały przerażające maski -„larwy”, przewieszone łańcuchy i strzelały groźnie biczami. Wtedy podglądaliśmy te straszne postacie przez okno i nie odważyliśmy się już wieczorem wychodzić na ulicę.

Obaj z Bolkiem byliśmy pełni napięcia i baliśmy się nieco, bo miało to być nasze pierwsze spotkanie ze św. Mikołajem. Ledwo się ściemniło i wkrótce doczekaliśmy się. Od drzwi kuchni rozległo się głośne pukanie. Mama wpuściła świętego do mieszkania. Mikołajowi nie towarzyszył aniołek, ale nie było też i diabla, z czego się bardzo cieszyłem. Wpierw Mikołaj zajął się Bolkiem, bo młodszy. Bolek w tym wieku słynął z improwizowanych bardzo długich wierszyków o tematyce bardzo ogólnej, choć zawsze w nich było o aniołkach. Mikołaj nie szczędził mu pochwał i Bolek dostał w nagrodę pokaźną paczkę. Teraz przyszła kolej na mnie. Św. Mikołaj zapytał mnie: ”No to godej, co poradzisz rzykać?” Od razu odpowiedziałem, że nie odmówię teraz żadnej modlitwy. Poczułem się oszukany. Już wiedziałem, że to nie prawdziwy św. Mikołaj, a nasza sąsiadka pani Wojtalowa – Wojtalino, która mówiła inną gwarą śląską, nie jak my, a z tym charakterystycznym akcentem ludzi z Gogolina. Powiedziałem, że nie chcę takiego Mikołaja, bo to nie jest żaden święty. Pani Wojtalowa się trochę zdenerwowała i pogroziła mi swoim „karbaczem” siedmio rzemykowym i powiedziała, że nic nie dostanę, „yno wongiel i łoszkrabiny”, które ma dla mnie. Ogarnęła mnie straszna złość, prawie furia, a że to było w kuchni porwałem od pieca pogrzebacz i ruszyłem na przebraną sąsiadkę. Nie uderzyłem jej, a waliłem ze złością w mikołajowy worek, krzycząc że nie chcę węgla. Przerażona Wojtalino szybko się ulotniła za drzwi wołając do mamy jeszcze na schodach: „Krupino, już na bezrok, ani nigdy wiyncyj waszym dzieciom nie byjda mikołajować.

Była kara, niczego już nie dostałem. Dopiero na drugi dzień mama dała mi zawartość mikołajowej paczki. Były to połamane kawałki czekolady i okruchy ciastek. W ten sposób sam się ukarałem, ale i straciłem wiarę w Świętego Mikołaja. Sporo lat później kościół też skreślił go z listy jako niepewnego świętego. Dziś coraz mniej się mówi o św. Mikołaju, a obdarowaniu na Mikołajki. Część dzieci wierzy jednak nadal w niego, takiego bardziej z kreskówek Disney’a, bo piszą listy do niego na adres w Rovaniemi w Finlandii, gdzie mieszka, trzyma w stajni renifery i przed świętami wyrusza saniami odwiedzać dzieci na całym świecie. Najczęściej wyręczają go dorośli, bo nie zawsze zdążyłby równocześnie wszędzie dotrzeć na 6. grudnia.

Na plenerze

Na plenerze


Na jednym z moich pierwszych wakacyjnych plenerów krakowskiej ASP, znalazłem się w 1954 w Boguchwale, niedaleko Rzeszowa. Zostaliśmy tam ulokowani w szkole. Nasze sypialnie mieściły się w klasach. Jasia, dziewczyna dobrze zbudowana, blondynka o najdłuższych i najgrubszych warkoczach na ASP cierpiała wtedy na silne bóle zębów. Koleżanki narzekały, bo wierciła się całą noc na trzeszczącym łóżku, nie mogła spać, ale też i koleżanki miały trudności z zaśnięciem i ciągle ją łajały. Następnej nocy Jasia postanowiła na wszelki wypadek przenieść się i w nocy gdzieś w plener, na wszelki wypadek, gdyby znów miał jej dokuczać ból zęba. Zabrała poduszeczkę, oraz koc i poszukiwała w najbliższym otoczeniu szkoły jakiegoś wygodnego i ustronnego miejsca na trawie. Noce lipcowe były wtedy bardzo ciepłe, ta była księżycowa. Jakoś trudno jej się było zdecydować na wybór miejsca do spania, więc doszła do pobliskiego cmentarza. Tam w starszej jego części, gdzie już nie było żadnych murowanych nagrobków, a tylko same kopczyki pokryte bujną trawą, znalazła w zagłębieniu między dwoma grobami wygodne miejsce na sen. Trochę ją ten nocny spacer zmęczył i bardzo szybko zasnęła, nie trapiona tej nocy bólem zębów. Wczesnym rankiem, po dobrze przespanej nocy obudziła ją gra skrzypiec. Jasia nie sądziła, że to już jakieś anielskie granie ją na tamtym świecie wita. Szybko się uniosła ze swej cmentarnej pościeli, rozpuściła swe bujne włosy i i uniosła ramiona do góry, co miało być rodzajem gimnastyki porannej. Melodia skrzypiec urwała się nagle i Jasia zobaczyła pospiesznie oddalającego się z cmentarza skrzypka. Był to Paganini. Nasz kolega Henio miał takie przezwisko, bo prócz malowania, miał swoją wielką namiętność do skrzypiec. Podobnie jak Jasia, która nie chcąc skrzypieć materacem, on nie chciał denerwować kolegów skrzypieniem swych skrzypiec i znalazł sobie miejsce do ćwiczeń na cmentarzu.

Przy śniadaniu zwierzył się kolegom ze swej porannej przygody. Opowiedział, a właściwie długo i dokładnie opisywał blond zjawę, którą zobaczył wyłaniającą się z pomiędzy grobów. Henio stroniący dotąd od bliższych kontaktów z koleżankami, zakochał się. Był przekonany, że to jego poranne granie przywołało tę nieziemską zjawę pomiędzy grobami. Zastanawiał się, jaki utwór wybrać i zagrać tam ponownie, by skłonić tę zjawę do powtórnego pojawienia się. Stale opowiadał kolegom o tej nieziemskiej istocie w której się zakochał, nie przypuszczając że tą dziewczyną była nasza Jasia. Koledzy wpadli na pomysł, by urządzić sobie z tego dobrą zabawę i przekonywali Henia, by następnym razem poszedł na cmentarz zagrać wieczorem, bo przy księżycu to romantyczniej. Kolegom wydawało się, że łatwiej w ciemnościach będzie przeprowadzić perfidną mistyfikację wobec Paganiniego.

Powstał plan performance, który miał dziś wieczorem zostać odegrany na cmentarzu. Paganini postanowił zagrać serenadę Schuberta. Jasia odmówiła udziału w tej niewybrednej zabawie. Dziewoją pojawiającą się pomiędzy grobami w czasie muzycznego występu Henia, został z konieczności przyszły scenograf Telewizji Łódź, Czesio Siekiera, przystojny jasny blondyn, o dość długiej czuprynie. Został doskonale przebrany i ucharakteryzowany przez nasze koleżanki. Wszyscy uczestnicy pleneru byli w tę maskaradę wtajemniczeni i każdy schował się gdzieś w ciemności nocy na cmentarzu. W blasku pełni księżyca Heniu zaczął grać w tym samym miejscu, co rano. Po chwili zobaczyliśmy jak pomiędzy grobami wyłaniała się kobieca postać, opatulona zwiewną białą chustą. Czesio posuwał się kołysząc biodrami, po nierównym gruncie między grobami w kierunku Henia. Starał się zgrabnie, choć ostrożnie poruszać w butach na wysokich obcasach, bo nie miał w tym wprawy, a damskie buty były chyba o dwa numery za ciasne dla niego. Granie Paganiniego się urwało i niezdecydowanie zbliżył się do kobiecej postaci. Czesiek podszedł już na tyle blisko Henia, że skrzypce i smyczek zaczęły mu przeszkadzać przy ciaśniejszym zbliżeniu męsko damskim. Odebrał od Paganiniego instrument, położył go na grobie i pociągnął Paganiniego do znajdującego się tuż obok grobowca. Nie mogliśmy już zobaczyć umizgów rozpalonego Henia, który był święcie przekonany, że ma przed sobą, czy przy sobie, a może i na sobie swą pierwszą dziewczynę.

Wszystko skończyło się wielką tragedią miłosną. Heniu wrócił z cmentarza całkiem roztrzęsiony, na dodatek bez skrzypiec i bez spodni. Trudno było powiedzieć, co go bardziej wzburzyło, niezaspokojona namiętność, ucieczka panny, czy brak skrzypiec i spodni. Na pytania, jaka ona była, opowiadał, że miała wspaniały duży biust i pozwalała mu go pieścić. Nie pozwoliła mu go jednak dotknąć, a tylko przez biustonosz. Koleżanki dobrze się spisały, dokonując tak doskonałej charakteryzacji Czesia. Ten zaś przyznał, że po chwili musiał uciekać od Henia, bo nasz kolega był już bardzo roznamiętniony. Wpierw jednak Czesiek skłonił Paganiniego do zdjęcia spodni, które mu zabrał, gdy uciekł z grobowca. Następnego ranka wszyscy udali się na cmentarz w poszukiwaniu rzeczy zagubionych, skrzypiec, smyczka i spodni. Znalazcą był oczywiście Czesiek, ubrany teraz normalnie, bez wczorajszej charakteryzacji, a był jednym z najprzystojniejszych chłopców na plenerze. Wręczył Paganiniemu całą zgubę przepasaną czerwoną wstążeczką. Paganini ani się domyślał, że wczoraj zapałał afektem do przebranego Cześka. Podziękował mu i zaczął się rozwodzić, że ta wstążka to znak, że ona się znowu pojawi. Paganini był tak ślepo zakochany, już wcale nie malował, tylko ćwiczył różne serenady dla swej cmentarnej wybranki. Liczył na to, że może jakaś inna melodia ją znów do niego ściągnie. Choć przez wiele wieczorów Henio tęsknie wygrywał serenady na cmentarzu, to jego zjawiskowa dama więcej się nie pojawiła. My już nie powtórzyliśmy tej mistyfikacji, widząc jak Henio bardzo cierpi.


Katowice, w lutym 2013.




Scenograf TV Łódź, Czesław Siekiera zmarł 16. 02. 2013.

Po latach

Po latach


Wiktor mieszkał samotnie. Był już od kilku lat wdowcem, ale jakoś sobie nadal radził mimo bardzo podeszłego wieku i teraz w czasach zarazy, gdy wszystko stało się inne. Coraz mniej interesowało go to co działo się obok, za murem jego mieszkania. Ostatni raz wychodził z domu zanim usłyszał to ciągle powtarzane hasło w telewizorze i w radiu – NIE WYCHODŹ Z DOMU. Zakupy robił mu teraz syn sąsiadów nie tylko z grzeczności, ale także z wdzięczności, bo mu swego czasu podarował swój prawie nieużywany motorower. Ów młody człowiek nie wchodził z zakupami do mieszkania, choć był w przepisowej masce na twarzy. Wiktor podawał mu w drzwiach kartkę z zamówieniem i swoją kartę płatniczą. Miał do młodego sąsiada zaufanie, zresztą nigdy nie miał za wiele na swym koncie, tyle co z bieżącej emerytury.


Niestety, Wiktor miał od dawna kłopoty z oddychaniem, odnosił wrażenie, że się dusi z braku powietrza tak jak kiedyś i zadzwonił na pogotowie. Zabrano go do kliniki na pneumonologie, gdzie już go poprzednio leczono. Po kilku dniach dowiedział się, że badania wykazały u niego dodatni wynik, jest zainfekowany korona wirusem. Sympatyczna pani profesor nie musiała mu tłumaczyć, jak bardzo poważny jest jego stan. Wiktor nie czuł się dobrze, nawet miał obawy, czy jeszcze z tego wyjdzie. Przy jego dolegliwościach astmatycznych był tu na oddziale pneumonologii już kolejny raz, miał zaufanie do tutejszych lekarzy. Tej pani doktor Wiktor nie pamiętał, okazało się, że była teraz nowym ordynatorem. Pani profesor opiekowała się nim i poświęcała mu sporo uwagi w czasie swych wizyt u niego. Ostatnio spróbowała z nim nieco więcej porozmawiać, nie były to tylko te zdawkowe pytania o to jak się czuje. Wiktor wolał mniej o swych dolegliwościach mówić, a więcej o sobie. Wypowiadał żale starego samotnego człowieka. O tym, że ma dwu synów, ale jakby ich nie miał, obaj lekarze, ale nie dla niego, bo od wielu lat mieszkają poza granicami kraju. Starszy w Niemczech, a młodszy aż w Nowej Zelandii. Rzadko go odwiedzają, a teraz w czasie pandemii, to nawet ten z Niemiec nie może przyjechać, bo kwarantanny, zamknięte granice. Pani doktor przestała pytać, pacjent wygłaszał swój monolog powoli, astma go męczyła, a może bardziej ta nowa infekcja, tak że wkrótce zamilkł. Powiedział jeszcze z wysiłkiem do sympatycznej pani profesor: - Kochana…

Po chwili pani doktor zapytała Wiktora – czy pana syn ma też Wiktor na imię?

Pacjent nie odpowiedział, tylko kiwnął potwierdzająco głową. – A czy syn studiował medycynę we Wrocławiu? - Wiktor też to potwierdził lekkim kiwnięciem, bo czuł się bardzo zmęczony. Nie było już dalszych pytań, ani wypowiedzi chorego, bo po chwili zapadł w sen.

Pani doktor Jola, bo tak miała na imię, nie miała już dalszych pytań, nabrała pewności, że synem pacjenta, to tamten jej Wiktor, student pierwszego roku, gdy ona, będąc wtedy już asystentką, nieco starszą koleżanką, zakochała się nieprzytomnie w młodszym o trzy lata koledze. Do dziś pamięta, że nabrała od pierwszego spotkania jakieś dziwnej sympatii do szalenie pociągającego ją przystojniaka. Nie miała powodów, by się go o coś czepiać na ćwiczeniach, był zawsze świetnie przygotowany, należał do najzdolniejszych studentów na roku. Były jakieś tańce w klubie studenckim, flirtowała z nim, prawie że go uwodziła, ale nie wypadało jej, pani asystent demonstrować zbyt zażyłych stosunków z młodszym kolegą. Wiktor zaprzyjaźnił się bardzo szybko ze starszą koleżanką, choć początkowo głównie po to, bo zaimponować kolegom, popisać się bliższą znajomością z asystentką, która niektórym kolegom potrafiła dać nieźle popalić, gdy nie byli dobrze przygotowani do ćwiczeń. Wszystko się jednak szybciej skończyło, zanim doszło do jakiejś głębszej zażyłości. Po pierwszym roku Wiktor przeniósł się na dalsze studia do Rokitnicy bliżej Katowic, gdzie zaczynała studia jego dziewczyna z liceum. Sympatyczna i obiecująca pełnią swoich uroków pani asystentka należała odtąd do zamkniętego rozdziału znajomości, do ukończonego pierwszego roku medycyny na uczelni we Wrocławiu.

Doktor Jola uprzytomniła sobie, że to już ponad czterdzieści lat minęło od tamtego czasu, już nie pamiętała, czy w trakcie tego flirtu, a może jednak romansu się całowali, na co sobie w ogóle pozwalali? Nie pamiętała, a może i nie chciała tak dokładnie pamiętać. Wydawało jej się wtedy, że została pozostawiona na lodzie. Chyba jednak nie rozpaczała zbyt długo, pojawili się inni i wkrótce doszło do małżeństwa. Tym razem nie był to już młodszy kolega, a znacznie starszy od niej profesor. Wkrótce zapomniała o Wiktorze na zawsze, nigdy się już nie spotkali, nic o sobie nie usłyszeli. Teraz w czasie epidemii spotkała się z tym samym imieniem i nazwiskiem, tym razem ojca jej sympatii sprzed lat. Może dlatego doktor Jola poświęcała temu pacjentowi więcej uwagi, ale i czasu niż była zobowiązana. Niestety, musiała spowodować przeniesienie pacjenta na oddział zakaźny w klinice. Rokowania były niedobre, ale starała się w tej swojej nieuświadomionej nadopiekuńczości zrobić dla tej osoby co tylko było w jej mocy, by uczynić schyłkowy czas pacjenta możliwie znośnym, by nie był dramatem samotności, człowieka bez rodziny. Najpewniej Wiktor odczuwał jej bliskość bardzo rodzinnie, ale nie zastanawiał się dlaczego. Starała się starszemu panu tłumaczyć niemożność odwiedzin jego syna Wiktora teraz w czasie epidemii. Opowiedziała oczywiście i o tym, że studiowała z nim wówczas we Wrocławiu, że go nawet bardzo dobrze znała, ale Wiktor po roku przeniósł się wkrótce z Wrocławia do Rokitnicy. Poprosiła swego pacjenta, o numer telefonu syna, by móc go poinformować jak lekarz lekarza o stanie zdrowia ojca.

Pani profesor śledziła wyniki badań stanu zdrowia ojca Wiktora. Niestety wieści były coraz mniej pomyślne, bo od lat miał dużą niewydolność płucną, przechodził niedawno zapalenie oskrzeli, astma też w dużym stopniu wpływała na stan jego zdrowia. Ta epidemiczna infekcja przez covid-19 dokonała swego, z każdym dniem było gorzej aż przyszło do zapaści. Pacjent był nieprzytomny i pomyślnych rokowań już nie było. Zejście stało się wybawieniem od nadmiaru cierpienia. Pani profesor czuła się podświadomie zobowiązana by zadbać o wszelkie formalności. Zatelefonowała do Niemiec, do syna zmarłego. Trwało to krótką chwilę, nim Wiktor i Jola zdołali się znów odnaleźć od czasu dawno zagubionej młodości. Nie był to teraz moment na rozpamiętywanie tamtych bezpowrotnie minionych chwil, a smutna relacja Joli o ostatnich chwilach i o śmierci ojca. Wiktor jako lekarz rozumiał sytuację, trudne warunki epidemiczne, ale przeżywał bardzo swoją niemożność widzenia się z ojcem w jego trudnych chwilach odchodzenia. Jola próbowała go nie tyle pocieszyć, co zrozumieć, bo sama przeżywała podobne momenty. Była na kongresie w Stanach, gdy we Wrocławiu umierała jej mama. Teraz ustalili tylko zasadnicze sprawy, że Jola dopilnuje poprzez zakład pogrzebowy, by po kremacji urnę z prochami zmarłego przechować do jak najszybszego możliwego terminu przyjazdu Wiktora, by urządził ojcu pochówek. Jola zostawiła Wiktorowi swoje namiary kontaktowe i obiecała pomóc. Wiktor musiał jeszcze jakiś czas odczekać nim znowu otwarto granice bez konieczności poddania się kwarantannie po ich przekroczeniu.


Był to upalny letni dzień, 19 lipca, dzień dziewięćdziesiątych urodzin ojca Wiktora, zarazem dzień jego opóźnionego pochówku. Nie był to uroczysty pogrzeb, a więcej niż skromna ceremonia funeralna, w której uczestniczył tylko sam Wiktor z osobą z przedsiębiorstwa pogrzebowego, która przybyła z urną zawierającą prochy zmarłego. Był jeszcze pracownik zarządu cmentarza, który umieścił urnę w skrytce. Pod nią rozłożył okazały wieniec z samych róż. Wiktor w ostatnich latach życia hodował te kwiaty w swym ogrodzie i potem namiętnie fotografował. Do wieńca była dołączona szarfa z tak zwanym ostatnim pożegnaniem. Zszokowany Wiktor jej nie rozprostował, gdy zobaczył wypisane imiona:

CÓRKA JOLA, SYNOWIE WIKTOR I ADAM

Wiktor wiedział, że Joli nie ma obecnie w kraju, bo go informowała, że w dniu dzisiejszym będzie przebywać w Los Angeles na kongresie. Wygłasza tam referat naukowy i terminu tego nie była już w stanie zmienić. Nim opuścił cmentarz, zrobił jeszcze zdjęcie miejsca pochówku z widoczną szarfą wieńca. Chciał to koniecznie przesłać Joli, by zobaczyła jak zakład pogrzebowy wykonał jej zlecenie, jaką pomyłkę popełniono w wypisaniu szarfy. W rozmowie telefonicznej obiecywali sobie, że zobaczą się tydzień po pogrzebie u niego w Mainz, gdy Jola zrobi przerwę w Niemczech w trakcie powrotnego lotu do Katowic. Chce ją ugościć i podziękować za opiekę nad ojcem. Młodszy brat Adam nie dał rady teraz w czasie pandemii przylecieć na pogrzeb do Polski. Miał już na początku roku zaplanowany lot na maj do Katowic, by odwiedzić ojca, ale stało się inaczej.


Wiktor oczekiwał Jolę za tydzień na lotnisku we Frankfurcie. Czekał na osobę, której właściwie nie znał, bo ostatni raz widzieli się czterdzieści lat temu. Dziś miał spotkać nie swoją uroczą asystentkę, a liczącą 68 lat panią profesor, on o trzy lata młodszy co prawda nie profesor, ale znany lekarz specjalista. Nie miał obaw, że jej nie rozpozna, bo Jola przysłała mu swoją selfie fotkę zrobioną w Los Angeles. Wiktor pokazał ją zaraz obecnej żonie Rosjance, że nie zaprasza tu do nich swej dziewczyny, a poważną koleżankę ze studiów, która opiekowała się ojcem w klinice. Dzięki zdjęciu, Wiktor szybko zauważył Jolę. Nie była to oczywiście tamta uwodzicielska asystentka, a dostojna pani profesor, nadal o bardzo żywo spoglądających oczach i wyrazistej mimice. Słowem, urocza starsza pani, która wykazała więcej inicjatywy, odezwała się pierwsza:

- Niech cię obejmę już nie tak jak kiedyś mojego chłopca, a brata.-

Jola rzuciła mu się przy tym na szyję i objęła go mocno. Wiktor czuł się nieco skrępowany, bo gdy ostatni raz tulił Jolę do siebie, było to czterdzieści lat temu i sytuacja była całkiem inna. Teraz pocałowali się w usta, ale był to już inny pocałunek niż wówczas. Wiktor próbował zachować się bardziej opiekuńczo i zapytał Jolę, czy jest bardzo zmęczona po długim locie, bo mają jeszcze nieco jazdy samochodem z Frankfurtu do Mainz. Jola była bardzo ożywiona, traktowała Wiktora jak bardzo bliska jej osobę, jakby od tamtych spotkań, nie dzieliły ich dziesiątki lat. Teraz po tak długim czasie spotykali się niby ci sami, a jednak całkiem inne osoby. Jola czuła się już bardziej oswojona z tą nową sytuacją, zaś Wiktor, co było widoczne, był dziwnie skrępowany.

Gdy już ulokowali się w samochodzie Wiktora, Jola zapytała go, czy da rady prowadzić samochód, gdy ona będzie w trakcie jazdy wygłaszać chyba długi monolog, bo to co ma mu do powiedzenia, może być dla niego bardzo szokujące, może go wytrącić z równowagi. Czy woli, by się zatrzymali w kawiarence i powoli by mu o wszystkim opowiedziała? Mogłaby zasadniczą sprawę od razu w jednym zdaniu wyjaśnić, ale doszła do wniosku że to historia o ich wspólnym czasie, choć nie przeżywanym razem, a w całkiem innych przestrzeniach i warunkach. To długie zagajenie powodowało, że Wiktor pomyślał, że coś ich może łączy, o czym nie wiedział, że może było to dziecko? Czyżby nie pamiętał o tym, że się przespali? Tę szybką gonitwę myśli Wiktora przerwała Jola, mówiąc na wstępie, że zacznie od czasu, gdy Wiktor ojciec studiował w Łodzi na filmówce, na wydziale operatorskim. Tak zaczęła swą opowieść -

- Moja rodzina ze strony mamy należała do dość zamożnych łódzkich mieszczan, pradziadek założył małą fabryczkę włókienniczą, potem dziadek ją zdołał rozbudować, zbudował też okazałą kamienicę przy Piotrkowskiej, słowem wiodło się nam dobrze, bywało i bardzo dobrze. Niestety wraz z wojną wszystko się zmieniło, fabrykę i kamienicę zabrali Niemcy. Rodzinę wysiedlono do Warszawy, gdzie przeżywała wojenną poniewierkę. Dziadek zginął w powstaniu, a mama, dokładniej moja babcia została sama ze swoją córka urodzoną w 1937. Tą, która została w 1953 moją matką. Miała wtedy 16 lat. Babcia zaś 35. Zostałam oficjalnie poprzez kumoterstwo zarejestrowana jako jej córka. Ta babcia uchodziła do tej pory za moją mamę. Do niej mówiłam przez całe życie mamusiu, zaś moja rodzona matka była dla mnie tylko znacznie starszą siostrą. Miałam z nią znacznie mniej kontaktu, bo babcia, czyli moja udawana mama pokierowała tak jej i moim życiem, chciała córce dać szansę ukończenia studiów. Jak każda babcia, chciała i potrafiła być tą lepszą od rodzonej młodej matki. Do mej prawdziwej matki mówiłam więc zawsze po imieniu Stella, jak do siostry. Wydawało mi się, że się przyjaźnimy i kochamy jak siostry. Nasze życie powojenne po powrocie do Łodzi nie równało się temu sprzed wojny, bo fabryka weszła teraz w ręce ludowego państwa, a budynek został przejęty przez miasto. Pozostawiono im jedno mieszkanie na trzecim piętrze. Tak karano wówczas przedwojennych kapitalistów. Zbiedzona, już niekompletna rodzina w jakiej się wychowałam, musiała sobie radzić. Wynajmowano dwa pokoje, jeden studentom łódzkiej filmówki. W drugim mieszkała młoda rodzina, a my w trójkę w trzecim. Babci pozostały najwidoczniej jakieś dawne ciągoty tkackie włókiennicze. Zaczęła kiedyś studia na wydziale włókienniczym, ale je rzuciła. Tkała w wolnych chwilach takie artystyczne miniatury tkanin, łączyła to i z drewnem i metalami. Od czasu do czasu dorobiła tym coś do domowego budżetu, było na nową sukienkę dla córki – wnuczki, którą lubiła stroić. Jola była oczkiem w głowie babci niby mamy. Dbała o jej wykształcenie, szkołę średnią przeszła na piątkach, a matura była z czerwonym paskiem, czyli wstęp na uczelnię bez egzaminu. Jej niby siostra Stella pracowała i dokładała się do stypendium. Jola chciała studiować poza Łodzią i wybrała Wrocław. Otrzymała tam miejsce w akademiku i problemów mieszkaniowych nie miała. Była świetną studentką i po trzecim roku zaproponowano jej pracę jako asystent.

- Jak pamiętasz Wiktorze, nie miałam wówczas figli w głowie, traktowałam moją pozycję asystenta bardzo serio, dopóki ty się nie pojawiłeś. Trwało to na szczęście tylko rok i potem znów byłam tą dawną Jolą zajętą studiami i pracą na uczelni. Już wtedy myślałam o karierze naukowej. Zaraz po dyplomie był ślub z profesorem. Chyba nie była to wielka miłość, a bardziej pociąg do wspólnej pracy naukowo badawczej. Dzieci nie mieliśmy. Mąż zmarł za wcześnie, bo w wieku siedemdziesięciu lat, a był ode mnie starszy o piętnaście lat. Od tego czasu żyłam samotnie, żyłam pracą. Często wpadałam do Łodzi, odwiedzić ten mój dom podwójnych matek. Po śmierci babci – mamy Stella przekazała mi kilka grubych zeszytów pamiętników. Były to skrupulatnie zapisywane dzienniki. Doszłam w czytaniu do roku 1953, do roku moich urodzin. Gdy dowiedziałam się, że Stella, szesnastoletnia dziewczyna była w dość długo ukrywanej ciąży, o tym jaki to szok był dla babci, to szybkie postanowienie, że sama przejmie macierzyństwo na siebie, że ona zostanie moją matką z wszystkimi tego konsekwencjami. Stella prawie nie wychodziła przez ostatnie miesiące z domu, Był to okres wakacyjny, a w nowym roku szkolnym zaczęła normalnie uczęszczać do szkoły. Babcia oczywiście pokazywała się przedtem z wypchanym brzuchem, udając ciążę. Na tym odrzuciłam dalsze czytanie dzienników. Byłam tak zaszokowana, że odsunęłam się też od Stelli, nie wiedziałam czy mam prawo mieć do niej żal, że się mnie wyrzekła, czy mam próbować zrozumieć jej sytuację. Ktoś zostawił ją, a ona mnie? Dziś nie ma ani babci, ani Stelli, mej prawdziwej mamy. Zostałam sama. Może jednak nie całkiem. Teraz znowu mam ciebie Wiktorze. To wówczas twój ojciec mieszkał u nas, Stella się w nim kochała, zaszła w ciążę. Nigdy się nie dowiedział, że ma dziecko, bo tak chciała babcia i wymusiła to na Stelli. Tymczasem wiesz już prawie wszystko. Opowiedz mi teraz ty, to co pamiętasz o naszym ojcu.

Wiktor powiedział, że nim zacznie swoją opowieść, zadzwoni wpierw do żony do Mainz, zapowiedzieć, że się już zbliżają, i czy wspaniałe pierogi, którymi jego rosyjska żona chce ich powitać są już gotowe? Wiktor zaczął od tego, że ma trójkę już dorosłych dzieci z pierwszego małżeństwa, ma z nimi dobry kontakt. Niestety, dzieci były bardziej wychowywani przez matkę z niemieckim rodowodem, już po polsku nie rozmawiają, ani nie myślą. Wyszli jednak na ludzi. Z dziadkiem Wiktorem kontaktowali się po niemiecku. Ich babcia wychodziła w trakcie tych rozmów z pokoju i płakała. On zaś jak tylko mógł pędził do rodziców do Polski, a teraz jeszcze z obecną żoną latają do jej rodziny w Petersburgu. Pandemia odcięła ich wzajemne kontakty, bardzo to przeżył, że nie mógł być przy ojcu, gdy chorował i odchodził. Za dwa lata idzie na emeryturę, zastanawia się, czy nie wrócić wtedy do Polski. Tu stoi pusty dom po rodzicach i czeka na nich. Miałby i Adam dokąd z Nowej Zelandii przylecieć, gdy mu tęskno będzie za krajem. Lubi ten nastrój jaki po sobie zostawili rodzice w starym domu, martwi się o ogród, że ojca nie pielęgnowane róże zdziczeją. W mieszkaniu wisi wiele wspaniałych zdjęć jakie ojciec operator po łódzkiej filmówce robił głównie na emeryturze. Całe życie przepracował wpierw w Polskiej Kronice Filmowej, a potem do emerytury w Polskiej Telewizji. Marzył początkowo o tym, by pracować w filmie fabularnym, ale ożenił się wcześnie i trzeba było zadbać o stałe i pewne dochody. Jako operator otrzymał nakaz pracy, jakie obowiązywały w tych latach. Skierowano go do Lublina, gdzie się w 1956 roku urodziłem. Gdy w 1957 powstała TV Katowice, przenieśliśmy się do Katowic. Jak wiesz, ja zacząłem studia medyczne we Wrocławiu, gdzie się poznaliśmy.

- Wiktorze, to pozwól, że ja teraz dokończę nasze krzyżujące się opowieści rodzinne. Gdy w klinice poznałam Twego ojca, coś mi zaczęło świtać w głowie. Znałam imię i nazwisko twego ojca, takie samo jak twoje, bo wiedziałam z dzienników babci, że było coś o jakimś Wiktorze. Wiedziałam, że wynajmowano pokój studentom filmówki. Postanowiłam poczytać te dzienniki do końca. Nie było już kogo o coś zapytać, bo mama – Stella już też nie żyła. Przeczytałam wszystko w podróży w trakcie lotu do Ameryki. To musiał być ten sam Wiktor, który wynajmował pokój u nas w domu. Stella zaszła z nim w ciążę. Byli sobą szalenie zauroczeni i szczerze zakochani. Snuli wzajemne plany na przyszłość, trochę lekkomyślnie pełni ufności do życia, że wszystko się jakoś ułoży. Stella była prześliczną dziewczyną, której koledzy z filmówki mu zazdrościli. Niejeden chciał ją fotografować, czy prosił by mu statystowała w szkolnym filmie. Wiedziała, że Wiktor ma nakaz pracy do Lublina. Nie chciała opuścić matki, choć Wiktor proponował jej, by się tam z nim przeniosła. O ciąży mu niczego nie powiedziała, chciała jeszcze poczekać. Potem pokierowała wszystkim jej babcia-mama. Przez dwa pierwsze miesiące bardzo ją absorbowała pielęgnacja dziewczynki, którą urodziła, która otrzymała na imię Jola. Główną opiekunką niemowlęcia stała się jednak jej babcia, przybrana mama dziecka. Wiktor pisał, ale Stella nie odpowiadała. Babcia jej też do tego nie zachęcała. Uważała, że łatwiej jej będzie gdy nie powiadomi chłopaka o tym, że jest ojcem jej dziecka. Jako rzekoma siostra dziecka zawsze będzie w pobliżu i jakoś sobie po maturze i studiach urządzi na nowo swe życie. Teraz ja Jola wiem, kto jest moim rodzonym ojcem, Wiem też, że mam brata Wiktora i Adama, którego jeszcze nie znam. Nie wiem tylko, czy oboje jesteśmy przekonani do tej wersji, jaką ci przedstawiłam, czy też będziemy musieli uciekać się do badań genetycznych?


Katowice, czerwiec 2020

Po wielu latach po wojnie

                Spacery w przeszłość

Przy moich ostatnich sentymentalnych wyjazdach do Rybnika, wysiadałem z busa już na przystanku Paruszowiec. Przemierzałem wtedy swoją tradycyjną trasą wzdłuż rzeki Rudy, wpierw prawą stroną na skraju lasu. Widok w kierunku południowym, tam gdzie na horyzoncie sterczą wysoko w górę wieże Nowego Kościoła, dziś bazyliki pod wezwaniem św. Antoniego jest całkiem inny niż przed laty. Kiedyś rozciągały się zaraz za  rzeką łąki, potem pola aż po pierwsze domy i także ten ostatni przy ulicy Wodnej, gdzie mieszkaliśmy już długo przed wojną, jak i w czasie niej. Nasz dom był wówczas od skraju lasu

doskonale widoczny. Gdy teraz spoglądałem na rzekę, wydawała mi się zmieniona, inna od tej zapamiętanej z dzieciństwa, w której przez całe lato kąpałem się razem z chłopcami z sąsiedztwa. W tej rzece nauczyłem się pływać. Prąd był wartki, przyszło to jakoś łatwo, że popłynąłem z nurtem. Wtedy rzeka wydawała mi się szersza, głębsza i piaszczysty brzeg urwiska, gdzie się opalaliśmy był znacznie wyższy. Miejsca te należały do świata dzieciństwa, który wtedy był dla nas  swymi rozmiarami znacznie większy, niż ten dzisiejszy. Na jednym z moich ostatnich spacerów, szedłem tędy wzdłuż lasu, gdzie na początku 1945 roku okopali się Rosjanie, gdzie front zatrzymał się na kilka miesięcy w leśnych piaskach. Dziś można zaledwie zauważyć miejsca, gdzie ciągnęły się okopy rosyjskie. Las odzyskał na nowo swój teren, przyroda zadbała by zatrzeć ślady wojny.

            W lutym 1945 gdy zima nieco złagodniała i śnieg stopniał my starsze dzieci wyrywaliśmy się na podwórze. Mieliśmy dość pobytu w piwnicy, gdzie przebywaliśmy, a właściwie mieszkaliśmy z mamą, nasza piątka rodzeństwa, nasi  gospodarze i jeszcze jedna przygarnięta zaprzyjaźniona rodzina. Często   spoglądaliśmy w kierunku lasu. Zdziwiło nas, że od kilku dni wykreśla się bardzo wolno jakby niewidzialną ręką  tworzona biała linia za rzeką Rudą , wzdłuż brzegu lasu. Nie bardzo rozumieliśmy o co chodzi, bo wkrótce linia znów powoli znikała, jakby ją ktoś zamazywał. Zagadka rozwiązała się dopiero po przejściu frontu. Po rozminowaniu przedpola umocnień rosyjskich na skraju lasu okazało się, że tą biała linią obserwowaną przez nas były wtedy wykopywane okopy i ziemianki w prawie białym piasku. Potem ta linia znikała, bo piasek przykryto zielonymi gałęziami sosen. Rosjanie mieli dobrą widoczność z brzegu lasu na cały teren zajęty jeszcze przez Niemców i tym samym mogli nas doskonale obserwować. Widzieli jak się poruszamy wokół naszego domu, gdy wychodziliśmy do ubikacji będącej na zewnątrz w dobudówce budynku gospodarczego. Nigdy do nas nie strzelali. Niemieccy żołnierze nie pokazywali się w ciągu dnia, a dopiero nocą zachodzili do nas na podwórze do naszej studni po wodę. Noce bywały niespokojne, z jednej i drugiej strony padały wtedy strzały i my siedzieliśmy wtedy w piwnicy. Rzadko zdarzało się, że spadł jakiś granat w pobliżu. Ten pierwszy ostrzał artyleryjski dotknął nas pierwszego dnia, nim front się zbliżył, gdy granat uderzył w narożnik naszego budynku i wyrwał spory kawał muru naszego budynku, gdzie akurat mieliśmy sypialnię, w której nikogo jeszcze nie było, choć był to już wieczór. Siedzieliśmy na szczęście w kuchni i zaraz musieliśmy uciekać z mieszkania na długie tygodnie do piwnicy, nim nas 3 marca niemieccy żołnierze wypędzili z domu. Wtedy częściowo jeszcze nocą, a potem już w ciągu dnia mama z naszą piątką, ze mną w wieku prawie czternastu lat pchaliśmy malutki przeładowany wózek dziecięcy z najmłodszym, niespełna dwu letnim Piotrem w wieku niecałych dwu lat, z doczepionymi do niego Hubertem i Małgosią, dwójką młodszych, ledwo co powłóczącymi nogami w błocie i śniegu. Przebrnęliśmy tak sześć kilometrów zaułkami i wertepami unikając głównych dróg aż do Niedobczyc, do siostry mamy, która mieszkała we własnym domu. W ten sposób zakończyliśmy zamieszkiwanie na jeszcze kilka kolejnych tygodni na pierwszej linii frontu.




Po wielu latach po wojnie

Tuż po wielkiej powodzi, która nawiedziła ostatnio Rybnik wybrałem się na spacer pod lasem, wzdłuż rzeki Rudy. W mieście wylała Nacyna, a Ruda podniosła się tak bardzo w swym głębokim korycie, że dodatkowo jeszcze umocniono te wysokie brzegi workami z piaskiem, które tkwiły tam nadal na brzegu. Ten podwyższony stan wody naruszył piaszczyste urwiska brzegowe od strony lasu, rzeka próbowała zagarnąć brzegi lasu. Zatrzymałem się na chwilę i porobiłem trochę zdjęć z widokiem na nurt wody. W pewnym momencie zauważyłem tuż przy brzegu jakiś nie tyle błyszczący, co jaśniejący w piasku metal. Udało mi się podejść bliżej i odłamaną gałęzią zacząłem grzebać dokoła tego metalu. Kilkoma ruchami kijkiem odsłoniłem niewielki metalowy przedmiot. Okazało się, że to mocno nadgryziona zębem czasu niemiecka manierka wojskowa. Miałem taką w 1946 roku po wojnie na moim pierwszym obozie harcerskim. Od biedy zastępowały one i termos. Aluminiowa powierzchnia metalu była pokryta filcową osłoną. Teraz z filcu już nic nie pozostało. Przetrwała tylko metalowa butla zamknięta nadal zakrętką, ale już bez kubka. Udało mi się sięgnąć po manierkę, ostrożnie nią wstrząsnąłem i nie usłyszałem żadnego bulgotu. Odkręciłem nakrętkę, odwróciłem ją i powoli zaczęły się z niej wysypywać pojedyncze drobne kawałki pożółkłego papieru. Zdołałem zauważyć, że były na nich wyblakłe, niebieskawe litery, zapisane barwiącym ołówkiem kopiowym. Większe kawałki udało mi się pozbierać, ale lekki podmuch zdmuchnął kilka z nich do rzeki i popłynęły z nurtem wody. Może wtedy przed laty, ktoś próbował tę manierkę z listem wrzucić do rzeki? Teraz popłynęło w rzece już tylko kilka niekompletnych słów na tych paru drobnych cząsteczkach papieru zamiast całej butelkowej poczty. Z jaką wiadomością?


Zabrałem tę nadal szczelnie zakręconą manierkę z resztą papierowej zawartości do domu. Nie zainteresowałem się nią od razu, bo ważniejsze były dla mnie zdjęcia zrobione podczas tego kolejnego foto spaceru skrajem rybnickiego lasu wzdłuż rzeki Rudy. Udało mi się jeszcze raz utrwalić wspomnienia miejsc z dzieciństwa, tym razem w kolorowej szacie jesieni. Po jakimś czasie, zmęczony już oglądaniem i obrabianiem zdjęć, przypomniałem sobie o manierce. Jej powierzchnia przypominała mi stary, aluminiowy garnek u mamy. Metalowa powierzchnia straciła swój metaliczny połysk, można było na manierce jak i na garnku zobaczyć fakturę z mnóstwem drobniutkich czarnych wgłębień, śladów nagryzienia przez czas, ale nie rdzy. Otworzyłem manierkę i delikatnie wysypałem na biurko to, co w niej dotąd jeszcze pozostało. Drobne śmieci z tego, co kiedyś było papierem. Może bardzo kiepskim wojennym papierem. Zainteresowałem się tymi większymi kawałkami i próbowałem na nich coś odczytać. Udało mi się rozpoznać pod lupą nieco lepiej kształt liter. To były rosyjskie bukwy . Z tych niewyraźnych pojedynczych liter nic nie wynikało, gdyby były wyraźniejsze, można by ułożyć dowolną wiadomość. Dobrą czy złą, to co normalnie młodzi żołnierze piszą do swej rodziny, czy dziewczyny. Nie miałem żadnego pomysłu, co z tymi szczątkami zrobić, więc umieściłem wszystko, co zebrałem na powrót w manierce.

Minął chyba rok, gdy natknąłem się znowu na tę manierkę. Wtedy wpadł mi do głowy pomysł, by zrobić kolaż graficzny z wykorzystaniem na nim tych starych papierowych okruchów wojennych. Doskonała okazja na taki temat teraz w rocznicowym roku osiemdziesięciolecia wybuchu wojny. Starałem się na powrót wydobyć wszystkie cząsteczki większych czy mniejszych resztek papieru listowego. Trochę więcej tego było niż za pierwszym razem, bo cieniutką rurką wydmuchiwałem papierki przylegające do wewnętrznej ściany manierki. W trakcie dmuchania usłyszałem delikatne drganie, takie jakie wywołuje dmuchanie w złożone strony papieru. Zaświeciłem latarką do manierki i zauważyłem w niej grubszą złożoną kartkę. Była jakby przylepiona do wewnętrznej ściany manierki. Papier był nieco grubszy. Udało mi się tę kartkę za pomącą blaszanej linijki wyjąć. Ten papier był z rodzaju błyszczących, z jednej strony kolorowo zadrukowany reklamą podróży zamorskich, coś co pochodziło najwyraźniej jeszcze z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych a od wewnętrznej strony zapisany równym pismem gotyckim w języku niemieckim. Papier był dobrego gatunku, zdołał przetrwać zamknięty w manierce przez dziesiątki lat w dobrym stanie. Również i ta kartka była zapisana ołówkiem kopiowym, na tym podłożu litery pozostały bardzo czytelne. Po przeczytaniu dowiedziałem się, że pisał to w formie dziennika wojennego powołany do wojska młody student teologii protestanckiej. Mogłem przypuszczać, że przebywał już dość długo w wojsku, bo wspominał o Stalingradzie, do którego ich oddział nie zdołał dotrzeć. Wspominał, że ma nadzieję, że i tym razem przywiezie pełną manierkę wojennych wspomnień. Trudno było na podstawie tego małego fragmentu zapisków określić, komu były wręczane. Może któremuś z jego protektorów z uczelni teologicznej? Nie były to zapiski o charakterze reporterskim, nie było w nich pochwały zwycięskiego niemieckiego oręża. Opisywał raczej nastrój wojny, jak ludzie cierpią, jak trudno odnajdywać obecność Boga w takich warunkach. Co robić, by nie wątpić. Kartka ta była podpisana imieniem i nazwiskiem na końcu relacji, gdzie przekazywał pozdrowienia.

Ta manierka stała się najpewniej wojenną zdobyczą młodego rosyjskiego żołnierza. On również potraktował ją jako schowek do przechowania listów, poczty, zapisków. Uznał to za dobry niemiecki pomysł i postanowił z niego skorzystać. Oczywiście wpierw opróżnił manierkę z niemieckich zapisków których i tak nie potrafił przeczytać ani zrozumieć. Została tylko ta jedna kartka przylepiona do ścianki manierki. Sam zaczął gromadzić w manierce niewysłane listy do swej dziewczyny. Pod koniec 1944 roku były kłopoty z ich wysyłaniem, bo w ostatnim czasie armia czerwona bardzo szybko parła na zachód i zajmowała tereny przedwojennej Polski wschodniej, tak że w styczniu 1945 doszła prawie do nas pod Rybnik, gdzie front się zatrzymał, ale przedtem zajęła już takie miejscowości jak Gliwice, które przed wybuchem wojny znajdowały się na ternie Rzeszy niemieckiej. Znalazca manierki dostał się widocznie tu na pierwszą linię frontu nad naszą Rudą. Chyba tu zginął i któryś z kolegów próbował tę jego zdobyczną manierkę wyrzucić do rzeki, do której jednak nie wpadła. Nie popłynęła z prądem jak poczta butelkowa, a utkwiła w brzegowych zaroślach i przetrwała tam przez parę dziesiątków lat.

Te papierowe ślady minionego czasu na których utrwalony był los ludzi nie dawały mi spokoju. Kiedyś dwaj wrogowie wojenni, żołnierze którzy nigdy nie stanęli naprzeciw siebie, nie znali się, ale zapisywali swe najbardziej osobiste myśli o tym co przeżywali wtedy w czasie wojny, jakie były ich uczucia którymi chcieli się z bliskimi osobami podzielić, chowali w po kolei w tej samej manierce. Rok temu jeszcze raz sięgnąłem po manierkę, postukałem i spróbowałem z niej wysypać jakieś resztki. Z manierki wypadły na biurko bardzo drobne kawałki papieru. Popatrzałem na nie przez lupę i zauważyłem, że niektóre litery były jakby w nieco innym kolorze, miały odrobinę czerwonego odcienia. Powybierałem je i o dziwo, na wielu drobinach papieru były podobne litery. Nie znam rosyjskiego, ale wiem co znaczy lublju i Maszeńka. Chyba o te słowa w nich chodziło. Były napisane czerwoną częścią ołówka kopiowego. Tak żołnierz pisał nagłówki w listach do żony, czy ukochanej dziewczyny.

Pozostała jeszcze ta lepiej zachowana kartka z pełnym podpisem autora. Zacząłem szukać w internecie odpowiedni adres, na który mógłbym odesłać odnalezione notatki. Odpowiednim wydawał mi się ewangelicki urząd kościelny w Hannoverze. Tam wysłałem ten stary list żołnierski z opisem jak i z czym razem go znalazłem. Po kilku tygodniach otrzymałem odpowiedź z Frankfurtu. Było to z uniwersyteckiego wydziału teologii ewangelickiej we Frankfurcie. Autor tej odnalezionej kartki miał kontakt ze swym ulubionym profesorem na swej uczelni, który gdy dowiedział się, że niedoszły pastor poległ jako żołnierz w Rosji, przekazał wszystkie otrzymane od niego listy i zapiski do archiwum wydziału jako wartościowe przemyślenia o tym, czym jest wojna i jak zmienia ludzi. Ta odnaleziona w ten dziwny sposób kartka dołączyła do reszty, za co otrzymałem podziękowanie. Do Maszy, adresatki rosyjskiego żołnierza pozostawione niekompletne ślady nie pozwoliły już dotrzeć. Mnie pozostała manierka, którą używali dwaj polegli na wojnie wrogowie. Może gdyby przeżyli, dziś byliby już wrogami?

2019

Początki rysowania

Początki rysowania


Za najwcześniejszy sukces plastycznego działania zapamiętałem coś, co było moim pierwszym rysunkowym odkryciem. Chyba miałem wtedy nie więcej niż 3 lata. Dotąd zapełniałem puste kartki jakimiś miazmatami abstrakcyjnych układów linii. Któregoś dnia zaczęło się moje twórcze widzenie świata. W kuchni mieliśmy leżankę, czyli tak zwany szezlong. Patrząc nań z profilu, zobaczyłem duże podobieństwo do jakiegoś koniokształtu. Gdy do podwyższonej części, która mi się kojarzyła z głową, dorysowałem oko, zaznaczyłem pysk i dodałem uszy, to zabrakło tylko na drugim końcu ogona. Powstał z tego kształt konia o bardzo niskim kłębie, bo nasza leżanka miała dość krótkie nogi. W dalszych rysunkach wydłużałem już nieco nogi, nawet dodawałem te dwie niewidoczne, by były cztery. Rysowałem odtąd dużo koni, ale nigdy nie doszedłem w tej dziedzinie do sprawności Kossaków.



Gdy przed wojną uczęszczałem do pierwszej klasy, nasz nauczyciel, pan Mocek zwrócił uwagę na moje plastyczne uzdolnienia. Jakiś instytut pedagogiczny prowadził w tej dziedzinie badania nad dziećmi. Dostawałem mnóstwo rożnych zadań testowych. Otrzymywałem kolorowe ołówki i najczęściej polegało to na wypełnianiu zaznaczonych przestrzeni na gotowych kartkach z narysowanymi wzorami. Uważałem to za dość nudne zajęcie, ale przebywanie na lekcjach z innymi dziećmi też mnie trochę nudziło, bo cały elementarz Falskiego już przeczytałem, zanim poszedłem do szkoły. Jedyną rzecz jaką zapamiętałem z tego czasu, to że lubiłem ołówki dobierać parami według jakichś podobających mi się zestawień kolorów. Po pierwszej klasie skończyły się te zadania, bo wybuchła wojna i przestałem uczęszczać do polskiej szkoły. Czy ktoś analizował moje uzdolnienia nie dowiedziałem się nigdy. Po prostu uważano mnie za zdolnego, tylko nikt mi nie potrafił powiedzieć jak bardzo i czy tych zdolności wystarczy na późniejsze rozwinięcie ich. Może dowiedziałem się o tym o wiele za późno. Nie wiem jednak, co bym innego robił w życiu, niż to, co usiłowałem dotąd.



Od wczesnego dzieciństwa zawsze dzieliłem swój czas i zainteresowania pomiędzy muzyką, zajęciami plastycznymi, czyli malowaniem i rysowaniem. Raz pochłaniało mnie bardziej jedno, a raz drugie. Tata uczył mnie od piątego roku życia gry na skrzypcach. Chyba nie wykazywałem nadzwyczajnego talentu, ale mój tata bardziej kierował się chęcią zrobienia ze mnie muzyka tak na wszelki wypadek. Potrafiłem już razem z tatą zagrać niektóre kolędy na dwoje skrzypiec. Gdy rodzeństwo dorastało, tata marzył o powiększeniu zespołu początkowo co najmniej do tria, więc skrzypce przejął po mnie mój młodszy brat Bolek, a ja zacząłem się uczyć gry na wiolonczeli. Taty życzeniem było, abym został czelistą. Moim mniej, bo nadal jak dawniej lubiłem malować.

W niemieckiej szkole podstawowej było nas dwu wykazujących talent plastyczny. To był Antek Tomala i ja. Antek był perfekcjonistą w kopiowaniu. Tego mu zawsze bardzo zazdrościłem. Później został Antek znakomitym portrecistą. Mnie zaś bardziej pochłaniały własne pomysły kompozycyjne, a mniej rysowanie i malowanie z natury. Gdy miałem dziesięć lat, namalowałem pejzaż kredkami świecowymi. Przedstawiał jakieś jezioro z górami w tle. Widziałem taki rysunek czarno biały, ale postanowiłem namalować podobny kolorowy pejzaż przy księżycu. Moja niemiecka nauczycielka zachwyciła się tym, choć według mnie wszystko było na nim takie niewyraźne, nie takie konkretne, prawdziwe jak u Antka.

Pani powiedziała, że to jest bardzo impresjonistyczne, ale ja nie wiedziałem wtedy jeszcze co to znaczy. Zapytała, czy mogę jej ten rysunek dać, na co się oczywiście zgodziłem.

Niedługo potem, po czwartej klasie niemieckiej szkoły podstawowej, zostałem przyjęty do niemieckiego gimnazjum. Większość kolegów to byli chłopcy którzy na Śląsk przybyli gdzieś z głębi Niemiec. W mojej klasie był kolega, który według mnie świetnie rysował i malował nieosiągalnymi dla mnie farbami firmy Pelikan i miał jeszcze do tego dobre pędzle. Zawsze rywalizowaliśmy ze sobą, choć dysponowaliśmy całkiem różnymi środkami. Ja najczęściej rysowałem ołówkiem. Naszym nauczycielem w przedmiocie „sztuka” był niemiecki artysta malarz o nazwisku Riess, który miał pracownię malarską przylegającą bezpośrednio do klasy. Staraliśmy się podglądać jego obrazy z nagimi paniami, choć je starannie przed nami zasłaniał. Pan profesor ku mojemu zdziwieniu zawsze dawał Wolfgangowi i mnie takie same stopnie, zawsze bardzo dobry. Trochę się zastanawiałem, bo moje prace były tylko zwykłymi rysunkami przedstawiającymi jakieś wymyślone pejzaże, a Wolfgang malował kompozycje o tematyce wojennej. Były na nich najczęściej niemieccy żołnierze dzielnie atakujący radzieckie czołgi. Mnie po prostu takie tematy nie interesowały. Wtedy miałem już czas podzielony na zajęcia z muzyki, bo chodziłem do szkoły muzycznej na lekcje gry na wiolonczeli, a dodatkowo miałem jeszcze próby chóru. Na malowanie pozostawało więc nieco mniej czasu.

Po wojnie, w wieku czternastu lat zapisałem się do na nowo otwartego polskiego gimnazjum. Tam mieliśmy również nauczyciela rysunku, artystę malarza, profesora Sobeckiego, którego nazywaliśmy bryłą. Pan profesor nie rozwijał naszej fantazji, a uczył nas WIDZENIA jak mówił, bo cielę patrzy, a człowiek widzi. Przynosił na lekcje te swoje podstawowe bryły, jak sześcian, kulę i walec. Próbował nam pokazać cienie, światła odbite, refleksy, skróty, zbiegi linii, co bardzo wielu kolegów po prostu nudziło. Dla mnie były to bardzo pouczające lekcje, po latach wykorzystywałem ich sens i potrafiłem tu nabyte umiejętności rozwijać nawet na studiach i później w pracy zawodowej.

Kiedyś narysowałem karykaturę profesora. Myślałem, ze zostanę zbesztany, ale profesor mnie pochwalił dwoma słowami: jesteś zdolny.

Później, jeszcze przed maturą zacząłem uczęszczać na zajęcia malarskie do Domu Kultury Rybnickiej Fabryki Maszyn. Gdy tam pierwszy raz przyszedłem, trwały zajęcia z malowania martwej natury, w tym wypadku donicy z kwitnącą pelargonią. Nie miałem przygotowanych farb, ani palety, wiec wykonałem bardzo swobodny rysunek ołówkiem na dużym kartonie. To spodobało się prowadzącemu zajęcia artyście malarzowi, panu Węglorzowi i zachęcił mnie do przychodzenia na zajęcia do pracowni. W tym czasie grałem nadal dużo na wiolonczeli, miałem próby w szkolnej orkiestrze z dużym chórem, a nawet jeździliśmy na występy do Radia Katowice. Pochłaniało mnie też pisanie wierszy w stylu Majakowskiego, ale to mi szybko przeszło, choć moja profesor języka polskiego pani P., która te wiersze czytała, zachęcała mnie do pisania i usilnie namawiała na studia polonistyczne. Ja zaś wahałem się wówczas między studiami plastycznymi, a dziennikarstwem.

Przed maturą zacząłem przygotowywać prace malarskie do zakwalifikowania się na egzamin wstępny na studia architektury wnętrz w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu. Namalowałem kilka pejzaży i jedną socrealistyczną kompozycję, której tematem była elektryfikacja kraju. Nie było to zbyt skomplikowane dzieło pod względem kompozycji i tematu, bo pokazałem tylko jednego elektryka siedzącego na słupie i coś naprawiającego przy drutach. Farby olejne robiłem sobie wtedy sam. Zakupione w drogerii różne kolorowe proszki farb mieszałem z olejem lnianym, który mama miała w domu dla całkiem innych celów, choćby pieczenia nam placków ziemniaczanych. Zaraz po wojnie miałem też wymarzone, a uzyskane przez ciocię Melanię od Rosjan farby temperowe firmy Pelikan. Malowałem nimi na masowo wyrzucanych niemieckich książkach wielkoformatowych z płóciennymi okładkami. Robiłem to tak, jakby to były farby olejne. Te grube warstwy malatury pękały potem szybko i odpadały. Już bardzo wcześnie „tworzyłem dzieła”, które nie potrafiły przetrwać próby czasu . Chodziło o samą radość tworzenia, bo to było dla mnie najważniejsze. Takie to były moje początki interesującego zawodu, a czasem i zawodów twórczych. Muzykę zaprzestałem uprawiać już na pierwszym roku studiów. Wiolonczelę ojciec sprzedał i mama miała za nią ułatwiającą jej wysiłek pralkę FRANIĘ. Życia bez muzyki nie wyobrażałem sobie nigdy, słucham jej bardzo dużo. Gromadziłem na różnych nośnikach sporo z utworów, które z pewnością grałbym też sam, gdybym wybrał zawód muzyka.

Prześliczna wiolonczelistka

Prześliczna wiolonczelistka


Mama Beaty i jej tato byli w czasach szkolnych wielkimi fanami zespołu SKALDOWIE. Tacie podobała się najbardziej z wszystkich piosenek zespołu piosenka „Prześliczna wiolonczelistka”, a mamie „Nie domykajmy drzwi”. Te różnice jednak nie dzieliły, a łączyły. Ich szkolna miłość przetrwała czasy studiów i po zrobieniu dyplomów pobrali się. Zostali tak zwanym udanym małżeństwem. Często słuchali piosenek SKALDÓW z płyt, które zostały im z okresu szkolnego. Po jakimś czasie urodziła się córeczka, której dali na imię Beata, bo miała być tak szczęśliwa jak oni.

Dziewczynka była prześliczna, tato marzył, aby jak w jego ulubionej piosence została w przyszłości tą „Prześliczną wiolonczelistką”. Rodzice nie uprawiali muzyki, nie uczyli się nigdy gry na żadnym instrumencie, ale przekazali córeczce swoją dużą niewykorzystaną muzykalność. Jej tato wykazywał poza zainteresowaniami muzycznymi także spore zdolności plastyczne. W wolnych chwilach wiele malował. Nigdy nie pokazywał nikomu swych prac. Były to romantyczne pejzaże w stylu Caspara Davida Friedricha, którego uwielbiał na równi z piosenkami Skaldów. Prace te oglądała tylko jego żona, a czasem w trakcie malowania przypatrywała mu się jego córeczka. Beatka często chciała z ojcem malować, ale ten ją zniechęcał do tego, prosząc, aby mu coś na cymbałkach zagrała. Jej tato nie chciał, aby córeczka rozwijała jego zainteresowania malarskie, a skierowała się raczej ku muzyce. Bardzo wcześnie, bo już w przedszkolu Beatka wykazywała swe muzyczne uzdolnienia w czasie występów na uroczystościach, na które zapraszano rodziców. Na przesłuchaniu kwalifikacyjnym do szkoły muzycznej nauczyciele odkryli nadzwyczajną muzykalność Beatki. Jej ojciec był szczególnie szczęśliwy, gdy ją zakwalifikowano do nauki gry na wiolonczeli. Na początku dziewczynka uczyła się trochę gry na skrzypcach, zanim udało się rodzicom zdobyć małą wiolonczelę. Początki grania na tym i tak dość dużym instrumencie były jeszcze bardzo nieporadne, ale Beatka wykazywała duży zapał i zdolności. Tato od razu widział w swej dziewczynce tę PRZEŚLICZNĄ WIOLONCZELISTKĘ.

Z biegiem lat postępy w nauce gry na wiolonczeli były nadzwyczajne, a Beata stała się wyjątkowo urodziwą panną. Muzyczną szkołę średnią ukończyła z odznaczeniem. Na szkolnym koncercie końcowym wykonała z wielką wirtuozerią 9. koncert B dur Bocceriniego. Drogę na Akademię Muzyczną miała przed sobą otwartą, bo jej talent zyskał dość wcześnie uznanie u profesorów Akademii Muzycznej, z którymi już w ostatnich klasach liceum miała zajęcia. Beata była szczęśliwa. Miała chłopaka, który też grał na wiolonczeli, był chyba tak zdolny jak ona. Otrzymał zaraz po szkole średniej roczne stypendium na studia do Paryża. Czekało ich rozstanie, ale według ich szybszej miary czasu było to na krótko, a na Boże Narodzenie postanowili spędzić razem dwa tygodnie w kraju.

Beata oddała się studiom z całym swoim zapałem, poza zajęciami na uczelni ćwiczyła wiele godzin w domu. Rodzice, którzy tak bardzo pragnęli, aby została tą ich WIOLONCZELISTKĄ, widzieli ile trudu i pracy kosztuje ich córkę osiąganie sukcesu. Czasem ojciec miał żal do siebie, że w spełnieniu jego marzeń jest wiele wyrzeczeń zdolnej i pracowitej Beaty.

Jesień była piękna, więc którejś soboty zaproponował, aby wspólnie wyjechali do Zakopanego. Chciał przy okazji popatrzeć na pejzaż górski w jesiennych barwach i zrobić jakieś szkice akwarelowe do olejnego obrazu. Wyruszyli wcześnie rano, gdy jeszcze była mgła, którą potem trochę rozwiało, ale na Zakopiance znów zgęstniała. Jak zwykle w soboty, wszystkim było śpiesznie, by znaleźć się jak najszybciej u celu na podnóżu Tatr.

W czasie jazdy rozmawiali o czekającym Beatę konkursie wiolonczelowym. Gwałtowny huk przerwał w pół zdania słowa Beaty, ich sensu już nikt nie dosłyszał, bo ogarnęła ich głucha cisza i ciemność. To było zderzenie czołowe z tirem.

O tym wszystkim dowiedziała się Beata dopiero po kilku tygodniach na szpitalnym łóżku. Nie była już tą samą prześliczną wiolonczelistką. Wypadek zmienił ją bardzo. Nie miała prawej ręki, ani lewej nogi. Jej rodzice nie żyli. Teraz musiała odnaleźć się sama w świecie bez muzyki. Po tamtej szczęśliwej Beacie została wiolonczela. Był to dobry włoski instrument, dość wartościowy. Za sprzedaną wiolonczelę pozyskała Beata doskonalą rękę-protezę i wózek inwalidzki. Trudne były te pierwsze kroki i ruchy, to niepewne stanie na jednej nodze, gdy nie ma się czymś i czego uchwycić.

Jeszcze bardzo bolało, gdy czytała list chłopaka i zrozumiała, że nie wesprze się już na nim, bo uzyskał kolejne stypendium, tym razem w Nowym Jorku. Beata słuchała teraz stale radia. Kiedyś nadawano ulubioną piosenkę taty PRZEPIĘKNA WIOLONCZELISKA. Innym razem zagrano NIE DOMYKAJMY DRZWI. Zrobiło się jej smutno, bo tamte drzwi nie domknięte, zostały zamknięte, a wręcz z hukiem zatrzaśnięte wtedy na Zakopiance. Już bardzo daleko została cała przeszłość z zapowiedzią wspaniałej przyszłości. Od czasu do czasu słuchała czegoś na wiolonczelę, ale coraz rzadziej. Dowiadywała się podobnie, jak wielu innych cierpiących o postępach w medycynie. Ostatnio zaczęto u nas przeprowadzać udane operacje przeszczepu obu rąk. Nawet po bardzo udanej operacji nie byłaby to już ręka odpowiednia dla wiolonczelistki. Wystarczy, że nie zostanie ciężarem dla innych. Sama się ubierze i umyje, będzie mogła sama jeść. Spróbowała na nowo marzyć. Po wielu miesiącach rehabilitacji Beata potrafiła się podpisać. Był to trochę inny podpis, niż ten dawny, litery mniej okrągłe, nie pisane, a drukowane. Czyta się wyraźnie: B E A T A . Może znów stanie się choć odrobinę SZCZĘŚLIWA tą nową nadzieją? Beata ostatnio coraz częściej myśli o tym, aby zacząć malować. Jest wielu artystów, którzy do perfekcji opanowali ten kunszt malarski po różnych przejściach. Przypomina sobie teraz obrazy malowane przez jej tatę, ma w wyobraźni i swoje przyszłe dzieła. Gdy się jej uda opanować tajniki malowania, spróbuje tworzyć swoje wizje piękna nie dźwiękami, jak to do tej pory próbowała robić, a kolorem i kształtem. Myśli nadal o nowej dłoni potrzebnej do malowania. Gdy Beata się rozmarzyła, jej twarz stawała się tak natchniona, jak tej niedawnej przepięknej wiolonczelistki, jaką była gdy grała na swym instrumencie.


Katowice, czerwiec 2010

Ptasznik z Tyrolu 1959

Ptasznik z Tyrolu



W ubiegły poniedziałek TVP nadała zapowiadany jako wielkie wydarzenie medialne, kolejny spektakl Teatru Telewizji, tym razem jak to przed pięćdziesięciu laty bywało, całe przedstawienie na żywo. Przypomniałem sobie tamte dawne czasy, moje doświadczenia z realizacji programów telewizyjnych, w tym także teatrów TV. Realizowaliśmy wtedy w bardzo skromnych warunkach, w małym studiu o powierzchni zaledwie niecałych 100 metrów kwadratowych także znaczące spektakle dramatyczne, operowe i baletowe.

Już w drugim roku istnienia ośrodka telewizyjnego, na święta Bożego Narodzenia 1959 przygotowaliśmy operetkę Karla Zellera, Ptasznika z Tyrolu. Podjąłem się karkołomnego zadania przygotowania scenografii wraz z kostiumami. Należałem do grona entuzjastów i naiwnych, bo podjąłem się w naszych warunkach produkcji artystycznej rzeczy na pozór niewykonalnej. Miałem już niejakie doświadczenie i pojęcie o możliwościach telewizyjnych, bo od pierwszego dnia działalności ośrodka TV pracowałem też jako operator kamery.

Tak się złożyło, że w teatrze cieszyńskim mogłem dobrać kostiumy tyrolskie, pamiętające jeszcze nieboszczkę C.K. Austrię, a inne dobierałem w różnych teatrach. Dekoracji nie mogłem rozbudowywać przestrzennie ze względu na brak miejsca i wielość miejsc akcji. Zastosowałem tła rysowane, tak zwane płaskie zastawki, lekkie i umożliwiające nawet przy otwartych mikrofonach scen mówionych na szybkie zmiany sytuacji. Część muzyczna była nagrana w systemie playback, czyli że aktorzy markowali tylko wcześniej nagrany śpiew.

Operetka składała się z trzech aktów. Była ona transmitowana do Warszawy i do innych istniejących już wtedy ośrodków telewizyjnych jak Łódź i Poznań. Pomiędzy poszczególnymi programami ukazywała się plansza z napisem PRZERWA 5 MINUT, ewentualnie 10, a czasem używano po prostu planszy bezterminowej z napisem PRZERWA W PROGRAMIE. W tym spektaklu, podobnie jak innych teatralnych trzeba było robić między aktami dłuższe przerwy, więc wybrano te dziesięciominutowe. Potrzebne były one na przebierania dla aktorów i charakteryzację, bo trzeba było wszystkich aktorów specjalnie podmalować, głównie pudrować i przyciemniać twarze dla potrzeb techniki telewizyjnej. Należało też uporządkować plany, pousuwać na zewnątrz zgrane dekoracje, wnieść do studia nowe. Ciasnota była wielka, technicy stroili na nowo kamery. Oświetleniowcy przestawiali reflektory, słowem harmider nadzwyczajny i nerwy wszystkich były napięte do ostatnich granic. Reżyser Ukleja, człowiek niezbyt słusznego wzrostu, mniej widoczny, ale zewsząd słyszany dyrygował, a właściwie przyspieszał wszystkich krzykiem do szybkiego działania.

W tym działaniu zaczęły się jednak po drugim akcie pojawiać jakieś obstrukcje przy zmianie dekoracji. Na górze na drabinie siedział okrakiem pan Stefan R. i usiłował umocować elementy dekoracji. W pewnym momencie zauważyliśmy, że po prostu zasnął. Wściekły już reżyser krzyczał, aby kończył i zabrał drabinę, bo zaraz musimy wchodzić na antenę. Inspektor programu ponaglał przez głośnik do studia, że czas zaczynać, bo Warszawa się niecierpliwi. Przekroczyliśmy czas przerwy i telewidzowie dzwonili z pretensjami. Jedna kamera cały czas pokazywała tę planszę DZIESIĘĆ MINUT PRZERWY. Reżyser zaczął potrząsać drabiną z pracownikiem zmieniającym dekoracje i ten już zbudzony odpowiadał, że zejdzie, zaraz jak skończy mocować dekoracje, bo on za to odpowiada. Był to drugi dzień świąt Bożego Narodzenia i widocznie pan Stefan pozwolił rybce dobrze popłynąć po wigilii. W tym czasie w studio bywało bardzo gorąco od dużej ilości reflektorów. Tam wyżej na drabinie było widocznie jeszcze goręcej, słowem atmosfera dla niektórych mocno rozleniwiająca. Nie sposób było wynieść drabinę razem z pracownikiem, bo w studiu było za ciasno. Pan reżyser zaczął więc potrząsać drabiną, tak że pan Stefan po prostu spadł z drabiny. Nic mu się nie stało, tylko nagle najnormalniej zapytał, czy już skończyliśmy drugi akt i czy może rozbierać dekoracje i ustawiać nowe? To tak rozwścieczyło reżysera, że machnął ręką przed pulpitem, na którym umieszczona plansza, kartka brystolowego papieru po prostu sfrunęła. Tuż za nią była kolejna plansza: AWARIA NA LINII ŁĄCZ – PRZEPRASZAMY. Wtedy dopiero zaczęły się nerwowe pokrzykiwania przez głośnik do studia. Wielka nerwowość udzieliła się wszystkim. Dekoracje były zmienione, ale wszystkim się wydawało, że nie sposób teraz zacząć trzeci akt, bo obecni w studiu byli jak sparaliżowani. Wtedy nagle główny bohater operetki zanucił pełnym głosem tę piękną arię z Ptasznika z Tyrolu: Jeszcze raz, jeszcze raz ptaszku mój…Wszyscy nagle poczuli się na tyle rozluźnieni, aby spróbować się zmobilizować i dokończyć przedstawienie.

Pomimo przedłużanych przerw, telewidzowie byli zachwyceni. Telewizja Katowice uraczyła na święta widzów z całej Polski bardzo melodyjną operetką. Plansza spadająca w trakcie przerwy nie miała żadnych przykrych następstw. Nie miało to politycznego wydźwięku jak wtedy, gdy byłem z kolegami w warszawskiej TV na przeszkoleniu przed otwarciem naszego ośrodka. Plansze zawsze ustawiano na zwykłych pulpitach, jakie muzycy w orkiestrze mają do nut. Tych plansz bywa często kilkanaście, taka gruba warstwa. W czasach braku taśmy filmowej posługiwano się materiałem ilustracyjnym w postaci zdjęć. Te bywały dość wiotkie, zdarzało się, że spadały w nieodpowiednim momencie. Stało się tak w czasie audycji popularno naukowej nadawanej w tamtym czasie. Właśnie w tych dniach wystartował w przestrzeń kosmiczną pierwszy radziecki sputnik. Nadano temu wydarzeniu najwyższą rangę. Był to pierwszy temat programu. Przygotowano kilka zdjęć ilustracyjnych. Po pierwszym zdjęciu sputnika, gdy jeszcze słychać było te słynne dźwięki pi, pi, pi…, nagle pojawiło się na ekranie telewizorów zdjęcie kaczki. Jakby natychmiastowy komentarz na antenie: KACZKA DZIENNIKARSKA. Po prostu spadło kilka kolejnych zdjęć i kamera uchwyciła mimowolnie to zdjęcie, które miało ilustrować następny temat, pogadankę profesora Żabińskiego o ciekawych zwierzętach warszawskiego ogrodu zoologicznego. Od razu były telefony z Komitetu centralnego PZPR gdzie wypadek nazwano incydentem antyradzieckim i kogoś okrutnie ukarano za brak czujności. Prezesem Radiokomitetu był wtedy i pozostał nadal zasłużony politruk i pisarz Włodzimierz Sokorski.


Katowice, październik 2011

ROSÓŁ

Rosół na Święta Bożego Narodzenia


Anna starała się szybko uporać z porannymi czynnościami w kuchni, zaścieliła swoją połówkę łóżka, bo tę Alojza, jej męża pozostawiała nienaruszoną od czasu gdy go w 1943 powołano na tę znienawidzoną wojnę. Minęło już wiele lat, a Alojz nie dał dotąd znaku życia. Jeszcze gdy trwała wojna, od czasu do czasu były jakieś cienkie listy z feldpost, ale po jej zakończeniu nie dotarła już do niej żadna inna poczta. Annie nawet przez myśl nie przechodziło, by Alojz mógł tam gdzieś w Rosji zginąć. Jeśli tylko pogoda na to pozwalała, otwierała kuchenne okno i wyglądała listonosza. Alojz na pewno do niej znowu napisze. Może brak mu papieru by coś napisać? Wiedziała, że tam na dalekim Sybirze jest bieda. Widziała w 1945, jak żołnierze czerwonoarmiści skręcają papierosy z kawałka gazety.

Jak dotąd żaden list do niej nie dotarł. Często myślała o swoim Alojzie, a że była też osobą praktyczną, gdy tak myślała, to zawsze gdy przygotowała obiad na niedziele, czy kolejne święta, nagotowała trochę więcej, by starczyło i dla wygłodniałego Alojza, gdyby niespodziewanie wrócił z Rosji. Jednak kolejne lata mijały, a on nie wracał, choć niektórzy już z Rosji wrócili. Myślała, że jego pewno wywieźli dalej niż tych innych i ma dłuższą drogę powrotną przed sobą.

Zbliżało się kolejne Boże Narodzenie, był rok 1949. Rosjanie zaczęli masowo zwalniać jeńców niemieckich z obozów. Anna była przekonana, że teraz jej Alojz wróci na same święta. Na wigilię kupiła trochę śledzi, a na świąteczne obiady udało się jej „zdobyć” kawał wołowiny. Mięso było chyba z leciwego wołu, bo zaraz rano w dzień przed wigilijny zaczęła je gotować. Po kilku godzinach mięso było nadal twarde. Przypomniała sobie stary sposób na rozmiękczenie mięsa w rosole. Należy dolać do gotowanego rosołu trochę spirytusu. Anna miała przygotowaną półlitrową butelkę tego alkoholu na powrót Alojza, gdy wróci bardzo wyziębiony. Może coś łyknie i trzeba będzie go też nacierać. Wzięła butelkę i spróbowała nalać trochę spirytusu do gotującego się rosołu. Poszło jej to jakoś bardzo niezgrabnie, zamiast do garnka, spirytus wylał się obok na palnik. Nastąpił wybuch i Anna zaczęła się palić. Płonęły na jej głowie włosy i odzież. Wydała z siebie przerażający krzyk z bólu i przerażenia. Sąsiadka z dołu to usłyszała i zaraz przybiegła do niej. Ugasiła na niej ogień mokrymi ścierkami. Wezwała pogotowie, lekarz zaraz wydał polecenie, by Annę zawieść do szpitala na oddział oparzeniowy. Anna się wzbraniała, uważała że wystarczy jej tylko jakieś leki zapisać, będzie się sama smarować, a popalona to jest tylko z przodu, nie na plecach, więc da sobie radę. Ona nie może pójść do szpitala, bo właśnie czeka na męża, który lada dzień może wrócić z wojny. Była w szoku i nie zdawała sobie sprawy ze stanu oparzeń. Prosiła sąsiadkę, by podgotowała to mięso, żeby dobrze zmiękło. Ona wróci zaraz ze szpitala, bo Alojz musi ją zastać, gdy zawita do domu, a na pewno będzie bardzo wygłodzony po wieloletnim pobycie na Syberii.

Anna dopiero na drugi dzień, gdy szok minął, zauważyła że jest cala pobandażowana. Gdy dotknęła głowy, nie wyczuła włosów. Pierwsze pytanie, jakie zadała lekarzowi dotyczyło jej włosów, kiedy znów odrosną. Alojz nie może jej przecież zobaczyć z łysą głową. Jeszcze nie dotarło do niej, że czekają ją przeszczepy skóry., Poprosiła sąsiadkę, jeśli Alojz wróci, by nie mówiła mu, w którym szpitalu leży, bo nie może jej zobaczyć bez włosów. Na pielęgniarkach wymogła, że nie wpuszczą jej męża do niej.

Jej pobyt w szpitalu trwał nie tylko przez okres świąt Bożego Narodzenia, ale i wiele tygodni dłużej, aż po Wielkanocy nim jej popalone ciało wykurowano. Alojz zaś do Anny już nigdy nie wrócił, bo też się palił, ale on spalił się całkowicie w czołgu, w który rzucono butelką benzyny. Jego nikt nie odratował. Anna potem nadal przygotowywała te obiady dla Alojza, ale już nigdy nie gotowała mięsa w rosole na miękko z dodatkiem spirytusu. Uważała teraz bardzo na włosy, które jej znowu odrosły. Pamiętała, jak dawniej Alojz je często gładził ręką.


25.12.2013.

Rzeźbiarz czasu

Rzeźbiarz czasu


Bolek próbował od najwcześniejszych lat rzeźbić. Na początku były to figurki wyskrobane z dość miękkich kawałków odpadów z pobliskiego wapiennika. Jego ojciec pracował tam i często przynosił Bolkowi jakieś bryły skały kredowej, w których zatrzymany został czas. Oglądał w nich wyrzeźbione kształty istot, które żyły w morzach przed milionami lat. Bolek podziwiał te nieznane mu formy, ale nie zdawał sobie sprawy z upływu czasu, jak dawno temu te ślady powstały. Jeszcze była mu obca rachuba lat, liczył co najwyżej dni, rozróżniał mijające pory roku. Bolek próbował w tym dość miękkim wapiennym kamieniu wyrzeźbić jakieś figurki zwierząt domowych.

Miał niedawno siedem lat i cieszył się bardzo na pójście pierwszego września do szkoły. Tego dnia Niemcy napadli na Polskę i wybuchła wojna. W drugiej połowie miesiąca, gdy do nich wkroczyli Rosjanie, musieli wkrótce opuścić swój dom, prawie bez niczego. Ojca wtedy nie było, bo został tuż przed wybuchem wojny powołany do wojska. Jego z matką i rodzeństwem wieziono przez kilka tygodni bydlęcymi wagonami w stepy Kazachstanu. Ojciec dostał się do niewoli i losy rzuciły go daleko na Syberię aż za krąg polarny, do pracy w kopalni. W nowym miejscu zsyłki w Kazachstanie, gdzie Bolek się znalazł z matką i braćmi, szukał podobnego materiału do rzeźbienia jakim dysponował w Polsce. Tu nie było skałek, ale był pod dostatkiem gliny, z której sąsiedzi lepili ziemianki, ale i garnki z braku innych naczyń. Bolek nauczył się to robić lepiej od innych, ale glina mu nie odpowiadała jako tworzywo do jego ulubionych rzeźb. On wolał te bryły, w których jego figury istniały już ukształtowane i je tylko odsłaniał usuwając zbędne części materiału. Wydobywał na jaw kształty i wydawało mu się, że z kawałków gliny nie potrafiłby stworzyć przestrzennego kształtu. Jeszcze wtedy nie rozumiał istoty powstawania czegoś z niczego. Nie wiedział, że kształty powstają w otchłani wyobraźni. Bardzo długo trwało, zanim ojcu udało się z nimi nawiązać kontakt. Było już po wojnie i Bolek nie widział ojca od siedmiu lat. Teraz zaczął rozumieć że czas to coś, co trwa bardzo długo. Czas bywa oczekiwaniem na coś, co niekiedy przychodzi, albo się czeka daremnie. Teraz gdy Bolek miał już czternaście lat, mogli się wraz z sąsiadami udać w daleką i długą podróż powrotną do Polski, choć nie w ich rodzinne strony u stóp Karpat, a na nieznany im Śląsk, gdzie ojciec już przebywał i pracował teraz nie jako górnik skalny na powierzchni, a głęboko pod ziemią, gdzie wydobywał czarny węgiel. Tego zawodu nauczył się w dalekiej Syberii.


Bolek uczęszczał teraz do szkoły zawodowej przy kopalni, bo miał za duże zaległości, by dostać się do gimnazjum. W Kazachstanie nauczano ich w języku rosyjskim. Zanosiło się na to, że zostanie tak samo górnikiem jak jego ojciec, który teraz przynosił kawałki węgla, też z odciskami istot żyjących przed milionami lat. Tu Bolek podziwiał pradawne skamieniałe rośliny i coraz częściej myślał o tym, co było jeszcze wcześniej, oraz jaki był świat gdy powstały te odciski żyjących wówczas istot. Teraz też jeszcze nie zrozumiał czym jest czas. Któregoś dnia spróbował w tym kruchym, czarnym kamieniu rzeźbić. Przy domu kultury prowadzono rodzaju szkoły rzeźby w węglu dla uzdolnionych górników. Zajęcia odbywały się popołudniu, a prowadził je artysta rzeźbiarz. Bolek bardzo pilnie zaczął poznawać tajniki rzeźby w węglu. Początkowo nastręczało mu to tworzywo więcej trudności niż dawniej kamień kredowy, bo węgiel był szalenie kruchy. Rzeźbiarz opowiadał mu, że najlepszym materiałem do rzeźby jest marmur, z którego wielcy rzeźbiarze już w starożytności wydobywali kształty piękna. Często pokazywał Bolkowi albumy z rzeźbami Fidiasza, czy Michała Anioła. Bolek marzył o tym aby też zostać tak wielkim mistrzem jak tamci. Pod koniec kursu odbywały się zawsze wystawy z uroczystym otwarciem i nagrodami, które Bolek regularnie zdobywał.

W tamtych czasach władze lubiły się wykazać, jak bardzo dbają o uzdolnioną młodzież robotniczą. Bolka wysłano do Krakowa, do liceum plastycznego, gdzie szybko zaczął się rozwijać i wrastać w nowe środowisko artystyczne. Był wybitnie uzdolniony w przedmiotach plastycznych, więc przy maturze patrzono przez palce na jego braki w innych przedmiotach. Mógł zacząć studia w Akademii Sztuk Pięknych u profesora Dunikowskiego. Jego pierwszą rzeźbą poza normalnymi studiami w glinie, do których nadal czuł wielką niechęć, była praca w kamieniu, na którą profesor zwrócił uwagę. Rzeźba przedstawiała umierającego żołnierza. Właściwie nie była to pełno wymiarowa postać, a jej otoczka, jakby odbicie w kamieniu. Profesor spojrzał na rzeźbę i powiedział, że natura na takie odbicia istot żyjących potrzebowała milionów lat, a ty trochę za bardzo się spieszysz i swoim sepleniącym sposobem mówienia dodał: ale dobrze myślisz, jak prawdziwy rzeźbiarz.

Bolek ukończył studia z odznaczeniem, proponowano mu nawet pozostanie na uczelni jako asystent, ale nie skorzystał z tego, bo korcił go wyjazd do Włoch i śniły mu się karraryjskie marmury, w których już czekały na niego zaklęte w nich posągi, które rzeźbiąc odsłoni.


W Carrarze niedaleko od kamieniołomów, gdzie było tak wiele pracowni rzeźbiarskich i kamieniarskich, znalazł także Bolek miejsce dla siebie. Pracował z zapałem przez wiele lat i starał się udowodnić samemu sobie, że nie jest gorszy od wielkich mistrzów. Okazji było wiele, miał nawet kilka zamówień na kopie Piety Michała Anioła. Potrafił wydobyć z marmuru to samo, co wielki mistrz.

Stał się rzeźbiarzem, który miał duże uznanie, ale zaczęły się w nim rodzić wątpliwości, czy to co robi, jest sztuką wypływającą z jego własnego odczucia, przemyśleń, czy też tylko doskonałym rzemiosłem. Tworzył gigantyczne głowy i detale wzorowane na antycznych dziełach, które miały tak wielkie powodzenie w świecie, że zapełniały liczne sale muzealne. Bolkowi wydawało się, że utrwala ślady tamtego antycznego czasu. Był u szczytu powodzenia, ale zwolna zaprzestał tworzenia nowych prac. W Polsce, w Krakowie urządzono mu wystawę na Rynku Głównym. Były zachwyty, ale i głosy krytyczne, o wtórności jego sztuki, o pomieszaniu epok, czasu. Bolek przebywał już coraz rzadziej w swej pracowni i coraz więcej czasu spędzał w swej siedzibie w Toskanii, gdzie dotąd tylko odpoczywał, gdy był bardzo wyczerpany pracą. Zaczął się przeistaczać z mistrza rzeźbiarza w myśliciela. Próbował zrozumieć to, co od wczesnych lat go intrygowało. Zaklęcie czasu w kształcie rzeźbiarskim. Te odciski w węglu i kredzie nie dawały mu spokoju. Plastyczne znaki czasu, a może raczej czas w znakach plastycznych?

Mistrz uciekał teraz w samotność, unikał kontaktów, telefony wyłączył. Wiedział, że zanim znów kiedykolwiek przystąpi do pracy, musi wpierw zrozumieć pojęcie czasu, a potem je przedstawi rzeźbiarsko. Zrozumiał, że każdy dzień, także DZIŚ zawiera w sobie już WCZORAJ jutrzejszego dnia. Wiedział, że tkwimy w czasie naszego trwania tutaj na krótką chwilę. Dziś trwa nazbyt krótko, przedtem było bardzo długie wczoraj, a potem będzie nieskończenie długo trwające JUTRO. Czy już całą wieczność? Nie wiedział, czy czas się kiedykolwiek zaczął, czy był zawsze. Czy istnieje druga strona czasu, jak druga strona lustra? Niedawno doniesiono, że odkryto planetę, na której jeśli żyją ludzie, to nie odczuwają czasu w ogóle. Mistrz siedział na tarasie swej willi i patrzał na sfalowany łagodnymi wzgórzami pejzaż Toskanii. Nastrajało go to refleksyjnie. Wydawało mu się, że czuje to falowanie czasu. Pomyślał nawet przez moment o rzeźbie abstrakcyjnej, ale szybko tę myśl odrzucił, bo wydawało mu się to nazbyt banalne. Rzeźba mająca stanowić symbol czasu powinna być, a zarazem nie być wcale zauważalna, a może nawet powinna być niewidoczna. Teraz zrozumiał, że jednak powinien stworzyć dzieło bez odniesień do rzeczy widzialnych i rozpoznawalnych.


Po długim czasie rozważań, mistrz przystąpił bez wstępnych eksperymentów do wykonania dzieła. Wielkość tej rzeźby uwarunkowana była możliwością przewiezienia tu na teren jego posiadłości jej głównego elementu. Miałaby to być otoczka przyszłej rzeźby. Wymyślił na to olbrzymie akwarium z przeźroczystej masy plastikowej, wielkości kontenerów transportowych. Obiekt ustawiono na tarasie przed domem. Potem zbudowano dokoła olbrzymi namiot, który przysłonił wszystko i pozwalał Bolkowi w jego wnętrzu pracować w tajemnicy przed ciekawskimi obserwatorami. Uroczysty termin odsłonięcia dzieła ustalono na godziny wieczorne dnia przesilenia letniego. Lista gości została zawczasu ustalona, aby co najważniejsi krytycy i marszandzi zaprzyjaźnieni z Bolkiem mogli się w tym dniu pojawić.

Bolek postanowił swoją nową rzeźbę wykonać z przeźroczystej żywicy poliestrowej. Pierwszą czynnością było uformowanie z miękkiego przeźroczystego tworzywa olbrzymiej, prawie dziesięciometrowej długości wstęgi, która była przed połączeniem skręcona wokół osi, co dawało kształt ósemki, wyobrażającej pętlę czasu, czy nieskończoności. Ten znak wynaleziony przez matematyka Moebiusa został tutaj także mylnie przez Bolka interpretowany jako znak nieskończoności. Zapożyczył go, bo nic nie potrafiło tak idealnie oddać symbolu czasu. Po wypełnieniu akwarium przeźroczystą masą do odpowiedniej wysokości, włożono tę pętlę do środka. Potem zalewano ją już całkowicie pozostawiając wąziutkie pionowe kanaliki ku górze. Przez nie po zastygnięciu otaczającej masy pętla uległa rozpuszczeniu. Wyssano jej substancję, tak że w środku powstała pusta przestrzeń. Znak czasu był odciśnięty w środku jako niewidzialny kształt. Bolek uznał dzieło za skończone i czekał na uroczysty wernisaż. Fascynowała go bardziej idea swego dzieła, to obsesyjne pojęcie czasu, niż jego niewidzialny kształt. W dniu uroczystego wernisażu prócz ludzi z branży, było sporo cmokierów i jak zawsze bywalców towarzyskiego wydarzenia. Było już pod wieczór, goście się powoli niecierpliwili aż wreszcie rzeźbę odsłoniła spod zmyślnie skonstruowanej zasłony piękna żona burmistrza. Były wiwaty, wystrzeliły korki szampana, a jeszcze głośniej wybuchały kolorowe rakiety. Wiwatowano jeszcze przez chwilę , ale powoli robiło się cicho. Nikt nie wiedział czy to żart happeningowy, a właściwe dzieło zostanie dopiero wstawione. Na wszelki wypadek niektórzy już gratulowali odważnego pomysłu, zaś inni nie zbliżali się do mistrza tylko obchodzili dokoła obiekt, zanim wyrażą mistrzowi swój podziw, próbując w ten sposób zyskać na czasie. Stało się podobnie jak w znanej bajce Andersena. Jakieś dziecko zawołało: Mamusiu, tam w środku niczego nie ma. W tak kulturalnym towarzystwie nikt na to nie zareagował, bo wszyscy znali dobre maniery i byli doskonale wyćwiczeni w obłudzie na co dzień. Mieli przecież doświadczenie z wielu poprzednich nieudanych wernisaży. Bolek poczuł się jak nagi król i szybko się wycofał w zacisze domowe, a goście i tak swoje zjedli i wypili, a o czym rozmawiali, autor dzieła na szczęście już nie słyszał.

Krytycy coś zawile napisali o głębi myśli rzeźbiarza, który szuka nowych środków wyrazu. Bolek tego nie czytał i stał się jeszcze większym samotnikiem niż dotychczas. Nie stworzył już niczego nowego. Gigantyczny blok rzeźbiarski pozostawił na swoim miejscu i co wieczór siedząc w fotelu patrzał przezeń na zachodzące słońce. Czuł się jak inni zapoznani artyści. Stworzył coś, czego sam, tak jak inni nie widział, a tylko wiedział, że istnieje stworzone. Czy i tu dopiero czas pozwoli ocenić dzieło? Może jakaś katastrofa, jak w wypadku tych prawdziwych skamielin odsłoni to, co niewidzialne i dzieło zostanie docenione. Odcisk znaku czasu wykonany przez Bolka zostanie uwidoczniony. Bolek nie stworzył już piękna, tylko ślady. Znaki czasu nie muszą być piękne, tak jak piękno nie koniecznie musi być znakiem czasu. Znaki przemijają w czasie, a czas w znakach.


Katowice, 04.03.2007.

Same poloki

Same Poloki


Na dzień przed wybuchem wojny poszliśmy jak zwykle z kolegami do lasu po czerwone jagody, u nas nazywane brusinami. Wyszliśmy dość wcześnie rano w znane nam miejsca, gdzie zwykle znajdywaliśmy dużo jagód i grzybów. Do tej pory nie było jeszcze na nie urodzaju. Udaliśmy się w najbliższą okolicę prochowni. Był to spory teren ogrodzony wysokim płotem z drutu kolczastego. Rosły tam dość gęsto młode brzózki i spore kępy wrzosów. Na środku między krzewami znajdował się biały, murowany budynek. To była owa wojskowa prochownia, czyli magazyn materiałów wybuchowych rybnickiego batalionu 75 pułku piechoty. Teren był strzeżony przez uzbrojonych żołnierzy w hełmach. Zazwyczaj znajdywaliśmy sporo jagód tuż przy płocie, a żołnierze nie zabraniali nam chłopcom zbliżać się do ogrodzenia. Czasem z nami porozmawiali.

Dziś zauważyliśmy zwiększony ruch, jakąś furmankę wojskową, na którą żołnierze ładowali skrzynie. Domyśliliśmy się, że to może granaty, bo ostatnio coraz więcej mówiło się o wojnie, a za naszymi domami gdzie od strony lasu kończyła się droga, żołnierze wykopali długą linię okopów. Dziś nie podchodziliśmy za blisko płotu, staraliśmy się być mniej widoczni dla żołnierzy. W pewnym momencie odezwał się dość głośno któryś z kolegów: Tam som same poloki. Nagle zza drzewa pojawił się żołnierz i krzyknął: stój, bo strzelam. Stanęliśmy naprzeciw i żołnierz zapytał: A kto wy jesteście, Niemcy?

- Ni, my też som Poloki .

- To komu dawaliście znać, że tam są Polacy, czy po waszemu Poloki? Kto was tu przysłał szpiegować? Niemcy?

W tych dniach zdarzało się, że niemieckie bojówki przekraczały granicę i atakowały polskie placówki. Wszystko się wyjaśniło, gdy zdołaliśmy żołnierzowi wytłumaczyć, że polokami nazywamy odmianę grzybów koźlarzy, które są biało czerwone, w polskich barwach narodowych.

Po tym wyjaśnieniu żołnierz już bardzo przyjaźnie zapytał, czy ktoś może mu wrzucić list do skrzynki, bo on ma tu służbę do jutra. Wyraziłem ochotę spełnienia jego prośby, bo jutro będzie 1.września i w drodze do szkoły, wrzucę list do skrzynki pocztowej.


*

2


Następnego dnia obudziłem się bardzo wcześnie rano. Od strony ul. Gliwickiej było słychać wybuchy, wpierw daleko, ale potem coraz bliżej. Pomyślałem, że to może nasi żołnierze atakują teraz Niemców tymi granatami zabranymi wczoraj z prochowni. Przed godziną ósmą wpadł na nasze podwórze mały oddział żołnierzy, słychać było zbliżający się warkot samolotów i żołnierze pochowali się u nas w sieni. Ja pozostałem na zewnątrz, bo nie znałem jeszcze zagrożenia wojennego, a silniejsza była ciekawość. Nad naszym domem przeleciało z głośnym warkotem kilka samolotów. Były tak nisko, że widziałem twarze pilotów. Nie strzelały, ani nie zrzucili żadnej bomby. Były to niemieckie samoloty, bo miały czarne krzyże na skrzydłach. Polscy żołnierze ruszyli ostrożnie dalej w kierunku Paruszowca, wycofywali się na wschód. Okopy pozostały puste, nikt w nich nie próbował zatrzymać Niemców. Kawałek dalej od nas, w dwu domach wisiały już hitlerowskie flagi. Niemieccy piloci nie atakowali, bo widzieli, że mieszkają tu Niemcy.

Był to pierwszy dzień września, do Rybnika wkroczyli Niemcy. Wakacje szkolne mi się wydłużyły, nie poszedłem już do szkoły, do drugiej klasy. Nigdy już do tej klasy nie zdołałem uczęszczać. Listu owego żołnierza nie zdążyłem wrzucić do skrzynki pocztowej. Szkoła była nieczynna, poczta też. Nastała wojna, która trwała ponad sześć lat.

Działania wojenne działania wojenne skończyły się na początkui października. Zachodnią część Polski zajęli Niemcy, a wschodnią Rosjanie. Oglądałem teraz tę kopertę z naklejonym znaczkiem z podobizną Marszalka Piłsudskiego. Na kopercie był wyraźnie napisany adres. Maria Chałupiec, Białystok, Rynek 4 a nadawcą Jan Chałupiec. Gdy pytałem mamę co teraz zrobić z listem, powiedziała mi, że musimy trochę poczekać, aż poczta niemiecka zacznie działać. Mama włożyła list do nowej koperty i przepisała adres. Po jakimś czasie mama uznała, że list można już wysłać pod ten adres, dopisując do adresu kraj: Sowietunion. Jako nadawcę mama podała siebie. Nalepiliśmy inny, już aktualny, niemiecki znaczek i wrzuciłem kopertę do skrzynki pocztowej. Po miesiącu, wiosną 1940 roku nadszedł do nas zwrotnie list z Białegostoku. Była na nim notatka, że adresat, którym była siostra żołnierza, jak i rodzina już tam nie mieszka, zaś aktualny adres jest nieznany. Jeszcze nie wiedzieliśmy wtedy, że Rosjanie wywozili Polaków masowo na wschód na Syberię, czy do Kazachstanu.


3


W tym czasie nasi gospodarze otrzymali wiadomość, że ich syn Ryszard, który służył w oddziałach podhalańskich przebywa w stalagu (obozie jenieckim) koło Bremy. Mama prosiła ich aby dowiedzieli się od syna, czy w obozie nie przebywa przypadkiem ów poszukiwany żołnierz, czy też może ktoś o nim słyszał. Niedługo otrzymaliśmy wiadomość potwierdzającą, że żołnierz ów żyje i przebywa w jakimś innym obozie na terenie Niemiec. Była to dobra wiadomość, ale nie było już możliwości, by ją dalej przekazać.


*


Po wielu latach tamta sprawa jakimś dziwnym trafem znowu odżyła. Nawiązałem wówczas kontakt z synem mego szkolnego kolegi pochodzącego jak ja z Biertułtów, niedaleko Rybnika, który wyemigrował z rodziną do Nowej Zelandii. Było to w latach osiemdziesiątych, na fali wielkiej emigracji „postsolidarnościowej”. Powiodło mu się, on i żona dostali wkrótce pracę, trójka dzieci pokończyła wyższe uczelnie i zapuścili korzenie. Poznali ludzi z dawniejszej emigracji, znaleźli nowych przyjaciół na antypodach. Jednym z nich był Ryszard, syn naszych ówczesnych gospodarzy, u których mieszkaliśmy w Rybniku. Ta nowa znajomość rozwinęła się szybko w przyjaźń. W pierwszej chwili łączyły ich rozmowy o wspólnych stronach rodzinnych. Była i pomoc, nie tylko rady bardziej już doświadczonych Kiwusów, ale także praktyczna, choćby na delikatnej zasadzie, to my wam to tymczasem pożyczymy, a to, czy tamto, możecie zatrzymać, bo już tego nie używamy. Ryszard akurat nie był najmocniejszy w sprawach komputera, bo późno się do tego zabrał. Tomasz zaś był z zawodu informatykiem i mógł się w ten sposób rewanżować. Były częste spotkania w początkowym okresie, bo Ryszard był już na emeryturze, dysponował czasem, a na dodatek był stolarzem z zawodu, co jeszcze pamiętałem z dzieciństwa, z Rybnika. Z chęcią pomagał Tomkowi jako fachowiec w urządzaniu nowego domu. Zawsze wtedy po fajrancie starczyło czasu na pogawędkę i były jakieś opowieści z minionych lat. Po jakimś czasie, gdy już miałem komputer i ja zostałem włączony w ten krąg zazębiających się opowieści. Jak dotąd znałem tylko imię nowego przyjaciela Tomka. Podał mi


4


adres mailowy Ryszarda, pochodzącego z Rybnika, gdzie mieszkał przy ul. Wodnej. Tomek sądził, że znajdziemy wspólne tematy.



*


Następnego dnia miałem maila od Ryszarda Kowolika. Tak, to był on, Richard, syn naszych ówczesnych gospodarzy z ulicy Wodnej. Obaj byliśmy bardzo zdziwieni, że teraz po latach spotykamy się dzięki poczcie komputerowej. Wiedziałem od naszych gospodarzy, że Richard nie chciał wracać do komunistycznej Polski i został na zachodzie. Zaraz po wyzwoleniu obozu przez dywizję pancerną generała Maczka część polskich jeńców wojennych postanowiła wstąpić do armii generała Andersa. Tak też postąpił i Ryszard Kowolik. W walkach już prawie nie brał udziału, raczej w rozbrajaniu Niemców, w okupacyjnych służbach wartowniczych. Teraz on pilnował Niemców w obozie. Po demobilizacji dostał się do Anglii, tam starał się o emigrację do Kanady, czy Nowej Zelandii. W 1947 odpłynął statkiem na antypody. Dostał się na wyspę północną, niedaleko ówczesnej stolicy Auckland. Początki były bardzo trudne, nie znał jeszcze języka angielskiego i mimo, że był dobrym fachowcem, mógł wykonywać tylko podrzędne prace w małej fabryce. Napisał do Rybnika, do rodziców, którzy byli bardzo zatroskani jego pobytem na wyspach pełnych wulkanów. Polscy emigranci trzymali się razem, od czasu do czasu odbyło się jakieś nabożeństwo polskie, były i spotkania o charakterze patriotycznym. W pierwszych latach były te kontakty jeszcze bardzo utrudnione, nie takie jak przy dzisiejszych możliwościach. Ryszard korzystał z takich okazji. W 1948 roku na spotkaniu bardzo młodych weteranów i Sybiraków, a były między nimi też młodziutkie dziewczyny, poznał pewną czarnooką i ciemnowłosą dziewczynę. Wpadła mu szczególnie w oko. Właściwie, to głównie tylko z nią tańczył. Była to Maria Chałupiec. Przedstawił mu ją kolega z wojska Andersa w Niemczech. Zaprzyjaźnili się, gdy zgadali się, że on z Rybnika, a ów nowy kolega Janek służył tam w wojsku. Mogli sobie opowiadać o różnych rybnickich sprawach, choćby o wyświetlanych filmach w kinie Helios. Czasem

5


Janek żartował, że ma dwie siostry, jedna to Marysia, a druga to słynna aktorka Apolonia Chałupiec, czyli Pola Negri. Powiedział teraz do Ryszarda: Mówiłem Ci już dawniej, że moje siostry to istne gwiazdy filmowe.


*


Zimą 1940 roku Rosjanie wywieźli dwunastoletnią Marysię Chałupiec i jej rodziców na daleką Syberię. Rodzice pracowali przy wyrębie lasu, a dwunastoletnia Marysia pracowała w kuchni. Katorżnicza praca szybko wykończyła jej rodziców. Ojciec zmarł w trakcie pracy w lesie, a matka zachorowała na tyfus. Marysia nauczyła się wcześnie sama dbać o siebie. W 1942 wraz z armią Andersa wycofującą się z terenu ZSSR opuściło ponad 40 000 polskich dzieci okrutną ziemię. Marysia pokonała tę trudną drogę i dotarła do Iranu, który wydawał się jej rajem. Dostała się do dużej grupy dzieci, które ewakuowano do Nowej Zelandii. Płynęły tam szczęśliwie statkiem i dotarły do wysp na samym końcu świata, które powitały je ciepłem i oszałamiającymi widokami. Po kilku miesiącach dowiedziała się przez Czerwony Krzyż, że jej brat żyje. Gdy wojna się skończyła, Janek dal jej znać, by czekała tam na niego, bo stara się o wyjazd do Nowej Zelandii. Dotarł tam pod koniec 1946 roku. Szybko odnalazł siostrę, a raczej siostra jego, bo już mówiła nieźle po angielsku. Zamieszkali teraz razem. Janek pilnował urodziwej siostry, bo było zbyt wielu chętnych, by się z nią umawiać. Bardzo polubił Ryszarda i pomyślał, że byłby dobrym mężem dla jego siostry, gdyby go Marysia zechciała. Okazało się, że Marysia go nawet bardzo zechciała. Nie spieszyli się zbytnio ze ślubem, bo chcieli wpierw stanąć na nogach, nim zaczną wspólne życie.

Ślub odbył się po roku, był skromny, nie było rodziców pani młodej, ani pana młodego. Trochę gości pośród grona kombatantów, skromne prezenty i takaż uczta weselna. Inne tu zwyczaje, nie było polskiej krajowej rozrzutności, żadnego bogactwa na pokaz. Młodzi żyli skromnie i powoli się dorabiali. Mieli dwójkę dzieci, oboje ukończyli wyższe studia. Udało im się odwiedzić rodzinę Richarda w Rybniku, a Marysi dalszą rodzinę pod Białymstokiem.



6


W pierwszą podróż do kraju wybrał się Ryszard sam, bez żony, która została z dziećmi. Jan, brat Marysi poleciał z nim. Obaj mogli się ledwo odnaleźć w zmienionym Rybniku. Jan poszedł spojrzeć na dawne koszary, ale już wtedy nie było tam żadnej jednostki wojskowej, mieszkali tam zwerbowani do pracy w kopalni chłopcy z różnych stron Polski, których tu werbusami nazywano. Wybrali się też do lasu, do miejsca, gdzie kiedyś istniała owa prochownia, gdzie Jan pełnił służbę wartowniczą. Tutaj też się wszystko zmieniło, Drzewa urosły, budynek został zburzony, wrzosów prawie nie było. Tamtych grzybów też nie zobaczyli. Nie ma tu już „Poloków”, owych biało czerwonych koźlarzy. Były za to grzyby o jaskrawo czerwonych kolorach, bardzo trujące muchomory.

Jan zapytał: Chciałbyś tu wrócić? Za bardzo tu czerwono, prawdziwych „Poloków” już nie ma. Jan zwiedził jeszcze różne strony w Polsce, odwiedził Białystok, wrócił do Rybnika i zwierzył się Ryszardowi, że Polski jaką pamięta, też już nigdzie nie ma. Myślał, że może uda mu się tu poznać jakąś dziewczynę, ale ze zbyt młodą nie chce się wiązać, a dojrzalszym paniom trudno byłoby przyzwyczaić się do życia na antypodach, gdzie jest duży dobrobyt, ale też trudno do niego dojść i łatwo go roztrwonić, jeśli się nie jest przyzwyczajonym do nieulegania pokusom. Obaj odlecieli w przekonaniu, że dokonali dobrego wyboru w życiu, choć płacą i będą płacić za to wysoką cenę. Będzie to ciągła tęsknota za starym krajem.

*

Teraz mailuję od czasu do czasu do Tomka na antypody. Oni już się tam doczekali wnuków i zapuścili swe śląskie korzenie na antypodach. Początkowo sadzili nawet polskie odmiany drzew wokół domu, ale te zbyt szybko rosły, nazbyt bujnie, jak wszystko w tamtym klimacie. To co początkowo swojskie, potrafiło się wkrótce stać chwastami obrastającymi ich dom. Tomek często wraca do kraju, ale nie mówi, czy to tęsknota, czy obowiązek odwiedzania matki w podeszłym wieku.


Zapamiętałem z dzieciństwa słowa niemieckiej piosenki, którą moja mama śpiewała, bo też tęskniła za odległym miejscem swego urodzenia: Wenn ich den Wanderer frage, wo ist dein Glueck? Zuhause, zuhause, doch ich kehr nie in die Heimat zurueck…


04.02.2014.

Samolocik

Grzegorzowi


Samolocik


To był bardzo mały samolocik, który dawno temu, gdy byłem dzieckiem nadleciał nad łąkę i wylądował pośród kwiatów. Początkowo myślałem, że to jakaś duża ważka. Samolocik wydawał się niebieski, ale potem w cieniu trawy można było zobaczyć, że jest raczej srebrny, tylko odbity błękit nieba na jego powierzchni sprawiał, że nabierał takiej barwy. Bardzo się ucieszyłem, że będę miał teraz swój własny model miniaturowego samolotu. Te, które usiłowałem dotąd z kawałków listewek zbudować, były jakieś niezgrabne i nigdy nie chciały dobrze latać. Zaraz po podrzuceniu ich w górę spadały błyskawicznie i się wykoślawiały, albo rozsypywały, czy wręcz łamały. Nie wiedziałem, czy mogę zabrać samolocik tak po prostu ze sobą. Postanowiłem go tymczasem na próbę przenieść w inne miejsce. Zobaczę, czy odleci?

Obok domu za chlewem była drewniana szopa i na jej dachu umieściłem samolocik. Miała to być próba, czy pozostanie tu, czy znów odleci. Postanowiłem zaczekać do następnego dnia. Gdy zaraz rano wspiąłem się po drabince aby zobaczyć, czy pozostał na swoim miejscu, byłem bardzo zdziwiony, gdy zobaczyłem, że zamiast samolociku znajdowała się tam duża niebieska ważka. Gdy się próbowałem zbliżyć do niej, poruszyła skrzydłami i odleciała, tak że ją szybko straciłem z oczu. Nie byłem pewny, czy to co z łąki tu przyniosłem było faktycznie malutkim samolotem, czy ważką?

Popołudniu sprawdziłem jeszcze raz, czy na dachu coś pozostało. Nie było żadnej ważki, a jednak mały samolocik. Po zastanowieniu się, doszedłem do wniosku, że to chyba jakiś zaczarowany samolocik, który się potrafi zamieniać w ważkę, czy też może ważka potrafi to zrobić.

Noce były bardzo ciepłe, więc spałem w pokoju przy otwartym oknie. Był późny wieczór, brat już spał, a ja rozmyślałem o swojej ważce – samolociku. W pewnym momencie coś mignęło, niczego jednak nie usłyszałem, ale byłem przekonany, że coś wleciało przez okno do pokoju. Było już ciemno i niczego nie potrafiłem zobaczyć. Miałem wrażenie, że przeleciało to w pokoju dokoła i zatrzymało się na krótki moment nade mną. Poczułem jak mi coś delikatnego spadło na twarz. Gdy sięgnąłem ręką, wyczułem małą zwiniętą, bibułkową karteczkę. Domyśliłem się, że to jakaś tajna wiadomość. Miałem przy łóżku latarkę i zaraz spróbowałem przy jej świetle odczytać to pod kołdrą. Literki były bardzo nieczytelne, jakby karteczka zamoczyła się w wodzie i się trochę rozpłynęły. To odczytywanie wiadomości trwało dość długo, a mnie się już oczy mocno kleiły, bo byłem zmęczony patrzeniem przy słabnącym blasku latarki. Chyba w końcu wiadomość odczytałem.

ZANIM ROZWINIESZ SKRZYDŁA, NAUCZ SIĘ CHODZIĆ, POTEM SZUKAJ, ZNAJDZIESZ I ODLECISZ DO DALEKIEJ KRAINY.

Wiedziałem już, że tak zapisane tajne wiadomości trzeba po przeczytaniu po prostu zjeść, połknąć. Chyba to zrobiłem nim zasnąłem.

Rano po przebudzeniu zapomniałem. o nocnej wizycie ważki – samolociku i przekazanym mi tajnym przesłaniu. Poszedłem popatrzeć na dach szopy. Niczego tam nie było, ani ważki, ani samolociku. Patrzałem na pusty dach i wydawało mi się, że rozpoznaję słabo zaznaczony rysunek samolotu na dachu. W kieszeni miałem zazwyczaj także kawałek kredy, więc wzmocniłem ten znak i narysowałem bardzo prostą sylwetę samolotu, a może i trochę ważki. Rysunek został zrobiony żółtą kredą. Pogrubiłem nieco linie, żeby ten znak był z góry dobrze widoczny. Wiedziałem teraz, że dach szopy jest odtąd tajnym lotniskiem, że coś tam będzie nadal lądować.

Niestety, w ciągu kolejnych dni nic się już nie pokazało. Pomyślałem, że może ten znak jest nieco za duży i te dotychczasowe obiekty mogą sądzić, że to miejsce dla większych samolotów? Narysowałem więc obok dużego znaku jeszcze jeden znacznie mniejszy, żeby i te malutkie samolociki, czy ważki nadal odważyły się tu lądować. Przez kilka kolejnych dni nic jednak nie wylądowało na moim lotnisku. Prawie zapomniałem o nim, bo lato było piękne i różne zabawy z kolegami pochłaniały mnie na tyle, a na dodatek nasz gospodarz postanowił pokryć dach szopy smołą, gdyż stwierdził, że trochę przecieka. Dziwił się tylko, że na starej papie powychodziły jakieś kredowe bohomazy po ostatniej nocnej ulewie. Ostatnio panowały wielkie upały i smoła na dachu wcale nie wysychała, ciągle z dachu spadały jej płynne krople.

Któregoś dnia znalazłem się znowu na łące blisko rzeki, jak mi się wydawało w tym samym miejscu, gdzie znalazłem tę dużą ważkę – samolocik. Trawa tam była niedawno skoszona i wysuszone już siano było zgrabione w duże kopy. Obok jednej z nich położyłem się i wsparłem jak na miękkich poduszkach. Siano bardzo silnie pachniało, miało wręcz odurzający zapach, tak że zaraz zasnąłem. Pojawiły się marzenia senne, pełne przejmujących obrazów, wszystkie bardzo kolorowe, jakieś dziwne, a zarazem prawdziwe.

Dziś gdy jestem już bardzo stary, wiem że moje sny dotyczą teraz zawsze przeszłości. Takie dziwne pomieszanie faktów, o tym co było, a może i nie. Wtedy sny były inne, bywało, że ich nie rozumiałem, bo śniłem czasem o czymś z przyszłości, co się miało dopiero po wielu latach wydarzyć. Teraz w śnie szybko zmieniały się obrazy i czasy, znalazłem się przez chwilę nad wielką wodą. Dotąd nie widziałem jeszcze nigdy morza. Było to chyba na plaży. Kopałem duży dół, był ze mną mały chłopiec, który swoją łopatką też grzebał w piasku. To miał być dołek do opalania. W pewnym momencie krzyknął do mnie: patrz, znalazłem coś ze szkła.:

. Była to zabrudzona piaskiem bryłka. Nie jak kamień, a przeźroczysta. Wtedy jeszcze bursztynu nie znalem i byłem przekonany, ze to bryłka szkła, takiego żółtawo brązowego, z jakiego robiono butelki do piwa. Poszedłem z tym do morza by wyczyścić ten duży kawałek bursztynu. Był on dość ciemny i gdy go przytrzymałem pod słońce, zobaczyłem w nim zatopioną ważkę. W tym momencie obudziłem się i zobaczyłem jak nade mną leci ważka.

Następnego dnia poszedłem sprawdzić, czy na dachu szopy nie wylądowała ważka – samolocik. Znalazła się tam znowu błękitna ważka, ale była nieżywa, przylepiona do lepkiej smoły i nawet trochę nią ubrudzona. Udało mi się ją wydobyć z lepkiej powierzchni i włożyłem ją do brązowej butelki po piwie. Mieliśmy wtedy sporo takich butelek z patentowanym zamknięciami, bo mama robiła często piwo słodowe. Ważka zamknięta w butelce wyglądała jak ta z mego snu zatopiona w bursztynie. Odtąd moje zainteresowania samolocikami i oczekiwania na jakąś dziwną przygodę ulegały zapomnieniu. Oglądałem jedynie ważki nad wodą, gdy kąpałem się w stawach obok kąpieliska Ruda. Z biegiem lat interesowały mnie ważki mniej jako obiekt lotniczy, a bardziej podziwiałem ich piękno. Moje zainteresowania plastyczne brały górę. Ważki i motyle były najbardziej podziwianymi przeze mnie owadami. Często je później umieszczałem na swych obrazach.


Gdy po wielu latach spędzaliśmy kolejne wakacje nad morzem w Świnoujściu, przypomniałem sobie ten mój dawny sen z dzieciństwa. Byliśmy na plaży i tam z naszym młodszym synem kopaliśmy dół do opalania. Było jak we śnie. Syn zawołał, że wykopał bryłkę szkła. Zobaczyłem i okazało się, że to kawałek bursztynu. Był on bardzo zabrudzony, więc zaraz ruszyłem do morza, żeby go wymyć. Dotąd nigdy nie udało mi się nawet najmniejszego kawałka bursztynu znaleźć na plaży, choć często po sztormach przeszukiwaliśmy piasek. Dziś morze było dość mocno wzburzone, wszedłem parę kroków do wody, żeby większa fala obmyła dobrze ten kawałek bursztynu. Był już prawie oczyszczony i dźwignąłem go do słońca, żeby mu się lepiej przyjrzeć. Bursztyn miał wspaniałą barwę i przeźroczystość. Ku mojemu zachwytowi zobaczyłem że tkwi w nim zamknięta ważka. Taka sama jak te, które tak bardzo w dzieciństwie podziwiałem. Ta jednak była znacznie starsza, może pochodziła sprzed setek tysięcy lat, bo ważki żyły już w epoce, gdy na ziemi jeszcze królowały dinozaury. Jej skrzydła były bardzo przeźroczyste i zielone w słońcu, pełne blasku. Ważka wydawała się jakby była właśnie co umieszczona w bursztynie. Byłem pełen zachwytu, ale i nieostrożny. Bursztyn wyślizgnął mi się z dłoni i wpadł do wzburzonego morza. Nie było mowy, żeby go w tych warunkach odnaleźć. Nawet nie próbowałem dłużej szukać, bo było to bezowocne. Wróciłem do syna i powiedziałem, że to faktycznie było szkło, które wyrzuciłem. Nawet nie wspomniałem synowi o ważce zamkniętej w tej bryłce bursztynu.

Gdy kiedyś podarowałem synowi album z ilustracjami przyrodniczymi z dawnych epok z historii ziemi, były tam unoszące się nad dinozaurami ważki. Te owady były wówczas znacznie większe, niż te dzisiejsze. Trochę synowi poczytałem i o tym, że ważki należą do najdoskonalszych owadów latających, poruszają się bezszmerowo i są bardzo zwrotne. Potrafią z miejsca startować. Może syn zwrócił wtedy uwagę na te cechy i zapamiętał je. Miał w dzieciństwie latające modele samolocików z napędem bateryjnym, które mu kupiłem, ale sam nie bawił się w budowanie modeli jak jego starszy brat i ja w dzieciństwie.

Teraz wiem, że te mądre zdania wyśnione wtedy na bibułce bardziej dotyczyły jego, niż mnie. Zanim rozwinął budowę skrzydlatych modeli, nauczył się wpierw mierzyć pomysły, chodzić w biznesie po ziemi. Samolociki czy małe samoloty, które budują teraz u niego w firmie, potrafią wykonać polecenia, są zdalnie kierowane, jak ważki sprawne w locie, startują z miejsca, lecą w dalsze krainy i przynoszą z sobą ich zarejestrowane widoki. Sam też od czasu do czasu udaje się do innej krainy, na dalekim morzu surfuje po wodzie i lata jak ważka nad wodą na swym kolorowym skrzydle. Gdy rodzice nie zdążą spełnić swych wszystkich marzeń, spełniają je czasami dzieci

.

Marzenia są piękne jak ważki i unoszą się wysoko jak samolociki.

Spotkanie na cmentarzu

Spotkanie na cmentarzu

W ten Dzień Zaduszny pogoda zachowała jeszcze sporo z dotychczasowej wielobarwnej jesieni, która trwała wyjątkowo długo. Spróbowałem mimo moich mobilnych trudności dotrzeć na cmentarz do rodzinnego Rybnika. Po drodze zatrzymałem się jak zwykle w miejscu, które jest dla mnie uroczyskiem. To mały zalew wodny w lesie, miejsce, gdzie usiłuję wykonywać kolejne zdjęcia do kolekcji wspomnień o czasie, który już nie wróci.

Na cmentarz dotarłem od strony parku na dawnym terenie przyszpitalnym, gdzie kiedyś było ogrodnictwo. Tam, gdzie kiedyś były puste tereny za murem szpitalnym rozprzestrzenił się obecnie powiększony obszar cmentarza. Miasto się rozrosło, przybyło ludzi domów i grobów. Dotarłem tu około południa. Na cmentarzu było znacznie mniej ludzi niż tam bywa 1. listopada w Wszystkich Świętych. Dokoła na grobach tkwiło mnóstwo kwiatów i znicze paliły się ciągle jeszcze od wczoraj. Żywi próbują tym jednodniowym przepychem przekupić zmarłych, rzadko odwiedzanych w ciągu pozostałych dni roku. Trochę mnie zmęczył ten dłuższy spacer, więc od czasu do czasu przysiadłem na okazjonalnej ławce przy nieznanym grobie. Niestety, nie odnalazłem od razu grób rodziców i to mnie jeszcze bardziej zmęczyło, tak że rozglądałem się za kolejnym miejscem wypoczynku. Po chwili znalazłem takie. Było to na części cmentarza gdzie jeszcze nigdy nie przechodziłem. Posiedziałem tu parę minut, nie zaglądając nawet na nagrobek mogiły przy której spocząłem. Za chwilę podeszła znacznie młodsza ode mnie pani pokręciła się i domyśliłem się, że zajmuję ławkę przy grobie, który odwiedza. Zauważyłem, że miała na głowie zwracający uwagę kapelusz, nie przyglądnąłem się jej twarzy, tylko przeprosiłem, że zajmuję miejsce. Pani zwróciła mi uwagę, że przecież nie muszę wstawać bo wystarczy miejsca dla nas obojga. Zauważyłem, że mówi nieco innym akcentem, ale formułowa zdania tak jakby była osobą miejscową. Było to pomieszanie śląskiego z polszczyzną sprzed lat. Osoba, powracająca do kraju by odwiedzić bliskich także na cmentarzu. Powiedziałem, że zdążyłem już odpocząć i nie chcę przeszkadzać podczas chwili zadumy w świątecznym dniu nad grobem bliskich. Pani odezwała się, że była tu już wczoraj, a dziś w dniu wyjazdu z kraju jest tylko jeszcze raz na krótko, by pożegnać rodziców. Ma dziś wieczorem samolot z Warszawy do Stanów gdzie mieszka. Pokręciła się odrobinę, wstała i z torebki wyjęła zapalniczkę, sięgnęła ręką do znicza na grobie, który się nie palił. Zapaliła w nim świecę i postawiła w tym samym miejscu. Na grobie stał olbrzymi bukiet złotych chryzantem i przysłaniał nagrobną tablicę. Powiedziała mi do widzenia. W tym momencie

skrzyżował się na krótki moment nasz wzrok. Zapamiętałem jej aksamitne brązowe oczy. Wyczułem, że się naprawdę spieszy. Odeszła, a ja pozostałem jeszcze przez chwilę na ławce. Gdy wstałem, odsunąłem nieco kwiaty i przeczytałem imię Felicja i nieznane mi nazwisko, zauważyłem rok urodzenia 1934. Było jeszcze męskie imię i nazwisko, ale na to nie zwracałem już uwagi. Coś we mnie drgnęło, usiadłem jeszcze raz na ławce i ogarnęła mnie gonitwa myśli. Minęło parę chwil nim wstałem powtórnie i zobaczyłem pod ławką, mały kartonik. Podniosłem go i zobaczyłem że była to najwyraźniej wizytówka mej sąsiadki sprzed chwili, która wypadła jej z torebki. Adres był amerykański. Po 65 latach nastąpiło moje nieco inne spotkanie z Felą, tyle że już nie była to tamta, żywa sprzed prawie siedemdziesięciu lat. Domyśliłem się, że to jej mieszkająca z dala od Polski córka. Nie wiedziałem tylko, z którą córką miałem do czynienia, z młodszą czy starszą. Ich imion też nie znałem, na wizytówce było imię Anne i nazwisko Klon -- Dustin. Zauważyłem też adres w New York i numer telefonu. Byłem spotkaniem przejęty, nie zrobiłem nawet zdjęcia grobu. Na tym się to wydarzenie skończyło, w domu włożyłem wizytówkę do jednej z książek, które miałem przygotowane do przeczytania.

W następnym roku chorowałem i z moją mobilnością nie było już najlepiej, więcej siedziałem teraz w domu, mało było już przeróżnych wypadów z aparatem, rzadko zaglądałem do Rybnika. Tym razem nie pojechałem tam na Wszystkich Świętych i nie odwiedziłem grobów. Przez to o całej historii trochę zapomniałem. Zacząłem sięgać do książek, których nie zdołałem przeczytać w dawniejszych latach. Kiedyś zacząłem czytanie Prousta „W poszukiwaniu straconego czasu.” Mając teraz 88 lat, próbuję coś z tego utraconego czasu odzyskać. Chyba dojrzałem do tej książki, bo czytanie jej sprawia mi przyjemność, podziwiam tę niesłychaną poetyckość stylu autora. Ostatni tom siedmiu części całości ma tytuł: Czas odnaleziony.

Przy czytaniu 5. tomu wypadła z niego kartka. Była to owa wizytówka z cmentarza w Rybniku. Chyba i ja pogrzebię w swej dawnej przeszłości, zobaczę co odnajdę ze swego utraconego czasu, będę wspominał na ile pamięć pozwoli. Czy dojdę do CZASU ODNALEZIONEGO? Tymczasem potraktowałem tę wizytówkę jako zakładkę w czytanej książce. Jak mówi przysłowie, pozostaje zapisane, ale niczego nie zmieni. W tych moich poszukiwaniach czasu utraconego odnalazłem pośród starych notatek i rysunków rybnickich ostatni list Feli do mnie. To była mała cząstka mego czasu utraconego. Nie było już wtórnego sentymentalnego przeżywania chwil z wczesnej młodości. Kiedyś przed laty, wspominałem Felę zapisując epizod z życia, który tu przytoczę.

Na rok przed maturą przeniosłem się do jednorocznego technikum administracji gospodarczej, żeby tam uzyskać świadectwo dojrzałości i zarazem dyplom technika. Na wszelki wypadek miałbym jakiś zawód, gdybym nie mógł studiować. W domu się nie przelewało a ja byłem najstarszy z pięciorga rodzeństwa. Chciałem bardzo pójść na studia. Myślałem raz o malarstwie, to znowu o dziennikarstwie. Maturą nie przejmowałem się za bardzo, ciągle jeszcze grałem na wiolonczeli i sporo czasu zajmowały mi próby w orkiestrze szkolnej, zwłaszcza że grałem teraz w o wiele większym zespole, niż w gimnazjum, bo występowaliśmy z dużym szkolnym chórem. Były nawet publiczne koncerty i nagranie w Radiu Katowice. Jak na tamte czasy mieliśmy odpowiedni repertuar, także popularną wówczas Kantatę o Stalinie. Było też coś z polskiego lirycznego repertuaru, jak preludium Chopina przerobione na utwór chóralny z orkiestrą: „Ach czemu sercu smutno…” Oj bywało czasami smutno, w tym wieku chmurnym, górnym (częściej durnym), gdy pojawiały się miłosne tęsknoty. W tej nowej szkole poznałem Felę i od razu połączyło nas wielkie wzajemne uczucie. Snuliśmy pierwsze nieśmiałe plany na wspólną przyszłość, ale jej rodzice mnie nie zaakceptowali, bo nie chcieli malarza dla córki. Na Śląsku był to zawsze zawód mało poważany, taki skazujący na głód i nędzę. U tutejszych liczyło się coś konkretnego, związanego z górnictwem, najlepiej notowany był sztygar, inżynier. Okazało się potem, że upatrzyli sobie już takiego dla Feli. Nasze wspaniałe chwile trwały do mego wyjazdu na studia. Zamiast malarstwa wybrałem kierunek bardziej praktyczny, czyli architekturę wnętrz w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych Poznaniu. Zdecydowałem się na studia w tamtejszej uczelni plastycznej także ze względu na wspaniałą wtedy Operę Poznańską. Wybraliśmy to miasto z moim przyjacielem Bernardem B., z tym, że on poszedł na medycynę. Jak na skrzydłach wracałem jak często mi się udawało z Poznania do Rybnika, choć jazda pociągiem trwała wówczas około 14 godzin.

Coraz częściej zdarzało się, że na próżno wychodziłem po Felę, aby się z nią spotkać, gdy kończyła pracę w banku. Wyczuwałem, że zaczyna mnie unikać. Przegrałem jako daleki nieobecny nie tyle z nią, co z jej rodzicami, którzy już zaplanowali ślub swej córki z kandydatem jakiego chcieli. Fela miała siedemnaście lat, gdy zdawała maturę, była posłuszna i uległa woli rodziców.

Około Wielkanocy 1952 roku otrzymałem od niej list, w którym mi oznajmiła, że wychodzi za mąż, za co mnie bardzo przeprasza i przyrzekała, że mnie nigdy nie zapomni. Nie wiem, czy mnie długo pamiętała, bo się już w ogóle do mnie nie odezwała. Nigdy się już nie spotkaliśmy. Jeszcze pod koniec naszych kontaktów namalowałem Feli na Boże Narodzenie obraz. Była to martwa natura w typowo mieszczańskim stylu, wszystko jak żywe, tak aby się mogło podobać nie tylko Feli, ale i jej rodzicom (niby jaki zdolny jestem), ale ten obraz już niczego nie odmienił. Kiedyś po czterdziestu latach przypomniałem sobie o tym i byłem ciekaw tego obrazu namalowanego wtedy, podczas pierwszego roku studiów. Myślałem o ewentualności sfotografowania tego płótna. W książce telefonicznej odnalazłem rybnicki numer telefonu jej brata, bo nazwiska Feli po mężu nie znałem. Na pytanie, czy ma siostrę Felę, dowiedziałem się, że miał siostrę, ale już nie żyje. Zaprosił mnie do siebie do Rybnika i opowiedział mi nieco o losie siostry. Fela zmarła na raka mózgu. Miała dwie córki. Tak się złożyło, że coś z naszej przeszłości do niej wróciło, bo starsza córka wyszła za artystę plastyka i z nim wyjechała w poszukiwaniu lepszego losu do Stanów, zabierając ze sobą także młodszą siostrę.


Nie było już Feli, a mój obraz gdzieś przepadł. Pamiętam, że namalowałem na nim także kilka czerwonych jabłek. Owoce te mają swe symboliczne znaczenie, są symbolem szczęścia. Czy je komu przyniosły? Feli nie, mimo imienia, które zawierało pierwiastki szczęścia.. Bardzo często umieszczałem te owoce na moich metaforycznych obrazach z cyklu powidoki sceniczne czy sentymentalne. Nie zaklinałem nimi szczęścia. Wystarczyło, że dawały mi radość malowania.


Teraz przy czytaniu Prousta miałem stale w ręce tę wizytówkę i wpadłem na pomysł, by przygotować krótki list do córki Feli z załączonym wspomnieniem o jej mamie. Może gdybym nie był ostatnio zaabsorbowany trawieniem psychologizmów w dziele Prousta, nie powziąłbym tego postanowienia, by jej pokazać, że kiedyś przez chwilę, w czasie utraconym krzyżowały się ślady jej mamy z moimi. Przez czytanie Prousta nauczyłem się nabierania dystansu do swego czasu utraconego. Był to krótki list o tym spotkaniu na cmentarzu wraz z załącznikami. List jednak nie został wysłany, utkwił w szufladzie mego biurka.


Nastał początek grudnia, może na skutek wielu nachalnych reklam, tak wcześnie pojawiających się teraz w telewizji zacząłem myśleć o nadchodzących świętach. To już nie to co dawniej. Zawsze miały to być te najbardziej uroczyste i rodzinne dni w roku. Teraz już wiadomo, będzie to kolejny rok, gdy nie pojedziemy na wigilię do Gliwic. Będziemy znowu sami, bo już nie wyruszymy z domu, za męczące to dla Ireny i dla mnie. Zaglądam częściej do moich zapisków komputerowych. Natrafiłem na zaczętą historię pod tytułem Spotkanie na cmentarzu. Jeszcze nie piszę dalszego ciągu. Pomyślałem o liście, którego nie wysłałem do Nowego Yorku. Postanowiłem uczynić to teraz przed świętami. Wymyśliłem, że dodam jeszcze życzenia na kartce ze swoim rysunkiem. Też z czerwonymi jabłkami.

Święta, święta i już po… jak brzmiał tekst jednej z piosenek śpiewanych w okresie świąt Bożego Narodzenia za czasów komuny. Niby o świętach, ale bez nazywania ich. Cały czas z małymi wyjątkami spędzany w domu na Poszukiwaniu straconego czasu. Doszedłem do Czasu odnalezionego. Nie swego. Kartki świąteczne przychodziły od spóźnialskich jak zwykle i po świętach i jeszcze po Nowym Roku. Nadszedł list z Lądka Zdroju od Anny Klon. W pierwszej chwili nie skojarzyłem osoby. Otwarłem kopertę i zacząłem czytać.

To pisała do mnie tamta Anne Klon – Dustin , a dziś tylko Anna Klon. Mój list do niej na adres w Nowym Yorku został jej odesłany do Lądka, gdzie obecnie mieszka. Jej mąż miał wypadek, nie żyje. Byli bezdzietni, dość majętni, ona wszystko odziedziczyła. Była z amerykańskim mężem bardzo szczęśliwa, nie chciała by tam w stanach wszystko przypominało jej ten dobry czas spędzony z nim. Jej siostra z mężem plastykiem przenieśli się już dawno temu do Kalifornii i tam udało im się w miarę dobrze zbudować egzystencję. Mają dwójkę dzieci, już teraz dorosłych, jest i gromadka wnuków, wszyscy już związani z Ameryką, do Polski ich nie ciągnie. Rodzice już od dawna nie żyją, kontakty z krewnymi w Polsce mają znikome. Do Rybnika Anny nic nie ciągnie, ale chciała resztę życia spędzić w Polsce. Takim dobrym miejscem, związanym z wyjazdami wakacyjnymi w dzieciństwie był Lądek Zdrój, gdzie i jej mama przebywała często w czasie swego dzieciństwa. Udało jej się wykupić dobrze prosperujący pensjonat, w którym przeważają goście z Niemiec. Tamtejsze tradycje kuracyjne sięgają już 18. wieku, bo w Bad Landeck leczyli swe dolegliwości i Goethe i król pruski Fryderyk Wielki. Anna zadomowiła się w nowym miejscu dość szybko, bo wspomnienia z dzieciństwa pozwoliły jej powoli zapomnieć te smutniejsze amerykańskie chwile. Zaczęła się tu czuć jak u siebie w domu. Umówiła się już z siostrą na przyszły rok, że jej cała rodzina odwiedzi ją tu gremialnie. Może pokażą wtedy młodszemu pokoleniu Amerykanów ich kraj pochodzenia, rodzinny Rybnik, może i Kraków, trochę Polski.

Czytając ten list, czułem się jednak mimo wszystko, jak człowiek z cmentarza, no może jak ktoś poznany nad grobem. To wszystko i dla Anny była odległa przeszłość. Zapamiętała mój obraz z dzieciństwa. Głównie Jabłka. Były takie prawdziwe, w mocnym czerwonym odcieniu. Ten obraz był przez jakiś czas w mieszkaniu, choć nie wisiał na eksponowanym miejscu, raczej oglądała go tylko przez jakiś czas. Wyczuła, że znaczył dla jej mamy Feli wiele, choć się o tym nie mówiło, tak jak nigdy nie wspominało, kto był autorem obrazu. Gdy z ciekawości zapytała kiedyś mamę skąd ten obraz, otrzymała wymijającą odpowiedź, namalował to jakiś kolega w czasach szkolnych. Anna jako nastolatka szperała w szafce mamy i odkryła jej dawne pamiątki z dzieciństwa i lat wczesnej młodości, różne ciekawostki, także stare listy. Były tam i moje, pisane z Poznania do jej mamy, z czasu gdy byłem w niej szalenie zakochany. Był i jeden niedokończony list pisany do mnie, list nie wysłany, napisany tuż przed jej ślubem. Anna pisała mi, że bardzo kochała swego ojca, ale i tamte wczesne historie miłosne jej mamy ją bardzo poruszyły, zaciekawiły ją te dawne przygody uczuciowe swej mamy. Rozmów na mój temat nigdy nie było. Teraz wie kim jestem, pamięta że oglądali w domu sporo programów telewizyjnych z moim nazwiskiem wpierw operatora, a potem scenografa na planszy. Będąc później sama po przejściach życiowych patrzy na czas młodości swej mamy inaczej, może nie koniecznie rozumie to postępowanie młodziutkiej dziewczyny ustępującej woli rodziców wbrew swym uczuciom. Inaczej niż później Anna, która z dala od domu sama wybrała sobie męża. Pewno była już znacznie dojrzalsza niż jej mama wtedy. Fela zdawała maturę w wieku siedemnastu lat. Zresztą jej starsza siostra też wyszła za plastyka, nie będąc wcale bardziej pewna swej materialnej przyszłości z nim. Byli również parą już w czasach licealnych. Z listu wyczułem, że Anna jest Lądkiem zachwycona. Podobnie jak jej mama Fela, gdy mi relacjonowała swoje pobyty w Lądku Zdroju przed prawie osiemdziesięciu laty. Anna zapraszała nas tam do siebie, do pensjonatu. Moglibyśmy teraz z Ireną pojechać na wypoczynek sanatoryjny, ale już chyba za późno, by nam to w czymś pomogło. A na rozmowy wspomnieniowe, by szukać straconego czasu, to byłoby też kłopotliwe, bo każdy musi swój utracony czas próbować sam w sobie odnaleźć.


Po kilku miesiącach otrzymałem krótki list z załączonym starym zdjęciem od Anny z Lądka Zdroju. Była na nim martwa natura, która zaczęła mi przypominać tamtą, którą namalowałem dla Feli. Trochę, jakby moja, ale zarazem była inna. Nie miałem pewności, bo malowałem to wtedy w 1951 roku, a teraz mieliśmy już rok 2020. Minęło prawie 70 lat? Na zdjęciu była krótka adnotacja szwagra Anny. Na początku lat siedemdziesiątych, jego teściowa, Fela poprosiła go, by przemalował te czerwone jabłka, w których po dwudziestu latach od powstania obrazu mocno zmienił się kolor czerwony na jakąś nieokreśloną brudną barwę. Przemalował te jabłka na żółto zielone. Ja malując wówczas ten obraz najpewniej nie dysponowałem dobrymi farbami, malowałem często takimi, jakie sam sobie robiłem z dostępnych surowców. Poza umiejętnościami, trzeba było jeszcze mieć dobre farby, by namalować czar szczęścia. Ówczesny student poprawiający mój obraz wcale nie miał na myśli jakiegoś istotnego powodu, by zmienić kolor moich jabłek. Po prostu odświeżył obraz. Nadał mu nie chcący innego sensu. Czerwone jabłka nie przyniosły nikomu szczęścia, same straciły z czasem swój rumieniec, tę rosa felicitas, gdy się kochałem w Feli. Tamte jabłka zzieleniały, wróciły w swój stan niedojrzałości szczęścia. Gdy oglądałem to zdjęcie, zrozumiałem, że trzeba wiele czasu, by coś dojrzało, by samemu dojrzeć. By dojrzewały umiejętności, a nawet szczęście, bo ono też nie jedno ma imię. Szczęście i czas. Szczęście w czasie, czas w szczęściu. Pod koniec przychodzi to własne poszukiwanie straconego czasu. Konkluzja, że czasu nie ma. Że go już brak.

Spotkanie po latach

Spotkanie po latach

To było pod koniec tej podwójnej jesieni, życia i pory roku. Ostatnie dni były słoneczne i bardzo ciepłe. Janek przez ostatnie miesiące nie wiele wyruszał z domu, bo złamał nogę i dźwigał na niej ciężki opatrunek gipsowy. Było mu trudno poruszać się o kulach po mieszkaniu, więc korzystał z wózka inwalidzkiego. Wygodniejsze to, ale i rozleniwiające. Teraz polecił mu lekarz odrzucić kule i poruszać się jak najwięcej w pełni swobodnie, bo zamiast ciężkiego opatrunku gipsowego, otrzymał lekką i wygodną ortezę. Przy tej sprzyjającej pogodzie zdecydował się nawet na spacer po parku w Chorzowie. Była to po dłuższym czasie przebywania w domu jego pierwsza wyprawa fotograficzna. W parku są co kawałek ławki, były liczne przerwy na odpoczynek i jakoś mu się udało tę trasę spacerową pokonać bez większego bólu. To zachęciło go po dwu dniach do kolejnej, znacznie dalszej wyprawy, do Krakowa.

Po godzinnej jeździe autobusem był już w mieście, gdzie przez sześć lat studiował. Od tamtego czasu minęło sporo lat, miasto się bardzo zmieniło. Poruszał się zazwyczaj po śródmieściu i dziś było podobnie. Doszedł do rynku, tam się rozglądał i robił zdjęcia. Potem spędził więcej czasu na plantach, gdzie doszedł do miejsca naprzeciw swej dawnej uczelni. Siedzenie na ławce w ciepłym jesiennym słońcu rozleniwiało i przychodziły wspomnienia z dawnych lat studiów na ASP. Kiedyś, gdy się coś długo nie udawało, wychodziło się z pracowni, by odetchnąć na ławce pod drzewami plant. Zdarzyło się, że spotkał tam szukającą wytchnienia jak on koleżankę z innej pracowni. Znali się trochę, bo byli już razem na plenerze zimowym na Harendzie w Zakopanem. Zapamiętał ten plener, bo wtedy trwał w Warszawie kolejny konkurs chopinowski i oni siedzieli całą gromadą w pomieszczeniu świetlicowym, gzie było radio i zachwycali się wtedy grą naszego wspaniałego pianisty Adama Harasiewicza, który zdobył pierwszą nagrodę. Tamte ówczesne koleżanki były wtedy Adamem Harasiewiczem zachwycone , bo wiele znało go osobiście, a przynajmniej z koncertów w Krakowie, gdzie Adam studiował w tym czasie co my. Był dla niektórych koleżanek nieziemsko przystojny i szalały za nim, a było też wiele okazji do wspólnych spotkań na studenckich imprezach. Janek zapamiętał z tamtego pleneru szczególnie Ninę, bo nie podzielała tego ogromnego zachwytu i radości koleżanek. Po prostu siedziała w kącie w cieniu i pochlipywała. Janek uważał, że Nina należy do najmilszych koleżanek, nie zadziera nosa, potrafi i z mniej przystojnymi kolegami prowadzić sympatycznie rozmowy. Janek przybliżył się do niej i siedział bardzo blisko niej. Potrafili być ze sobą nie rozmawiając wiele. Transmisja już dawno minęła, reszta koleżanek i kolegów wyszła z świetlicy, a oni tam jeszcze siedzieli. Nina podniosła wreszcie głowę i powiedziała bardziej do siebie, niż do Janka: on mnie w przedszkolu chyba kochał, chciał tylko ze mną grać na cztery ręce. Teraz jak widzisz, gra wyłącznie sam, beze mnie. Od lat się nie spotykamy. Ale czuprynę ma ciągle taką samą, bo dotknął mnie czasem swymi czarnymi lokami podczas gry.

Janek rozglądał się tu dziś dokoła i zauważył kawałek dalej na ławce osobę, która przypominała mu Niną, tę koleżankę sprzed lat, od dawna nie widzianą. Obserwował ją przez chwilę i nabrał pewności, że to ona. Janek podszedł do Niny, powiedział zdawkowo, jak przed laty, co malowanie dziś nie wychodzi? Potem usiadł obok i znów jak wtedy siedzieli bez słowa. Po piętnastu minutach Nina wstała i powiedziała, że musi wrócić tu obok do galerii w budynku akademii. Jak odpoczniesz przyjdź, zobaczysz co robię. I jeszcze dodała: Jest tam i Harasiewicz.

Nowa galeria w budynku ASP mieściła się od strony ul. Basztowej. To parę kroków z plant, Janek nieco kulejąc dotarł tam po chwili. Mała kameralna galeria na kilka obrazów. Nina pozostała wierna przekazom wskazań kolorystycznych naszych profesorów, że malarstwo to kolor i musi dźwięczeć muzycznie. U niej przeważały tematy koncertowe, czy to sale z publicznością, albo też pojedynczy soliści. Nina miała cudowne wyczucie kolorystyczne, u niej wszystko cieszyło ekspresyjną barwą Na honorowym miejscu wisiał obraz w dość dużym formacie, który zachwycił Janka. Ten podszedł do Niny i pogratulował jej wystawy, a szczególnie tego Harasiewicza. Co, rozpoznałeś go, zapytała. On niedługo po konkursie pozostał na stałe we Wiedniu. Nie widziałam go od czasu studiów. To obraz z pamięci. Może idealizuję, ale chyba się domyślasz, że moja przedszkolna miłość do niego trwała jeszcze na studiach. Tak bywa, że ja znam jego muzykę, ale nie wiem, czy on widział jakikolwiek z moich obrazów, wątpię. Mnie się po prostu dobrze maluje przy jego muzyce. A tak w ogóle, to jestem już szczęśliwą babcią i mam dwie zdolne wnuczki, które chcą zostać pianistkami. Tylko, czy je potem ktoś zechce namalować?



Katowice 25.01.2019

Traviata

Traviata

Hankę poznałem na prywatce jeszcze długo przed maturą. Ona nie była z naszego gimnazjum, a chodziła do Urszulanek. Bywało że się umawialiśmy i chodziliśmy przez jakiś czas ze sobą. Mój rodzinny Rybnik był od zawsze bardzo muzykalnym miastem. W tamtych latach bywało, że co jakiś czas organizowano wycieczki na przedstawienie operowe do Bytomia. Jechaliśmy tam specjalnym pociągiem. Na kolejny spektakl, na Traviatę namówiłem Hankę. Opera podobała nam się bardzo, umierająca kurtyzana Violetta wyśpiewała do ostatniego tchnienia ukochanemu Alfredowi swoje miłosne wyznanie. Gdy spoglądałem na Hankę, zauważyłem jak jej się szkliły oczy. Bardzo przeżywała ten operowy dramat Damy Kameliowej. W czasie drogi powrotnej byliśmy sami w przedziale. W tamtych czasach pociągi były słabiutko oświetlone żarzącymi się lampami gazowymi. Któryś z kolegów wiedział jak można w całym wagonie jeszcze bardziej zmniejszyć natężenie światła. Żaden konduktor się zazwyczaj na całej trasie nie pokazywał i podobnym jak my parom bardzo odpowiadało to nastrojowe oświetlenie. Był to czas zimowy, pociągi nie były zbyt dobrze ogrzewane, więc usiedliśmy z Hanką nieco bliżej, by potem się nawet do siebie przytulić. W pewnym momencie spróbowałem ją pocałować, ale Hanka mnie ofuknęła, że nie chce tak jak owa Violetta. Podróż trwała dość długo, prawie dwie godziny. Gdy doszło do tego, że w końcu się jednak zaczęliśmy całować, Hanka miała znów łzy w oczach. Powiedziała: - to pierwszy i ostatni raz cię całowałam. Wyznała mi, że się leczy, chorowała na gruźlicę i niedawno jeszcze prątkowała. Przepraszała mnie i powiedziała, że pewno też przez nią zachoruję na gruźlicę. Hanka wyjechała z R. i przestaliśmy się spotykać. Po jakimś czasie ja też zacząłem studiować w Poznaniu i później w Krakowie. Nasze drogi rozeszły się na zawsze. Nadal lubię tę melodyjną operę, czasem jej słucham i przypomina mi się Hanka, dziewczyna sprzed lat, chora jak Traviata, ale nie taka jak ona.

21.01.2014.


Obawy Hanki, co do zakażenia mnie, nie spełniły się. Dopiero w podeszłym wieku dopadła mnie gruźlica, ale nie płuc jak Hankę, lecz całkiem inna jej odmiana. Trwało to dość długo, nim ją rozpoznano. Lecząca mnie pani doktor powiedziała, że widocznie we wczesnej młodości miałem kontakt z tą chorobą i przechowałem w sobie jej zarodki na późne lata. Może były to jakieś dawne echa pochodne tamtej Traviaty? Powiedziałem pani doktor, że nikt w domu na gruźlicę nie chorował. Może zapadłem na tę chorobę dlatego, bo kilka razy byłem w młodości na mym ulubionym spektaklu operowym Traviata, gdzie główna bohaterka umierała długo na tę chorobę na scenie i wspomniałem też o koleżance, która chorowała wówczas na gruźlicę. Pani doktor powiedziała, że nie należy żartować z poważnej choroby, a przestrzegać reguł leczenia. Zaczęła się półroczna kuracja, ale już bez hospitalizacji jak kiedyś. Przyjmowałem codziennie jeden z niewielu antybiotyków, które jeszcze pozostały do leczenia tej choroby, dziś bardzo uodpornionej na leki. Kiedyś pani doktor opowiedziała mi, a propos Traviaty, że miała na studiach koleżankę, która potem podobnie jak ona wybrała później tę samą specjalizację, bo spotkały się na jakimś kongresie pulmonologów. Owa koleżanka też we wczesnej młodości chorowała na gruźlicę, a potem sama leczyła chorych. Dziwne, bo przed laty pożyczyła jej komplet czarnych longplayów z nagraniem całej opery Traviata, które przywiozła z pobytu zagranicznego. Te płyty już nigdy do niej nie dotarły, koleżanka nie zdążyła ich zwrócić. Dowiedziała się, że Hanka chorowała. Miała bardzo osłabione płuca po przechodzonej we wczesnej młodości gruźlicy. Ich kontakty urwały się na zawsze.

Gdy po skończonym leczeniu, okazało się że jestem wolny od gruźlicy, to skutki choroby jednak pozostały, znikła moja lewa nerka. Pocieszono mnie, że bez niej mogę nadal żyć. Nie przyniosłem pani doktor kwiatów, a kupiłem nagranie opery Traviata na płytach CD. Nie zastanawiałem się nad tym odruchem. Pani doktor się bardzo ucieszyła, zamyśliła się i po chwili zapytała, czy znałem Hankę?

Opowiedziałem w skrócie historię naszej znajomości i to, że się już później nie spotkaliśmy. Pani doktor powiedziała, że Hanka o mnie wspominała, że długo jeszcze potem na studiach unikała bliższej znajomości z kolegami. Pozostała samotna, była ofiarnym lekarzem. Pracowała w którymś z sanatoriów dziecięcych. Ale potem znikła jej na zawsze z pola widzenia, nic więcej o niej nie słyszała.

15.01.2016.


Niedawno telewizja transmitowała Traviatę z opery Covent Garden w Londynie. Rolę tytułową śpiewała urocza Amerykanka, Rene Fleming Przypomniała mi znowu Hankę. W pewnym momencie zwróciłem uwagę na tekst. Traviata śpiewała pełna uniesienia: „będziemy razem szli przez całe życie.” Tak dalece nie sięgałem wówczas. Hanka nie była moją wielką miłością, ale dziewczyną z którą chodziłem w którejś klasie gimnazjum. Po oglądnięciu opery wróciłem do tych wspomnień o Hance. Przeczytałem je i opublikowałem w internecie. Zostawiłem oryginalny tytuł z jej imieniem. Może to dotrze do Hanki?

Minęło już od tego czasu kilka miesięcy, gdy otrzymałem przesyłkę z Kanady. W pierwszym momencie myślałem, że to od mego przyjaciela też lekarza, nomen omen też z Rybnika, już od dziesiątków lat imigranta w tym kraju. Gdy się dokładnie przyjrzałem, zobaczyłem, że to inny nadawca. Było imię Hanna, ale nieznane mi angielskie nazwisko. W paczce był komplet płyt dvd z operą Traviata. Główną odtwórczynią była Rene Fleming z zespołem Metropolitan Opera New York. Nie było ani słowa, żadnej kartki, tylko stare zdjęcie. Na nim Hanka, drobna dziewczyna o długich warkoczach, ona z tamtych lat. Te same ciemne oczy, smutnej sarny. Napisałem podziękowanie na pełny adres zwrotny. Mój list dotarł. W niedługim czasie znalazłem w mej poczcie mailowej list Hanki. Pisała do mnie starsza pani, która już od wielu lat mieszka w Kanadzie, gdzie pracowała od 1970 roku jako lekarz pulmonolog. Tam wyszła za mąż, ma dwie córki, są i wnuczki, a nawet jeden prawnuk. Jej rodzice zmarli dość wcześnie, rodzeństwa nie miała, do Polski nie wracała. Teraz wie o wielkich zmianach w naszym kraju, patrzy na wszystko z daleka, bo osób z którymi ją u nas coś łączyło, już nie ma. O mnie też zdołała dawno zapomnieć. Podobnie jak ja polubiła wtedy operę Traviata. Kiedyś bywała często na spektaklach w Vancouver Opera, bo jeden z zięciów grał w tamtejszej orkiestrze jako pierwszy wiolonczelista, a córka śpiewała w chórze. Miała znakomity głos, ale kariery solistki śpiewaczki nie próbowała, bo preferowała życie rodzinne na miejscu, niż takie w ciągłych rozjazdach. Córka wiedziała też, że nie ma co liczyć na niańczenie wnuków przez mamę, dość zajętą zawodowo jako lekarz. W krótkim czasie miałem w kolejnych wiadomościach mailowych całość obrazu życia Hanki w Kanadzie. Dlaczego wybrała Kanadę? Podobnie jak ja czytała w gimnazjum książkę Arkadego Fiedlera, „Kanada pachnącą żywicą”. Może i dlatego wybrała ten kraj, bo od dzieciństwa lubiła zapach żywicy. Z żywicy wytwarza się olejek terpentynowy, którym w tamtych czasach nacierano przy różnych dolegliwościach płucnych. Ja uwielbiałem ten zapach, bo nawet w latach, gdy już przestałem malować farbami olejnymi, przypominał mi czas spędzony w pracowni, przesyconej tym żywicznym zapachem terpentyny. Coś kanadyjskiego, nas jednak łączyło, choć o tym nie wiedzieliśmy. Zacząłem Hani przesyłać swoje rybnickie zdjęcia, robione teraz, w moich późnych latach. Hanka stwierdziła, że rybnickie lasy nie są mniej piękne jesienią, niż okrzyczany Indian Summer u nich. Tyle, że tu u nas nie ma tyle liści o czerwonej barwie, bo przeważa ta żółtawo pomarańczowa, naszej złotej jesieni. Opisywałem jej, że i u nas w lesie, gdzie dawniej w dzieciństwie mieszkałem w pobliżu, pachniało również żywicą. Wtedy zawieszano na drzewach ceramiczne pojemniki kształtu doniczek, do których spływała pozyskiwana żywica. Hanka posiada spory areał lasu, bo mąż odziedziczył dużą posiadłość rodzinną. Liczy na to, że ich wnuk obejmie tę schedę po swym dziadku i jej jakiś czas temu zmarłym mężu. Dużo wiedziałem o miłości Hanki do ich córek, wnuków, ale niczego bliższego o jej związku z mężem. Wiem tylko tyle, że pomimo angielskiego nazwiska, była to bardzo dawno temu osiadła w Kanadzie arystokratyczna rodzina francuska. Kontakt z Hanką urwał się już w szkole średniej, bo skończyła gimnazjum i zdała maturę w Zakopanem, gdzie przebywała w sanatorium. Potem były studia medyczne w Warszawie. Wiedziała o moich studiach i zaraz po ich ukończeniu mogła się z plansz na ekranie telewizora dowiedzieć, gdzie pracuję. Moja osoba została wtedy już dokumentnie wykreślona z jej życiowego pamiętnika. Ona zajęta była swoją pracą zawodową, leczenie dzieci chorych kiedyś tak jak ona, pochłonęło ją całkowicie. Sprawy damsko męskie nie obchodziły jej wtedy zbyt wiele. Nie było żadnych trwalszych związków. Nadarzyła się okazja wyjazdu na placówkę medyczną w Afryce i skorzystała z tego. Wytrzymała tam jednak ze względu na klimat tylko jeden rok, potem udało jej się wydostać trochę nielegalnie na emigrację do Kanady. Tam poznała przyszłego męża i niedługo się pobrali. Niewiele podróżowała, a do rodziców w Polsce bała się wracać. W Kanadzie mąż był mocno zajęty zarządzaniem olbrzymim majątkiem. Mieli własny hydroplan, czasem mąż zabierał ją na jakieś eskapady. No i były jeszcze te wypady do córek, do opery w Vancouver. Przypomniałem jej ową Traviatę wspólnie oglądaną w bytomskiej operze i wówczas tak intensywnie przez nią przeżywaną. Teraz czeka aż w Vancouver znów wystawią Traviatę. Chce ją jeszcze raz zobaczyć. Teraz pójdzie na nią sama. Po raz ostatni. Czy jeszcze uroni łzy jak wtedy? Chyba nie, bo jej morze łez już dawno wyschło. Po mężu też nie płacze. Jeśli uroni łzę, to za dawną naiwną młodością… Tak, ten cytat z Traviaty pamięta, ale w jej wypadku się nie sprawdził.


24.02.2016

Trzy Masze

Trzy Masze

Pierwsza Masza


Od czasu do czasu odprowadzałem Maszę do domu po popołudniowych lekcjach szkolnych kończących się wieczorem. Był to spory szmat drogi szosą przez teren leśny do następnej wioski za miastem. Wówczas w roku 1950 nie było na tej trasie żadnej komunikacji kolejowej, ani autobusowej. Musiała pokonywać pieszo tę dość daleką trasę. Masza była mocno zahartowaną dziewczyną po jej pobycie na Syberii. Pochodziła ze wschodniej Polski i jeszcze w 1939 roku, zaraz po wkroczeniu Armii Czerwonej wysiedlono jej rodzinę jak i wszystkich polskich mieszkańców ładując ich z bardzo ograniczonym bagażem do towarowych wagonów. Wywózka, odbywała się podczas zaczynającej się ostrej zimy, jakie tam na wschodzie panują. Jazda trwała prawie półtora miesiąca, nim dotarli do miejsca przeznaczenia w tajdze syberyjskiej. Ojciec był żołnierzem KOP-u i zaginął, czy też poległ na początku wojny. Oglądałem już niejeden propagandowy film radziecki, który rzekomo uczy, kształci, bawi i wychowuje. Był też film Pieśń Tajgi, który pokazywał wyłącznie piękno tej ziemi. Tu była Syberia tak interesująco pokazywana, że wydawała mi się dość sympatyczną krainą. O zesłaniach słyszałem już wcześniej. Masza opowiadała o tej swojej podróży na daleki wschód dość beznamiętnie, wyliczała fakty, ile osób z ich wagonu zmarło po drodze, jak ktoś wewnątrz na ścianie wagonu scyzorykiem nacinał kolejne dni, jak z tego powstała długa kolumna. Wyliczała składowe części porcji jedzenia, ilości ściętych drzew. Chodziliśmy teraz do klasy maturalnej liceum administracyjno gospodarczego, więc operowała pojęciami fachowymi, jak to że: normy pracy do wykonania rosły odwrotnie proporcjonalnie do malejących przydziałów zaopatrzenia. Wyliczała, ile grobów przybywało co miesiąc na powiększającym się cmentarzyku i jak szybko przybywało krzyżyków w kalendarzu na desce ściany baraku. Przestała liczyć dni, bo trzeba było liczyć lata. Gdy jakiś czas po wojnie wracali do Polski, dotarła z matką i braćmi na Górny Śląsk. Wybrali możliwość zamieszkania tuż pod lasem. Teraz już nie musiała pracować przy karczowaniu lasu, ale polubiła go, choć nie był tak dorodny, jak ten syberyjski.

Pytałem Maszę o jej stosunek do Rosjan. Okazało się, że my tutaj nie lubimy ich bardziej od nich, choć ona wraz z rodziną tak dużo od nich wycierpiała. Dojrzała życiowo i społecznie szybciej niż ja. Poznała tam ludzi, dobrych i złych. Komunizm to był bardzo zły system, wielu ludzi stawało się łatwo gorszymi niż byli w rzeczywistości. Jedyną korzystną rzeczą, którą Masza wyniosła z tego pobytu na Syberii było to, że opanowała świetnie język rosyjski. Siedziała w ławce za mną. Dobrze mi podpowiadała na lekcji rosyjskiego, bo ja podchodziłem bardzo niechętnie do nauki tego języka.






Druga Masza


Na ASP w Krakowie poznałem kolejną Maszę. Ta miała nawet wschodnią urodę, silnie wystające kości policzkowe i dość skośne oczy. Jako studenci mogliśmy korzystać z basenu YMCA. Właśnie tam na basenie zacząłem poznawać losy Maszy. Gdy siedzieliśmy na brzegu basenu przed wejściem do niego, marudziłem że woda jest za zimna. Masza popryskała mnie i powiedziała, że się chyba jeszcze nigdy w zimnej wodzie nie kąpałem. Zaczęła opowiadać o sobie. Staliśmy się w tym czasie bardziej otwarci. Dowiedziałem się, że miała aż nadto dosyć lodowatej wody na Syberii. Też pochodziła z kresów, przeszła gehennę podróży wagonami bydlęcymi na daleki, zimny wschód, dokąd ich wygnano. Gdy po jej opowieści wszedłem do wody w basenie, wydawała mi się mniej chłodna, niż początkowo sądziłem.

W tym czasie następowała w polityce odwilż. Zaczynał się rok 1956. Wyjazdy z kraju stawały się możliwe, może mniej te na zachód, co bardziej na wschód. Paryż był dla nas kończących studia na ASP nadal krainą marzeń. Masza postanowiła zwiedzić galerie radzieckie w Moskwie i Leningradzie, bo po okresie socrealizmu zaczęto i tam pokazywać chowane dotąd w magazynach malarstwo impresjonistów i nowszych francuskich mistrzów. Masza chciała teraz odwiedzić swoją dalszą rodzinę mieszkającą nadal na dawnych kresach, w dzisiejszej zachodniej Ukrainie. Zabierze trochę odzieży na sprzedaż, żeby nie podpadło, będą to eleganckie, choć używane ciuchy z USA jakie docierały teraz w paczkach do kraju, w które ubierały się młode plastyczki. Masza mówiła świetnie po rosyjsku i była pewna, że jej plan podróży się powiedzie.

Po wakacjach spotkałem Maszę i zapytałem o wrażenia z Ermitażu i Galerii Tretiakowskiej. Obrzuciła mnie wściekłym spojrzeniem i warknęła, kpisz ze mnie? Sądziła że i do mnie już dotarła jej historia podróży. Zaraz odpowiedziała z wielką zawziętością, że jak tylko zmiany u nas pójdą tak daleko, że można będzie podróżować, to wyjedzie do Paryża na stałe. Opowiadała, że w ZSRR się prawie nic nie zmieniło. Na Ukrainie jest taka sama bieda, jaka była na Syberii. Niczego nie sprzedała, bo wszyscy tam biedni. Młode dziewczyny nie ubierają się modnie, a raczej nadal dość siermiężnie. Wszystko co miała, a nawet swoje osobiste ciuchy podarowała rodzinie. Gdyby nawet zdobyła pieniądze na podróż do Leningradu i do Moskwy, to nie dostałaby przepustki na taką podróż. W ZSRR nie można się było przenosić dowolnie z miejsca na miejsce, obowiązywały ostre przepisy dotyczące uzyskania na to zgody. U nas mogliśmy już podróżować do t.zw. demoludów, czyli na plaże Morza Czarnego, czy nad Balaton. Później za Gierka otrzymała upragniony paszport do Paryża.






Trzecia Masza


Trzecią Maszę poznałem na gorącej plaży w Albenie, w bułgarskim kurorcie czarnomorskim. Poznałem ją jako mamę chłopca w wieku naszego młodszego syna, bo kopali wspólnie grajdołek. Jak ja z żoną, ona była z mężem. Ta Masza bardzo pokochała wygrzewanie się w słońcu. W takim upale dobrze to robi na wspomnienia, które ochładzają. A miała te najgorsze, bo pełne zimna z Norylska za kołem podbiegunowym. Mąż mówił do niej Mario, ale ona przedstawiła się nam jako Masza. Jakaś przekora? Oboje pochodzili ze Lwowa. Byli tam harcerzami, ale tam się jeszcze nie znali. Już w 1939, po aresztowaniu ich rodziców zostali wysłani do pionierskiego obozu wychowawczego. Próbowano harcerzy przerobić na pionierów. Chyba szło to bardzo opornie, bo w 1943 przeniesiono ich do obozu pracy w Norylsku. Byli bez rodziców, ale dobrzy ludzie opiekowali się nimi i przeżyli mimo potwornych łagrowych warunków. A stamtąd się nie ucieka, bo nie ma czym, nie ma dokąd i wszędzie za daleko. Po wojnie jeśli tam ktoś pozostał dobrowolnie, to dostawał dwa miesiące urlopu, bo jeden był potrzebny na dojazd i przyjazd. Oni z grupą Polaków uzyskali zwolnienie, wydostali się i latem, gdy na rzekach stopniały lody, ruszyli statkiem na południe. Dotarli po dość długich i trudnych przejściach do Polski, już nie do Lwowa a na Śląsk. Trzecia Masza opowiadała ciekawie, było to jak rodzaj gawędy przy ognisku harcerskim. Jej opowieść skupiała się na opisach przyrody, a mniej na okrutnościach. Przejeżdżaliśmy tu do Bułgarii przez Lwów . Oni nigdy więcej do Lwowa nie wrócili. Nie chcieli. Z Peronu miasta nie widać. On wyszedł na peron i kupił lody. Powiedział w przedziale do Marii, że te lody u nich wcale nie są już teraz takie zimne. Może po przeżyciach w Norylsku obecnie żadne lody nie były już nazbyt zimne. W jego opowiadaniach było więcej o trudach przetrwania tych wielu lat, jakie przeżyli na okrutnej ziemi. Było jednak coś, co zachowają jako dobre wspomnienie. Poznali się i pokochali za kołem podbiegunowym.


17.05.2014.

UKRAIŃSKIE SPOTKANIA

Ukraińskie spotkania


Upłynęły już dziesiątki lat po wojnie, po tych moich pierwszych ukraińskich spotkaniach, które miały miejsce zaledwie kilka razy pod sam koniec wojny. Wystąpiła w nich śliczna dziewczyna, czarnowłosa i czarnobrewa Ukrainka, nieco starsza ode mnie, która wtedy mnie, trzynastolatka zauroczyła swoją niezwykłą urodą.

Było to pod koniec lata 1944 roku w Rybniku, gdy front wschodni zbliżał się powoli do nas. Huta Silesia pracowała jeszcze pełna parą. Zamiast emaliowanych garnków produkowano tam wtedy hełmy i panzerfausty, których odgłosy próbnych wybuchów dochodziły całymi dniami od strony lasu. Do pracy w fabryce ściągnięto przymusowych robotników z zajętych terenów wschodnich. Były to głównie kobiety, w tym bardzo młode dziewczyny. Pod wieczór opuszczały ukradkiem swój obóz, by wyprosić trochę jedzenia u okolicznej ludności, gdyż otrzymywały tylko głodowe racje. Prosiły o chleb. Czasem miały też coś na wymianę, proste metalowe zabawki, wykonywane ukradkiem w hucie. Któregoś późnego popołudnia, gdy podlewałem w ogrodzie nasze jarzyny, podeszła pod płot od strony pól śliczna dziewczyna. Była w wieku Stefy, córki naszych gospodarzy, która zawsze traktowała mnie z góry, choć ja starałem się być dla niej bardzo miły i spełniać każde jej życzenie. Poprzez sztachety zobaczyłem dużo urodziwszą od niej dziewczynę. Była mego wzrostu i przywołała mnie do płotu. Odezwała się trochę po ukraińsku i po polsku. Mówiła, że jest głodna, że prosi o chleb. Zerwałem jej z krzewu pomidora, którego natychmiast zaczęła zajadać. Powiedziałem, że zaraz przyniosę jej chleba. Ona przykucnęła chowając się nieco pod płotem, a ja pobiegłem do mieszkania. Mamy nie było w domu, zaraz ukroiłem kilka bardzo grubych kromek chleba i posmarowałem smalcem. Szybko wróciłem do ogrodu i próbowałem jej te pajdy chleba podać pomiędzy sztachetami, ale się nie zmieściły, więc wspiąłem się trochę na płot i podałem jej chleb górą nad sztachetami. Dziewczyna się też wyprostowała, dźwignęła wysoko ramiona i gdy podawałem chleb, zauroczyła mnie z bliska pięknem swej twarzy. Opuściłem zaraz wzrok z jej oczu i zauważyłem krągłość jej piersi. Dziewczyna zdjęła chustę z głowy, by zawinąć w niej chleb. Jej kruczoczarne włosy rozsypały się aż do ramion. Dodałem jeszcze kilka pomidorów i marchewek. Nagrodziła mnie najpiękniejszym uśmiechem, jakiego dotąd u żadnej dziewczyny nie widziałem. Jej głos zabrzmiał szalenie uwodzicielsko, gdy mi powiedziała, żebym był tu jutro, to znowu przyjdzie i mi coś da. Nim się spostrzegłem, zniknęła na ścieżce między łanami wysokiego zboża.

Gdy mama wróciła, była zdziwiona, że tak pilnie podlewałem do tej pory w ogrodzie. Nawet nie dziwiła się, że miałem taki wzmożony apetyt, skoro tyle chleba zjadłem. Mama powiedziała tylko, że jutro będzie musiała znowu chleby upiec. Rano zaniosłem dwie słomiane formy wypełnione świeżym ciastem chlebowym do wypieczenia w piekarni. Tam poprosiłem znajomego ucznia piekarskiego, żeby ujął z każdego bochna trochę ciasta i uformował trzeci mały bochenek. To miał być specjalny prezent dla czarnowłosej nieznajomej. Wcześnie popołudniu przyniosłem wspaniale wypieczone i pachnące chlebową świeżością trzy bochenki, z których ten najmniejszy schowałem w piwnicy. Mama się dziwiła, że chleby trochę mało urosły, choć ciasto zapowiadało się wspaniale. Zaraz ukroiła piętkę i przekonała się, że chleb, choć nie za duży, jest jednak dobrze wypieczony i smaczny. Piękna Ukrainka będzie na pewno bardzo zadowolona z mojego chleba.

Był to koniec sierpnia, popołudniu nie poszedłem jak zwykle na kąpielisko na Rudzie, tylko zająłem się pilnie podlewaniem. Chleb już przyniosłem z piwnicy i owinąłem go w liście rabarbaru. Widziałem na targu, że tak zawijają tam chleb wiejski, choć nie wiedziałem dokładnie w jakie liście. Kręciłem się po ogrodzie, przygotowałem sobie wodę do podlewania. Na podwórzu pojawiła się Stefa i zawołała do mnie, czy jej już nie lubię, bo zadaję się z Ukrainką? Powiedziała, uważaj, bo ktoś naskarży Niemcom. Pod wieczór, gdy byłem zajęty podlewaniem, pod płotem na końcu ogrodu ktoś odezwał się niezbyt głośno. To była ona. Dziś wydawała mi się jeszcze ładniejsza. Miała dla mnie prezent. Byłem trochę zaskoczony, bo podała mi pomiędzy sztachetami wyciętą z grubej blachy papugę pomalowaną na zielono i czerwono. Do tego był jeszcze drugi element, stojak w kształcie smukłej bramki, na której to jak mi pokazała i tłumaczyła trochę po polsku, a trochę po ukraińsku, może się ta papuga huśtać. Uśmiechałem się z zażenowaniem, bo czułem że mój obiekt uwielbienia traktuje mnie trochę jak dziecko. Podziękowałem i uśmiechałem się dość niepewnie. Szybko podałem jej ten bochenek chleba, specjalnie z mej inicjatywy dla niej upieczony. Oszołomił ją ten zapach, gdy odchyliła jeden z liści. Ucałowała wtedy chleb. Całowała mój chleb, a ja czułem się, jakby to mnie pocałowała. Usiadła pod płotem i zapytała mnie ile mam lat i jak mi na imię. Ona była Masza. Powiedziała, że po polsku, Maria. Opowiedziała mi, że pochodzi spod Lwowa i mieszkała tam pośród Polaków. Niemcy ją wywieźli na roboty i nie ma żadnych wiadomości o rodzinie. Opowiedziałem jej, że Rosjanie zajęli już Lwów, są już w Polsce i doszli nad Wisłę. Bała się, żeby ich nie wywieźli dalej do Niemiec, gdy się zbliży tutaj front. Na koniec, powiedziała mi, przyjedź po wojnie do Lwowa, to się tam spotkamy. Nie wiedziała jeszcze, że Lwów to już będzie Lwiw, bo Polska przesunie się daleko na zachód. Wstała i wyszeptała, przybliż się między sztachety, chcę cię pocałować. Zbliżyłem usta, ale sztachety były zbyt grube i nasze wargi się nie dotknęły. Mała drzazga skaleczyła mnie i pojawiła się kropla krwi. Ona tę kropelkę wzięła na palec i dotknęła swoim językiem. Coś nas połączyło, mnie dojrzewającego chłopca z nieznaną ukraińską dziewczyną... Masza oddaliła się szybko pomiędzy łanami zbóż. Nigdy więcej nie pojawiła się, nie spotkaliśmy się więcej. Może wywieźli ją dalej do Niemiec? Za pięć miesięcy Rosjanie byli już pod Rybnikiem. Masza śniła mi się kilka razy. Czasem pomyślałem o niej, gdy popatrzałem, jak któreś z młodszego rodzeństwa wprawiało w ruch jej papugę. Kołysanie trwało jakiś czas, potem ptak zastygał powoli w bezruchu. Jak pamięć o Maszy. Jak sny o niej, które też przeminęły.

Siedemdziesiąt lat później zdecydowałem się jeszcze raz na dłuższą wycieczkę. Chciałem zobaczyć Lwów. Tamto dziecięce zauroczenie wyleciało mi już dawno z pamięci. Masza miałaby teraz jakieś osiemdziesiąt pięć lat. W trakcie pobytu we Lwowie, nocowaliśmy poza miastem w bardzo wygodnym hotelu, pachnącym jeszcze nowością. Pokój przygotowała mi sympatyczna pani mówiąca po polsku. Trochę z nią porozmawiałem, pytałem, czy nie chciałaby się przenieść do Polski. Powiedziała, że nie, choć bywa często w Polsce, bo ma tam część swej rodziny. Jej babcia zaś była Ukrainką. W czasie wojny wywieźli ją Niemcy na roboty i była na Śląsku. Pytała skąd my jesteśmy i gdy się dowiedziała, że z Katowic, przypomniała sobie, że jej babcia była tam niedaleko, bo wpierw w Rybniku, zanim jej dalej do Niemiec nie wywieźli. Powiedziała, że babcia Maria już od paru lat nie żyje. Jest zadowolona, że teraz mogą wyjeżdżać do Polski, a Polacy odwiedzać Lwów. Do ich hotelu przyjeżdżają prawie wyłącznie Polacy, pośród nich wielu, którzy się tu urodzili i kiedyś mieszkali. Zapytałem tę panią z hotelu, czy ma może jakieś zdjęcie babci gdy była młoda. Obiecała je jutro przynieść. Plany naszej wycieczki się zmieniły, w drodze powrotnej nie wróciliśmy już do tego hotelu. Spełniłem prośbę Maszy, pięknej Ukrainki, bo przyjechałem do Lwowa. Nie przekonałem się, czy na zdjęciu zobaczyłbym tamtą Maszę spotkaną w mych chłopięcych latach.


10.10.2013.

W czasie zarazy

W czasie zarazy


Jan czekał już od dawna na ten pierwszy spacer rekreacyjny z aparatem fotograficznym, bo od wielu dni nigdzie nie wychodził. Nadal było trochę chłodno, mimo że słoneczna pogoda trwała już od dwu tygodni. Spoglądał z okna na rosnące blisko domu drzewa, leciwe klony i mocno podcinane, nieco zdziczałe migdałowce, które zaczęły powoli zakwitać. Jan od kilku dni próbował utrwalić kamerą pojawiające się znamiona nowej wiosny. Te widoki miał już za nadto opatrzone, marzył o tym, by odmienić pole swego fotograficznego widzenia, wyjść ulicą wzdłuż ogródków w górę do parku, a może gdy będzie okazja, wejść i do ogródków. Teraz w czasie epidemii covid-19 dostępny obszar penetracji fotograficznych zmalał w myśl natrętnego już hasła: zostań w domu. Dziś było nieco cieplej, na niebie ani jednej chmurki i do tego nastał pierwszy dzień złagodzonego nieco dotąd bardzo ostrego rygoru wychodzenia z domów. Jan postanowił wyruszyć na spacer wspierając się o kulach, zaopatrzony w aparat i przewieszony przez ramię składany stołeczek. Na twarz założył przepisową maseczkę ochronną. Liczył się z tym, że jego kondycja po wielu dniach mało intensywnego ruszania się będzie kiepska, więc od czasu do czasu zatrzyma się i posiedzi przez chwilę. Chodzenie w maseczce męczyło nieco, bo utrudniało swobodne oddychanie. Od dziś można znowu do parku i także do ogródków działkowych. Oczywiście trzeba mieć ochronną maseczkę na twarzy, no i nie zbliżać się do nikogo na mniej niż dwa metry. Brama do ogródków była otwarta, więc wstąpił tam. Podobnie jak ulicy wzdłuż ogródków i tu w środku nadal było mało widocznych osób. Teraz w ogóle odczuwało się w miastach rodzaj pustki, którą Jan doskonale pamiętał z czasu wojny czy nawet stanu wojennego z 1981 roku. Nie szukał tu ludzi, a wiosennych motywów. Właściwie, to nie miał tu już swych dawnych znajomych, do których czasami zachodził. Oni już odeszli, zostały po nich rosnące drzewa. Nowi właściciele pielęgnowali mniej, czy więcej resztki dawnych kwiatów. Miał je już utrwalone w folderach sprzed dawnych lat zachowanych w komputerze, niezliczone ilości kwiatów, które w zapisie cyfrowym nigdy nie zwiędną. Teraz było jeszcze mało kwiatów, zakwitły te pierwsze wiosenne, nastał czas tulipanów. Drzewa owocowe wypuszczały pierwsze pąki kwiatowe, a magnolie i forsycje już prawie przekwitły. Jan podszedł do ogródka znajomego, który zdążył jeszcze przed swoim odejściem przekazać go pani, która ostatnio się nim opiekowała. Kiedyś tu często zachodził nie tylko by zrobić kilka zdjęć, ale i na zwykłe pogadanie. Ogródek stracił w ostatnim czasie na urodzie, kwiaty już go nie zdobiły. Jan nie znalazł tu niczego, co byłoby ciekawe, by to utrwalić. Postał chwilę wspierając się o kule, podumał, nie usiadł jeszcze na stołeczku, miał go nadal przewieszony przez ramię i ruszył po chwili dalej. Mniej się rozglądał, liczył teraz w myślach lata. Jego znajomy, dawny właściciel ogródka odszedł dwa lata temu. Ten schorowany samotny wdowiec był o trzy lata starszy od Jana.

Jan szedł teraz nieco wolniej, bo było pod górkę i zbliżył się do kolejnej działki, której właścicielami byli jego dawniejsi sąsiedzi. Już się wyprowadzili i ich ogródek zmienił właścicieli. Tu w ogródku bywał Jan dawniej najczęściej. Trochę z sentymentu postanowił zatrzymać się, rozłożył blisko płotu stołeczek i próbował wstawić obiektyw aparatu pomiędzy otwory w plecionym drucianym płocie. Szukał jakiegoś ciekawego kadru poprzez rozkwitłe tuż przy płocie różne odmiany tulipanów. Ten ogródek był nadal dobrze zadbany, podobnie jak za czasu poprzednich właścicieli. Jan miał tu zwykle przez cały rok mnóstwo tematów do fotografowania, zwłaszcza, że ogródek mieścił się na dosyć mocno pochylonej skarpie, był ciekawie ukształtowany w swej architekturze ogrodowej. Jego dawna właścicielka wykazywała się poza tym zmysłem ogrodniczym i w jakimś sensie także zdolnościami plastycznymi w architektonicznym projektowaniu zieleni. Jan podziwiał pomysłowe ukształtowanie tej niewielkiej powierzchni ogrodowej. Drzewa owocowe już zaczęły kwitnąć, a młoda magnolia jeszcze ciągle zachwycała swoimi okazałymi różowymi kwiatami. Wyćwiczone oko, dawnego operatora, zarazem i malarza odkrywało szybko nowe motywy. Jan przenosił się wzdłuż płotu w inne miejsce. Szło mu to trochę opornie, bo teren był dość nierówny i poruszał się o kulach, ciągnąc za sobą swój stołeczek. Właściwie miejsce to już miał dość dokładnie obfotografowane w planach ogólnych, które go teraz mniej interesowały, a szukał czegoś ciekawego w zbliżeniach. Poprzez płot było to jednak dość utrudnione. Siedział teraz już od dłuższej chwili na swym stołeczku i obserwował wnętrze ogródka. Od czasu do czasu próbował też wstać, ale to wchodzenie w postawę pionową z niskiego stołeczka wymagało wspierania się na kulach. Chyba go ktoś od jakiejś chwili obserwował, bo usłyszał z głębi ogrodu głos młodej dziewczyny: - Halo, - proszę pana… było to chyba do niego skierowane. Zobaczył przez krótki moment w otwartych drzwiach młodą osobę, która się zaraz wycofała i wróciła po chwili ponownie. Miała teraz twarz w ochronnej maseczce i wyszła na zewnątrz i się nieco przybliżyła. Zobaczył postać opatuloną kraciastym szkockim pledem. Stanęła przed nim młoda i uroczą osoba o niepospolicie pięknych oczach, widocznych z nad przysłoniętej maseczką dolnej części twarzy. Długie blond włosy spływały z pod wysoko nasuniętego pledowego okrycia. Jana, starszego pana zaskoczyła ta nagle pojawiająca się w ogródku piękność, która bardzo sympatycznie zapraszała go do środka. Był nieco zdziwiony i trochę zmieszany, bo od dawna już nie spotykał się z tak młodymi dziewczynami. Było to przepisowe spotkanie na odległość dwu metrów i w maskach. Chyba od razu urzekła starszego pana barwą głosu, czymś co w nim wzbudziło od razu sympatię i zaufanie dla świeżo poznanej osoby. Nieznajoma poprosiła Jana do furtki, by wszedł do środka. Zaraz pomogła mu podnieść stołeczek, który się przewrócił i powiedziała dość rezolutnie do gościa, by skorzystał tu u niej z pleneru ogrodowego, jak na prawdziwego artystę przystoi, bo przecież nim jest, widzi to po plamach z farb na stołeczku.

To nagłe spotkanie, zmiana sytuacji zaskoczyła Jana, poczuł się trochę skrępowany, podziękował młodej gospodyni i poprosił, by mógł spocząć na wygodniejszym krześle ogrodowym stojącym w pobliżu. Dziewczyna poprosiła Jana i zachęciła go, by się w ogródku swobodnie rozejrzał i życzyła udanych zdjęć. Pójdzie się cieplej ubrać, by pobyć też trochę na zewnątrz, a możliwe że sama też weźmie aparat i spróbuje porobić trochę fotek. Jakby skromnie chciała podkreślić, że nie fotografuje, a robi tylko fotki. Po chwili wróciła przebrana już, efektowna młoda osoba w masce, ubrana w długą spódnicę i w dżinsowej kurteczce. Długie blond włosy miała teraz związane w koński ogon. Dziewczyna, chyba studentka, robiła wrażenie, że potrafi się fachowo posługiwać aparatem fotograficznym. Kręciła się w różnych miejscach ogrodu, nie zbliżając się zbyt blisko Jana, który nieco mniej ruszał się po ogrodzie. Czuł się nieco zmęczony i chętnie po chwili skorzystał znowu z krzesła ogrodowego. Niedługo potem i dziewczyna uznała swoją sesję fotograficzną za skończoną i przysunęła drugie krzesło nieco bliżej Jana. Usiadła i w milczeniu zaczęła przeglądać na ekraniku zrobione zdjęcia. By przerwać to siedzenie w milczeniu, Jan zapytał:

- Czy jest Pani zadowolona ze swoich ujęć? Widzę, że dysponuje pani świetnym aparatem i wygląda na to, że potrafi pani się nim fachowo posługiwać? Lubi pani fotografować?

Spojrzał na jej zamaskowaną twarz, bardzo ciekaw i tej niewidocznej reszty poza spoglądających na niego pełnych blasku oczu. Może się i do niego uśmiechnęła, ale jaki ten uśmiech był, tego nie potrafił ocenić, bo chowała go pod maską.

- Widzę, że i pan się na tym zna, proszę - i podała mu swój aparat. Jan przejrzał zdjęcia w milczeniu i zwrócił jej Minoltę. Zamyślił się chwilę i powiedział

- Moglibyśmy porozmawiać bardziej szczegółowo o fotosach, gdybym miał możliwość zobaczenia tych zdjęć w powiększeniu na ekranie. Byłoby wtedy o czym, bo widać w tym zadatki na dobre fotografie. Gdzie się pani uczy? –

- Studiuję w Londynie, design na drugim roku, żeby mieć z czego żyć w przyszłości, a do tego jeszcze malarstwo dla własnej przyjemności. Niestety, teraz tkwię w czasie zarazy tutaj, zawieszona w zawirusowanej próżni. Nie mogę z powodu restrykcji wrócić do Londynu, gdzie i tak żadnych zajęć bym nie miała. Jak długo to potrwa, nie wiem, chyba nikt nie wie. Znalazłam sobie na ten czas refugium, czy może samotnię w ogrodzie dziadków, gdzie mi nikt nie przeszkadza. Usiłuję coś robić. Trochę maluję. Może mogła bym pana poczęstować kawą? Mam tu nawet prosty ekspres i zrobię kawę, czy woli pan herbatę angielską wprost z Londynu? –

- Jeśli można, to chętnie małą kawę Nesca, nie przepadam ani za Liptonem, ani za Pickwickiem. Nie chciałbym robić kłopotów.

- No to zapraszam do środka, mam tam laptop, zaraz przeniosę do niego zrobione przed chwilą zdjęcia.

Jan poruszał się teraz tylko o jednej kuli, by mieć wolną rękę. Weszli do altany znanej mu z dawniejszych pobytów u poprzednich właścicieli. Było to teraz zupełnie inne pomieszczenie, wystrój został całkowicie zmieniony. Młoda gospodyni pochwaliła się, że ona zabrała się za zgodą dziadków, którzy już tu praktycznie nie bywają, do urządzenia wnętrza na swój gust i dla swoich potrzeb. Pierwsze wrażenie zaskoczyło Jana, bo znalazł się tu w prawie małej, skromnej pracowni. Z dawnych mebli pozostał chyba tylko fotel na biegunach w angielskim stylu kolonialnym, na którym był teraz zarzucony kraciasty pled, ten w którym zobaczył swoją gospodynię. We wnętrzu panował artystyczny bałagan, ale wywarło ono sympatyczne wrażenie. Dziewczyna zaproponowała Janowi, by usiadł wygodnie na fotelu, do którego przesunęła mały stolik z laptopem. Zaproponowała, że zanim się upora z kawą, on w międzyczasie może przeglądnąć jej prace. Może potem zechce się podzielić uwagami na ich temat, bo jest przyzwyczajona do korekt, a tych już dawno nie miała.

Jan zobaczył na laptopie sporo w miarę ciekawych zdjęć, niektóre z nich były typowymi zadaniami w ramach ćwiczeń studenckich, ale znajdywały się i takie, które świadczyły o dużym talencie i wyczuciu. Urzekały go zwłaszcza te, które posiadały tak bliskie Janowi malarskie walory fotografii, gdy ta nabiera cechy namalowanego obrazu. Pośród fotografii studyjnych było i kilka reprodukcji prac malarskich. Jakieś pejzaże i martwe natury, w większości zwykłe prace studenckie z pracowni na uczelni. Były one więcej niż poprawne, wskazywały na ponad przeciętny talent młodej malarki, jeszcze poczatkującej studentki.

Za chwilę gospodyni podała kawę, ale pozostała nadal w maseczce, podobnie jak Jan, zachowując się zgodnie z istniejącymi warunkami epidemicznymi. Pozostali nadal nierozpoznawalnymi, zamaskowanymi nieznajomymi, próbującymi ostrożnie dać się poznać w rozwijającej się rozmowie. Z wyglądu poznali się patrząc sobie tylko w oczy. Oczy starca spoglądały w pełne blasku oczy młodej dziewczyny. Poczęstunek kawą też był dostosowany do warunków epidemii. Gospodyni podała ją w małych kubkach i ze słomkową rurką. Gość był w pierwszym momencie zaskoczony, ale nie skomentował tego. Przez moment pomyślał tylko, że ten czas zarazy jest inny niż bywało w dawniejszych czasach, gdy spotykający się przypadkowo poznawali się potem o wiele bliżej, jak to było w Dekameronie opisane. Wtedy w czasach zarazy maseczek nie stosowano. Twarze i nawet jeszcze więcej, pozostało nie osłonięte, przebywali jakiś czas ze sobą i rozchodzili się, często zarażeni, nie wiedząc, że pożegnali się na zawsze. Teraz tu poznaję nieznajomą, chyba bardzo piękną i młodą, ale tak naprawdę, to pewno nigdy nie zobaczy jej pełnej urody. Po chwili milczenia odezwał się:

- Zanim spróbuję coś powiedzieć o tym jak oceniam pani prace, muszę przyznać, że w ten sposób kawy jeszcze nigdy nie piłem, bo jesteśmy trochę jak na balu maskowym, choć tam się zawsze na koniec maski zdejmowało. My tego jednak nie zrobimy teraz w czasie epidemii. Powiem coś o sobie, kim jestem, nim zechce pani wysłuchać jakie są moje wrażenia po zobaczeniu tego, co mi pani pokazała.

Jan potwierdził jej domniemanie, że jest plastykiem, czego się dziewczyna domyśliła widząc stołek plenerowy ze śladami zaschniętych plam po farbach artystycznych. Przyznał, że skończył studia na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie ponad sześćdziesiąt lat temu, uprawiał potem zawód operatora telewizyjnego i scenografa, ale bywało że też malował, czasami nawet z tego żył, choć kariery malarskiej nigdy nie próbował zrobić. Musi przyznać, że razem z żoną, też malarką z sukcesem przekonywali synów i wnuki do innych studiów niż artystyczne. Po co mieli by sobie sami malować obrazy, skoro mogą mieć tyle naszych już namalowanych? Dopiero od kilkudziesięciu ostatnich lat, taką samą pasją jak malowanie, stało się dla mnie fotografowanie. Przez długie lata chodził i podróżował wszędzie ze szkicownikiem i w nim wszystko utrwalał piórkiem. Student ASP posiadający podczas studiów aparat fotograficzny był bardzo rzadkim wyjątkiem. Dla starszego pana stało się fotografowanie znacznie wygodniejsze i szybciej uzyskuje teraz jakiś efekt, gdy cierpliwości na starość mniej.

Tę mini opowieść o sobie samym przerwało nagle wołanie z zewnątrz. Jakiś męski głos prosił panią Anię.

- To ja jestem Ania. Mój sąsiad obiecał mi zrobić zakupy. Przepraszam na chwilę, odbiorę je i zaraz wrócę.

Jan został przez chwilę sam, zobaczył na ścieżce przed ogródkiem młodego człowieka z rowerem, który trzymał niewielką torbę zakupami. Twarzy nie wiele było widać, bo przysłaniała ją i jemu maska. Ania wróciła po chwili z zakupami, ale jeszcze raz przeprosiła swego gościa, powiedziała, że musi zabrać torebkę z pieniędzmi by uregulować dług. W czasie tej szybkiej krzątaniny zawadziła o stojący oparty tyłem do ściany dość duży oprawiony obraz zdjęcie, który się przewrócił i odsłonił się na chwilę Janowi. Bez żadnej uwagi postawiła go na miejsce i wyszła. Jan w czasie jej nieobecności odwrócił szybko portret, półakt. Popatrzał nań i stwierdził, że to autoportret Ani. Poznał ją po znanych mu już sarnich oczach w stylu Audrey Hepburn i jej włosach. Zauważył jednak w tej części twarzy ukrywanej teraz pod maseczką jakiś nieznaczny defekt. Czy nieco retuszowany? Jakby blizna po okaleczeniu? Po chwili Ania wróciła i powiedziała, że ostatnio nocowała tu w ogródku. Nie chce sprawiać rodzicom kłopotu z zaopatrzeniem jej, sama wyskoczy do pobliskiego sklepu, lub też korzysta z uprzejmości sąsiada z ogródka obok. Radzi sobie tutaj doskonale, nikt jej nie przeszkadza, może swobodnie pracować. To taka jej wydłużona kwarantanna, zaskoczyły ją te restrykcje związane z zarazą, czy raczej panepidemią. Nie wie, kiedy znów wróci do Londynu. Tu czuje się dobrze, lepiej niż w mieszkaniu z rodzicami. Przyzwyczaiła się już do samodzielności w Anglii. Już raz przebywała tu w Polsce dłużej. Sporo czasu spędzała też tu w ogródku. Wtedy była to jesień, pora bujnego rozkwitu kwiatów i obrodzenia rozmaitych owoców. Było to po pierwszym roku studiów, po wypadku jakiemu uległa w Anglii. Miała skomplikowane złamanie prawego ramienia, jeszcze jakieś dodatkowe okaleczenia, o których się mówi, że do ślubu się wygoją, ale… ślubu już nie będzie. Ona z wypadku na motorze uszła z życiem, choć jej szkocki przyjaciel z uczelni zginął. Byli w drodze do jego rodziny w Szkocji. Tam miała spędzić wakacje po ukończonym pierwszym roku studiów. Z Glasgow ze szpitala zabrali ją rodzice samolotem. Na pogrzebie swego chłopaka nie była. Gdyby fizycznie podołała, to psychicznie była w głębokim dołku i temat tego wypadku był przez rok solidarnie przemilczany. Trwało to dość długo, nim odważyła się spróbować namalować ze zdjęć portret Andrew. Maluje go nadal, często wraca do tego, bo są to dla niej nie tyle usiłowania działania artystycznego, ale trwający bez końca dialog z Andrew, to stale zadawane mu pytanie dlaczego… Trudno jej teraz o tym mówić, cytować właśnie aktualny tytuł książki, Miłość w czasach zarazy. Po wypadku nie było przez dłuższy czas ani rysowania, ani malowania. Nauczyła się fotografowania jedną, lewą ręką. Ania obiecała mi, że jeśli uzna, że portret jej się uda, będzie z niego zadowolona, to może znajdzie się jakaś okazja i zobaczymy się jeszcze raz tutaj w ogródku, bym mógł rzucić okiem na to, co namalowała. Ten portret pozostanie tutaj, tu jest jego miejsce, tu go wymyśliła, tu się Andrew odrodzi w obrazie i pozostanie dla niej żywy. Może kiedyś stworzy sobie swój własny dom, ale wie, że ten portret pozostanie tu, gdzie musiała do siebie przywołać postać Andrew, by nadal pozostał z nią. Jej Andrew będzie tutaj. Ona na pewno nigdy nie pojedzie do Szkocji, gdzie spoczął.

Ania nie domyślała się, że Jan prócz jej oczu, poznał obraz jej całej twarzy, łącznie z częścią schowaną pod maską. Zobaczył ją w pełni swej intymności tak jak się sama sfotografowała. Jan zastanawiał się, czy ma prawo zachęcić ją, by prócz oglądanego bez jej zgody autoportretu fotograficznego spróbowała się także namalować, może mniej wiernie fotograficznie, a bardziej impresyjnie. By pokazać swą pełną uroku urodę bez chowania się pod maską noszoną chwilowo w czasie zarazy.

W maju 2020.

Wilk

Wilk


Niedługo po świętach Bożego Narodzenia w 1941 roku wychodziłem z sankami na wały przy ulicy Strzeleckiej niedaleko domu. My dzieci mieliśmy tu nasze góry, które pozostały po dawnej niemieckiej strzelnicy z pierwszej wojny światowej. Z tych usypanych wzniesień można było zjechać jakieś dwadzieścia metrów w dół.

Tego dnia, a było to wcześnie popołudniu, gdy któryś z kolegów zawołał mnie, że tam od lasu idzie twój tata i goni go wilk. Przeraziłem się i zacząłem wołać z górki do taty: wilk, wilk za tobą. W tamtych czasach często straszono nas wilkami, które pożerają dzieci. Tata mnie już pewno usłyszał, bo pomachał do mnie ręką i na chwilę przystanął. Groźny wilk okazał się wilczurem, który podbiegł do taty i zaczął mu się kłaść do nóg.

Gdy tata z psem się zbliżył, ten podszedł do mnie bardzo przyjaźnie i zaczął mnie obwąchiwać, ocierał się o mnie i poczułem że mnie polubił. Nie mieliśmy dotąd na podwórzu psa, bo mieszkaliśmy w wynajmowanym mieszkaniu u pp.J. a tam już królował bardzo zły kundel uwiązany na łańcuchu do swej budy. Nigdy dotąd Lotki nie pogłaskałem, bo zaraz groźnie szczerzyła zęby. Olbrzymi wilczur był przy tym kundlu okazem łagodności. Tata nie chciał go od razu do mieszkania wprowadzać, więc poszliśmy wpierw do drewnianej szopy gospodarczej, gdzie mieliśmy klatki z królikami. Lota nie zachowywała się tak groźnie jak zwykle, tylko stuliła pod siebie ogon, nawet nie zaszczekała, a tylko schowała się do budy wystawiając łeb, ale zębów nie pokazywała .Tata poszedł z wilczurem do szopy gdzie mu nakazał siedzieć i warować. Miał pilnować królików, a nie podchodzić do nich.

W mieszkaniu tata opowiedział nam, dlaczego nie wracał zwykłą drogą z pracy. Dziś miał służbę w oddziale szpitala na Józefowcu, blisko lasu i rzeki Rudy, niedaleko Kuźni. W drodze z pracy zobaczył przy samotnym i niezamieszkałym domu skamlącego przy bramie wejściowej dużego wychudzonego wilczura. Pies nie wykazywał żadnej agresji, był bardzo wycieńczony. Tata tego dnia nie zdążył zjeść w pracy drugiego śniadania, miał je przy sobie i nakarmił nim psa. Widać, że Wilczur liczył na więcej i poszedł za tatą do domu. Nie wiadomo, jak długo wilczur już czekał pod ogrodzeniem domostwa. Tata wiedział, że tam teraz nikt nie mieszka, bo Niemcy wysiedlili mieszkańców. Znajomy taty hodował rasowe wilczury, które służyły jeszcze przed wojną w policji. Niemcy zabrali stamtąd już na początku roku 1940 wszystkie młode tresowane wilczury nadające się do służby policyjnej, czy w wojsku. Tata zauważył, że pies ma specjalną obrożę z niemieckimi wojskowymi oznaczeniami. Zdjął ją psu i wrzucił do rzeki. Tata domyślał się, że pies zdezerterował z niemieckiej służby gdzieś na froncie wschodnim i jakimś cudem dotarł do Rybnika, do swego domu. Widocznie jego dotychczasowy niemiecki opiekun poległ na froncie w Rosji i pies poczuł się już zwolniony ze służby wojskowej. Na pewno była to długa i uciążliwa wędrówka w rodzinne strony, która go bardzo wyczerpała. Wrócił, ale nie było już jego dawnego właściciela i opiekuna. Tata postanowił psa wykarmić, dać mu wypocząć, a potem komuś przekazać. Nasi gospodarze zgodzili się na to, że przytrzymamy go przez jakiś czas u nas, tym bardziej, że tak agresywna Lota stała się teraz bardzo potulna, widząc dużego rywala biegającego na wolności. Wilk nie zwracał na kundla prawie w ogóle uwagi. Raz tylko zauważyłem, jak na samym początku stanął przed Lotą schowaną w budzie i pokazał jej swoje zęby.

Wielkiego spokoju wilczur nie zaznawał z nami, bo z młodszym bratem wymyśliliśmy, że nazwiemy go po prostu Wilkiem. Myśleliśmy, że będzie nam służył jako pies pociągowy do sanek. Udało mi się jakąś uprząż przygotować i nasz Wilk stanął w zaprzęgu. Usiadłem jako pierwszy na sanki. Zabrałem z sobą dwa krótkie kijki i wspomagałem ciągnącego wilka. Szybko doszedłem do wniosku że jeden pies do sanek to jednak za mało. Wiedziałem już z lektur, że psów w zaprzęgu Eskimosów bywa kilka, a poganiacze nie cały czas siedzą na saniach, tylko też biegną, od czasu do czasu przycupną na chwilę na płozach. Mnie się to na ogół nie udawało, puste sanki się często wywracały i pies z sankami był szybszy ode mnie, tak że nigdy nie zdołałem przycupnąć. Najlepiej wychodziły zjazdy z naszej górki. Ja siedziałem na sankach, a na dość długiej lince biegł przed sankami pies. To bardzo imponowało moim kolegom i musiałem pozwolić każdemu z nich zjechać na saniach z psem. Gdy ktoś się przewrócił i spadł z sanek, to Wilk zaraz przybiegał z pustymi sankami na górę.

Te zabawy z Wilkiem nie trwały długo, bo pies był już wykarmiony, czuł się znowu silny i niestety musiał nas opuścić. Zabrał go znajomy naszego wujka z innej miejscowości. Na front nasz Wilk już nigdy nie wrócił, choć był rasowym owczarkiem niemieckim. Służył teraz bardzo inteligentnie swemu nowemu panu, został przewodnikiem niewidomego.

Katowice, 30.12.2009

Wiolonczela

Wiolonczela


Marzyłem o tym, aby jeszcze raz spojrzeć na rozległy krajobraz z wieży bazyliki w mej rodzinnej miejscowości, w Rybniku. Łudziłem się, że może tak jak kiedyś, zobaczę daleki krajobraz aż po Beskidy i Sudety. Jako chłopiec byłem tam wysoko na wieży, gdzie w ostatnim czasie oddano do użytku taras widokowy. Wtedy wspinałem się po drabinach. Teraz wchodzi się po wygodnych schodach. Okazało się jednak, że po przekroczeniu osiemdziesiątki, wejście na 20. piętro, to już chyba za wysoko, byłoby zbyt trudnym do pokonania wysiłkiem. Próbowałem powoli wchodzić na górę, ale po kilkunastu stopniach byłem potwornie zmęczony, bałem się ryzykować, więc zatrzymałem się na chórze. Zobaczyłem że są tam krzesła i usiadłem w zaciemnionym kącie za organami. Bardzo szybko zapadłem w drzemkę i na pewno spałem głębokim snem po zmęczeniu nieudaną wspinaczką.


Ze snu obudziła mnie muzyka. Była to doskonale znana mi melodia, utwór, który też grałem na wiolonczeli: Ave Maria Franciszka Schuberta. Nie było to jakieś znakomite koncertowe wykonanie. Ktoś grał tak jak potrafił, tyle że dźwięk niosło donośnie z dużym pogłosem pod całym sklepieniem kościoła. Wstałem z krzesła, które w tym momencie głośno zaskrzypiało i dźwięk wiolonczeli się urwał. Zobaczyłem na środku chóru starszego człowieka, który zakładał okulary i zaczął się rozglądać za sprawcą szmeru. Wyszedłem z cienia i podszedłem do wiolonczelisty. Spróbowałem nawiązać z nim kontakt i powiedziałem, że też dawno temu grałem ten utwór Schuberta na wiolonczeli.



Nim tego dnia usłyszałem to granie w kościele, rzadko myślałem o swoim grze na tym instrumencie. Miałem chyba dziesięć lat, gdy tata postanowił uczyć mnie gry na cello jak się wtedy u nas instrument nazywało. Powiedział do mnie, masz już odpowiednie ręce, możesz zaprzestać ćwiczeń na skrzypcach i zaczniemy naukę gry na cello. Bardzo mi to zaimponowało, bo dotąd nie słyszałem o żadnym koledze, by uczył się gry na tym instrumencie. Barwa dźwięku tego instrumentu odpowiadała mi bardziej niż ten moich skrzypiących skrzypiec. Wiolonczela przypominała mi głos mamy, gdy śpiewała Ave Maria, które tata czasem wykonał na wiolonczeli.

Przekonałem się dość szybko, że wcale nie jest łatwiej grać na tym instrumencie, choć początkowo mi się wydawało, że tak będzie, bo na siedząco jakoś wygodniej. Często uciekałem od zadanych ćwiczeń z do nauki gry, a wolałem wykonać jakieś znane mi melodie, nawet ówczesne przeboje. Czasem tata znalazł coś łatwego, proste rzeczy Corelliego, Bassana. Były to ostatnio zakupione przez tatę nuty na tercet, dwoje skrzypiec i wiolonczelę. Trzeciego głosu jeszcze nie było, mój brat Bolek ćwiczył teraz pilnie na moich skrzypcach, więc my z tatą stanowiliśmy tymczasem duet. Wspólne granie było jakieś inne, można było się cieszyć jakąś większą harmonią, choć często nieźle fałszowałem. Taty absolutny słuch potrafił mnie czasem całkowicie zniechęcić do muzykowania w ogóle. Praktykowałem wtedy to niemieckie przysłowie: Ubung macht den Meister. W czasach szkolnych graliśmy często z kolegami u Bernarda B. w domu, gdzie było pianino na którym grał Bernard. Było kilku skrzypków, moja wiolonczela, pianino, a czasem akordeon z Jankiem Szyrockim, jedynym z nas, który choć skończył najpierw studia politechniczne, zrobił karierę muzyczną. Po pierwszych studiach politechnicznych kształcił się jeszcze w Akademii Muzycznej i sam został profesorem w dziedzinie muzyki chóralnej. Był twórcą słynnego chóru Politechniki Szczecińskiej, który prowadził od czasu studiów przez parę dziesięcioleci. Koncertowali na całym świecie aż do jego śmierci w 2003 roku. Mieliśmy wtedy duży wybór nut, kompozytorów klasycznych i późniejszych aż do Griega. Były też występy w nieco większym składzie na imprezach szkolnych w gimnazjum. Orkiestrę prowadził ks. Antoni Gasz, którego jako katechetę usunięto ze szkoły w czasach stalinowskich, a zespół poprowadził odtąd kolega Bernard B., późniejszy lekarz. Potem gdy przeszedłem do klasy maturalnej w „handlówce” grałem w tamtejszej dużej orkiestrze z chórem i mieliśmy występy w katowickim radiu. Początkiem wspólnego grania było jednak nasze rodzinne wyćwiczenie wiązanki fragmentów utworów Mozarta z tatą i Bolkiem. Młodsi bracia już do nas nie dołączyli, choć też próbowali nauki gry na skrzypcach. Większego zespołu rodzinnego nie udało się tacie skompletować. Gdy po latach zastanawiałem się dlaczego nie zdecydowałem się zostać muzykiem, doszedłem do wniosku, że tata bardzo wcześnie obudził moje zainteresowanie dla muzyki, sam był dobrym muzykiem, choć amatorem, ale marnym pedagogiem. Pokochałem muzykę, cieszyło mnie zwłaszcza wspólne granie, ale zbyt łatwo odciągały mnie nie tyle od muzyki, a od regularnego grania zainteresowania plastyczne, ale też i literackie. Studiów polonistycznych nie brałem pod uwagę mimo zachęty nauczycieli, ale dziennikarskie tak.

Ostatecznie wybrałem jednak po maturze kierunek architektury wnętrz w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu, skąd się jednak przeniosłem na drugi rok malarstwa do ASP w Krakowie. Odtąd zaniechałem już całkowicie grania na wiolonczeli. Zaproponowałem tacie, by sprzedał instrument i kupił mamie pralkę. Zamiast wiolonczeli, była odtąd w domu „Frania”, która ułatwiała mamie pranie.


Spotkany w kościele wiolonczelista był osobą w podobnym wieku, może trochę młodszy. Opowiedział mi w słabej polszczyźnie o powodzie swego grania w tutejszym kościele. Przyjechał parę dni temu z Niemiec, bo jego najmłodsza wnuczka bierze tu jutro ślub. Prosiła dziadka, aby zagrał podczas uroczystości Ave Maria. Właściwie, to nie jest muzykiem, na wiolonczeli zaczął ponownie grać od niedawna, potem gdy na emeryturze przypomniał sobie czasy, jak w dzieciństwie ćwiczył pilnie na tym instrumencie. Było to tutaj w Rybniku, brał prywatne lekcje i trwało to, dopóty w styczniu 1945 roku nie zostali ewakuowani do Niemiec. Był sam z matką, bo jego ojciec zaginął w 1941 na froncie wschodnim. Miał wtedy pod koniec wojny zaledwie 12 lat. Jego wiolonczela była zbyt dużym bagażem i została w ich dawnym mieszkaniu. Był to wartościowy instrument, jego matka pisała po wojnie do sąsiadów, czy im czegoś nie wiadomo na temat tego instrumentu, że go chętnie odkupią. Niestety, wiolonczela nie zachowała się, bo w ich opuszczonym mieszkaniu urządzili sobie kwaterę Rosjanie i instrument służył im jako tarcza strzelnicza. Był w swym twardym futerale, który przypominał sylwetkę ludzką i strzelali do niego, gdy sobie popili.


Ich szlak ewakuacyjny skończył się w okolicach Drezna, na terenie późniejszego NRD. Nastały trudne czasy powojenne, jego matka ciężko pracowała, a że była ich trójka dzieci, nigdy już nie była w stanie kupić innego instrumentu dla syna. Uczył się dobrze i po szkole średniej ukończył studia architektoniczne. Zaczął nieźle zarabiać, myślał o kupnie wiolonczeli, aby jeszcze raz spróbować nauki gry na tym instrumencie, choć wiedział, że już za późno, by zostać muzykiem. Bardzo pokochał w dzieciństwie grę na wiolonczeli, tęsknił za graniem na niej. Musiało mu wystarczyć bywanie na znakomitych koncertach Leipziger Gewandhaus. Chodził na każdy solowy koncert wiolonczelowy. Po upadku NRD pracował jeszcze jakiś czas w zachodniej części Niemiec, świetnie tam zarabiał i okazyjnie nabył dość dobry instrument. Na emeryturze zaczął sam ćwiczyć, przypominał sobie to wszystko, czego go uczono przed laty. Wiedział, że to co robi, pozostanie wyłącznie graniem dla własnej przyjemności. Nigdy nie myślał o tym, że zagra kiedykolwiek publicznie, a zwłaszcza w mieście jego dzieciństwa, w Rybniku. Jeden z jego synów poznał na wakacjach w Polsce dziewczynę z Rybnika. Młodzi się pobrali i zamieszkali w mieście jego dzieciństwa. On odwiedzał ich czasami, przyjeżdżał też zobaczyć wnuczkę, która się urodziła, ale nigdy już nie pomyślał, by przenieść się tu, do syna i synowej. Podczas jego pierwszego przyjazdu do Rybnika odwiedził od razu ich dawnych sąsiadów. Znajoma jego matki jeszcze żyła i przypomniała sobie, że te resztki postrzelanego futerału z wiolonczelą pozostały w komórce na wspólnym strychu. Tkwiły tam dotąd, bo wszyscy uważali to za coś niepraktycznego i nikomu się ten zniszczony futerał nie przydał. Spakował połamane resztki wiolonczeli do walizki i zabrał ze sobą do domu, do Niemiec. Jako architekt wykonywał często makiety swych projektów i miał dużą wprawę jako modelator. Wpadł na pomysł, by z resztek postrzelanej i połamanej wiolonczeli wykonać coś w rodzaju obrazu, płaskorzeźby. Zatytułował to „Partita po rozstrzelaniu”. Tytuł ten wydawał mu się uzasadniony, bo wiele części wiolonczeli było wyraźnie podziurawionych kulami pepeszy. To plastyczne dzieło zawiesił u siebie w pokoju. Może częste patrzenie na nie skłoniło go, by spróbować gry na instrumencie z czasu dzieciństwa. Teraz za namową biorącej ślub wnuczki, ćwiczył usilnie przed swym pierwszym i chyba jedynym występem w życiu. Mówił, że ma straszną tremę, która paraliżuje jego granie. Powiedziałem mu, że brzmiało to wspaniale, co przed chwilą usłyszałem i stwierdziłem, że sam nigdy nie odważyłbym się tak jak on jeszcze raz opanować tę trudną grę na wiolonczeli. Korciło mnie przez moment, aby go poprosić o pozwolenie zagrania, czy może tylko spróbowania wydobycia kilku dźwięków. Zaniechałem tego, bo uświadomiłem sobie, że to jak w tym przysłowiu: nie wejdzie się drugi raz do tej samej rzeki. Zbyt wiele czasu upłynęło od momentu, gdy miałem w ręce wiolonczelę.


K-ce, styczeń 2013

Zagubione marzenia

Zagubione marzenia


Kolejny dzień trwała już podróż statkiem. Wycieczkowiec znajdował się na północ od Hammerfest. Tu za kręgiem polarnym nastały teraz białe noce. Słońce w ogóle nie zachodziło, ciągle dzień trwał, ale czas się nie zatrzymał. Starszy szpakowaty pan zwracał uwagę na pewną panią w jego wieku. Była ubrana ze skromną elegancją. Wydawała mu się znajoma i zauważył, że ona też mu się ukradkiem przygląda. Dotąd nie zamienili ze sobą ani słowa. Widywali się często na dość ograniczonej przestrzeni statku, ale zawsze z pewnej odległości. Wydawało mu się, że otaczała się Niemcami, nie słyszał jednak gdy rozmawiała. Czy jest Niemką? Może była podobna do kogoś, kogo znał przed laty? Na pewno musiało to być bardzo dawno, bo nie pamiętał o kogo mogłoby chodzić.

Nastała kolejna biała noc, ciągle nie potrafił zasnąć, choć już było dawno po północy. Wyszedł na górny pokład i stanął by patrzeć na słońce, które wydawało się, jakby za chwilę miało się schować za wodnym horyzontem, ale przesuwało się nadal nad oceanem, prawie na tej samej wysokości. Nie zauważył, gdy od tyłu podeszła owa starsza pani i stanęła obok niego. Po chwili odezwała się z trochę obcym akcentem: Jestem Teresa L. Po wojnie chodziliśmy do tej samej klasy gimnazjalnej w mieście R. Nie zwracałeś na mnie uwagi, choć dawałam ci do zrozumienia, że szukam twej bliskości. Był moment, kiedy wydawało mi się, że się we mnie podkochiwałeś. Czułam się potem przez ciebie zlekceważona, choć nie miałem do tego prawa. Rozmawialiśmy mało ze sobą, byliśmy dość nieśmiali i niczego sobie nie wyznaliśmy. Bardzo przeżywałam to, gdy widziałam, jak coraz bardziej interesowałeś się moją przyjaciółką, której zwierzałam się z moich uczuć. Odtąd ciągle zagadywała cię o coś, starała się ciebie zainteresować swoją osobą. Obraziłam się na nią i przestałam się z nią przyjaźnić. Zawiodłam się na niej, bardziej niż na tobie. Mocno przeżyłam swą porażkę odrzuconej dziewczyny. Zamknęłam się w sobie. Pochodziłam z rodziny głęboko wierzącej i praktykującej. Przekonałam rodziców o zmianie gimnazjum, że chcę pójść do klasztornej szkoły. Od nowego roku szkolnego przeniosłam się i za jakiś czas wstąpiłam do nowicjatu. Zostałam mniszką w klasztorze kontemplacyjnym o dość ostrej regule. Moje głębokie przekonania religijne i wpojona w domu wiara spowodowały, że wybrałam życie z dala od świata. Tamte dawne uczucia przestały być młodzieńczymi rozczarowaniami, stały się na zawsze zagubionymi marzeniami.

Po jakimś czasie przeniesiono mnie do klasztoru na terenie Austrii. Szybko poznałam język niemiecki i potem przeniesiono mnie do klasztoru o mniej surowej regule we Wiedniu. Powoli zakonne życie kontemplacyjne przestało mi wystarczać, bo poza szukaniem bliskości z Bogiem, chciałam dać coś z siebie bliźnim, ludziom dokoła. Udało mi się po trudnych staraniach podjąć studia medyczne, by po ich ukończeniu rozpocząć pracę na misji. Wylądowałam w zakonnej placówce szpitalnej w Afryce wschodniej, skąd mogłam spoglądać na górę Kilimandżaro.



Wszystko z czym stykałam się w Afryce, bieda, nędza i choroby zbliżało mnie coraz bardziej do ludzi, a oddalało z każdym dniem od kontemplacyjnego życia zakonnego i w jakimś sensie od Boga, takiego jak go do tej pory poznawałam. Specjalizowałam się w chorobach zakaźnych. Za jakiś czas zaproponowano mi wyjazd na pobyt studyjny w amerykańskiej klinice w Bostonie, gdzie znajdowała się też placówka mojego zakonu. Mogłam tam nadal utrzymywać ścisły kontakt z zakonem, doskonalić swą wiedzę lekarską i prowadzić badania medyczne. Był to okres gdy HIV zaczął się coraz gwałtowniej szerzyć na czarnym lądzie. Miałam już dość rozległą praktykę poprzez kontakty z tymi chorymi. Dotąd rzadko myślałam o tym, jaką drogę przeszłam od naszego gimnazjum poprzez pobyt w zakonie, o mych studiach medycznych aż do swego afrykańskiego etapu i obecnego w stanach. Pobyt w klinice w Bostonie miał trwać zaledwie kilka miesięcy. Wydłużył się jednak do kilku lat. Tam w instytucie współpracowałam z profesorem pochodzącym z Niemiec przy badaniach nad lekami na HIV. Był to znacznie starszy ode mnie człowiek, samotny, całkowicie oddany tym badaniom.

Moje związki z zakonem stawały się wtedy coraz luźniejsze. Mimo spędzania większości czasu z profesorem, w tym i wielu nocy w klinice, nie doszło między nami do jakiegoś uczuciowego zbliżenia. Ciągle chodziłam w habicie, pozostałam nadal siostrą zakonną. Może to było bardziej z przyzwyczajenia. Mniej rozmyślałam o Bogu, o swym zbawieniu, a bardziej pochłaniała mnie medycyna. Chciałam nieść pomoc ludziom i myślałam głównie o tym.

Tu jego na nowo odkryta dawna znajoma zakończyła swoją opowieść, tamta kiedyś bliska mu dziewczyna. Widać było, że jest zmęczona i powiedziała, że chyba powinni jednak choć na trochę spróbować zasnąć przed śniadaniem. Mogą przecież siadać razem przy stole? Będą mogli kontynuować swoje życiowe wspomnienia. Mężczyzna przystał na to bardzo chętnie, bo czuł się nie tylko senny, ale też dlatego, bo jej opowiadanie wywołało u niego spore zamieszanie, został nagle przeniesiony w odległą przeszłość, gdzie także jego marzenia uległy zagubieniu.

Później dowiedział się, że w Ameryce spotkała w szpitalu innego mężczyznę o jego nazwisku i przypomniała sobie o swoich uczuciach z czasów szkolnych. Prosiła koleżankę w Polsce o wyszukanie jego adresu, ale był on chyba niewłaściwy, bo list wrócił z adnotacją „adresat nieznany.”

W PRL-u często nie dostarczano listów z „zachodu” dla samej zasady i zwracano je nadawcy. Napisała wtedy zaledwie kilka słów. Tu w szpitalu i tam w Afryce, jej życie zaczęło się jednak zmieniać, ale traktowała to jako służbę Bogu poprzez oddanie się pracy dla cierpiących bliźnich. Profesor w Bostonie zaczął poważnie chorować. Zaraził się w czasie prac badawczych. Zbliżyła ją do niego nie tylko wspólna praca naukowa, ale także opieka nad nim, której wymagał stan jego zdrowia. Musiał przerwać pracę, by udać się na kurację. Nie chciał pozostać w USA, wolał wrócić do Niemiec i tam kontynuować leczenie. Postanowiła jako zakonnica, siostra Maria towarzyszyć mu w podróży i opiekować się nim. Zrobiła to bez zgody zakonu. Profesor miał swoją willę w Heidelbergu, gdzie zamieszkali. Tu rozpoczynał swoją karierę naukową na wydziale medycznym. Nagły impuls spowodował, że zrzuciła habit zakonny i stała się osobą świecką. To było nieformalne wystąpienie z zakonu. Nie zwracała się jednak do Watykanu o unieważnienie ślubów zakonnych. Profesor poprosił ją, by została jego żoną. Mogli wziąć tylko ślub cywilny, co uczynili. Jako żona, pokochała go na swój sposób, może bardziej jako najbliższego bliźniego, ale łoża z nim nigdy nie dzieliła. W tym sensie pozostała nadal zakonnicą. Jej mąż żył jeszcze jakiś czas, ale jego śmierć bardzo ją dotknęła. Był pierwszym mężczyzną z którym spędzała tyle czasu razem, przeżywała dobre i złe chwile przy wspólnej pracy i potem dużo trudnych dni w czasie jego choroby. Nie prowadziła już praktyki, utraciła uprawnienia lekarskie i stanęła wkrótce przed wielką próżnią. Nigdy dotąd nie zajmowała się ekonomiczną stroną swego życia. Adwokat profesora, jego dawny przyjaciel pomógł jej załatwić formalności z uzyskaniem dość wysokiej wdowiej renty profesorskiej. Dowiedziała się przy okazji, że mąż pozostawił po sobie spory majątek, który teraz ona dziedziczy. Były to udziały z tytułu prac badawczych i gromadzone od lat honoraria. Słowem okazało się, że stała się osobą bardzo majętną. Postanowiła utworzyć fundację i ustanowiła coroczne stypendia dla afrykańskich studentów. Wspomagała w Polsce dom sierot niedaleko jej dawnego miejsca zamieszkania. Od czasu do czasu wybierała się na jakąś wycieczkę, jak na tę w rejon arktyczny. Ciepłe egzotyczne kraje jej nie pociągały, bo spędziła dosyć czasu w gorącej Afryce. Wolała chłody północy. Tu odnajdywała spokój i wyciszenie. Pytał, czy nie chce wrócić do Polski. Nie, bo nie ma tam już nikogo z bliskiej rodziny, a w jej stronach potępia się księży i zakonnice występujące ze stanu duchownego. Sprzedała ten wielki dom w Heidelbergu i przeprowadziła się do Berlina, gdzie mieszka w małym i skromnym domku na peryferiach miasta. Jest tam bliżej Polski i bliżej każdego miejsca na świecie. Dużo podróżuje, ma niewielu przyjaciół, spotyka się z nimi bardzo rzadko, utrzymuje raczej kontakt poprzez internet. Jest samotna, ale nie czuje się nieszczęśliwa. Dawno temu miała marzenia, ale je powoli pogubiła na swej długiej drodze. Życie miała wypełnione rytuałem zakonnym, potem medycyną, pracą naukową i opieką nad profesorem, późniejszym mężem. Teraz ma sporo czasu na wspomnienia. O przyszłości myśli mało, najchętniej tkwi w przeszłości, próbuje sobie przypomnieć kolegów , przyjaciół z czasów szkolnych, ale nie ma już z nimi kontaktu, bo tak wielu odeszło już na zawsze, lub rozpierzchli się po świecie. Teraz spotkała jego, ale nic o nim nie wie, właściwie to nie powinna się niczego o nim dowiadywać. Coś ich rozdzieliło już przed laty. Najbardziej czas. Dawniej powiedziałaby, Bóg tak chciał. Ich statek wycieczkowy wracał znów na południe, zmierzali do Bergen, gdzie on kończył swoją podróż, a ona miała płynąć dalej, aż do Lubeki, by stamtąd pojechać pociągiem do siebie, do Berlina. Namawiała go, by przedłużył wycieczkę i potem odwiedził ją u niej w Berlinie. Nie stanowi to dla niej żadnego problemu, by przedłużyć jego wycieczkę. Domyślała się, że on dysponuje bardziej ograniczonymi środkami niż ona. Z jego relacji wynikało, że prowadzi raczej skromne życie, a udział w wycieczce zawdzięcza swemu bratu mieszkającemu w USA, w Chicago. Dawniej w PRL-u nie podróżowali z żoną na zachód, byli tylko kilka razy na wczasach w Bułgarii i na Węgrzech. Jego żona uwielbiała opalanie się, ale to stało się jej zgubą, bo zachorowała na raka skóry, na czerniaka, zbyt późno zdiagnozowanego. Szybko nastąpiły przerzuty, leczenie nie pomogło i wkrótce zmarła. Przed maturą myślał o studiach na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, wykazywał duże zdolności plastyczne, nawet wysłał swe prace przed egzaminami na akademię, został dopuszczony, ale ostatecznie nie stanął do nich i w ostatniej chwili zdał na Politechnice na architekturę, podobnie jak wcześniej jego starszy brat. Już na pierwszym roku zaprzyjaźnił się z sympatyczną i urodziwą koleżanką. Po roku zostali kochającą się parą. Kraków sprzyjał ich miłości, wspólnie odkrywali, podziwiali i rysowali fragmenty architektury i różne malownicze zaułki, które swym urokiem ujęły przyszłych architektów. Pod koniec studiów pobrali się. Opowiadał potem o ich pracy po studiach, co projektowali, jak wędrowali po Polsce, ciągle mieszkając trochę tu, to znowu tam, gdzie akurat prowadzili pracę. Dzieci nie mieli. W wieku zaledwie czterdziestu lat został wdowcem. Jego świat się załamał, przez długi czas nie był zdolny pracować jako architekt, bo bez niej nie wyobrażał sobie zaprojektowania czegokolwiek. Właściwie to odszedł od zawodu projektanta. Dawniej, poza malowaniem i rysowaniem, pociągała go rzeźba w drewnie. Wyjechał na Podhale, potem w Bieszczady, gdzie przebywał pośród drwali, często prawdziwych artystów snycerki góralskiej, od których się wiele uczył. Stawał się jak oni znakomitym rzemieślnikiem. Przypadkowo spotkał w Bieszczadach kolegę ze studiów, który zajął się konserwacją architektury drewnianej. Przebywał teraz w NRD, gdzie pracuje jako konserwator zabytków. Potrzebują tam naszych fachowców, bo polscy konserwatorzy uzyskali dużą renomę. Pracy jest dość, a nawet można lepiej niż w kraju zarobić. Może spróbuje? Coś o konserwacji zabytków wie przecież ze studiów, a ma na dodatek także duże umiejętności w dziedzinie rzemiosła artystycznego. Kolega pomógł mu bardzo szybko załatwić formalności w dyrekcji w Warszawie i niedługo wyruszyli razem do NRD. Znał na dodatek doskonale język niemiecki i szybko uzyskał status dobrego fachowca. Wiodło mu się tam nieźle. Do Polski jeździł dwa razy w roku, na rocznicę śmierci żony i na Wszystkich Świętych. To były podróże do grobu jego żony. Wtedy wracała przeszłość, jego zagubione marzenia. W czasie kolejnej podróży samochodem do Polski na rok przed emeryturą, wyruszył pod koniec października. Wyjechał z Erfurtu przy ładnej jesiennej pogodzie. Potem nocą nastąpiło jej załamanie. Był już po polskiej stronie, siąpiło, było mglisto, a on na dodatek już bardzo senny. Ostatnia rzecz jaką zapamiętał, był wielki huk i rozbłysk. Potem ostry ból, był jakby we śnie i długo nie wiedział gdzie jest. Wołał bez słów żonę, bo myślał ze jest teraz z nią. Lekarzom udało się go po dłuższym czasie wybudzić ze śpiączki i wtedy dowiedział się co się wydarzyło. Dalszego ciągu swej historii nie zdążył jej opowiedzieć.

Wcześnie rano, w dniu w którym mieli przybić do portu w Bergen i się pożegnać, była na porannym spacerze. Gdy przechodziła koło kaplicy, postanowiła do niej wstąpić. Właściwie, to dotąd nie uczęszczała ani razu w nabożeństwie na statku. Nie odczuwała już takiej potrzeby. Jakiś impuls kazał jej otworzyć drzwi i weszła. W cichej mszy uczestniczyło zaledwie kilka osób. Przy skromnym ołtarzu, bo kaplica była ekumeniczna, ksiądz celebrował mszę. Był pochylony, jego twarz była niewidoczna. W pewnym momencie podniósł głowę w górę i ręce z kielichem. Zobaczyła jego twarz. To było on. Chyba jej nie spostrzegł. Był inny, jakiś przemieniony, czy może natchniony. Błyskawicznie opuściła kaplicę, poszła do kabiny, zaczęła się pospiesznie pakować i załatwiła formalności związane z wcześniejszym opuszczeniem statku niż miała to zaplanowane. Odleciała bez pożegnania samolotem do Niemiec.

On postanowił, że dziś przy śniadaniu opowie jej dalszy ciąg swego życia, jak doszło do tego, że wstąpił do zakonu i studiował teologię. Obecnie jest kapłanem w hospicjum, ma tam obowiązki, ale też ciągle nowych przyjaciół, których przeprowadza na drugą stronę rzeki życia. Nie zdążył jej tego opowiedzieć. Dotąd mówili tylko o zagubionych marzeniach. Chciał jej wytłumaczyć, że są i takie, które można odnaleźć.

Po roku dostał od niej krótki list. Tym razem poczta odnalazła go bez trudu, dochodziła teraz z zachodu bez problemów. Ona przebywa znów w zakonie, jeszcze nie jest powtórnie zakonnicą, ale ma nadzieję, że wszystko zostanie uregulowane i zostanie nią na zawsze. Czuje się tam dobrze. Dzięki niemu odnalazła siebie, a może nawet swe marzenia.

W jego hospicjum nie brakowało od jakiegoś czasu chorym niczego. Z pewnej fundacji w Niemczech zaczęły wpływać znaczne sumy pieniężne.



Katowice, 20.07.2014.

Święto 11. listopada dawno temu

Dawno temu w Listopadowe święto



W 1938 roku zacząłem naukę w pierwszej klasie Szkoły Powszechnej imienia Józefa Piłsudzkiego w Rybniku. Nazywaliśmy ja NOWĄ SZKOŁĄ, bo była naprawdę nowa, rok wcześniej zbudowana i wspaniała. Nim zacząłem uczęszczać do pierwszej klasy, potrafiłem już czytać i zdążyłem poznać wszystkie czytanki z ELEMENTARZA FALSKIEGO. Była tam czytanka o 11 listopada, o Święcie Niepodległości i ułanach. O szwoleżerach sobie nie przypominam, bo to chyba za trudne słowo dla pierwszoklasistów.

Na tydzień przed świętem nasz nauczyciel, pan M. wyznaczył mnie do deklamacji wiersza p.t. Marszałek Śmigły – Rydz na uroczystej akademii szkolnej. Wiersza miałem się uczyć ze starszą koleżanką z 8 klasy. Dla mnie była ona już jakby dorosłą osobą. Na ogół dzieci w pierwszej klasie nie czytają na tyle biegle, żeby nauczyć się długiego wiersza, a te o marszałkach bywają szczególnie trudne. Koleżanka Jadzia A. zorientowała się, że radzę sobie doskonałe z czytaniem, więc mi tylko bardzo wyraźnie przepisała wiersz i kazała go samemu po lekcjach czytać i powtarzać w czasie jej obecności. Gdy się w pustej klasie uczyliśmy, przychodził do niej jej kolega. Podczas gdy ja głośno czytałem, oni całowali się ukradkiem w kącie klasy. Nie patrzałem zbyt dokładnie w tekst, tylko zerkałem na nich i chyba się niezbyt uważnie uczyłem tego wiersza. Wszyscy w szkole wiedzieli, że są parą, z czym się wcale nie kryli, tak jak teraz tu przede mną. Wtedy i ja się też podkochiwałem w koleżance z klasy, która miała na imię Wisia. Oczywiście ona o tym nie wiedziała, a ja o pocałowaniu jej nawet nie pomyślałem. Obserwując starszą koleżankę i kolegę, naszła mnie myśl, abym i ja spróbował Wisię pocałować. Powtarzałem ten wiersz bardzo mechanicznie, bo podglądanie mnie bardziej zajmowało, niż wierszowana pochwała marszałka.

Nadszedł dzień uroczystej akademii szkolnej. Zaraz na wstępie chór szkolny zaśpiewał pieśń LEGIONY TO ŻOŁNIERSKA NUTA, a potem ja ponaglany przez mojego pana wszedłem na środek sceny, aby wygłosić wiersz o marszałku. Ukłoniłem się i zobaczyłem, że w pierwszym rzędzie siedzi Wisia ze swoim tatą, kapitanem z 2. batalionu 75 dywizji Wojska Polskiego stacjonującego wówczas w Rybniku. Wisia znaczyła widocznie dla mnie tak wiele, że zapamiętałem do dziś kim był jej tato. To nie wpływało na mnie mobilizująco, a wręcz odwrotnie. Od czasu uczenia się wiersza, ciągle myślałem o tym, abym i ja mógł Wisię pocałować. Patrząc ze sceny na Wisię, zapomniałem wszystkiego o marszałku, gdy widziałem obok taty kapitana cudną Wisię. Zaciąłem się w połowie wiersza i utkwiłem w długim milczeniu. Mimo podpowiedzi koleżanki A. niczego z siebie już nie wydusiłem. Po skróconej pochwale marszałka musiałem ponaglany oklaskami zejść ze sceny. Przeżyłem wielki wstyd i moje afekty do Wisi zostały tym wydarzeniem mocno przytłumione.

Do klasy drugiej już z Wisią nie poszedłem, bo niespełna po roku nadszedł 1. września 1939 roku i wojsko pod dowództwem jej taty nazbyt szybko opuściło Rybnik. Wisia tuż przed wybuchem wojny wyjechała gdzieś dalej od granicy, gdzie miało być bezpieczniej. Już jej nigdy więcej nie zobaczyłem. Za to widywałem teraz tę starszą koleżankę, już nie Jadzię, a teraz Hedi A. w nowej roli. Od początku wojny paradowała na niemieckich manifestacjach w mundurku Bund Deutscher Maedel. Widocznie dlatego nie przywiązywała wcześniej większego znaczenia temu, aby młodszy kolega nauczył się dobrze wiersza o swoim polskim marszałku. Zaś kolegi, z którym się tak namiętnie całowała, nie zobaczyłem z nią więcej. Może dlatego, że on maszerował przed wojną w mundurku harcerskim na czele pochodu w Dniu Trzecim Maja. Już się nigdy w Rybniku nie pojawił, podobnie jak ona po zakończeniu wojny, ale z innej przyczyny .

10.listopada 2007