opowiadania · bajki · wspomnienia · historyjki
15 minut
To było już kilka dni po ostatnich urodzinach, tych dziewięćdziesiątych pierwszych. Obudziłem się rano później niż zwykle. Nastał kolejny przyjemny wiosenny dzień, już świeciło słońce. Po dzisiejszej nocy byłem mniej wypoczęty, czułem się połamany i zastanawiałem się, którą nogą wpierw wstać. Musiałem się wesprzeć rękami, ale prawa dłoń była zdrętwiała. Poczułem w niej delikatne mrowienie, miało to swoją nazwę, ale teraz nie potrafiłem sobie tego określenia przypomnieć od razu. Postanowiłem by za chwilę zapytać w GOOGLE. Coraz częściej szukam tam słów jeszcze niedawno doskonale znanych, a teraz rozpierzchłych gdzieś dokoła. Niektóre wracały po chwili same, często z opóźnieniem i były potem już mniej potrzebne do określenia zagubionej myśli. Ostatnio wpadłem na pomysł, by te zagubione, poszukiwane i odnalezione słowa na wszelki wypadek zapisać. Miałem potem na biurku sporo kartek, które stanowiły tylko bezużyteczną zbieraniną słów wyjętych z jakichś zapomnianych kontekstów. Wpadłem na pomysł, by wykorzystać te pojedyncze słowa, utworzyć z nich niezależne zdania i je zanotować. Potem spróbować ułożyć coś z poszczególnych zdań, może wyłoni się z tego jakaś niespodziewana zagadkowa treść.
Po jakimś czasie natknąłem się na swoje stare zapiski pojedynczych słów, czy określeń. Ich spora ilość stanowiła jakby zbiór różnokolorowych kamyków przygotowanych do tworzenia mozaiki. Jeszcze nie wiedziałem jaki słowny obraz uda mi się z tego zbioru stworzyć. To jak z pojedynczymi dźwiękami, niektóre się łączą i zaczyna się wyłaniać jakaś przewodnia melodia. Jakaś pieśń bez słów. Choć wyrazów bywa dużo, brakuje jednak treści. Może uda się po kolejnej próbie. Będę pisał listy do Ireny, bo choć się często widzimy w czasie tych krótkich odwiedzin w szpitalu, nie możemy jednak ze sobą porozmawiać. Irena ma nam wciąż tak dużo do powiedzenia. Wylewa z siebie potoki bezdźwięcznych słów. Kiedyś spróbowała coś napisać, ale litery nie chciały nabrać kształtu słów. Irena żyje, ale mówi do nas jakimś nie istniejącym już martwym językiem. Za każdym razem, gdy się spotykamy, pozostaje nam tu w szpitalnym OIOM-ie 15 minut na wsłuchiwanie się w bezdźwięczne słowa.
Piętnaście minut, to naprawdę niewiele. Wszedłem już w swoje późne dni. Dziś mogę operować znacznie większą liczbą wyrażającą czas, który mam już za sobą, bo to aż 33 260 dni, a minut nie zliczę ile ich przeżyłem od daty mego urodzenia. Tych lat odkąd jesteśmy z Ireną razem, jest o jakieś 9 000 mniej. Teraz od ponad miesiąca liczę znów samotne dni, choć Irena niby jest, ale i jej nie ma. Dwa razy nie było jej już prawie wcale. Jakby trochę na zawsze odeszła, ale jeszcze z możliwością częściowego powrotu. Tyle, że już nie pełnego. Wróciła niema. Ciągle do nas mówi gdy ją odwiedzamy w szpitalu, ale my jej już nigdy nie usłyszymy. Czy jej też brakuje niektórych słów? Mamy tylko 15 minut na odwiedziny, na wspólny pobyt przy łóżku szpitalnym, na daremne wsłuchiwanie się w Ireny słowa już do absolutu wyciszone.
Myśli bez słów, które oddalają się w wieczną ciszę. Trwa to tylko 15 minut.
Maj 2022
.
Ania – Hannah
Zaraz po wojnie nastąpiły zmiany w obchodach świąt narodowych. Skreślono dotąd bardzo uroczyście obchodzone święto 3. Maja, a zamiast tego wprowadzono w dniu 1. maja Święto Klasy Robotniczej. U nas w mieście zapowiedziano na rynku wielką manifestację z pochodem. Jurek nie posiadał jeszcze mundurka harcerskiego, więc nie poszedł ze swoją drużyną na pochód. Starał się już dość wcześnie zająć miejsce do dogodnej obserwacji w pobliżu trybuny. Świąteczny nastrój ogarnął ludzi spragnionych wspólnego przeżywania uroczystości po tych wielu latach wojny. Ideologiczne antagonizmy nie dzieliły jeszcze ludzi. Po prostu wszyscy czuli się radośnie. Orkiestra wojskowa zagrała dziarskiego marsza i po chwili rozległ się szmer. Ruszył pochód. Na jego czele maszerowała urocza harcerka z bukietem czerwonych goździków. Jurek uległ natychmiast czarowi urody czarnulki z długim warkoczem. Drobna dziewczyna nie radziła sobie z rzucaniem pojedynczych goździków na wysoką trybunę. Jeden kwiatek spadł na miejsce gdzie stał Jurek. Był przekonany, że to dla niego. Uznał to za znak. Musi ją poznać. Cały czas spoglądał za oddalającą się urzekającą go harcerką. Przechodzący pochód skierował się na rynek i powoli go zapełniał. Zaraz dostrzegł kolegów swojej drużyny maszerujących przed trybuną. Po chwili podążył za nimi na rynek. Koledzy z klasy poinformowali go kim jest ta prowadzącą pochód zjawa. To Ania Sus, z Urszulanek. Jurek pochwalił się otrzymanym od niej goździkiem i zyskał duże uznanie u kolegów. Po chwili podszedł bliżej harcerek z Urszulanek. Liczył na to, że uda mu się tam tę dziewczynę zobaczyć, a może nawet ją poznać? Niestety, jej tam nie było. Zauważył tylko jak koleżanki wskazywały na trybunę i usłyszał gdy do siebie mówiły, że jej tata ją tam zabrał. Jurek przyniósł czerwony goździk do domu i próbował go zasuszyć. Niestety, zabrał się do tego niezbyt fachowo i płatki po kilku dniach opadły. Próbował nie traktować tego jako zły znak. Dowiedział się od Kajtka, swego kolegi z klasy, że tata Ani jest przyjacielem jego wuja, należy do PPS i pełni tam ważną funkcję. Okres wojny spędził w lewicowej partyzantce, nie w AK. Jej Mama zginęła w obozie koncentracyjnym, a Anię umieszczono podczas okupacji w klasztorze u zakonnic. Teraz opiekuje się nią jej tata, razem z ciocią, młodszą siostrą jej mamy. Ania uczęszcza do gimnazjum sióstr Urszulanek i należy do tamtejszej drużyny harcerskiej. Kajtek powiedział mu, że jego mama przyjaźni się z ciocią Ani. Zdarzało się, że Ania też u nich bywała. Kajtek stwierdził, że jest fajną dziewczyną, nawet dobrą kumpelką, ale on ma swoją Basię. Może Jurkowi uda się spotkać Anię u niego. To bardzo pilna uczennica, nie udziela się towarzysko pośród koleżanek, a z kolegami nie spotyka się wcale.
Przeminęła maj, wiosna, a Jurek nie spotkał dotąd swej wymarzonej dziewczyny. W czerwcu, tuż przed zakończeniem roku szkolnego Kajtek zaprosił Jurka. Ania ma być u nich ze swoją ciocią, bo ma sprawę do Kajtka w związku z kroniką pamiątkową jej drużyny. Prosiła go o pomoc, by doprowadzić kronikę harcerek Urszulanek do takiego poziomu jak ta, którą prowadzi Kajtek dla ich drużyny. Obiecał Ani redakcyjną pomoc, ale jeśli chodzi o narysowanie czegoś byłaby do tego nieodzowna pomoc Jurka, bo jest w tym lepszy. To była okazja, by spotkać Anię. Dowie się, czy i ona też wyjedzie w lipcu na obóz harcerski, bo obie drużyny planują je w tej samej okolicy w Dolinie Kłodzkiej. Może wtedy będzie okazja na kilka ponownych spotkań przy ogniskach harcerskich?
Po zobaczeniu się z Anią, Jurek był jakby odmieniony. Wystarczyło kilka spojrzeń Ani i parę zdań które z sobą zamienili. Starał się wykonać jak najlepiej te rysunki w kronice Ani. Potraktował tę pracę z wielką powagą, a gdy był gotów, zobaczył uśmiech Ani skierowany do niego. Usłyszał tak ważne dla niego słowa: serdecznie ci Jurku dziękuję. Jeszcze nigdy nie uśmiechała się tak cudownie jakaś dziewczyna do niego i mu tak sympatycznie podziękowała. Tam u Kajtka nie miał dość czasu by się na nią do syta napatrzeć. Niecierpliwie liczył teraz te zbyt wolno płynące dni przed 1.lipca, do wyjazdu na obóz. Uświadamiał sobie, jak ważne dla niego jest czekanie. Jeszcze nie wiedział tak dokładnie na co.
W drugim dniu pobytu na obozie, podczas apelu porannego Jurek uzyskał pochwałę za wykonaną kapliczkę obozową. Druh profesor, opiekun drużyny chwalił go nie tylko za artystyczne wykonanie i ekologiczne wykorzystanie używanych środków do jej budowy. Za dwa dni będzie u nich ognisko, na które została zaproszona drużyna Urszulanek. Jurek znów czegoś oczekiwał, ale i tym razem nie wiedział tak dokładnie na co.
Przy ognisku nie siedział obok Ani, choć bardzo o tym marzył. Był jednak dość blisko by mógł na nią patrzeć. Gdy śpiewała miała twarz oświetloną blaskiem ogniska. Był nią oczarowany. Czasem spojrzała w jego kierunku. Miał pewość, że uśmiechała się specjalnie do niego. Dowiedziała się od Kajtka, że kapliczka którą zobaczyła w ich obozie, wykonał on, Jurek. Przez cały czas nie zdołał porozmawiać z Anią na osobności. Przy pożegnaniu znalazła tylko okazję na powiedzenie mu kilku słów: Podobało mi się to, co zrobiłeś.
Następnego dnia druh drużynowy zlecił Jurkowi zadanie specjalne. Drużyna Urszulanek prosi o pomoc w zbudowaniu takiej samej kapliczki. Jurka rozpierała duma, że Ania będzie codziennie przy porannej modlitwie spoglądać na jego kapliczkę. Może wtedy pomyśli przez moment o nim?
W następnym roku był kolejny obóz letni, na który czekał przez tyle miesięcy. Też nie miał zbyt wielu spotkań z Anią. Siostry Urszulanki dbały o reputację swoich uczennic. Czasem zobaczyli się u Kajtka. Zdarzały się jakieś wspólne spacery z nim, jego dziewczyną i Anią. W trakcie trwania obozu doszło do wspólnej wyprawy obu drużyn na Śnieżnik. Wejście trwało kilka godzin. To była jak dotąd najwyższa góra na jaką Jurek wchodził. Nie zapamiętał żadnych widoków, przez cały czas tkwił prawie w chmurach, szedł jak w uniesieniu. Podchodzili po wąskiej i dość kamienistej ścieżce. Był blisko niej. Okazało się, że Ania jest teraz inną osobą, bardziej otwartą. Szukała możliwości wypowiedzenia tego wszystkiego, o czym chyba z nikim nie rozmawia. Straciła matkę w wieku zaledwie pięciu lat. Wojna zabrała jej na długie lata ojca. Dostała się pod opiekę zakonnic, które dawały jej do myślenia, że jej rodziców już nie ma na tym świecie. Zaczęło się dla niej jakieś inne, nieznane jej dotąd wychowanie w wielkiej pobożności. Weszła w inny świat od tego w jakim spędziła pierwsze lata życia. Nic już nie było takie jak wtedy, gdy jej mamusia żyła. Uczyła się dużo nowych, całkiem innych modlitw i śpiewów. Czasem mówiły jej siostry, że zostanie zakonnicą tak jak one.
Zaraz po wojnie, gdy ją ojciec odnalazł, byli sami, we dwoje. Musiała przejść przez to powolne tłumaczenie, że jej mama już nigdy nie wróci. Do tamtych zakonnic już nie musi wracać. Teraz nadrobi zaległości szkolne w gimnazjum sióstr Urszulanek w ich mieście. Będzie przez jakiś czas przebywać u nich w internacie. Dopiero gdy odnalazła się siostra mamy, zamieszkali razem. Jednak nie był to już ten sam dom, który pamiętała sprzed wojny, gdy byli z mamą i babcią. W pamięci utkwił jej tamten wielki sklep jaki posiadali. Teraz tata nie chciał już sklepu, zresztą nastały inne czasy. Tata się bardzo zmienił. Nie jednak tak, by nie czuła jak bardzo ją kocha. Stale jej to okazywał. Nie było już mamy, nie prowadził wielkiego sklepu, interesował się teraz polityką. Obcy źli politycy zabrali mu żonę, a jej mamę. Tyle dotarło do Ani. Jurek poznawał całkiem inną Anię. Był przekonany, że ona go teraz potrzebuje. Rozmawiali poważnie o wielu sprawach, choć nie o jego wielkim uczuciu do niej. U Jurka rodziło się z romantycznej miłości także wielkie uczucie przyjaźni. Tę odwrotność zdołał poznać dopiero wtedy, gdy już Ani z nim nie było.
Pod koniec następnego 1948 roku szykowały się wielkie zmiany polityczne w PRL-u. Nastąpiło wymuszone przez komunistów z PPR-u zjednoczenie ich partii z PPS. Powstał PZPR. Dawni socjaliści mieli coraz mniej do powiedzenia we władzach nowej partii i w rządzeniu krajem. Ojciec Ani niedługo potem opuścił nielegalnie kraj. Ania była zrozpaczona. Ciocia uprzedzona przez ojca próbowała jej wszystko wytłumaczyć. Dała jej do zrozumienia, że niedługo się znów zobaczy z ojcem, ale już nie tu w kraju. Ania przeżywała bardzo głęboko to kolejne rozstanie z ojcem. Jurek nie mógł teraz Ani tłumaczyć, jak bardzo ją kocha. Był bardziej przejęty przekonywaniem jej, że tato ją kocha i będzie dążył do tego, by wkrótce byli znów razem. Ania próbowała Jurkowi uwierzyć. Nie myśleli wówczas o tym, że wówczas nastanie ich rozstanie. Nie będą już mogli być razem. Kajtek wyjawił Jurkowi tajemnicę. Ania i jej ciocia opuściły ich miasto, przebywają teraz w Warszawie, a może już nawet gdzie indziej. Dowie się niedługo od wujka nowych szczegółów i da zaraz znać, co z Anią. To był okres Bożego Narodzenia. Tym razem Ania z Jurkiem nie zdążyli złożyć sobie życzeń. Jurek został na ostatni dzień roku 1948 zaproszony do Kajtka. Spotykały się 3 pary, koledzy z drużyny ze swymi dziewczynami i Jurek w pojedynkę. Skromna sylwestrowa prywatka. Kajtkowi było żal samotnika. Jeszcze bardziej było mu ciężko przekazać Jurkowi wiadomość o Ani. Wujek Kajtka zadzwonił przed samą północą do jego mamy z życzeniami. Przekazał też wiadomość o Ani. Razem z jej ciocią udało im się już wydostać z PRL-u. Są razem z jej tatą w Berlinie zachodnim. Nazywało się to teraz, że znajdują się za żelazną kurtyną. Kontakty będą utrudnione. Jurek złożył wszystkim życzenia i pożegnał się szybko z rozbawionym towarzystwem. Przespacerował prawie całą noc samotnie po mieście nim dotarł do domu. Szukał samotności, bo roznosił go żal. Utracił coś, czego jeszcze sobie tak dokładnie nie uświadomił. Wiedział, że przez jakiś czas będzie mu bardzo smutno. W tę noc czuł się tym bardziej nieswojo, bo spotykał co krok rozbawionych i wesołych noworocznie ludzi na ulicach swego miasta.
*
Jurek rozpoczął w 1951 studia na ASP w Krakowie. Wszystko się udało, otrzymał stypendium, miejsce w domu akademickim. Ten mieścił się aż na Zakrzówku, gdzie bliżej do Skał Twardowskiego niż na akademię w centrum miasta. Drugi rok studiów był jeszcze ogólny, dopiero od trzeciego roku studiów przechodziło się na wydział malarstwa. Kraków, to wielki ośrodek sztuki, duże skupienie artystów prawdziwych i tych mniej. Ten siermiężny stalinowski socjalizm trwał nadal. Obok Krakowa budowano Nową Hutę, socjalistyczne miasto. Brać studencka na uczelniach artystycznych radziła sobie lepiej od innych, może nie tyle lepiej, co weselej i dowcipniej.
Kolejny rok szybko przeleciał. Jurek pozostał nadal samotnikiem choć tyle ładnych koleżanek było dokoła. Jurek myślał o Ani. czy przebywa jeszcze w Berlinie Zachodnim? Nie było od niej żadnej wiadomości. Często miewał żal do siebie samego, że myśli teraz o niej coraz rzadziej. Zbliżał się Sylwester 1953 roku. Chłopcy z uczelni artystycznych mieli większe powodzenie niż inni studenci. Jurek dał się namówić przez kolegów na współudział w sylwestrowym party. Aktualna sympatia kolegi miała nadzwyczaj dobrze sytuowaną koleżankę, córkę adwokata w willi na Salwatorze. Zaprasza pięć par, sama zaś nie posiada partnera. Wypadło na Jurka, który będzie miał randkę w ciemno. Dziewczyny były studentkami z różnych uczelni. Partnerką Jurka miała być nomen omen Ania, studentka pierwszego roku wydziału prawa. Pewno miała w przyszłości objąć kancelarię adwokacką po ojcu. Koledzy złożyli się już z noworocznego stypendium na cztery butelki rosyjskiego szampanskoje i całe towarzystwo pojawiło się w sylwestrowy wieczór o umówionej godzinie 20.00 w willi na Salwatorze. Na wizytówce przeczytali bardzo utytułowane nazwisko mecenasa kancelarii adwokackiej.
Bilans spotkania sylwestrowego nad ranem pierwszego dnia Nowego Roku 1954 był dla wszystkich uczestników inny. Niektórzy go w ogóle jeszcze nie zrobili, bo spali już od pierwszych godzin nowego dnia. Gospodarz polecał szampana paniom, bo dla panów miał zestaw innych mocniejszych trunków. Lubował się w koniakach. Na posterunku pozostali tylko nie pijąca Ania, bo była na kuracji antybiotykowej i Jurek unikający alkoholu jako były harcerz. Ania była jednak w szampańskim humorze, w dobrym nastroju, bo jakoś szybko polubiła Jurka i nawet wydawało się jej, że to właśnie on może być jej przeznaczony. Tańczyli z sobą niewiele, bo Tata Ani zaangażował się w dość mocno, ale jednostronnie zakrapianą dyskusję z Jurkiem. Nie tylko córce, ale i ojcu przypadł chłopak do gustu. Nawet oprowadzał go po całym domu, pokazując zbiór nagromadzonych dzieł malarskich. Dla klientów były w kancelarii te mniej cenione przez niego Kossaki, oczywiście te Jerzego z ułanami. W pomieszczeniach prywatnych miał za to Melę Muter, Mojżesza Kislinga, Henryka Epsteina i innych, których Jurek dotąd w ogóle nie znal. Dobrzy malarze pochodzenia żydowskiego. Pan mecenas ich bardzo cenił, zapewniał Jurka, że ci malarze pójdą w przyszłości bardzo w górę. Nie krył się z tym, że tak wiele go z tymi artystami wiąże. Jurkowi podobało się to malarstwo, było podobne do jego obecnych profesorów z ASP. Jurek domyślił się, że ojciec Ani łączy bardzo dobrze pieniądze i sztukę. Mimochodem powiedział do Jurka, że malarze nie muszą klepać biedy. Trzeba tylko wiedzieć, jak rozkręcić wokół siebie interes. Nie używał jeszcze powiedzenia biznes. Powtarzał często, może nazbyt często słowo interes, tak że po dłuższej chwili Jurek próbował się uwolnić od nadmiaru jego męczącego towarzystwa. Dawał ojcu do zrozumienia, że chciałby pobyć trochę z córką, bo siedzi sama. Tym argumentem przekonał mecenasa, bo ten się zaraz wycofał. Przedtem usłyszał jeszcze jak wola Hannah. Ania się zaraz odezwała, ale ojciec odpowiedział, że woła mamę.
Ania zaprosiła Jurka do swego pokoju. Zobaczył jak mieszka, miała u siebie spore zbiory biblioteczne. Na pewno jest bardzo oczytana. Wynikało to z prowadzonych rozmów. Poznał też kilka bardzo prywatnych detali z życia rodzinnego Ani. Powiedziała mu, że często jej przykro z nadmiernego przywiązania ojca do bogactwa, ale dzięki niemu przetrwali wojnę. Ojciec kupił im przeżycie jej. Przecież się domyślasz, że jestem Żydówką? Ojciec często mówi też i do mnie Hannah, nie Anna, czy Ania. Może dlatego nie znalazłam sobie dotąd chłopca. Ojciec obiecuje jednak, że wyda mnie dobrze za mąż.
Ania była bardzo inteligentną dziewczyną, z jej strony coś zaiskrzyło do Jurka, ale tłumiła to. Czekała na jego inicjatywę. Niewiele razy spotykali się, a jeśli już, to nie dochodziło do żadnych zbliżeń. Jurek lubił Anię jako koleżankę, zaprzyjaźnił się z nią, ale tkwiła w nim jakaś nieuświadomiona niechęć do jej pochodzenia. Ta Ania była blondynką, miała niebieskie oczy, Żydówka ale miała bardziej aryjski wygląd, niż choćby tamta czarnowłosa Ania, która go na zawsze opuściła. Po jakimś czasie tej krakowskiej Ani minęło zauroczenie Jurkiem. Zrozumiała, że zbyt wiele ich dzieli. Ukończyli studia. Jurek nie zrobił kariery malarskiej. Może dlatego, że ojciec Ani nie nauczył go odpowiedniego postępowania biznesowego w sztuce. Lata szybko mijały, nadszedł rok 1968. Pani mecenas Ania próbowała na rozprawach bronić swoich żydowskich klientów, ale samej siebie nie wybroniła przed koniecznością opuszczenia Polski Ludowej. Nie wyjechała do Izraela, a wyemigrowała do Szwecji. Na tym urwały się także kontakty drugiej Ani z Jurkiem.
*
Nadeszły lata osiemdziesiąte. Polska zaczęła się zmieniać. Świat dokoła również. Do całkowitego zwrotu doszło jednak dopiero w 1989 roku po pierwszych pół wolnych wyborach. Zaczęły się zdarzać emigracyjne powroty do kraju, a przynajmniej odwiedziny w starej ojczyźnie. Wracali teraz starzy ludzie doświadczeni losem. Wracali już nie do takiego samego kraju z którego wyruszyli. Jurek dowiedział się od kolegi w Krakowie, że znana im pani mecenas odzyskała cały majątek pozostawiony w kraju, z bogatymi zbiorami sztuki. Zamieszkała na powrót w dawnej siedzibie rodziny na Salwatorze.
Kolejna wiadomość dotarła do Jurka z jego miasta rodzinnego. Odwiedziła je znana izraelska dziennikarka Hannah Haram. Już bardzo starsza pani, poruszająca się na wózku inwalidzkim. Została ranna w czasie zamieszek izraelsko palestyńskich. Udzieliła obszernego wywiadu miejscowej gazecie. Kolega to zeskanował i przesłał Jurkowi. To była tamta pierwsza Ania. Ania Sus. Pierwsza dziewczyna, którą pokochał i nie wiedział, że jest Żydówką, bo ona tego też wtedy nie wiedziała.
Urodziła się jako Hannah Suess, córka kupca Arona Suessa. Jej matka Została zagazowana w obozie w Oświęcimiu. Ją, będącą wówczas w wieku 5 lat uratowali dobrzy ludzie i oddali na przechowanie zakonnicom. Po wojnie wyszła stamtąd zabrana przez ojca, wówczas Adama Susa jako jego córka Anna Sus. Ojciec przeżył śmierć żony szukając zemsty na Niemcach podczas walk w lewicowej partyzantce. Żywił żal do Polski Przedwrześniowej. Z byłego kapitalisty stał się zawziętym socjalistą. W komunizowanej Polsce powojennej było mu coraz trudniej żyć. Był prześladowany jak wielu socjalistów, którzy nie szli na ugodę z komunistami. Uciekł do Berlina Zachodniego. Za jakiś czas i Ania była już z ojcem na zachodzie. Powoli i ona dojrzewała. Z Polki, a była dotąd przekonana że nią jest, stała się Izraelitką z przekonania. Wyjechali z ojcem do Izraela. Ojciec walczył tam jako oficer w armii izraelskiej, a ona Hannah Haram bo przez jakiś czas była zamężna, zrobiła karierę dziennikarską. W tym wywiadzie wyznała, jak bardzo zakochana była wtedy we wspaniałym polskim chłopcu, którego musiała opuścić. Ona, polska harcerka Ania, nie wiedząc, że jest żydowską dziewczyną.
Katowice, 27.01.2023
Coś pozostało
To był czas, gdy Jan zaczynał wspominać i zarazem spisywać niektóre wydarzenia z dawnych lat, gdy wołano na niego Janiek. Nieco później był już Jankiem i to imię zamieniono mu na Johannes, ale mówiono do niego Hans. Tak miał na imię tylko przez kilka lat podczas wojny, a nie jak jego dziadek przez całe życie, zaś ojciec miał to samo imię kilka razy zmieniane. Po wojnie, już jako gimnazjalista stał się znów Jankiem. W jego rodzinie tradycja była czymś pokoleniowym. Te same imiona, te same zawody. Ojciec, dziadek i wujkowie byli szewcami. Jedni tylko naprawiali schodzone obuwie, a inni doszli do tego, że wyrabiali solidne obuwie na zamówienie. W czasie wojny kilkunastoletni wówczas Hans pomagał często ojcu w warsztacie w miejsce uczniów, czy czeladników, których powoływano do Arbeitsdienstu, a potem do wojska. Jankowi-Hansowi nauka w niemieckiej szkole nie sprawiała trudności i nie zabierała zbyt wiele czasu. Prócz pomaganiu ojcu w wolnych chwilach siadał i rysował. Czasem były to szkice utrwalające sytuacje z warsztatu szewskiego. Sceny podobne do tych, jakie tworzył znakomity malarz Tadeusz Makowski. Ojciec Janka wolał jednak, by syn wyuczył się na solidnego szewca i przejął warsztat po ojcu, bo w ich rodzinie były tylko dwie starsze siostry. Czasem Janek próbował narysować taki swój wydumany, bardzo ozdobny model buta. Na te rysunki ojciec Janka potrafił spojrzeć z większym zainteresowaniem, ale rzucał przy tym uwagę, że to bardzo niepraktyczne buty, jakich na pewno nikt nie zamówiłby.
Po wojnie Janek zaczął uczęszczać do szkoły zawodowej i zwrócił się do cechu o możliwość zdania egzaminu czeladniczego. Sam zaprojektował model półbuta, trochę jakby eleganckiego sandała. Komisja była zachwycona i poradziła ojcu, by syna wysłał raczej do liceum handlowego, aniżeli do szkoły zawodowej. Mógłby potem otrzymać pracę na kierowniczym stanowisku w jakimś obuwniczym zakładzie produkcyjnym. Może projektowałby tam również buty.
Janek skorzystał z szansy ukończenia szkoły średniej. Teraz w klasie maturalnej coraz rzadziej przebywał z ojcem w warsztacie by mu pomagać. Ojciec miał coraz mniej klientów. Ludzie żyli kilka lat po wojnie nieco lepiej, częściej kupowali gotowe fabryczne obuwie. Nie było zamówień na szycie butów, bo te ze sklepów były znacznie tańsze. Janek nie tylko dużo rysował, ale i zaczął malować. Chodził na zajęcia do pracowni malarskiej w miejskim domu kultury, gdzie artysta plastyk prowadził z uzdolnioną młodzieżą zajęcia z malarstwa. Janek nie mógł tak często brać w nich udział jak inni. Gdy tam bywał, artysta prowadzący zajęcia poświęcał mu więcej uwagi niż innym, zachęcał go, by po maturze próbował zdawać na uczelnię plastyczną. Utwierdzał go w tym, że posiada duże zdolności w tym kierunku. Janek miał jednak obawy, czy go przyjmą. Wówczas zwracano baczną uwagę na tak zwane pochodzenie społeczne. Jego ojca zaliczono by do tak zwanej prywatnej inicjatywy, co zmniejszało szanse na przyjęcie na studia. Na dodatek obie siostry Janka zamieszkały po wojnie na stałe w Niemczech. To też mogło mieć niekorzystne wpływać przy jego przyjęciu. Na stypendium nie mógłby w ogóle liczyć. Mógł jednak liczyć na pomoc sióstr zamieszkałych w Niemczech.
W klasie maturalnej Janek związał się z koleżanką z klasy. Było to jakieś natychmiastowe wzajemne zauroczenie. Ania była znacznie młodsza, maturę zdawała w wieku niespełna siedemnastu lat. Była niepełnoletnia, musiała mieć jeszcze oficjalną zgodę rodziców. Oboje traktowali swoje wzajemne uczucia szalenie poważnie i zaczęli snuć wspólne plany na przyszłość. Postanowili studiować razem w tym samym mieście. Janek postanowił zacząć studia na wydziale historii sztuki na prywatnym Katolickim Uniwersytecie w Lublinie, dokąd się z pewnością dostanie. Po roku liczył na przeniesienie się już na drugi rok w którejś z uczelni plastycznych. W wypadku nie rozpoczęcia studiów zaraz po maturze, otrzymałby powołanie do odbycia służby wojskowej, która trwała wówczas dwa lata. Ania, jego dziewczyna nie miała jakiegoś konkretnego zainteresowania, więc postanowiła studiować razem z nim historię sztuki. Właściwie to Janek wpłynął na jej zainteresowania. Później przeniosłaby się razem z Jankiem, gdzie on studiowałby na ASP, a ona kontynuowałaby swoje studia na uniwersytecie w tym samym w mieście. Janek nauczył się samodzielności z konieczności, bo jego matka zmarła zaraz po wojnie, wychowywał go ojciec inwalida, a starsze siostry przebywały od końca wojny w Niemczech. Wiodło im się tam dobrze, zarabiały i mogły wspomagać Janka finansowo. Teraz gdy ojciec nie był już w stanie prowadzić warsztatu szewskiego i sam zarabiać, mogły go ściągnąć do siebie. W Niemczech miałby ojciec zapewnioną dość znaczną rentę, bo podczas pierwszej wojny światowej został inwalidą w armii cesarskiej. Janek mógłby się też przenieść do sióstr razem z ojcem, ale wolał pozostać w Polsce, tym bardziej, że miał tu Anię i nie czuł się teraz samotny.
Tak jak postanowili, rozpoczęli studia w Lublinie. Ojciec Ani był wściekły, gdy się dowiedział, że córka podejmuje studia na katolickim uniwersytecie, bardzo nieprzychylnie ocenianym przez partię komunistyczną. Zajmował bardzo poważne stanowisko kierownicze w władzach powiatowych i nie chciał odchodzić od linii partii, która go do tej pory wspierała w jego karierze zawodowej. Był też redaktorem naczelnym tygodnika, wydawanego przez władze miasta. Historia sztuki to były fanaberie niezbyt dojrzałej wiekiem i ideowo córki, której syn prywaciarza przewrócił w głowie. Ojciec nie znosił Janka, z którym widział się zaledwie trzy razy. Myślał o córce jako o przyszłej dziennikarce. Mogłaby zacząć praktykę w jego gazecie, zająć potem ewentualnie jego miejsce, gdy on sam wspiąłby się na wyższy szczebel kariery.
Młodzi zadomowili się od października w Lublinie, oboje otrzymali mieszkania w bursach. Początkowo ojciec groził Ani, że nie będzie finansował jej fanaberii, wyimaginowanych studiów. Żądał by wróciła do domu i rozpoczęła naukę w miejscowym uniwersytecie na wydziale dziennikarstwa , albo nauki polityczne. Jednak matka Ani nie zgodziła się na ten ojcowski szantaż i dziewczyna mogła liczyć na domowe wsparcie podczas studiów. Oboje spędzali teraz sporo czasu razem, ale głównie na zajęciach, a nie na przebywaniu randkowym we dwójkę.
Kiedyś podczas wykładu zauważył Janek jak koleżanka siedząca obok, zamiast robienia notatek podczas wykładów miała przed sobą otwarty szkicownik i rysowała portrety koleżanek. Jankowi wydawały się te rysunki dość interesujące, niektóre miały wręcz dobrze uchwycone podobieństwo. Po wykładzie zagadał koleżankę w obecności Ani i skomplementował rysunki. Przyznał się, że również rysuje i maluje. Po kilku dniach Janek zauważył podczas wykładu, że ta koleżanka zajęła inne miejsce i tam również rysowała. Po wykładzie zagadnął ją, czy nie prowadzi w ogóle notatek z wykładów? Ani nie było dziś na wykładzie, a że był to koniec zajęć, Janek wyszedł z nią razem, by kontynuować rozmowę o rysowaniu. Ich zainteresowania okazały się zbieżne, więc mieli sobie sporo do powiedzenia. Koleżanka korzysta z notatek innych osób, rysując im portrety, dostaje wypożyczane notatki. Oboje dogadali się, że byłoby im raźniej wyjść razem w plener porysować architekturę na lubelskiej starówce. Janek nie pomyślał w pierwszym momencie, co na to powie Ania. Nie miał wcale na myśli uwodzenia zdolnej rysowniczki. Zanadto był zakochany w Ani. Zresztą koleżanka nie próbowała go kokietować. Zauważyli u siebie te same zainteresowania. To wystarczyło by coś razem przedsięwziąć.
Październik był pogodny i ciepły, w sam raz na wyjście w plener. Janek został pod koniec tygodnia na trzy dni sam, bo Ania pojechała do domu, by przywieść resztę swoich rzeczy do bursy. Ojciec mimo swej niechęci studiów córki w Lublinie obiecał, że odwiezie ją w niedzielę z bagażem. Janek umówił się z koleżanką na sobotę. Zdziwił się, gdy zjawiła się w umówionym miejscu z fachowym wyposażeniem, miała rozkładaną sztalugę i stołeczek. Postanowiła rysować w dość dużym bloku małym kompletem tłustych pasteli. Janek zaś miał ze sobą tylko swój szkicownik i czarną kredkę. Koleżanka rozstawiła swoje akcesoria i zabrała się do pracy jak ktoś, kto posiada już jakieś doświadczenie plenerowe. Janek usiadł na słupku betonowym i nie podglądał co i jak koleżanka rysuje. Starał się skupić nad tym, by odtworzyć jak naj poprawniej dość skomplikowaną w formie architekturę. Zdążył w ciągu niespełna godziny wykonać kilka rysunków. W pewnym momencie Jola, bo tak ona miała na imię odezwała się do Janka, mów do mnie Jola. Zaraz odpowiedział jej: dobrze, jestem Janek. Po chwili odezwała się Jola, a taki jesteś ty, gdy rysujesz na tle starego miasta. Był to naprawdę udany pastel, Janek uchwycony w charakterze, z dobrze oddanym podobieństwem. Pochwalił jej pracę i zaraz zapytał, czy otrzyma swój portret?
Tak, odpowiedziała Jola, ale za opłatą, tylko jeszcze nie wie jaką. Wiesz przecież, że ja za swoje rysunki dostaję wypożyczone notatki z wykładów. Ustalimy to później, powiedziała Jola i pochwaliła rysunki Janka. Orzekła jak fachowiec, że radzi sobie dobrze z perspektywą i że rysunki nie są przegadane. Jola miała do swego wynajmowanego pokoju niedaleko, więc w drodze już niewiele porozmawiali. Umówili się zdawkowo na jakąś kolejną sesję w plenerze, gdy się nadarzy okazja. Rysunek da mu na zajęciach, bo chce jeszcze na nim coś poprawić. Po chwili, po krótkiej rozmowie rozstali się jak dobrzy przyjaciele. Odnaleźli łatwość porozumiewania się ze sobą.
W niedzielę popołudniu wyszedł Janek pod bursę Ani. Około szesnastej poprosił na portierni Anię, bo zobaczył wystawiony już w oknie umowny znak oznajmiający mu, że jego dziewczyna jest na miejscu po powrocie z domu. Jola powiadomiona przez radiowęzeł zeszła do niego. Oboje ucieszyli się bardzo z ponownego spotkania, choć od rozstania minęły dopiero trzy dni. Ania była podróżą z Katowic nieco zmęczona, ale zadowolona, że ojciec został przez mamę udobruchany i odbył z nią tę podróż do Lublina. Ma wszystkie niezbędne rzeczy by wygodnie przetrwać tu przez jakiś czas. Ojciec powiedział tylko zdawkowo, że gdyby się jej na uczelni w Lublinie coś nie podobało, to jest gotów załatwić jej przeniesienie na odpowiadający jej wydział w Katowicach. Może równocześnie podjąć pracę jako dziennikarka u niego na miejscu. Janek pochwalił się, że się umówił z koleżanką i porysowali na Starym Mieście. Ania pytała Janka jak wypadł ten plener z pilną rysowniczką. Anię najbardziej ciekawiło, o czym rozmawiali, czy ją oplotkowali? Janek zgodnie z prawdą powiedział, że właściwie, to nie było żadnych rozmów, bo oboje byli zajęci tylko rysowaniem. W sumie wykonał aż 7 rysunków. Ile koleżanka narysowała nie wie, bo mu nie powiedziała, ani niczego nie pokazała. Nie pochwalił się, że jest już z nią na ty, ani tym, że była głównie zajęta portretowaniem go. Nie chciał, by Ania była zazdrosna.
Na następnym wykładzie oboje z Anią nie siedzieli w pobliżu Joli, jednak doskonale widzieli, że i tym razem nie robi notatek, a rysuje. Po wykładzie Jola dawała im znaki by się spotkać. Zaczekali i Jola podeszła. Przywitała się mówiąc do nich cześć i od razu zwróciła się do Janka:
-Skończyłam już twój portret. Co za to, ustalimy przy okazji, ale rozpakuj go dopiero w domu. Wpierw sam zobacz, a potem zdecydujesz, czy jej pokażesz. Następnym razem mi powiecie co o tym sądzicie. Powiedziała tylko jeszcze raz cześć i zaraz się oddaliła. Ania przez chwilę jakby zamarła i dopiero po chwili nieco głośniej niż zwykle powiedziała: tego się po tobie nie spodziewałam, w czasie mej nieobecności gonisz za tą uwodzicielką. Od razu wiedziałam, że stara się byś zwrócił na nią uwagę. Uwodziła cię. Chce mi ciebie zabrać. Jeśli jeszcze raz się z nią spotkasz, wyjadę stąd do domu i rozstajemy się. Mam tego dosyć na dziś. Wracam do bursy i chcę zostać sama. Janek próbował coś powiedzieć, objąć ją ramieniem, ale Ania odsunęła go gwałtownie od siebie i pospiesznie odeszła.
Na kolejnych zajęciach siedzieli obok siebie, ale prawie nie odzywali się do siebie. Anię męczył co chwilę uporczywy kaszel, który z trudem tłumiła. Wymamrotała coś o złym samopoczuciu, że musi pójść odpocząć, czy nawet poleżeć. Musi wykonać pilny telefon do domu i pewno długo poczeka na połączenie międzymiastowej. Jola chyba coś zauważyła i nie zbliżyła się do nich. Janek zrezygnował z dalszej obecności na zajęciach i odprowadził zaraz Anię do bursy.
Następnego dnia Ania nie pojawiła się na zajęciach. Janek próbował pod wieczór sprawdzić w bursie co się z nią dzieje. Do Janka zeszła koleżanka mieszkająca w pokoju razem z Anią. Oznajmiła mu, że Ania jest chora, ma gorączkę i czeka na rodziców, którzy jutro rano zabiorą ją samochodem do domu. Chyba przeziębiła się w czasie ostatniego wyjazdu do Katowic i istnieje obawa przed komplikacjami, bo w dzieciństwie chorowała poważnie na astmę. Koleżanka przekazała mu liścik Ani, małą złożoną karteczkę.
Zapewniała go, że jest dla niej najważniejszy, że go kocha i będzie jej bardzo trudno trwać bez niego w najbliższym czasie, nie wyobraża sobie, by rozstanie miało się zbyt długo przeciągnąć. Denerwuje ją jeszcze ta Jola, która próbuje się miedzy nich wkręcić. Bo przecież należą tylko do siebie. Kocha go jak nikogo, ma należeć tylko do niej, tak jak ona do niego. Janka rozczuliło to, co w pośpiechu napisała na kartce. Nie miał już możliwości by jej coś odpisać. Zdążył tylko przekazać Ani przez ową koleżankę, że życzy jej zdrowia i zaraz napisze list na jej adres domowy.
List był pełen pytań, zapewnień o wielkim uczuciu do niej i niekończącej się tęsknocie. Takich listów było więcej. Napisał jeden po drugim, ale żadna odpowiedź nie przychodziła. Janek czuł się w swej wielkiej niepewności zagubiony, targały nim rożne myśli. Czuł potrzebę wyżalenia się. Coraz częściej zaczął się spotykać z Jolą. Sam nie wie dlaczego, potrzebował kogoś, komu mógł się zwierzyć ze swych trosk i zmartwienia o bliską osobę. Jola stała się jego powiernicą. Po prostu potrafiła słuchać, niczego nie radziła, pozwalała mu się wygadać. Czas gonił. Było już Boże Narodzenie, ale bez kontaktu z Anią. Bez żadnego znaku od niej. Teraz zbliżała się Wielkanoc, będą krótkie ferie i Janek postanowił pojechać do Katowic. Liczył na to, że wszystko wyjaśni się na miejscu po spotkaniu z Anią. Jedno już do niego dotarło, od zaprzyjaźnionego asystenta dowiedział się, że już nie ma Ani nazwiska na jego liście, że jest skreślona z listy studentów tego roku. Chyba na własną prośbę. Dwa dni przed Wielkanocą Janek pojechał do Katowic. Nie jechał sam, a z Jolą, która miała rodzinę we Wrocławiu i mogli podróżować razem, jadąc w tym samym kierunku. Jola stawała się powoli jakby mniej oficjalna dla niego, była dobrą współczującą kumpelką. Dała mu do zrozumienia, że się cieszy na tych kilka dni we Wrocławiu. Po chwili odważył się zadać jej pytanie, czy tam kogoś ma. Tak, ma – odpowiedziała, - cieszy się bardzo, bo nie widziała swej córeczki już od dłuższego czasu. Jest u jej rodziców i ją wychowują.
- A czy jesteś zamężna?
- Nie, to owoc słodkiego grzechu młodości jeszcze sprzed matury.
Janek nie zadawał dalszych pytań, nie poruszali już spraw osobistych, a rozmawiali raczej o ich planach na przyszłość. Jola przyznała się w trakcie rozmowy, że ukończyła dwa lata studiów na malarstwie w ASP w Krakowie, ale doszła do wniosku że mając córeczkę, musi zdobyć jakiś konkretny zawód ze stałym dochodem, ale coś związanego bliżej ze sztuką, nie uprawianą praktycznie. Wybrała teorię, czyli historię sztuki. Rysunek i malarstwo już zawsze będą jej hobby. Tylko to jej pozostanie, bo gdy będzie miała w przyszłości do czynienia z tą wielką sztuką, to łatwo wpadać w kompleksy. Ona będzie oceniała innych. Swoich własnych działań artystycznych nie będzie wystawiać na ocenę innych. Chyba że jemu, bo już zaczęła to robić. Początkiem był przecież jego portret. Tu Janek poczuł jakąś sympatię do Joli. Był pewien, że go w ten sposób nie uwodzi, że rozmawia z nim tak otwarcie, po przyjacielsku. Był pewien, że ma do niego zaufanie, nawet mu się zwierzyła, że nie wróci zaraz po świętach na uczelnię, bo się zabezpieczyła u znajomych asystentów, że nie wykażą jej nieobecności. Janka zaś prosiła, by pilnie prowadził notatki na wykładach, których jej potem użyczy. To nie za ten portret, a ma to zrobić jako dobry kolega. Jeszcze nie wiedziała, że pozyskała sobie w nim kandydata na oddanego przyjaciela. Kolej jeździła w tamtych latach znacznie wolniej i Jola z Jankiem mieli mnóstwo czasu na rozmowy. Opowiedziała mu sporo o tym jak wyglądają studia w Krakowie, jakie są zajęcia, jacy profesorowie prowadzą pracownie. Było też o życiu studenckim na uczelni, oraz w akademiku i w ogóle o wspaniałym Krakowie. Dała mu nawet pewne wskazówki z kim rozmawiać o przeniesieniu się, jakimi pracami się przy tym wykazać. Najlepiej byłoby już wcześniej spotkać się z odpowiednim profesorem.
Janek pomyślał, szkoda że nie spotkał wcześniej takiej dziewczyny jak Jola. Zaraz odczuł to jak zdradę wobec Ani. Zaraz pozostał myślami przy niej i wpadł w głęboką zadumę pełną bezradności. Powoli zbliżali się do Katowic. Od Krakowa pociąg był dość przepełniony i Janek pożegnał się z Jolą wcześniej, by przeciskać się przez zapchany korytarz do wyjścia. Przedtem było krótkie pożegnanie, wesołych świąt, smacznego jajka i do zobaczenia w Lublinie. Jola zwróciła się jeszcze: - pozdrów też swoją dziewczynę. Janek spojrzał Joli w oczy i powiedział: ucałuj swoją córeczkę i wracaj szybko do Lublina, może będziemy tam znów razem rysować?
Chwilę po wyjściu z dworca Janek natknął się na koleżankę z klasy, która się do niego odezwała:
-Ty tu jesteś? Ania mi się pochwaliła o ślubie, mówiła że nie tu, a w Zakopanem. Była bardzo tajemnicza, rozmawiałyśmy przez sekundę, dosłownie w przelocie. No to powodzenia.-
Janek przez chwilę stanął jak nieprzytomny, po dobrej chwili ruszył dopiero z miejsca, ale nie w kierunku ich starego domku w Bogucicach, a starał się jak najszybciej dostać do Ligoty, gdzie mieszkała Ania. Trwało to nieco, nim dotarł do starej dzielnicy willowej, gdzie mieszkała Ania. Jej rodzice zajmowali tam całe piętro. Janek dzwonił przez chwilę, ale nikt się nie odezwał. Zdecydował się zadzwonić do sąsiadów z parteru. Sąsiadka otworzyła drzwi i Janek grzecznie zapytał, czy może do Ani. Pani go chyba pamiętała, bo często odprowadzał Anię pod bramę i jeszcze zawsze długo przed nią stali. Opowiedziała mu w wielkim skrócie najnowszą historię Ani i z niejakim zdziwieniem spoglądała na niego, domyślając się, że nic nie wie. Teraz w święta rodzice wydają Anię za mąż. Odbywa się to w Zakopanem. Sąsiadka była tym bardziej zdziwiona, że pamiętała te częste listy z Lublina, które bywało, że leżały pozostawione przez listonosza na garderobie na parterze. Rodzice Ani nie mieli skrzynki na listy na zewnątrz budynku. Sąsiadka domyślała się, że te listy były od niego i nie docierały do Ani, bo tu leżały i leżały. Schorowana po powrocie z Lublina wyjechała zaraz do sanatorium w Zakopanem. Janek już nie zadawał żadnych pytań, był roztrzęsiony i po krótkiej chwili podziękował pani. Nie udał się do domu w Bogucicach, gdzie teraz mieszkał także jego wujek, brat ojca, a powrócił na dworzec. Sprawdził kiedy ma powrotny pociąg do Lublina. Niestety, bezpośredni niedawno odjechał. Postanowił pojechać na raty. Wpierw do Krakowa, tam będzie miał cztery godziny czasu na przesiadkę. Pochodzi trochę aż do zmroku po mieście. Był ciągle oszołomiony tymi uzyskanymi złymi wiadomościami. Niczego nie potrafił zrozumieć. Jego Ania, na którą stawiał całe swoje przyszłe życie zostawiła go. Został sam.
Pociąg osobowy z Katowic do Krakowa którym teraz jechał, był składem wagonów towarowych z wstawionymi ruchomymi ławkami bez oparć. Takie to bywały podróże jeszcze kilka lat po wojnie. Dobrze, że Wielkanoc 1952 roku była w kwietniu i nie było tak zimno, drzwi wagonu były nieco rozsunięte, można było obserwować mijany pejzaż. Janek był pochłonięty jedną myślą. Dlaczego? Starał się nie obwiniać Ani. Miał żal do jej rodziców, zwłaszcza do ojca, który chciał kategorycznie sam stanowić o losie do niedawna niepełnoletniej córki. Stan jej zdrowia sprawił, że musiała samotnie przebywać w sanatorium. Dopiero przed Krakowem, gdy już z dala było widać zbliżające się miasto, ożywił się. Pomyślał, że może będzie tu malarstwo studiował. Będzie stąd bliżej do Katowic, do Ani, może ją jeszcze kiedyś spotka i ona mu wszystko wytłumaczy. Tylko, że to już niczego nie zmieni. W Krakowie ruszył z dworca wzdłuż plant w kierunku ASP. Stanął przy barbakanie i spoglądał przez chwilę na budynek akademii. Musi się udać, że dostanie się tu na studia. Przez moment pomyślał o Joli, że na pewno mu jeszcze coś poradzi. Nie myślał o ojcu, o siostrach, bo ci przebywali daleko, o Ani już nie powinien myśleć. Ona należała teraz do innego. Do kogo? Poczeka na spotkanie z Jolą, może ona coś poradzi, jak dalej żyć? Wstąpił na chwilę do budynku akademii. Rozejrzał się w na dole w hallu, spojrzał po schodach w gorę, gdzie na półpiętrze tkwiła ponad naturalnej wielkości rzeźba Rodina, Myśliciel. Janek też miał, dużo do przemyślenia. Pozostało mu teraz zastanowić się nad swoim życiem od nowa. Na myślenie miał przed sobą nocne godziny, które spędzi w pociągu. Zaraz ruszył ulicą Floriańską w kierunku kościoła Mariackiego widocznego już z dala na końcu ulicy. Janek nie orientował się zbytnio w Krakowie, bo był tu tylko jedyny raz kilka lat temu na szkolnej wycieczce. Nie wszedł od razu do świątyni, gdzie ołtarza Wita Stwosza wówczas jeszcze po wojennych perypetiach nie było, choć szczęśliwie już dotarł do kraju. Spojrzał na rynek, uderzyły go stragany świątecznie przybrane wiosennymi kwiatami i wszelkimi akcesoriami wielkanocnymi. Panował nastrój świąteczny, była to Wielka Sobota. Przeszedł przez sukiennice pełne zapachu wielkanocnych smakołyków i cały rynek dokoła. Usiadł przez chwilę na ławce i podziwiał architekturę. Pomyślał o rysowaniu, podobnie jak na starym mieście w Lublinie. Na pewno będzie tu często przychodził. Ale bez Joli. Zdziwił się, że właśnie o niej teraz pomyślał. O tym, że ona nie jest sama, bo ma swoją córeczkę. Doszedł do kościoła i wstąpił do środka. Znalazł wolne miejsce w ławce i posiedział. Wnętrze było skąpo oświetlone, większość ludzi gromadziła się przed specjalnie skomponowanym grobem zmarłego na krzyżu zbawiciela. Obawiał się, że ze zmęczenia może zasnąć, i przegapić odjazd pociągu. Powoli podreptał na dworzec, gdzie na peronie już stał wcześniej podstawiony pociąg do Lublina.
U Janka zmieniło się teraz wszystko. Nie ma z nim Ani. Odeszła od niego na zawsze. Nie miał odpowiedzi na stale powtarzane pytanie: DLACZEGO? Czym zawinił, że ta ukochana dziewczyna odeszła bez słowa wytłumaczenia? Wtedy był listopad, minęło Boże Narodzenie, teraz nadeszła Wielkanoc i do niego dotarła ta najokrutniejsza z wiadomości, ta o jej ślubie. Po powrocie z Katowic pozostał przez całe święta sam w pokoju. Kolegów nie było, bo wyjechali do domów. Nie odczuwał głodu, nic go nie interesowało, wpadł w jakieś głębokie odrętwienie. Przespał prawie dwa dni bez jedzenia, uznał że winien cierpieć, bo to z jego winy odeszła Ania, odsunęła się od niego na zawsze. Związała się z kimś innym, nie jest już jego ukochaną Anią. Czy będzie potrafił przestać myśleć o niej? Najchętniej wyjechałby teraz gdzieś daleko, może do ojca, do sióstr z którymi się już od kilku lat nie widział. To było jednak niemożliwe, bo nie otrzymałby paszportu, chyba że w jedną stronę, bez powrotu. Na to się jednak nie mógł zdecydować, bo pozostała mu ta drobna iskierka nadziei, że może się jednak coś wydarzyć i Ania chciałaby do niego wrócić. Na moment odnajdywał w tej złudnej myśli odrobinę nadziei i powtórnie zasypiał.
Po świętach wrócili koledzy i już nie był sam w pokoju. Ich obecność wyrwała go z myślowego odrętwienia, mimo woli wdawał się w rozmowy z kolegami. Przyznał, że z Anią koniec, nie spotkał się z nią w Katowicach. W święta wzięła ślub. Koledzy próbowali go pocieszyć, namówić na pójście z nimi na koncert do klubu, ale wolał pozostać sam. Następny dzień był jeszcze wolny od zajęć, więc Janek zaraz rano wyruszył ze szkicownikiem w miasto. Zjadł jakiś skromny obiad w barze mlecznym i po południu chodził po różnych zakątkach miasta. Już nie rysował, a wybierał ciekawe zaułki na następne sesje rysunkowe. Przez moment pomyślał, że może przyjdzie tam nie sam, a z Jolą. Na nią musiał jeszcze parę dni poczekać. Pojawiła się na zajęciach w następny poniedziałek. Jola jakby nigdy nic, zauważyła go i zaraz przysiadła się obok niego. Nie miała dziś szkicownika i tylko notowała coś w zeszycie. W pewnym momencie podała mu karteczkę na której napisała: Zaczekaj, nie uciekaj, odprowadzisz mnie, bo mam coś dla ciebie. Odchylił się do niej i szepnął: - dobrze.
Po zajęciach Jola przywitała się z Jankiem uśmiechnięta i zaraz zapytała: Co z Anią, czy wyjaśniliście sobie wszystko?
- Nie. Nic. Ania jest już mężatką. Stało się to w czasie świąt wielkanocnych w Zakopanem. Nie widziałem się z nią, ani się już pewno z nią nie zobaczę. Anię po wyjeździe stąd zawieziono zaraz do szpitala sanatorium w Zakopanem. Moje listy do niej najpewniej nie zostały jej celowo przekazane. Jej rodzice odizolowali ją ode mnie. Ojciec postawił na swoim. Ja jako daleki nieobecny przegrałem. Jeszcze nie wiem z kim, ale to i tak niczego nie zmieni.
Na krótką chwilę zamilkł i zapytał Jolę o jej święta z córeczką. Opowiedziała, że urządziła jej wszystko tak samo, jak pamiętała swoje Wielkanoce z dzieciństwa. Było szukanie w ogrodzie koszyczka ze smakołykami zajączkowymi i kolorowymi jajkami. Namalowała na nich postaci z bajek. Wywołała tym wielką radość u dziecka, jaką zbyt rzadko miała okazje obserwować. Przez cały tydzień spędzała cudowne chwile z córką. Mała chodzi już do przedszkola i cieszy ją towarzystwo kolegów i koleżanek. Babcia i dziadek odpoczywają wtedy nieco, bo dziewczynka jest bardzo żywa, potrafi zamęczyć swoimi pytaniami. Po raz pierwszy zapytała o swego tatusia, czy ona też ma tatusia jak inne dzieci. Gdzie on jest? No i miałam problem, ale go jakoś rozwiązałam, choć może tylko na krótki czas. Trzeba będzie córeczce poszukać tatusia.
Przed wejściem do domu Jola przeprosiła Janka na chwilę i potem przyniosła malutką paczkę. Wręczyła ją Jankowi ze słowami, a to od zajączka dla ciebie. Rozpakujesz to jednak u siebie po powrocie z kina, bo ja koniecznie chcę teraz znów na jakiś czas zapomnieć o domu, o dziecku. Pójdziemy do kina. Wiem, że rodzice się mała dobrze opiekują, a ja robię wszystko, choćby te studia tutaj, żeby także zadbać o przyszłość córki, zapewnić jej dobry start w życiu. Marysia jest dla mnie najważniejsza. Teraz muszę się wyłączyć z bycia mamą, a stać się przykładną studentką.
Poszli do kina na premierowy polski film „Młodość Chopina” w reżyserii Aleksandra Forda. W innych kinach były w repertuarze tylko filmy radzieckie, a te nie cieszyły się śród studentów zbyt wielkim powodzeniem. Wiadomo, że filmy te były kręcone zgodnie z hasłem: Film radziecki uczy, kształci, bawi i wychowuje. Dowiedzieli się z filmu, że młody Fryderyk był rewolucyjnie nastrojony i napisał etiudę rewolucyjną. Można jednak było posłuchać jego muzyki w dobrym wykonaniu. Janek i Jola spędzili w kinie półtorej godziny siedząc bardzo blisko siebie, przez moment spotkały się ich dłonie na poręczach fotela i tak przez dłuższą chwilę połączył ich dotyk. Niezamierzone mini zbliżenie. To jednak było na samym końcu przedstawienia, już zapalały się światła i przypadkowy wzajemny kontakt został przerwany. Janek spojrzał kilka razy w czasie ciemności na twarz Joli i wydawała mu się jakaś zamyślona. Teraz, gdy zajaśniało, pojawił się na jej twarzy łagodny uśmiech i zapytała go, czy ją odprowadzi. Janek z chęcią przytaknął i wyszli wcale nie śpiesznie w kierunku kwatery Joli. Już było ciemno, podobnie jak w kinie, Janek często zerkał na Joli twarz, obserwował ją przy bardzo skąpym świetle i odkrywał coś, co nazwałby dyskretnie smutnym pięknem. Zachował tymczasem te spostrzeżenia tylko dla siebie. Przed domem powiedzieli sobie, że dobrze byłoby znów razem porysować teraz wiosną w mieście. Postali chwilę w milczeniu, Jola odezwała się pierwsza:
- Przestań się zamartwiać, Ani już nie ma, musisz zacząć myśleć o swej przyszłości związanej ze studiami. Tu w Lublinie skończyć ten rok, a potem dalej do Krakowa na akademię. Mnie żal, że ten czas szybko przeleci, bo cię polubiłam a ty też odejdziesz. –
Jola zaraz szybko przybliżyła się do jego twarzy i pocałowała go w policzek. Janek był zaskoczony, ale Jola już się usunęła pod drzwi i zawołała:
-Janku, do jutra.
Trochę tego jutra z Jolą przyszło jeszcze dziś, gdy rozpakował paczkę od niej. Na wierzchu znalazł kartkę kartonik z dziecięcym kolorowym rysunkiem zajączka, oraz napisem Wesołych Świąt. W środku kartonika było dopisane: kochany zajączku, pomóż nam odnaleźć tatusia. Były jeszcze smakołyki i ślicznie pomalowane jajko wielkanocne, a na nim rysunek piórkiem kolorowymi tuszami, wykaligrafowane litery i cyfry. Przez moment zastanowił się, może to jakiś tajemny list, pisany szyfrem? Co chciała powiedzieć? Jola to mądra dziewczyna, zna życie lepiej od niego, jest bardziej doświadczona, także od tej przykrej życiowej strony. Ma do niej zaufanie, pomoże mu odnaleźć się od nowa. Teraz została mu tylko ona.
Janek coraz częściej zastanawiał się nad tym, kim Jola jest dla niego. Czy tylko starszą koleżanką, która już próbowała studiowania na ASP? Zrobiła tam pierwsze kroki i może doradzić jak skutecznie starać się o przyjęcie. Mogłaby mu pomoc w doborze prac. Czasem jednak widział w niej dziewczynę, z której emanuje jakiś delikatny urok kobiecy, że czuje się z nią jak kiedyś na początku z Anią. Zauważył, że szuka pod byle pretekstem okazji, by jak najczęściej z nią przebywać.
Minął już prawie rok akademicki odkąd się poznali i szybko przeminęły te ostatnie miesiące z zamkniętym rozdziałem związanym z Anią. Niby bywał ciągle z Jolą, ale pozostał między nimi jakiś dystans, jedno i drugie przejawiało pewne wahania w momentach rodzącej się bliskości. Pojawiała się jakaś ostrożność w poddaniu się nastrojowi chwili, ciągle górowała jakaś rozsądkowa refleksja. Pewno dlatego nie mieli też oboje problemów z zaliczeniem i z dobrymi wynikami ukończenia pierwszego roku studiów na historii sztuki .
Nadszedł czas pożegnania, oboje wyrazili nadzieję, że to przecież nie na zawsze, że zobaczą się wkrótce w Krakowie. Mieli już swoje ustalone plany, Jola zostaje na drugi rok w Lublinie, a Janek próbuje szczęścia na ASP w Krakowie. W drodze do Katowic wstąpił na akademię i umówił się na termin wizyty u dziekana. To decydujące spotkanie miało się odbyć na początku czerwca. Janek miał jeszcze trochę czasu na przygotowanie i uporządkowanie prac do pokazania. Namalował jeszcze dwie olejne martwe natury oraz kilka akwarelowych pejzaży. Była też obszerna teka rysunków, w tym i duże studia gipsowych odlewów klasycznych wykonane wcześniej w pracowni domu kultury. Zaraz na początku czerwca dostał list od Joli w którym proponowała, by przyjechał o dzień wcześniej, już rano do Krakowa. Ona będzie tam z wizytą u swej kuzynki. Zabierze ze sobą córeczkę na wycieczkę, a w Krakowie posiedzą dłużej. Ma się nie martwić o nocleg. Bo kuzynka ma duży dom na skraju Bronowic. Mąż kuzynki pracuje za granicą, będzie mogła przez jakiś czas tam u niej przebywać. Janek się bardzo ucieszył, że będzie znowu tak blisko Joli, ale nie był pewny, czy powinien z zaproszenia skorzystać. Zwlekał przez dwa dni z odpowiedzią nim odpisał. Wkrótce przyszła widokówka z Wrocławia: Będę czekała w Krakowie na peronie na pierwszy pociąg z Katowic po godzinie 8.00, bo chcę Ci pomóc przenieść bagaż. Jestem pewna że będziesz miał dużo prac do pokazania? Do zobaczenia Jola.
Po spotkaniu na peronie, Janek z Jolą się przywitali jak dobrzy przyjaciele po długim niewidzeniu i zaraz pospieszyli do tramwaju, by za jakieś pół godziny znaleźć się u kuzynki Joli w Bronowicach. Po chwili zabrali się do przeglądu prac. Jola pochwaliła wybór Janka, miała też swoje własne krytyczne spojrzenie, na którym Janek polegał. Przekonał się, że posiada większe doświadczenie przy odpowiednim wyborze jakościowym prac. Nauczyła się już patrzeć inaczej niż dotąd Janek. Potrafiła nie tylko wybrać to co ładne, ciekawe, ale i określić dlaczego. Jej spojrzenie było już bardziej analityczne niż Janka, miała więcej doświadczenia. Udało im się wspólnie i zgodnie dokonać wyboru prac na jutrzejsze spotkanie Janka z dziekanem. Jola określiła dokonany wybór jako rokujący przyjęcie na akademię. Wczesnym popołudniem wróciła kuzynka ze swoim synkiem i córeczką Joli z wycieczki. Marysia wiedziała, że do mamy przyjedzie pan z obrazami. Orientowała się już, że jej mamusia zajmuje się obrazami i wiele o nich wie. Przyglądała się panu z dużym zainteresowaniem. Przywitała się grzecznie, ale potem utrzymała pewien dystans i obserwowała kolegę mamusi, jakby była czymś mocno zaaferowana. Po jakimś czasie podeszła odważnie do Janka, zadała mu pytanie: -
- Czy pan zostanie teraz moim tatusiem?
Jola wtrąciła się szybko, dając Jankowi do zrozumienia, by nie odpowiadał, bo sama zaraz zwróciła się do córeczki:
- Ten pan tego nie wie, czasem mamusie nie wiedzą tak od razu, kogo wybiorą na tatusia swego dziecka. Zastanowimy się nad tym wspólnie Marysiu.
Była to niezręczna sytuacja zarówno dla Joli jak i dla Janka. Po przygotowanym posiłku posiedzieli trochę, kuzynka Joli opowiadała o swym pobycie zagranicą u męża. Mieli tam rodzaj wakacji. Teraz ona z synkiem pozostanie w Polsce, bo syn pójdzie we wrześniu do pierwszej klasy. Chcą by zaczął chodzić w kraju do polskiej szkoły. Po chwili zaproponowała Jankowi wypoczynek w pokoju gościnnym i poprosiła Jolę, by go tam zaprowadziła. W drzwiach do pokoju oboje otarli się ciasno o siebie, ich twarze zbliżyły się blisko, że dotknęli się przez moment policzkami. Janek odezwał się :
- Jolu…
Usłyszał tylko : - Sza…
Jola zrobiła zręczny unik i położyła mu swój palec wskazujący na ustach. Janek go ucałował. Powiedział jeszcze: - dziękuję, odpocznę teraz, bo ty pewno zajmiesz się córeczką?
Janek rozglądnął się po pokoju, z którego drzwi otwierały się na szeroki taras. Zostawił je otwarte i położył się na tapczanie. Spoglądał na obrazy wiszące na ścianach. Zwrócił uwagę na pejzaż akwarelowy, bo zobaczył w nim świetnie rozwiązany problem w potraktowaniu nieba. Wiedział, że sam sobie z tym tak dobrze nie radził. Nawet pomyślał, czy nie poprawić swej akwareli tak jak na obrazie mistrza. Dopiero później gdy wstał odkrył, że to dzieło mistrza Juliana Fałata, o którym już słyszał, ale nie widział zbyt wielu z jego prac. Przyglądając się obrazom zasnął. Był chyba mocno zmęczony natłokiem zajęć w ostatnich dniach i szybko zapadł w głęboki sen. Wyspany wstał, wyjrzał na taras i zobaczył tam rozmawiające przy herbatce Jolę z kuzynką. Zaczął zapadać zmrok, więc dzieci już nie było, pewno spały. Wyszedł na taras do pań i został zaproszony do towarzystwa. Po kilkunastu minutach kuzynka wymówiła się obowiązkami i przeprosiła ich. Zostali sami. Trwało chwilę, nim się ożywili i rozmowa ich stała się jak zwykle żywa, bo zawsze mieli z sobą o czym porozmawiać. Nie była to gadanina w rodzaju damsko męskiego przekomarzania się. Niedawno uświadomił sobie, że inaczej rozmawiają z Jolą, nie jak dawniej on z Anią, która była znacznie młodsza od Joli. Wiedział, że miał niejaką przewagę intelektualną nad Anią. Czy nad nim zaś nie góruje teraz Jola? Kim ona jest dla niego? Coraz bardziej czuł się oczarowany jej kobiecością, choć wcale nie próbowała go uwodzić. Nie robiła tego także teraz, gdy siedzieli sami i cieszyli się swoją obecnością tylko we dwoje. Wystarczało im jak dotąd tylko tyle. Pokój w którym mogli poddać się nastrojowi chwili był przecież o parę kroków, łóżko też. Obiecała mu, że go obudzi rano i będzie mogła z nim pojechać na akademię.
Życzyła mu dobrych snów, by mu się jutro powiodło. Zaczeka na rezultat rozmowy. Janek nie potrafił przez dłuższy czas zasnąć. Wiercił się w ciemnościach na łóżku i rozważał jak powinien się wobec Joli zachować. Postanowił że, jeśli wynik rozmowy z dziekanem będzie pomyślny, powie jej, że chciałby być z nią odtąd razem. Tak na zawsze. To dla niego więcej znaczyło niż zwykłe oświadczyny, przysięganie że ją kocha. Tak było dawniej, tak mówił Ani, ale wszystko skończyło się szybko, mimo że i Ania zapewniała go o swej dozgonnej miłości.
Ania oznajmiła dziś mężowi radosną nowinę. Była u lekarza, bo jakoś dziwnie się poczuła. Teraz wie na pewno. Będą mieli dziecko. Ma dziś swój najszczęśliwszy dzień. Zeszłoroczną końcówkę roku odchorowała, sporo tygodni spędziła w szpitalu i sanatorium, ale wszystko skończyło się szczęśliwie. Nawet bardzo szczęśliwie, bo rzucona przez Janka, o czym była przekonana, bo ani razu się do niej nie odezwał po jej wyjeździe z Lublina. Uwierzyła rodzicom, ojcu udało się ją dość szybko przekonać, że zasługuje na kogoś, kto jej nie pozostawi w trudnej sytuacji dla innej. Przez długie tygodnie nie mogła w to uwierzyć, że Janek mógł tak postąpić. Rodzice ją w tym utwierdzali i jako grzeczna córeczka dawała im wiarę, zgodziła się, że nie warto za nim płakać. W sanatorium było wielu ciekawych chłopców, także tacy, którzy ją wyraźnie adorowali. Najchętniej przebywała w towarzystwie przystojnego studenta będącego w trakcie przygotowania magisterium. Ukończył dziennikarstwo. Najbardziej zaimponowało to jej ojcu, zwłaszcza że był to syn znanego działacza partyjnego z Krakowa, z którym ojciec miał już kontakt. Proponował przyszłemu zięciowi pracę u siebie w gazecie. Razem z żoną zachęcał Anię na kontynuowanie kontaktu z nowo poznanym chłopcem rokującym pewną przyszłość zawodową, a nie jak tamten biedny szewc- artysta. Przypadkowo ów chłopak miał też na imię Jan, ale na drugie imię Ryszard. Ania wolała mieć Rysia, a nie drugiego Janka. Zawsze to kot chodzący swoimi ścieżkami, drapieżnik, ale nie za wielki. Młodziutką Anią można było zręcznie manipulować, wyglądało na to, że młodzi mieli się coraz bardziej ku sobie. Rodzice wcześniej niż Ania zaczęli myśleć o ślubie. Wszyscy byli zadowoleni. Po powrocie z Zakopanego młodzi spotykali się coraz częściej, bo odległość pomiędzy Katowicami a Krakowem nie była wielka, tak że niebawem doszło do ustalenia daty ślubu. Obu rodzinom wkręconym w zależności partyjne było zręczniej, by młodzi pobrali się w Zakopanem, na terenie neutralnym. Tam gdzie się młodzi poznali. Dziś wieczorem miał Rysiek wrócić z delegacji i dowiedzieć się o wielkim szczęściu jakie ich spotyka. Będą rodzicami. Ania mieszkała z mężem u jej rodziców, więc oni pierwsi dowiedzieli się, że zostaną dziadkami. Z tej okazji mama Ani przygotowała wspaniała kolację, a ojciec Ani dał znać zięciowi, że ma z delegacji wrócić z dużym bukietem kwiatów dla swej żony, bo czeka go niespodzianka. Ania oznajmiła, że dzidziuś urodzi się w grudniu. Rysiek był szalenie szczęśliwy, gdy mu Ania oznajmiła, że zostanie tatusiem. Były rozmowy odnośnie dalszych studiów Ani, ale że tymczasem przede wszystkim będą dbać o zdrowie Ani i dziecka. Później przyjdzie czas na karierę Ani, a jej studia mogą być zaoczne. Rysiek da rady sam ich utrzymać, zwłaszcza, że wkrótce ma zastąpić ojca Ani na stanowisku naczelnego redaktora tygodnika.
Drzwi gabinetu dziekana otwarły się i Janek trzymając z trudem oburącz prace wyszedł na korytarz. Zaraz pobiegła z pomocą Jola, która przez cały czas czekała. Zobaczyła uśmiech radości na twarzy przyjaciela i zapytała tylko krótko: Tak?
- Tak, jestem przyjęty. Jestem szczęśliwy Jolu. Dziękuję Ci.-
-Cicho sza, cieszę się, bo bardzo chciałem, by ci się udało.-
Janek postawił ten swój artystyczny bagaż na ławce i oboje usiedli trzymając się za rękę. W pierwszym momencie Jola chciała mu pogratulować, ale Janek zatrzymał jej dłoń mocno w swej dłoni i spoglądał jej w twarz, w oczy i nie potrafił niczego słowami wyrazić. Podciągnął jej dłoń do swych ust i ucałował kilkakrotnie. Po chwili wypowiedział wreszcie to najważniejsze dla niego zdanie:
- Chcę być z tobą, bo… -
I tu mu przerwała, mówiąc prawie szeptem:
-Przecież ja już to wiem. Nie teraz nam o tym tutaj mówić, wyjdźmy stąd. –
Szybko spakowali prace w dwie paczki i opuścili akademię. W drzwiach Jola zwróciła mu uwagę, że odtąd będzie tu przez kilka lat studiów stałym gościem. Janek zapytał Jolę, gdzie najchętniej zjadłaby teraz obiad. Odpowiedziała, że jest taki lokal przy rynku, u Hawełki, tyle że nie na ich kieszeń, ale zna też tańsze lokale. Janek powiedział, że dziś on ją zaprasza do wykwintnej restauracji, stać go na to, bo siostry go wspomogły, sprzedał zachodnie marki i on funduje.
W lokalu Jola długo studiowała kartę, bo nie chciała nadwyrężać budżetu przyjaciela, ale udało im się zjeść wykwintnie i bez cenowego szaleństwa. Prowadzili przyjemną rozmowę , nie padły jednak żadne zobowiązujące deklaracje. Jola była stanowcza, żadnych przyrzeczeń, zaklęć, ani ostatecznych ustaleń. Ona nie obiecuje, ale może przeniesie się też do Krakowa na UJ, by tu dalej studiować historię sztuki. Będą mieli bliski kontakt, może wtedy ich relacje jakoś same się ułożą. Pobędzie tu jeszcze kilka dni w Krakowie, a potem musi
wyjechać do Wrocławia, gdzie ma nagraną pracę zarobkową w muzeum na czas miesięcy wakacyjnych. Janek miał również swój plan na zarabianie w czasie wakacji. Może nawet malowaniem? Marzyła mu się też wycieczka do Wrocławia, do miasta, w którym dotąd jeszcze nie był. Pozna je z Jolą. Dziś miał jeszcze raz nocować u kuzynki Joli. Niestety, jutro już pożegnanie i wyjazd do Katowic. Ustalili, że rano pojadą tramwajem na dworzec, kupią bilet, zostawią bagaż w przechowalni i udadzą się na zwiedzanie. Jola oprowadzi go trochę po Krakowie. Wieczorem mieli okazję przebywać przez jakiś czas na tarasie tylko sami. Jola wydawała się bardziej opanowana niż on, unikała okazji do zbliżeń z konsekwencjami. Wiedziała, że jest zakochana w trochę młodszym koledze, ale mimo wszystko, postanowiła czekać. Już raz spłatało jej życie okrutnego figla, czy może raczej konkretny mężczyzna sprawił jej przykrą niespodziankę. Postanowiła panować nad swoimi uczuciami, jest młodą dziewczyną, ale już także mamą. Następny dzień był przepiękny, z rynku wyruszyli kursującym jeszcze wtedy starym wąskotorowym tramwajem nr 1 w kierunku Wawelu. Chciała na pożegnanie zwiedzić z Jankiem to najważniejsze miejsce w mieście. Nie wchodzili do komnat na Wawelu, a przez dłuższy czas zatrzymali się przy murze od strony Wisły, skąd jest wspaniały widok na rzekę, na Kopiec Kościuszki, Bielany i pasmo wzgórz w oddali. Dla Janka nie tylko te widoki były czymś pociągającym, już myślał że będzie tu przychodził rysować, a może nawet malować. Co chwilę jednak patrzał na Jolę, jakby chciał utrwalić sobie jej twarz w pamięci, by został mu powidok na długie chwile rozstania, które ich teraz czekało. Janek liczył na to, że Joli tak jak jemu uda się przeniesienie na dalsze studia do Krakowa. By mogli znów być razem. Czekał na jej bliskość.
W sierpniu Jola napisała do Janka, że musi pojechać do Krakowa, bo chyba udaje się jej załatwić przeniesienie na dalsze studia w Krakowie. Janek zaproponował tam od razu spotkanie. Umówili się, że wsiądzie do jej wagonu w Katowicach i pojadą razem. Będą mieli więcej czasu dla siebie. Janek był szalenie ucieszony tą wiadomością i przywitał ją śliczną pąsową różą. Jola pocałowała go w policzek i powiedziała, że zaczyna im się dobrze układać. Czy miała na myśli coś ponadto niż tylko ich studia, nie zaznaczyła, ale Janek pomyślał z nadzieją o czymś więcej. Czekał na Jolę przed uniwersytetem, po raz pierwszy rysując cos w szkicowniku. Jola wróciła uśmiechnięta i powiedziała mu :
- Teraz już czas szybko przeleci. W październiku będziemy znów razem. No prawie…-
Czas w Krakowie im szybciej mijał niż by chcieli, po godzinie 16.00 mieli pociąg powrotny do Wrocławia. Byli na obiedzie, ale Jola zaznaczyła, że tym razem już nie pójdą do Hawełki, a do baru mlecznego. W drodze powrotnej przeszli obok budynku ASP i oboje tęsknie spojrzeli na gmach. Jola odezwała się:
-Ja tu już byłam, a ty tu będziesz, ale nie tak jak ja, bo wytrwasz do końca. Będę tego chciała i za ciebie.-
Podróż do Katowic trwała wtedy aż 2,5 godziny, cały czas przegadali, bardziej osobistych tematów jednak nie poruszali. Przed Katowicami oboje jakby zastygli w milczeniu. Na pożegnanie znów Jola wykazała się inicjatywą i ucałowała go tym razem w oba policzki. Wyszeptała:
- Do października, Janku.
Ich rozstanie nie trwało jednak tak długo, bo na początku września Janek pojechał na zaproszenie Joli na trzy dni do Wrocławia. Były to sobota, niedziela i poniedziałek. Dotychczas kontaktowali się regularnie listownie. Dzięki listom poznawali się coraz lepiej, bo jedno i drugie bardzo otwarcie wyjawiało swoje problemy. Nie było w nich prawie nic o ich uczuciach, poza akcentowaniu chęci i potrzeby ponownego zobaczenia się. Tym razem nie tylko mama Jola była z odwiedzin Janka ucieszona, ale również jej mała córeczka. Przynajmniej z jej strony padły wyraźne oświadczyny:
- Ja wiem, że moja mama pana lubi, ale ja jeszcze bardziej.
Joli przy tym nie było, nie musiała z powodu tych oświadczyn ingerować. Janek nocował we Wrocławiu w bursie Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych. Przez prawie większość dnia był razem z Jolą a często i z jej córeczką. Gdy byli z małą przebywali głównie w parkach, a nawet w zoo. Najprzyjemniej było zwiedzać starówkę i zabytkowe gotyckie kościoły. Zrobił kilka szybkich szkiców. Jola nie rysowała. Wtedy w 1952 roku Wrocław był jeszcze w znacznej części miastem ruin, choć trwała już dość intensywna odbudowa. Jola zaprowadziła Janka także do muzeum w którym pracowała i mógł tam podziwiać zbiory malarstwa, tym bardziej, że Jola była mu doskonałą przewodniczką. Przy pożegnaniu wiedzieli, że za kilka tygodni spotkają się znów w Krakowie, będą tam razem przebywać, ale czy będą już tak razem jak o tym marzył Janek?
Czas wakacji zbliżał się szybko do końca, Janek zdążył wykonać kilka zmówionych kopii obrazów religijnych i poprawił swój budżet. Miał szczęście, bo udało mu się otrzymać miejsce w domu akademickim, co prawda nie w tym przy ul. Dzierżyńskiego, a na Zakrzówku gdzie ASP otrzymało kilka miejsc w akademiku ogólnym na terenie przedwojennych koszar kawalerii. Janek pojechał do Krakowa już 3o. września. Liczył na to, że lepiej wcześniej, bo i miejsce może być korzystniejsze. Tych lepszych miejsc nie było, dostał się do sześcioosobowego pokoju. Byli to koledzy w jego wieku, choć także i jeden starszy kolega który przeżył Oświęcim. Jola miała przyjechać dopiero jutro, 1. października, tymczasem zamieszka u kuzynki w Bronowicach. Oboje mieli swe kwatery dość daleko od siebie, bo na peryferiach wielkiego Krakowa.
Joli udało się jej studia nieco przyspieszyć, chyba zaliczy w tym roku drugi i trzeci rok. Trzy lata na ASP i praktyki w muzeum u siebie w mieście pozwoliły jej przyspieszyć tryb jej studiów. Liczyła na to, że będzie mogła się szybciej usamodzielnić, niedługo zacznie na stałe przebywać córeczką, ale przyspieszy to też rozstanie z Krakowem, z Jankiem. Janek nie chciał o tym myśleć, on niestety miał przed sobą jeszcze pięć lat studiów w Krakowie, z czego co najmniej dwa już bez Joli. W sumie oboje traktowali studia bardzo poważnie, zresztą tak jak siebie nawzajem. Byli dla siebie parą z bardzo ograniczonym czasie na bywanie ze sobą. W Krakowie było wtedy mało miejsc, które mogły kusić studentów do rozrywkowego życia. Były to ponure lata stalinowskie, dobrze było się nie wychylać, bo było wtedy zbyt wielu czuwających i pilnujących przestrzegania wierności linii partii. W marcu 1953 roku zmarł tow. Stalin. Janek dowiedział się o śmierci Stalina rano 3. marca poprzez swoje kryształkowe radio na słuchawki. Razem z kolegą z pokoju nasłuchiwali na zmianę rozdzielając parę słuchawek. Wyszli na uczelnię z dużym opóźnieniem. Idąc przez Most Dębnicki usłyszeli z Wawelu bicie dzwonu Zygmunta. Dla komunistycznego mordercy milionów, wymusiły ówczesne władze by dzwon królów polskich żegnał potwora. To nie były płaczliwe bicia dzwonu, a grzmot uderzeń. Burza. Po niej nastała wiosna. Nastąpiła także odwilż w polityce i kulturze, choć bardzo powolna. W tych czasach beż telefonów komórkowych Jola pojawiała się często bez zapowiedzi w przerwie południowej na ASP i razem zachodzili na obiad do tutejszej stołówki w piwnicy gmachu. Czasem Jola zostawiała list w skrzynce na pocztę przy portierni. Przy okazji obiadu Jola zachodziła z Jankiem do pracowni by zobaczyć prace Janka. Była dla niego rzetelnym krytykiem. Miał do niej zaufanie, bo jej spojrzenie na sztukę było już dosyć dojrzałe w ocenie, wiedziała też nie mniej niż asystenci w pracowni. Ona była pewna, że w przyszłości zostanie krytykiem sztuki.
Podczas tegorocznych wakacji Janek spędził jeden miesiąc, w Katowicach. Wybrał na to lipiec, traktował ten czas na wychodzenie w plener. Wrócił także do swego wcześniej wyuczonego zawodu. U wujka pracującego teraz w dawnym w warsztacie ojca mógł wykonać dwie pary sandałów według swego projektu. Jedne męskie dla siebie a drugie, jako prezent dla Joli. Będzie własnoręcznie wykonanymi sandałami pieścił jej stopy. Jola też mu sprawiła nadzwyczajny prezent wakacyjny. Będą przez sierpień i wrzesień razem we Wrocławiu. Załatwiła mu pracę w muzeum, gdzie ona już miała swoje zatrudnienie. Będzie wykonywał rysunki potrzebne przy inwentaryzacji zabytków, czym się Jola zajmowała. Był bardzo zadowolony, bo mógł połączyć uczucie z pieniędzmi. Było jeszcze coś, co Janka nad wyraz urzekło we Wrocławiu. O tym nawet Jola nie miała pojęcia, bo nie wybrała się na studia plastyczne do miejscowej wrocławskiej uczelni, a na malarstwo do Krakowa. Janek poznał w bursie kolegów z tutejszej uczelni. Byli już na starszych latach i zaprosili go teraz, gdy przebywa tu dłużej do swych pracowni uczelnianych i pokazali mu bogactwo możliwości tworzenia w bardzo intensywnych kolorach nie farbami, ale w szkle. Janek nie znal tego tworzywa, był oszołomiony tym, co zobaczył. Poza malowaniem obrazów w tradycyjny sposób, miał zawsze pociąg do artystycznego podchodzenia do wyrobów rzemieślniczych. Nawet w bucie próbował znaleźć jakiś wyraz artystyczny. Tym sandałom, które wykonał dla Joli próbował nadać kształt elegancji sztuki. Szkło oczarowało go nad wyraz. Czy bardziej niż Jola?
Tę kwestię musiał rozwiązać w ostatnich dniach września.
W przeddzień rozpoczęcia roku akademickiego Janek umówił się z Jolą na wspólną jazdę pociągiem do Krakowa. Jola dziwiła się, że ma ze sobą tak mało bagażu, co Janek skwitował tym, że przecież zarabiał w czasie wakacji i może sobie coś nowego kupić. Oboje udali się do domu jej kuzynki w Bronowicach, by zostawić tam bagaż Joli i zaraz udali się do centrum , na uczelnie. Janek odebrał w dziekanacie swoje dokumenty, o które już wcześniej zabiegał listownie. Chodziło też o przeniesienie po ukończonym drugim roku ogólnym na dalsze studia na wydziale szkło i ceramika w specjalizującej się w tej dziedzinie uczelni we Wrocławiu. Jola o tym do tej pory nie wiedziała. Pierwszy raz nie podzielił się z nią tak ważną decyzją życiową, choć dotąd zawsze miała znaczny wpływ na jego decyzje co do wyboru studiów. Janek miał zamiar jutro wcześnie rano wyjechać pociągiem na stałe z Krakowa. Sam bez Joli.
Kuzynka Joli przebywała poza Krakowem, byli sami w jej domu. Janek sugerował, żeby się dziś wcześniej położyć, sugerował bez dokładniejszego tłumaczenia, że trzeba być w formie, by zacząć coś nowego. Zjedli szybką kolacje, Janek milcząco ociągał się, nie zaczynał rozmowy. Jola przejęła inicjatywę i zaproponowała, że go odprowadzi do łóżka. Objęła go jakoś odważniej niż zwykle i ruszyli do jego pokoju. Stanęli przy łóżku, zaraz pchnęła go silnie na pościel i też położyła się jak najbliżej niego. Wyszeptała: - to na dobry początek nowego roku akademickiego.
Po długo trwającym pocałunku Janek odpowiedział:
-To też na pożegnanie, bardzo Cię przepraszam Jolu, nie miałem dość odwagi by Ci powiedzieć, że tym razem sam zdecydowałem jak pokierować swoimi dalszymi studiami. Zdecydowałem się na Wrocław. Wracam tam wcześnie rano. Nie chcę z Tobą zrywać, to tylko nadal rozstanie, ty będziesz stale do Wrocławia wracać, będziemy się spotykać. Kocham cię naprawdę, choć ostatnio oszalałem na punkcie szkła, ty pozostaniesz dla mnie nadal najważniejsza. Powtarzam to jeszcze raz, chcę z tobą być zawsze, choć teraz będziemy się trochę rzadziej widywać.
-Ja cię też kocham, tylko mnie strasznie zaskoczyłeś, jest mi bardzo smutno. Nie chcę byś mnie zbyt szybko zapomniał, a noc mamy zbyt krótką. Spróbuję dać ci na chwilę odrobinę szczęścia, byś mnie pamiętał, nie zapomniał.
Janek po krótkiej nocy wstał szczęśliwy jak nigdy, utwierdzony w swym gorącym uczuciu dla Joli. W czasie dość długiej jazdy do Wrocławia miał sporo czasu pomiędzy drzemkami na przemyślenie tego co powinien Joli powiedzieć, a czego nie uczynił, bo wciąż mu się wydawało, że jeszcze dużo czasu na rozmowy mają przed sobą, choć jeszcze nie teraz.
W listopadzie Janek spotkał się z Jolą we Wrocławiu. Wtedy przyjechała do domu na kilka dni wokół Wszystkich Świętych. Były to raczej krótkie dzienne spotkania, do nocnych nie doszło, Jola ich wyraźnie unikała. Niedosyt spełniania się ich miłości Janek tłumił czymś, czego wówczas jeszcze nie nazywano pracoholizmem, ale w jego wypadku bardzo twórczym, choć w kruchym tworzywie szklanym. Oboje się informowali o dobrych postępach w ich studiach. Jola o tym, że została asystentką, zaś Janek o stypendium artystycznym, znacznie wyższym od zwyczajnego, które otrzymał za dobre wyniki. Już nie musiał korzystać z pomocy sióstr w Niemczech, tyle co uprzednio. Jeśli kontaktów z Jolą było znacznie mniej niż dotychczas, to jednak nadal trwała między nimi dość regularna korespondencja, poznawali się coraz lepiej, odległość ich nie rozdzielała. W trakcie krótkich spotkań we Wrocławiu Jola przyprowadzała czasem na spotkanie swą córeczkę, która potrafiła Jankowi pokazać jak bardzo go polubiła. Jola spoglądała nadal z dużą ostrożnością na próby przywiązania się córeczki do Janka. Na Boże Narodzenie czekało na studencką parę nieco więcej wolnych dni. Wujek zapraszał Janka na święta do Katowic, ale Janek podziękował uprzejmie, z góry wiedział, że to ojciec namawiał swego młodszego brata, by zaprosił Janka na święta do siebie. Powroty do rodzinnych stron, do domu którego już tak naprawdę nie miał, nie pociągały go już. Wolał też uniknąć tam spotkania swej dawnej dziewczyny, bo co mogli sobie teraz powiedzieć? Ostatnio nie miał o niej żadnych wiadomości i wcale ich nie szukał. Z Jolą mieli długie rozmowy w czasie których potrafiła mu wytłumaczyć dlaczego go zaprasza na święta do swych rodziców. Janek się bardzo ociągał, aż w końcu przeważył ostateczny argument, że córeczka byłaby bardzo rozczarowana, bo to był jej pomysł, by spędził z nimi Boże Narodzenie.
Święta mijały zbyt szybko. Dla Janka była to od wielu lat pierwsza wigilia z rodziną. Nie jego, a Joli, osoby tak bardzo mu bliskiej. Po wigilii wyszli z Jolą na pasterkę do katedry. Była to dla nich prawdziwa zimowa bajka, bo od wieczoru spadł w wigilię pierwszy śnieg. Jankowi utkwiła ta wigilia roku 1953 głęboko w pamięci. Po pasterce nie było im zbyt spiesznie do domu, bo mróz nie był zbyt ostry, a ich rozgrzewało to wewnętrzne świąteczne szczęście. Obiecali sobie, że postarają się jak najszybciej skończyć studia i się pobrać, zostać prawdziwą rodziną. Jola miała szansę zrobić magisterium w ciągu dwu lat akademickich. W Muzeum narodowym czekał na nią etat. Podczas dotychczasowych praktyk sprawdziła się tam jako dobrze zapowiadający się pracownik badań w dziedzinie sztuki i znalazła życzliwych protektorów. Kierownictwo muzeum było bardzo zadowolone z przetłumaczonych starych niemieckich dokumentów muzealnych, w czym była też duża zasługa Janka, znającego doskonale język niemiecki i czytającego swobodnie szwabachę.
W czerwcu 1955 roku wróciła Jola z Krakowa jako świeżo upieczona pani magister sztuki. Janek był na uroczystości i potem zaprosił swoją magister na kolację do Hawełki. Po niej były jeszcze małe poprawiny u kuzynki Joli w Bronowicach i upojna noc szczęśliwej pary. Podróż do Wrocławia przeleciała szybciej niż wszystkie dotychczasowe, bo przez cały czas snuli plany o swej wspólnej szczęśliwej przyszłości.
Jola z córeczką mieszkała nadal u swych rodziców, a Janek już nie w bursie, a miał swoją kawalerkę, dość ciasną, bo stanowiła bardziej pracownię niż mieszkanie. Swoje sam na sam z Jolą spędzali jednak tutaj. Zaczęli myśleć o ich wspólnym mieszkaniu. Mówili i o małżeństwie, ale bez żadnego wesela, bez gości, sami tylko ze świadkami. Może zrobią potem krótki wypad do Krakowa, na kolację do Hawełki, a na noc do kuzynki Joli w Bronowicach, gdzie mieli swoje łóżko.
Nastał ten Polski Październik roku 1956. Rodziły się wielkie nadzieje na odwilż i wyrwanie z mroźnych rosyjskich okowów. W sztuce skończył się narzucony na siłę socrealizm. Powiało świeżym duchem, wiatr z zachodu przeważał nad wschodnim. Niestety, na krótki czas. W czerwcu 1957 roku Janek uzyskał dyplom ukończenia swoich studiów. Dyplom artysty w dziedzinie ceramiki i technik w szkle, łącznie z witrażem. Był to czas intensywnej odbudowy zniszczonego wojną Wrocławia. O pracę zarobkową nie musiał się martwić. Na tyłach kamienicy w centrum miasta udało mu się znaleźć stary, dość zrujnowany budynek parterowy po dawnym warsztacie rzemieślniczym nadający się po remoncie na pracownię dla uprawianych przez niego technik. Typowa pracownia na poddaszu nie wchodziła w grę ze względu na ciężary materiałów w których pracował. Od władz miasta udało mu się uzyskać prawa do używania tej nieruchomości dla celów artystycznych. W mieście odbudowywano zabytkowe świątynie gotyckie, które wymagały wielu uzupełnień w zniszczonych witrażach. Janek miał sporo ciekawej i intratnej pracy. Realizację swoich prywatnych pomysłów twórczych odkładał na później.
W połowie grudnia 1959 roku starsza siostra z Kolonii przysłała do Janka telegram. Wówczas nie posiadał jeszcze telefonu. Poinformowała go o bardzo złym stanie zdrowia ojca, że każdy kolejny dzień, może być jego ostatnim. Ma się starać o paszport, ona mu załatwiła niemiecką wizę, którą zaraz przyśle. Otrzyma od siostry oficjalny, przetłumaczony dokument o stanie zdrowia ojca. Janek był tylko czasowo zameldowany we Wrocławiu i musiał w tej sprawie wyjechać do Katowic. W urzędzie paszportowym otrzymał od razu odmowę. Gdyby wyjeżdżał na stałe, albo na pogrzeb ojca mógłby otrzymać paszport. To był dla Janka szok. Wrócił więc z niczym do Wrocławia, pełen żalu, że nie mógł pojechać pożegnać się z ojcem przed jego odejściem. Teraz przekonał się, jak bardzo zbliżyli się z Jolą, że zawsze może w trudnej sytuacji życiowej na nią liczyć. Jola zaproponowała Jankowi by na najbliższy czas przeniósł się do nich, bo u nich w domu jest telefon. Jej rodzice go zapraszają. Córeczka też. Nawet zapowiedziała, że wcale nie będzie temu koledze mamy przeszkadzać. Telefon był dla Janka zasadniczym argumentem. W nocy 18. grudnia miał telefon z Niemiec. Ojciec zmarł tego wieczoru. Pogrzeb odbędzie się 23. grudnia. Janek był tą wiadomością bardzo przybity oraz zmartwiony, czy otrzyma na czas paszport. Natychmiast udał się powtórnie do Katowic, by natychmiast zacząć starania o paszport. Tym razem mu nie odmówiono. W międzynarodowym biurze podróży załatwił błyskawicznie bilet na bezpośredni pociąg do Kolonii na 21. grudnia. Dewizy na ten cel przysłała oczywiście siostra. Natychmiast wrócił do Wrocławia, mieli z Jolą jeszcze trochę czasu na poważne rozmowy. Zamiast Bożego Narodzenia u Joli, będzie wtedy na pogrzebie ojca za granicą. Nie zobaczy się już z nim, ale przynajmniej nastąpi spotkanie z siostrami po wieloletnim niewidywaniu się i z ich rodzinami. Do pociągu do Niemiec wsiadł we Wrocławiu. Jola ucałowała go serdecznie i namiętnie na pożegnanie, dodając szeptem: - nie zapomnij o mnie, o nas. Po zajęciu wygodnego miejsca w niemieckim luksusowym wagonie Janek długo wspominał to ostatnie zdanie Joli: Nie zapomnij o NAS. Jola łączyła teraz jego, swoją córeczkę i siebie jako nas. Po powrocie będzie dążył do tego, by jak najszybciej mogli być razem.
Uroczystości pogrzebowe odbyły się wcześnie do południa, rzekomo szybciej, krócej niż zwykle, bo następnego dnia wigilia i wszystkim było spiesznie, by przygotowywać swoje Weihnachten. Uroczystość odbyła się z poszanowaniem powagi, porządku ceremonii, wszystko odbyło się na cmentarzu u grobu. Nie było demonstrowania smutku, żalu, mało uroczyście, tak zwyczajnie, nie jak w Polsce. Przemówienie krótkie i rzeczowe, był sztandar związku weteranów pierwszej wojny światowej, do którego tam ojca Janka przyjęto. Orkiestra zagrała: Ich hatt’ einen Kameraden i ta niewielka grupa uczestników wsiadła potem do samochodów by udać się na krótki posiłek pożegnalny w pobliskiej restauracji. Janek zapoznawał się tam ze swoją rodziną ze strony sióstr. Niby krewni, ale obcy. Janek nie miał problemów z porozumieniem się, znał nadal doskonale język, choć na pewno mówił już z nieco odmiennym akcentem od reszty. Czuł się jednak jak trochę biedniejszy krewny, który przybył z dalekich stron, ze wschodu. Siostry okazywały swemu młodszemu bratu bardzo dużo serdeczności i dbały by się dobrze czuł. Chciały mu wynagrodzić w trakcie tych kilku dni wspólnego pobytu długie lata rozłąki. Ciągle widziały w nim tego młodszego chłopca, którego pamiętały sprzed lat. Tu nie był dla nich Jankiem, a tym dawnym Hansi, choć miały przed sobą dojrzałego i urodziwego mężczyznę. Po kolacji wigilijnej, przy choince śpiewał z siostrami tę najsłynniejsza z kolęd świata, pochodzącą z Austrii Stille Nacht… Przypomniał sobie słowa, bo kiedyś śpiewali z matką, ojcem i siostrami tę kolędę w ich domu w Katowicach. Było wiele wspomnień, siostry opowiadały o ojcu, że mógł tu liczyć na dobrą opiekę lekarską, miał swoją dość wysoką rentę jako inwalida wojenny. Pytały jego, jak mu się w Polsce powodzi, były przekonane, że mu tam znacznie gorzej niż im w Niemczech. Padło w końcu pytanie, czy nie zechciałby tu na stałe pozostać, z nimi, pomogły by mu się od nowa urządzić. Czy może ma kogoś tam u siebie w tym Breslau, że musi wracać? Tu ma jeszcze dziesięć dni na oficjalny pobyt, rozejrzy się, przemyśli i podejmie decyzję. Została mu po ojcu niezła suma marek, które ojciec zaoszczędził. Są przeznaczone dla niego. Im tych pieniędzy nie trzeba, bo sobie doskonale radzą. Jest im w RFN bardzo dobrze, bo kraj przeżywa cud gospodarczy.
Janek zdołał się zorientować, że kwota którą otrzymał w schedzie po ojcu jest jak na polskie warunki dość znaczna. Mógłby za tę kwotę kupić niezły używany małolitrażowy samochód. Jeden z siostrzeńców był w tej materii dość dobrze zorientowany i pomógł Jankowi wybrać odpowiedni model. Doszli do wniosku, że najlepiej będzie kupić Fiata, biorąc pod uwagę polskie powiązania z tą wytwórnią. Padło na Fiata 800. Janek nie miał jeszcze prawa jazdy, ale potrafił prowadzić samochód. Był zdecydowany kupić pojazd jeśli tylko załatwi problem transportu go do Polski. Ku jego wielkiemu zdziwieniu sprawa rozwiązała się przez przypadek sama. Janek udał się do konsulatu polskiego w Kolonii, bo chciał się zorientować, czy mógłby uzyskać zgodę na przedłużenie o kilka dni pobytu w Niemczech. Osobą do której zwrócił się w konsulacie była śliczna i elegancka młoda osoba, aż nadto dobrze mu znana. Był to nie kto inny jak Ania, pracująca tam w sekretariacie jego dawna dziewczyna, ta która go rzuciła. Była nieco zmieniona, oczywiście na korzyść, już dojrzalsza pani, nie ta trzpiotka co kiedyś. Oboje stanęli jakby ich prąd poraził, ale natychmiast rzucili się sobie w ramiona i zaczęły się pytania, relacje. Po pierwszej euforycznej chwili spotkania, Janek natychmiast nabrał dystansu do Ani. Nie zadawał zasadniczych pytań. Dlaczego tak wtedy postąpiła. Uważał tę kwestię na zawsze zamkniętą. Nie pytał. Z jego strony było o jego drodze zawodowej, dlaczego przebywa w Niemczech. Nie wspominał Joli, z którą był teraz związany. Odnośnie transportu samochodu, powiedziała że to się świetnie składa, ona z mężem wracają za dwa tygodnie do kraju, chętnie zabraliby się jego samochodem, więc przewiozą go, bo mają dużo bagażu i bardziej im to odpowiada niż kolej. Tu na miejscu korzystają tylko z samochodów służbowych. Janek dowiedział się, że przedłużenia na pobyt nie otrzyma, musi więc sam wracać koleją, a oni jego samochodem. Męża Ani nie ma aktualnie w Kolonii, przebywa jako dziennikarz Polskiej Agencji Prasowej na reportażu w Bawarii. Ona pracuje jako sekretarka w konsulacie, w międzyczasie ukończyła studia dziennikarskie na uczelni partyjnej. Ma nadzieję że również wyjedzie za granicę jako dziennikarka. Ojciec i udane małżeństwo otwierają jej świat. Ania nalegała na spotkanie się z Jankiem po pracy w godzinach wieczornych, zaprosiła go by wstąpił po nią do jej mieszkania, a potem wyjdą na kolację. Kolacji w restauracji oczywiście nie było, zatrzymali się u niej, wypili mnóstwo Coca coli. Na stole pojawiła się też litrowa butelka włoskiego wina. Zjedli parę ad hoc przygotowanych kanapek z zapasów z lodówki. W pewnym momencie Ania zapytała retorycznie, co byłoby gdyby się wówczas nie rozstali. Do dziś uważała, że winien rozstania był oczywiście on, kierowany przez zaborczo nastawioną Jolę. Była zdziwiona, gdy dowiedziała się o tych rozlicznych listach, które do niej pisał i które do niej nie docierały, bo jej rodzice je rekwirowali. Od początku był dla nich persona non grata zwłaszcza dla jej ojca, który mu to jawnie okazywał. W miarę popijania wina, Ania stawała się w swych wypowiedziach coraz bardziej wylewna. Co do jej małżeństwa, przyznała że to bardziej związek wspólnych interesów. Wielkie uczucia szybko prysły. Była w ciąży, cieszyła się na dziecko, ale poroniła. Mąż zbyt często przebywa poza domem. Prowadzi jednak bardzo interesujące życie. Właściwie to przebywają głównie poza Polską. Janek zdołał Ani zakomunikować, że są z Jolą razem. Odpowiedziała mu tylko, że wiedziała jak się to skończy. Jola ponosi winę za ich rozstanie.
Ania popijała wino prawie sama. Dziwił się trochę Ani, że przestała być tą delikatną dziewczyną sprzed lat, z jaką się wówczas związał. Niewiele zostało w niej z tej dawnej Ani, wyszły na jaw jakieś inne cechy charakteru, które go od niej oddalały. W pewnym momencie powiedziała do niego: - Myśmy się nigdy z sobą nie kochali, może mnie za nadto szanowałeś, zresztą nie miałam wtedy o seksie żadnego pojęcia. Ania wypiła prawie sama całą litrową butelkę wina, bo Janek ociągał się z piciem, po prostu nie chciał nieudanej przeszłości topić w alkoholu. Ania zaczęła się nagle rozbierać, rozrzucać części garderoby i po chwili leżała przed nim naga.
- Chcę się teraz przekonać, jaki w tym jesteś, co straciłam. Czy jestem gorsza od Joli? –Zrób teraz ze mną to, czego wówczas jeszcze nie robiliśmy.
Bierz mnie!-
Janek był zaszokowany i powiedział do niej:
- Szanowałem cię wówczas i dziś też nie stanowisz dla mnie byle jakiej okazji, by się z tobą przespać. Nie kocham cię już. Jesteś pijana. -
Natychmiast opuścił mieszkanie i żeby trochę ochłonąć, udał się w kierunku rzeki. Pospacerował nad Renem, podobnie jak to już robił w swych gorszych chwilach we Wrocławiu nad Odrą. W Krakowie złych momentów nie miał, bo przebywał tam krótko i nie miał problemów, a nad Wisłę wychodzili tam razem z Jolą.
Następnego dnia Janek nie chciał się już spotkać z Anią, postanowił wszystkie problemy związane z transportem jego samochodu omówić przez telefon. Siostrzeniec pomógł mu znaleźć numer telefonu do polskiego konsulatu i szybko połączył się z Anią. Była to bardzo rzeczowa rozmowa, jakby wczoraj wieczorem wcale nie było tego spotkania zakończonego zbyt nachalnie i dosłownie nagim argumentem. Ona na zakończenie odezwała się: - Do zobaczenia w kraju, bo na pewno się jeszcze spotkamy, mimo tego powtórnego odrzucenia mnie. Tym razem ci tego nie wybaczam. Przekonasz się, że nie jestem już tą dawną naiwną dzierlatką. A samochód ci oddamy w dobrym stanie w ustalonym miejscu.
Janek wrócił z Niemiec zaraz po Nowym Roku do domu, do Joli. Kolonia mimo podobnych zniszczeń wojennych robiła wtedy wrażenie miasta znacznie bogatszego niż Wrocław. Kiedyś były te miasta na tym samym poziomie rozwoju, może Wrocław miał niejaką przewagę. Janek inaczej niż jego siostry, nie był urzeczony Kolonią, bo choć opuścił Katowice, czuł się teraz w nowym miejscu już jak u siebie. Tu miał najbliższą mu osobę. Jola nie ukrywała, że bardzo tęskniła za jego powrotem. Okazała mu to, gdy przy powitaniu na dworcu oświadczyła, że już nigdy nie chce zostać tak długo bez niego. Chciała mu zadać pytanie, czy nie pomyślał o tym, by zostać ze swoimi na stale w Niemczech, ale ostatecznie powstrzymała się od tego. Janek zrelacjonował jej tamtejszy pobyt, zauważony dobrobyt nie skłonił go by myśleć o przeniesieniu się tam. Był za bardzo związany z miejscem, w którym działał twórczo, chciał resztę życia spędzić z Jolą i optymistycznie patrzał w ich wspólną przyszłość we Wrocławiu. Wyjawił Joli nowinę motoryzacyjną, wkrótce będą mieli samochód. Była też relacja ze spotkania z Anią, o tym jak się ono skończyło. Jola zareagowała trochę dziwnie i filozoficznie. A co byłoby, gdybyś spełnił oczekiwania Ani i mi nic nie powiedział? Przespalibyście się i nie zostawiłbyś swej dawnej dziewczyny niezadowolonej, niezaspokojonej. Może ci tego nigdy nie wybaczy?
Po dwu tygodniach Janek otrzymał telegram podpisany przez męża Ani, że samochód jest od razu do odebrania w Katowicach, zaś pięć dni później, może go otrzymać we Wrocławiu. To Jankowi bardziej odpowiadało, bo jak dotąd nie miał jeszcze prawa jazdy i samochód był mu tymczasem niepotrzebny. Postoi w pustym garażu ojca Joli. Przy tej okazji poznał męża Ani, który się oczywiście nie domyślał ostatniego qui pro quo swej żony z dawną sympatią. Odbyli krótką grzecznościową rozmowę, z której wynikało, że wyjeżdżają w najbliższym czasie na placówkę do Aten. On jako dziennikarz PAP, a Ania będzie pracowała w ambasadzie. Jola skwitowała to następująco: - A do ZSRR nie kwapią się pojechać?
Wydawało się, że rozdział z Anią jest już ostatecznie zamknięty. Nie mają żadnych kontaktów. Jola też nie wracała w rozmowach do wspominania Ani. Janek zdołał w międzyczasie uzyskać prawo jazdy, powoli doskonalił swe umiejętności kierowcy, ale na okazjonalne jazdy nie zabierał tymczasem Joli ani jej córeczki. Marysia wyrastała już z wieku dziecięcego, a stawała się uroczym podlotkiem. Janek został oficjalnie jej ojczymem. Jola z Jankiem nie wzięli tradycyjnego ślubu, a zawarli tylko związek małżeński w urzędzie. Obecni przy tym byli tylko świadkowie, rodzice Joli, oraz jej córka. Młodzi mieszkali tymczasem trochę tu i trochę tam. Właściwie to Janka nie było w żadnym mieszkaniu za długo, był pracoholikiem. Jola korzystała z tego, że jej rodzice byli w stanie opiekować się ukochaną wnuczką, więc mogła pomyśleć o doktoracie. Praca naukowa wciągała ją coraz bardziej, bo wrocławski oddział Muzeum Narodowego zyskiwał coraz bardziej na znaczeniu na kulturalnej mapie Polski. Tym bardziej, że władzom zależało na podkreślaniu znaczenia Wrocławia na odzyskanych Ziemiach Zachodnich dla polskiej kultury. Janek stał się cenionym fachowcem od odbudowy zabytków wrocławskich, był wybitnym mistrzem w dziedzinie witrażu. Czuł się coraz bardziej związany z Wrocławiem rodzinnie jak i w pracy twórczej, a zarazem w jakimś sensie i w rzemiośle artystycznym. Sprowadzony z Niemiec samochód był nadal w dobrym stanie i pozwalał Jankowi w częstym przemieszczaniu się. Oboje z Jolą polubili Sudety i często zimą i latem dokonywali wypadów w góry wraz z Marysią.
Janek wraz z innymi specjalistami od restauracji zabytków został zaangażowany także do prac przy odnawianiu witraży w katedrze w Erfurt w NRD. W sumie przebywał tam łącznie przez kilka miesięcy, ale z małymi przerwami, bo tak często jak mógł wracał do Joli i do nadzoru prac wrocławskich. Na uczelni został już adiunktem. W Erfurcie zaprzyjaźnił się z młodym niemieckim artystą plastykiem, jak on specjalistą od witraży. Kilka razy korzystali z samochodu Janka podczas tamtejszych wyjazdów służbowych. Niemiecki kolega dowiedział się mimo woli, że Janek władający dobrze językiem niemieckim przebywał już na terenie RFN. W dużym skrócie opowiedział koledze o swych niemieckich związkach rodzinnych. Ten dał mu do zrozumienia, że przy byle okazji chętnie opuściłby NRD, by zamieszkać w RFN. Niestety, po zbudowaniu muru, jest to już niemożliwe by przenieść się na zachód. Nie ma tam krewnych. W trakcie kolejnego pobytu w Erfurcie Janek nie zastał tam już niemieckiego kolegi. Dowiedział się, że został przeniesiony do innych prac. Inni Niemcy byli bardzo powściągliwi w wypowiadaniu się. Janek wyczuł, że są zastraszeni i bardzo ostrożni w kontaktach z obcymi. Kiedyś podsłuchał rozmowę, która dotyczyła jego osoby. Jeden z Niemców mówił do drugiego o nim, jakoby był szpiclem Stasi i doniósł na owego przeniesionego kolegę. Rzekomo ów mu się zwierzył o planach ucieczki do RFN, a Polak go zdradził. Trzeba uważać, bo on zna doskonale niemiecki. Jankowi to nie dawało spokoju, długo myślał jak i kiedy zostali podsłuchani, nigdy nie rozmawiali tak poufnie w obecności osób trzecich. W niedługim czasie Janek dowiedział się, że niemieccy zleceniodawcy zrezygnowali z jego usług, mimo że prace nie zostały zakończone i nie było żadnych zarzutów co do jakości prac. Rok później nastąpił trochę dziwny przypadek, do Janka zwrócono się z Centralnego Zarządu Odbudowy Zabytków, czy nie zechciałby oprowadzić w kraju, a właściwie to korzystając ze swego prywatnego samochodu zawieźć niemieckiego gościa do kilku ustalonych obiektów będących w trakcie restauracji. Janek jest przecież fachowcem w tej dziedzinie, a równocześnie zna dobrze język. Miałby pełny zwrot kosztów. Osoba ta może zadecydować o zawarciu nowych kontraktów dla polskich przedsiębiorstw rekonstrukcji zabytków na terenie RFN. Janek po krótkiej naradzie z Jolą zdecydował się na tę propozycję.
Za kilka dni doszło do spotkania z Niemcem w Warszawie. Okazało się, że jest to o kilka lat starszy od Janka specjalista od konserwacji zabytków z Bonn. Z późniejszych rozmów okazało się, że Niemiec pochodził z Wrocławia. Janek miał go także zawieść do ich wspólnego miasta, jego Breslau, a Janka Wrocławia. Dla Niemca była to też jego prywatna sentymentalna podróż do jego Heimat. Pamiętał jeszcze niezniszczony Wrocław, bo nim się tam front zbliżył, został w ostatniej chwili powołany do wojska. Na przeszkolenie dostał się na teren Bawarii i tam wzięli go wkrótce Amerykanie do niewoli. Uznali, że właściwie jeszcze nie brał udziału w walkach, więc szybko go zwolnili. Nie wrócił już nigdy do Wrocławia. Teraz po prawie dwudziestu latach zwiedzi to miasto zmienione przez wojnę i polską odbudowę.
Ponad tydzień trwało wizytowanie rożnych obiektów zabytkowych na terenie Polski. Podczas jazdy samochodem przegadali ze sobą sporo czasu. Niemiec rozmawiał dość otwarcie z Jankiem, traktował ich spotkanie jak dwu Ślązaków. Ubolewał nad wojennymi zniszczeniami Wrocławia w czasie walk o miasto, podziwiał też polskie starania o szybką odbudowę miasta jako bardzo ważnego ośrodka na ziemiach zachodnich. Janek nie wdawał się w polityczne dywagacje, raczej pytał o różne problemy związane z odbudową zabytków. Interesował go status twórców w RFN.
Po objeździe wskazanych obiektów i powrocie do Warszawy Niemiec chwalił dobrą orientację Janka jako fachowca od odbudowy i konserwacji zabytków, podziękował za współpracę. Obiecał, że to co widział z pewnością pomoże nawiązać współpracę i zatrudnienie Polaków na terenie jego kraju. Janek miał potem rozmowę w ścisłym gronie kierownictwa centrali. Był tam ktoś, z kim się dotąd nigdy nie spotykał i zadawał mu nieco inne pytania niż ścisłe kierownictwo. Janek domyślał się, że ów człowiek był z tajnych służb, czy z wywiadu. Nie dawało to Jankowi spokoju, gdy kojarzył i inne przepytywania go przy okazji kontaktów jakie miał ostatnio z Niemcami. Nikt go o nic nie zapytał wprost, tylko jakoś bardzo okrężnie. Pierwszy raz spotkał się z dziwnymi pytaniami w momencie oddawania paszportu na milicji w Katowicach, po jego powrocie z Niemiec. Czy ktoś nie próbował nawiązać tam z nim bliższych kontaktów? Czy nie miał propozycji współpracy z wywiadem?
Bardziej jednak zdziwił się gdy po pobycie w Erfurt w NRD oficer milicji zwrócił się do niego, czy udzieliłby kilku odpowiedzi jego niemieckiemu koledze z policji ludowej. Oczywiście, że nie jest o nic podejrzany, mają tylko do wyjaśnienia sprawę obywatela NRD, z którym się tam kontaktował. Janek przypominał sobie doskonale niektóre fragmenty rozmów, gdzie się odbywały, że na pewno nie było przy tym świadków, tylko jakiś podsłuch, o którym się mówiło, że w NRD jest na każdym kroku stosowany. O tym wiedzieli tam pracujący Polacy. Janek postanowił być ostrożniejszym, bo zaczął podejrzewać, że ktoś szuka na niego haka. Jak dotąd w dziwny sposób miało to wszystko tło niemieckie. A może w czasie pobytu w NRD założono mu podsłuchowe pluskwy w jego samochodzie? Czy był okazją podsłuchu dla enerdowców? A może jednak to sprawa polskich służb? Janek był coraz bardziej przekonany, że wątki z rozmów o które go pytano, miały miejsce w jego samochodzie. Było też o tym, że jego siostry zapraszają ich na wakacje do Niemiec, a powiedział to Joli w dniu jej imienin, podczas jazdy samochodem. Jeśli faktycznie w samochodzie jest podsłuch, to kto i kiedy go założył, na czyje polecenie? Kto miał w tym jakiś interes? Janek doszedł do wniosku, że musi się samochodu pozbyć. Pluskiew sam nie znajdzie, a nikomu o tym nie chce mówić, ani się z tym problemem do kogoś zwrócić.
Problem samochodu rozwiązał się sam przez nieszczęśliwy wypadek. W listopadzie 1965 roku na terenie Wrocławia w prawidłowo zaparkowany samochód Janka wjechała ciężarówka załadowana gruzem, który dodatkowo pospadał na Janka samochód. Jego pojazd nadawał się do kasacji. Janek pozostawił sprawę urzędowemu biegowi i problem ewentualnych pluskiew podsłuchowych był dla niego zamknięty.
W ciągu kilku miesięcy Janek miał już nowy samochód, jeszcze niezbyt popularną Syrenę, ale dostępną na talony dla wybranych. Nie był to model samochodu jakie produkowano w krajach rozwiniętej motoryzacji, ale mimo mankamentów, Syrenka, jak ją pieszczotliwie nazywano, służyła Jankowi doskonale jako samochód dla celów służbowych i pojazd rodzinny. Jola obywała się jak dotąd doskonale bez własnego pojazdu. Miała do pracy w Muzeum Narodowym bardzo blisko, a przy ważniejszych jazdach, mogła liczyć na Janka.
Następny 1966 rok stał się rokiem maturalnym Marysi. Jola bardzo mocno przeżywała te ostatnie miesiące przed maturą córki, podobnie jak Janek, bo uważał się już formalnie za jej ojca, choć biologicznie nim nie był. Marysia była również szalenie emocjonalnie związana ze swoim ojczymem. Razem stanowili kochającą się rodzinę. Matura przeszła gładko, Marysia wybierała się na studia w ASP w Krakowie. Nie jak jej mama i ojczym, którzy tej uczelni ledwo powąchali, bo przenieśli się gdzie indziej, ona była zdecydowana zdobyć tam dyplom na wydziale malarstwa. Oboje rodzice utwierdzali ją w tym. Jola z Jankiem pojechali 1.października do Krakowa na ASP, ale tym razem jako osoby towarzyszące swej córce zaczynającej tam studia. Marysia zamieszkała u kuzynki Joli w Bronowicach. Jola z Jankiem spali w tym samym pokoju co kiedyś. Po latach byli jeszcze raz razem w tym samym łóżku, jak wtedy nadal w sobie zakochani.
Tak zwane wypadki marcowe 1968 roku dosięgły swoimi przykrymi skutkami także rodziny Joli. Janek o tym nie wiedział. Tajne służby PRL-u grzebały w przeszłości jej ojca i przez nich został uznany za semicki wrogi element. Jola nigdy nie zdradziła Jankowi sekretu, który i ona niedawno poznała, że jej ojciec jest pochodzenia żydowskiego, choć nie praktykujący mojżeszowej religii. Matka była katoliczką i tak została wychowana Jola i wnuczka Marysia. Stąd to pierwsze zaproszenie na święta Bożego Narodzenia do Joli do domu. Teraz Jola już wie, że nazwisko ojca było przed wojną inne, wydawało się jej, że bardzo niemieckie. Po wojnie przejął nazwisko żony. Przed wojną ojciec Joli był we Lwowie adwokatem, podobnie jak jego ojciec. Po zajęciu Lwowa przez Rosjan, rodzina została wywieziona na Syberię. Ojciec Joli próbował dostać się do Armii Andersa, ale nie zdążył, przyjęto go już do tej komunistycznej armii generała Berlinga. Został tam oficerem, a potem jako prawnika mianowano go prokuratorem wojskowym. Po wojnie był wmieszano go w procesy polityczne przeciw członkom AK. Gdy tylko mógł zwolnił się z wojska i pracował jako radca prawny we Wrocławskiej Fabryce Wyrobów Alkoholowych. Dla nacjonalistycznego ugrupowania Moczara i jemu podległej służbie bezpieczeństwa był na cenzurowanym i kandydatem na przymusowy wyjazd z Polski do Izraela. Janek był tym zaszokowany, choć miał nieco żalu do Joli, że nie potrafiła mu powierzyć swych problemów. Gdy pomyślał o swoich polsko niemieckich zaszłościach, rozumiał ją. Czasem nie chcemy się czymś chwalić, co jak sądzimy, że nam przynosi ujmę, choć nie ponosimy za to winy. Ojciec Joli postanowił opuścić kraj, myślał o emigracji do Izraela, gdzie przebywało już kilku kolegów od Berlinga, którzy zasilali teraz armię Izraela. Pomogliby mu tam w osiedleniu się. Mama Joli związana na dobre i na złe z mężem, zaakceptowała jego decyzję, nie oponowała, choć odczuwała żal, by opuścić kraj na zawsze. Po licznych dywagacjach odpadł Izrael jako cel emigracji, zdecydowano się na Szwecję, gdzie przyjmowano podobnych przymusowych emigrantów. Ze strony ojca padła propozycja by wyjechali wszyscy razem. Jola z Jankiem uzgodniła, że ich miejscem pozostanie jednak Polska. Marysia, tak bardzo związana z dziadkami wybrała też swój kraj urodzenia na dalsze studia i przyszłe miejsce twórczości artystycznej. Była bardzo zmartwiona decyzją wyjazdu dziadków na stałe, ale jako młoda optymistycznie nastawiona do życia osoba obiecywała, że przecież ona będzie ich często odwiedzać. Przed ostatecznym rozstaniem były jeszcze wspólnie obchodzone Święta Wielkanocne, a nie żydowska Pascha. Pozostały jeszcze różne sprawy formalne do załatwienia, takie jak przekazanie Joli mieszkania i innych przynależności. Po świętach nastąpiły smutne chwile pożegnania. Trudno było w ówczesnych warunkach politycznych prognozować terminy odwiedzin, bo władze niechętnie wypuszczały swych obywateli za granicę, o czym Janek miał już okazję przekonania się, gdy umierał jego ojciec w RFN. Były wielkie emocje, jak osoby w starszym wieku poradzą sobie z zaaklimatyzowaniem się w nowym miejscu. Ostatecznie osiedli w pobliżu Malmo, gdzie zgromadziła się dość liczna polska kolonia obywateli żydowskiego pochodzenia, ludzi związanych emocjonalnie z Polską, których władze komunistyczne za Polaków uznać nie chcieli. Jolę i Janka połączyła jeszcze bardziej i ta sprawa, że ich ojcowie byli zmuszeni spędzać swe późne lata na emigracji. Lepszy był los ojca Janka, bo przebywał za granicą ze swymi córkami i ich rodzinami.
Era Gomułki dobiegała powoli końca. Sytuacja gospodarcza pogarszała się coraz bardziej, grudniowe podwyżki cen w 1970 roku doprowadziły do przesilenia. Do władzy doszedł Edward Gierek, otoczony swymi wiernymi z Katowic i Sosnowca. Na jego przyjazne zwrócenie się do klasy robotniczej: Pomożecie? Początkowo nastąpił entuzjastyczny odzew: Pomożemy. Narodziła się kolejna nadzieja otwarcia się Polski na zachód, bo Gierek w młodości tam przebywał, pracował jako górnik. Oczekiwano nowej odwilży w polityce, mniejszej zależności od ZSRR. Sytuacja gospodarcza poprawiła się dzięki pomocy zachodu, towary na kredyt dawały złudzenie poprawy rozwoju gospodarki socjalistycznej. Stosunki polityczne z zachodem ociepliły się, jednak były potrzebne ustępstwa na rzecz małej liberalizacji. Przybysze z zachodu zaczęli odwiedzać Polskę, także dużo Szwedów zaczęło przyjeżdżać turystycznie do Polski, ale tacy jak rodzice Joli mieli z tym trudności, mimo że mieli już obce obywatelstwa. Jola z Jankiem zaczęli myśleć o odwiedzeniu jej rodziców w Szwecji, jak i o odwiedzeniu rodziny Janka w RFN. Nastąpiła kolejna wielka emigracja mieszkańców Śląska i województwa olsztyńskiego do RFN, jako tak zwane łączenie rodzin, wymuszona koncesja na rzecz zachodu za udzielaną pomoc gospodarczą. Jola z Jankiem takiej alternatywy nie rozważali by myśleć o opuszczeniu kraju. Wyjechać w odwiedziny tak, ale wrócić i żyć w Polsce.
Nastąpiła tak zwana „mała stabilizacja”, inaczej „socjalizm o ludzkiej twarzy”, nieco lepiej zaopatrzone sklepy epoki gierkowskiej. Oczywiście wszystko na zaciągnięte wieloletnie kredyty. Dla niektórych otwarły się nawet granice na podróże turystyczne na zachód. Pozorna odwilż w telewizji była ręcznie i zręcznie sterowana przez kuglarza propagandowego Macieja Szczepańskiego, którego Gierek ściągnął z katowickiej Trybuny Robotniczej. W tamtym czasie kursował po Warszawie jakby dworcowy dowcip: Proszę odsunąć się od stanowisk, nadjeżdża pociąg z Katowic.
W 1971 roku Jola, już uznana specjalistka z dziedziny historii sztuki otrzymała zaproszenie z Muzeum w Sztokholmie. Chodziło o konsultacje dotyczące polskich zabytków w tamtejszych zbiorach z okresu naszych związków z dworem Wazów, ale i różnych dzieł z czasu Szwedzkiego Potopu, które się tam dostały w ramach łupów wojennych. Paszport służbowy otrzymała bez problemów. Była to doskonała okazja, by odwiedzić rodziców mieszkających w Malmo. To już trzy lata minęły, jak się nie widziała z rodzicami. Mimo pewnych złagodzeń przy otrzymywaniu paszportów, nie udało się załatwić paszportu dla Marysi, studentki ASP w Krakowie. Obawiano się widocznie, że matka z córką mogłyby pozostać w Szwecji u źle notowanych politycznie rodziców. Spotkanie z rodzicami odbyło się nie w Malmoe, ale w Sztokholmie. Jola miała dość ograniczone środki by dowolnie podróżować. Na pożegnalną wizytę umówili się w mieszkaniu rodziców. Jola miałaby trzy dni na spędzenie z rodzicami. Zarząd muzeum, zadowolony ze współpracy z Jolą, obiecał ją jeszcze ponownie zaprosić do współpracy. Może wtedy udałoby im się przyjechać w trójkę do Szwecji. Ewentualnie zaproszą samą wnuczkę na wakacje do siebie. Szczęście im sprzyjało, wszyscy otrzymali paszporty i spędzili nieco czasu w Szwecji z rodzicami Joli, a trochę na zwiedzaniu kraju. Marysia zdołała nawet przy zrywaniu truskawek trochę zarobić.
Jankowi zaproponowano pracę przy odnawianiu witraży w Kolonii. Bardzo się ucieszył z możliwości spotkania się z siostrami. Zamieszkał przez jakiś czas u jednej, potem u drugiej. Postanowili ściągnąć do RFN także Jolę, ale tym razem nie otrzymała paszportu. Władzom nie spodobała się działalność Joli w Komitecie Obrony Robotników. Od 1975 roku dochodziło coraz częściej do wystąpień robotniczych nabierających już bardziej charakteru strajku. Władze rozprawiały się z niezadowolonymi bardzo dotkliwie. Były pobicia i zamykania do więzień. Jola należała do grupy intelektualistów spieszących robotnikom z różnymi formami pomocy. Sama również stanęła po cenzurowanej i obserwowanej przez służbę bezpieczeństwa stronie opozycyjnej. O wyjazdach zagranicznych nie było już mowy. Janek obawiał się, by ich nie rozdzielono i zakończył pobyt w Kolonii. Zarobił trochę dewiz i mógł myśleć o nowym samochodzie. Z proponowanej mu pomocy sióstr nie chciał korzystać. Kilka dni przed wyjazdem do Polski musiał jeszcze pójść do konsulatu polskiego w sprawie dokumentów firmowych. Tam w sekretariacie musiał chwilę poczekać. W pewnej chwili był telefon najwyraźniej z Polski, mógł się domyśleć, że to dzwoni Ania, jego dawna sympatia. Z tej rozmowy wynikało, że daje jakieś polecenia i podaje sekretarce terminy. Po zakończonej rozmowie sekretarka coś musiała notować i po chwili jakby odsapnęła wyraźnie. Janek zwrócił się do niej przepraszając że ośmiela się zapytać, czy to może pani Ania W., jego dobra znajoma z lat studenckich telefonowała, bo ostatni raz widział się z nią właśnie tu w konsulacie w 1960, bo była wtedy sekretarką. Pani przytaknęła, powiedziała mu, że pani Anna awansowała teraz w ministerstwie i ma swój zakres kontroli, których dokonuje osobiście. Jutro tu będzie. Może jej przekazać, że pan tu przebywa. Janek poprosił, by przekazała jej pozdrowienia. Następnego dnia około południa, Janek odebrał telefon z konsulatu. Sekretarka połączyła go z panią Anną. Janek był zdziwiony, że Ania odważyła się do niego zadzwonić. Tym razem nie próbowała się z nim umówić sam na sam w hotelu, a w konsulacie.
W godzinach popołudniowych posiedzieli około godziny przy kawie podanej przez sekretarkę. Ta rozmowa wyjaśniła Jankowi niezrozumiałą sytuację z owym podsłuchem sprzed lat. Domyślił się statusu Ani w konsulacie, czym się zajmuje. Dowiedział się, że od kilku lat jest już rozwiedziona, żyje samotnie, dzieci nie ma. Bardzo go przeprasza za całe zło, w które go wmieszała, za przykrości, że tak bardzo dała się wmanipulować przez ojca i męża w to, co niestety nadal praktykuje. Już nie potrafi się z tego wywikłać. Na pewno, gdyby wówczas w Lublinie się nie rozstali, jej życie ułożyłoby się z nim całkiem inaczej. Na pomysł podsłuchu w jego samochodzie wpadł wówczas jej mąż. Mieli szukać haków na różne osoby, byli już wtedy z mężem mocno uwikłani w działalność na rzecz służby bezpieczeństwa.
Oboje choć już nie razem, są teraz nadal pracownikami SB. Jej rodzice od kilku lat nie żyją, odziedziczyła po nich majątek, willę wynajmuje, bo tymczasem przesiedzi to tu to tam. Jest naprawdę samotna. Czy pozwoli jej w chwilach głębokiej chandry do siebie zatelefonować? Lepiej, by Joli o tym nie mówił, bo domyśla się, że ona jej bardzo nie lubi, choć powinna jej być wdzięczna, bo dzięki niej, że popełniła wówczas wielki błąd, Jola jest teraz z nim. Jankowi zrobiło się Ani żal, nie była to jednak ta sama kochana dziewczyna z ich młodych lat. Pożegnał ją dość oficjalnie, życzył powodzenia. Po powrocie do kraju, Janek nie opowiedział Joli niczego o swoim powtórnym spotkaniu z Anią. Szybko o nim zapomniał. Jola coraz bardziej wpadała w wir spraw politycznych, często wyjeżdżała na tajne spotkania. Janka nie wtajemniczała we wszystko, bo był bardziej pochłonięty pracą twórczą, niż problemami politycznymi. Sprawy bytowe nie dawały im się jak dotąd we znaki, nie mieli problemów z zaopatrzeniem. Janka było stać na zakup deficytowych towarów w sklepach dewizowych, za waluty, których zarobił trochę za granicą. Okazjonalnie przychodziły paczki z brakującym zaopatrzeniem od sióstr z Niemiec. Marysia zrobiła już dyplom na ASP w Krakowie, związała się z tamtejszym chłopakiem z uczelni, który ukończył rzeźbę i nie narzekał na brak pracy. Marysia miała swoją pracownię na strychu u swej cioci w Bronowicach. Oboje młodzi nie mieli pojęcia o problemach politycznych i nie odczuwali jeszcze żadnych braków. Dziadkowie przysyłali Marysi od czasu do czasu jakieś dewizy ze swoich oszczędności. Powoli kończyła się mała gierkowska stabilizacja, socjalizm zdołał znowu stłamsić nieco wydźwigniętą z ruin gospodarkę. Polska zmierzała powoli ku nowemu zakrętowi historii o nazwie SOLIDARNOŚĆ.
Rok 1980 przyniósł kolejny polski miesiąc – sierpień. Były już wcześniejsze gorące dni tego lata, ale ostatnie dni tego wakacyjnego miesiąca miały bardzo gorący koniec. Rząd został zmuszony do podpisania porozumienia z pierwszy wolnym i niezależnym związkiem zawodowym pod nazwą SOLIDARNOŚĆ. Tak prężnie panująca dotąd władza musiała się ugiąć przed związkiem, który urósł szybko do 10 milionów członków. Chwilowe zawieszenie broni przekształciło się w narastające utarczki trwające z coraz większym nasileniem aż do pamiętnej niedzielnej nocy 13. Grudnia 1981 roku, gdy Rada Państwa ogłosiła stan wojenny, wojsko i czołgi pojawiły się na ulicach, a policja i SB zaczęły aresztowania według wcześniej przygotowanych list. Zapełniły się obozy internowania i więzienia. Były procesy i skazania. Wałęsę, robotnika stoczniowego przywódcę związku uwięziono. Do 22 lipca 1984 roku trwał stan wojenny. Dla wielu z tych, którzy się sprzeciwiali władzy na różne możliwe sposoby, nastąpił trudny czas. Wielu dotknęły zwolnienia z pracy, zostali pozbawieni środków utrzymania. Do kraju napływała pomoc z zachodu, zbiorowa i indywidualna. Jola została od pierwszego dnia stanu wojennego internowana. Janek jako niezależny twórca radził sobie, miał zlecenia kościelne, ale z uczelni został usunięty, choć nie udzielał się tak otwarcie i szeroko w tym nurcie sprzeciwu jak Jola. Wspomagał Marysię, przesyłał paczki do Joli i jej współtowarzyszek w ośrodku internowania na Mazurach. Miał też pomoc zorganizowaną przez przyjaciół w Niemczech, jak i swoją rodzinę w Kolonii. Rodzice Joli też pomagali przysyłając pomoc materialną i pieniądze. Koniec stanu wojennego nie oznaczał całkowitego zawieszenia broni, nadal trwało wrzenie, tyle że bez utarczek siłowych, a więcej tych pisanych, drukowanych na piwnicznych powielaczach, celnym słowem i prześmiewczym dowcipem walczącym z komunistyczną władzą, która za wszelką cenę próbowała ratować swoje pozycje. W 1989 doszło do wymuszonych wyborów. Nastąpił przełom, osłabiona władza nie zagarnęła wszystkiego jak w poprzednich oszukańczych wyborach. Przy Okrągłym Stole musiała się już targować z Solidarnością o swoje wpływy. Ludzie z ugrupowania Joli zaczęli mieć coraz więcej do powiedzenia. Znana aktorka Szczepkowska ogłosiła w telewizji prawdziwy koniec komunizmu w Polsce. Wszelkie tajne służby zostały rozwiązane, choć przedtem udało się wielu z ich członków skorzystać przy wyprzedaży majątku państwowego i wzbogacić się ponad miarę. Rodził się polski kapitalizm. Ustrój w którym zawsze biedniejsi stanowią przeważającą większość i stają się jeszcze ubożsi. Jest jednak zawsze duża grupa idealistów, którzy próbują mimo wszystko uczynić ten świat lepszym, sprawiedliwszym. Do takich należała Jola.
Komuniści tracili coraz szybciej swoje wpływy w bezpośrednim rządzeniu, choć okopali się mocno przez zagarnięcie za psie pieniądze znacznej części majątku państwowego. Było to typowe dla wszystkich krajów postsocjalistycznych z Rosją na czele. W nowym rządzie eksperymentowali nowi, reprezentujący różne odmiany prawicy. Ścierały się różne poglądy ekonomiczne, samo obalenie komuny, dobrobytu nie przyniosło. Trzeba było zbudować nowy system gospodarczy, niekoniecznie sprawiedliwy. Jola miała propozycję wejścia do rządu, jej odpowiadałoby ministerstwo kultury, ale wmanewrowano ją w komisje przeprowadzające weryfikacje w ministerstwie spraw zagranicznych, bo wydawała się nowemu ministrowi osobą bezwzględnie uczciwą i merytoryczną. Ta narzucona jej praca pochłonęła ją jak zwykle całkowicie, bo Jola już od dawna była pracoholiczką. Coraz rzadziej bywała we Wrocławiu, rzadko widywała się z Jankiem, podobnie jak z Marysią. Mieszkała w służbowym pokoju w Warszawie i często odwiedzała też niektóre placówki dyplomatyczne w Europie.
Teraz sprzyjał czas powrotom do Polski wpędzonym na przymusową emigrację, a przynajmniej na odwiedziny kraju. Rodzice Joli nie byli już w stanie podróżować, bo oboje byli schorowani i w wieku powyżej osiemdziesięciu lat. Jola skorzystała z okazji, miała możliwość wyboru w swej nowej pracy i zdecydowała się na wyjazd do ambasady w Sztokholmie. Przedtem jednak spędziła kilka dni w Malmoe u rodziców. Nie czuli się już tak samotni, bo Marysia mogła ich też odwiedzić razem ze swym chłopakiem. Oni już raczej nie będą w stanie przyjechać do kraju. Przy okazji tego przyjazdu Jola wstąpiła do muzeum w Sztokholmie, gdzie jakiś czas temu pracowała. Dyrekcja zaproponowała jej przeniesienie się do nich na stały etat, by zostać u nich ekspertem od zabytków polskiego pochodzenia. Propozycja była kusząca, dziś nie znaczyło to przecież tak jak w wypadku jej rodziców, wyjazd z Polski na stałe. Postanowiła tę kwestię spokojnie rozważyć, tymczasem jeszcze nie rozmawiać o tym z Jankiem. Praca w ambasadzie sztokholmskiej polegała głównie na przeprowadzaniu rozmów, typowo wywiadowczych, by wychwycić mogące szkodzić obecnemu ustrojowi osoby. Należało wychwycić osoby związane ze służbami i wywiadem poprzedniej epoki. Do ambasady wpadał często sympatyczny pan Jasiu. Jan Ryszard W., Polak który zamieszkał ostatnio jak się wydawało w Szwecji na stałe, a przedtem bywał bardzo często służbowo w ambasadzie u byłego szefa i sekretarza ambasady, oraz rezydującego tu delegata ministra spraw wewnętrznych. Jola domyślała się, że chodzi o głównego rezydenta polskiego wywiadu tu na miejscu. Towarzyski pan Jasiu zdążył się umówić z Jolą poza ambasadą. Był dla niej osobą nieco podejrzaną, taki neokapitalista z komunistycznym rodowodem, rzekomo były dziennikarz polskiej prasy zagranicą. Po przemianach dobrze urządzony finansowo. Zauważyła u niego niezłą znajomość szwedzkich realiów. Tematów politycznych unikał, wiedział, że delegatka ministerstwa spraw zagranicznych wie sporo o tym, czym się zajmował. Nie prowadziła jednak dochodzenia z jego działalności w ambasadzie jak przesłuchujący prokurator, a bardziej interesowały Jolę nowe quasi biznesowe działania związane ze sztuką, dokładniej handel przedmiotami zabytkowymi pochodzącymi z Polski. Pan Jasiu był co najmniej w jej wieku, albo i nieco starszy. Na pewno starszy niż Janek. Typ bardzo elokwentnego i inteligentnego przystojniaka. Jola przekonała się, że może się od niego sporo dowiedzieć o czarnym handlu sztuką polską, ale i o zaszłościach politycznych, bo pan Jasiu próbował się tą wiedzą popisywać. Był przekonany, że nie zdradza tajemnic państwowych ani wywiadu, dla którego przez wiele lat pracował, występując oficjalnie jako dziennikarz. Doszła do wniosku, że tę znajomość warto kontynuować, dowiedzieć się więcej szczegółów. Jola zasmakowała w swej nowej dziedzinie zatrudnienia, bawiło ją to działanie wywiadowcze. Wiedziała, że to tylko tymczasowe zajęcie, że wróci do historii sztuki, zabierze się do dokończenia pracy habilitacyjnej. Ta kariera odpowiadała jej bardziej. Polityka przyszła z konieczności. Następnym razem opowiedziała panu Jasiowi trochę o sobie i dowiedziała się też od niego tyle, ile jej chciał powiedzieć o sobie samym. Pochodzi z Krakowa, był żonaty w Katowicach, było małżeństwo zaaranżowane przez obojga rodziców z młodziutką wówczas dziewczyną, studentką historii sztuki po przejściach. Oczywiście ślub kościelny, ale poza Katowicami, w Zakopanem, by nie drażnić partii, z którą ich ojcowie byli związani i od niej za wierną służbę nagradzani. Mimo woli i jego kariera potoczyła się partyjnym torem, a swą żonę też wciągnął do tego kramu. Coś im jednak w tym małżeństwie nie wyszło. Może i to, że nie mieli dzieci, bo ważniejsza była kariera. Początkowo sterował żoną całkowicie, nie żeby była mu aż tak uległa, ale zbyt młoda, bo osiemnastolatka. Jej pierwszy chłopak dążył do tego, by zostać artystą, nawet mu się to udało, zyskał duże uznanie. Początkowo jak to na Śląsku, przeszkadzały mu niemieckie koneksje rodzinne. Nie sądzi, że miał ochotę na emigrację do Niemiec. Wie, że tam wyjeżdżał i zawsze wracał. W miarę tych wynurzeń pana Jasia o sobie samym i swoim małżeństwie, Jola była coraz bardziej podenerwowana, trudno jej było nadal spokojnie rozmawiać, więc pożegnała się szybko. Powiedziała tylko, że się jeszcze spotkają. Miała już jego wizytówkę z telefonem i adres małego antykwariatu, jaki prowadzi w mieście, w dzielnicy portowej. Jola już wiedziała, że ma do czynienia z byłym mężem Ani. Wyczuła, że chętnie wróciłby do żony. Przy następnym spotkaniu grali już w otwarte karty. Ania i Janek byli kiedyś parą, a teraz ona od lat jest żoną Janka. Wiedziała jednak i to, że z jego inicjatywy byli podsłuchiwani we własnym samochodzie. Dała mu do zrozumienia, że gdyby nie działalność takich jak on wysługującym się władzy dla kariery, jej rodzice nie musieli by opuścić kraju. Przed wyjazdem Jola postanowiła jeszcze odwiedzić antykwariat pana Jasia. Nie zastała go w lokalu, była tam młoda pani, Szwedka mówiąca biegle po angielsku. Jola jako znakomity fachowiec zorientowała się zaraz w asortymencie obiektów wystawionych na sprzedaż. Prócz rzeczy o niskiej wartości muzealnej, były ku jej zdziwieniu także dzieła wysokiej rangi, siedemnastowieczne portrety trumienne. Jola wiedziała, że były to dzieła pod ochroną, na które istniał zakaz wywozu za granicę. Pamiętała, że w jednym z mniejszych muzeów na wschodzie Polski była sprawa związana z kradzieżą obrazów. Zostały chyba stamtąd przemycone do Szwecji. Była tego większa ilość, a tu wystawiono dwa egzemplarze. Jola zapytała, czy można jeszcze inne egzemplarze zobaczyć, ale pani odpowiedziała, że musiałaby zaczekać na właściciela. Jola nie przedstawiła się, tylko się szybko ulotniła. Wróciła zaraz do ambasady i po kilku telefonach, była pewna, że portrety pochodzą z tamtej kradzieży. W muzeum zaginęło wówczas osiem portretów. Jola porozumiała się szybko ze znajomą kustosz z szwedzkiego muzeum dla którego pracowała swego czasu i poprosiła o wykazanie zainteresowania tymi portretami i o zarezerwowanie ich tymczasem dla szwedzkiego działu poloników. Obiecała, że przyśle zaraz po powrocie droga mailową zdjęcia skradzionych prac z muzeum. Szwedzkie Muzeum Narodowe było w stanie urzędowo zabezpieczyć te skradzione prace do momentu pełnego wyjaśnienia. Jola miała dziś wieczorem prom do Świnoujścia i następnego dnia mogłaby zająć się sprawą z urzędu.
Pan Jasiu był przekonany, że klientka która zainteresowała się portretami trumiennymi, to Jola. Jego pracownica opisała ją trafnie i zaraz zadzwonił do ambasady prosząc ją do telefonu. Dowiedział się, że opuściła już ambasadę, bo zakończyła swoją misję. Wieczorem ma prom z Ystad do Polski. Pewnie zacznie stamtąd działać, co mogłoby go wpędzić w duże kłopoty. Musi temu zapobiec. Nie pojechał za nią, ale miał swoje macki i pewno dał odpowiednim ludziom znać, by w odpowiedni sposób zapobiec jej działaniu.
Rano w Świnoujściu przy odprawie brak było jednej pasażerki, pani dr Joli Z. W nocy zaginęła ze statku. Policja i prokuratura przejęły śledztwo. Najwyższe czynniki rządowe interesowały się postępem śledztwa. Pan Jasiu oczywiście nie miał pojęcia o zniknięciu pani Joli Z. ze statku. Miał przecież alibi, przebywał ze znajomymi od godzin wieczornych w restauracji w Sztokholmie. Twierdził, że ma tylko te dwa portrety trumienne i dokumenty przewozu. Po jakimś czasie okazało się, po sprawdzeniu dokumentów w Polsce, że są fałszywe. Pan Jasiu czuł się również oszukany. Obrazy zostały zarekwirowane i przekazane polskim władzom. W niedługim czasie antykwariat przestał działać. Pan Jasiu zlikwidował swoje interesy w Sztokholmie i opuścił Szwecję bez przeszkód. Do Polski już nie przyjeżdżał, a zatrzymał się w RFN.
Janek był zdruzgotany tragiczną wiadomością o zniknięciu Joli ze statku. Podobnie jej córka Marysia. W kilka dni po wypadku porażeni tą wiadomością zmarli nagle oboje rodzice Joli. Na pogrzebie w Malmoe brali udział Janek i Marysia ze swoim partnerem. Ta uroczystość nabrała też charakteru pożegnalnego dla tragicznego odejścia Joli. Formalnego pogrzebu nie miała. Ponieważ jej ostatnim miejscem gdzie przebywała, była Szwecja, choć statek do tego państwa nie należał, postanowiono na tablicy nagrobnej rodziców Joli także ją wymienić. Swój zastępczy grób znalazła razem ze swymi rodzicami. W przypadku jej ojca podano też dawne żydowskie nazwisko urodzenia.
Marysia przejęła po śmierci dziadków całkiem formalnie ich schedę. Okazało się, że w ostatnim czasie majątek dziadków powiększył się znacznie poprzez różne udziały spadkowe po żydowskich krewnych ojca Joli mieszkających w Ameryce. Janek nie chciał w tym spadku partycypować.
Po powrocie ze Szwecji Janek zawiesił na nieokreślony czas działalność pedagogiczną na uczelni. Przebywał prawie wyłącznie w pracowni, nawet tam spał. Próbował powrócić do rozpoczętych prac, ale nie potrafił się skupić i pracować jak przed ostatnimi tragicznymi wydarzeniami. Po śmierci Joli znalazł się w jakiejś wszechogarniającej go pustce. Nie potrafił pogodzić się z myślą, że Jola już nigdy nie wróci. Od dawna nie spędzali już większości czasu ze sobą, bo mieli mnóstwo zajęć absorbujących ich indywidualnie, ale jednak stale do siebie wracali Byli sobie nawzajem potrzebni, ładowali tak swoje akumulatory życiowe. Potwierdzali i utwierdzali się nawzajem. Teraz wszystko się zmieniło. Ich wspólne mieszkanie stało teraz puste, Janek nie miał chęci by przebywać tam bez Joli. Te wszystkie nagromadzone tam przez lata przedmioty przypominały mu za bardzo ukochaną osobę. Czas z nią spędzony, czas już utracony.
W czasie śledztwa, które de facto nie zostało ukończone, brano pod uwagę różne wersje zaginięcia Joli. Janek wykluczał ze stu procentową pewnością samobójstwo. Zbyt dobrze znał jolę. Nie miała powodu, by dobrowolnie wycofać się z życia. Mogło to być pozbawienie jej życia przez kogoś, kto obawiał się z jej strony dekonspiracji czynów karalnych które wykryła? A może zwykły, ale tragiczny w skutkach wypadek nocą na statku? Janek nie potrafił się uspokoić, postanowił wyjechać z Wrocławia. Następnego dnia rano wyruszył w kierunku niemieckiej granicy, teraz już tylko jednej po pokojowym wchłonięciu NRD przez RFN. W międzyczasie Jankowi przyznano niemieckie obywatelstwo, nie tyle, by mu ułatwić przesiedlenie się do Niemiec, ale dla ułatwień przy przekraczaniu granicy w celach służbowych, bo bardzo często angażowała go strona niemiecka jako wybitnego eksperta przy restauracji witraży. Siostry Janka były też bardzo zadowolone, bo mógł w każdej chwili swobodnie do nich przyjeżdżać. Teraz miał doskonałą okazję je odwiedzić, bo zbliżało się Boże Narodzenie, a w Polsce już nie było nikogo, z kim mógł by spędzić te święta.
Doskonale pamiętał tamte Weihnachten z lat dzieciństwa w czasie wojny, ubogie, pełne niedostatku, ale byli wtedy wszyscy razem, rodzice, siostry i on. Teraz nie zbywało tam u sióstr w Kolonii na niczym, ale bardzo mu było brak Joli. Choć z siostrami, dla których ciągle był tym młodszym bratem potrzebującym ich opieki, mimo wielkiej serdeczności odczuwał pustkę. Gdy po wieczerzy wigilijnej zapanował rodzinny nastrój, biesiadowanie się przeciągało, postanowił wyjść do miasta. Potrzebna mu była chwila samotności. Spacerował po ledwo śniegiem pobielonych ulicach, jasno oświetlonych rozgwieżdżonymi ozdobami. Doszedł wreszcie pod katedrę. Ostatni spóźnialscy wchodzili do środka świątyni na pasterkę. Dziś kościół zapełnił się ponad miarę, Radosny nastrój podnosiła muzyka organowa. Janek nie potrafił sobie przypomnieć, jak dawno już nie był w ten wigilijny dzień w świątyni na pasterce. Po chwili organista zaintonował najsłynniejszą kolędę, nie tylko niemiecką, ale znaną na całym świecie i śpiewaną we wszystkich językach Stille Nacht…
Janek nie pamiętał już niemieckich słów prócz pierwszej zwrotki, więc śpiewał swoim donośnym głosem dalej po polsku. Po chwili zorientował się, że jakiś sympatyczny sopran mu również po polsku towarzyszy. Odwrócił się dyskretnie, spojrzał nieco do tyłu i w bok aż zobaczył jakby znaną mu twarz zacienioną nieco kapturem kurtki. Ich wzrok się spotkał i oboje się w tym momencie rozpoznali, na ich twarzach pojawiło się tylko zdziwienie, uśmiechu zabrakło. Zastygli ze wzrokiem wbitym w siebie. Ania pierwsza odwróciła twarz. I w niego i w nią uderzył gwałtowny atak szybko przebiegających myśli. Cofnęli się do samego początku ich znajomości, gdy wszystko było inne, gdy nikt z nich nie przeczuwał jak się ich losy potoczą. Pozostała tylko ta szczątkowa myśl, co byłoby, gdyby wówczas…
Hirtenmesse ( pasterka ) miała się ku końcowi, wszyscy podawali sobie dłonie na znak pokoju, zgody… Oboje mimo woli zrobili ten pierwszy krok i zbliżyli się do siebie. Podali sobie milcząco dłonie i nie spoglądając sobie w twarze pozostali z opuszczonymi głowami przez dłuższą chwilę w tej pozycji. Ania wyszeptała w końcu: - jak bardzo mi żal, Joli. Ciebie też, wybacz Janku.
Mimo woli pozostali teraz bardzo blisko siebie i wychodzili z katedry w tłumie obok siebie. Przeszli tak spory kawałek dalej nic do siebie nie mówiąc i wreszcie się zatrzymali. Ania odezwała się pierwsza: - Co ty tu robisz? Ja przeprowadziłam się do Niemiec na stałe. Dzięki mej mamie, która miała niemieckie pochodzenie uzyskałam bez trudu niemieckie obywatelstwo, język opanowałam i mam tu pracę. A ty?
-Wiesz, że Jola nie żyje, muszę jakoś dojść do siebie. Uciekłem z Wrocławia, przyjechałem tu na święta do sióstr. Wyszedłem po kolacji wigilijnej by się podczas spaceru odprężyć i spotkałem ciebie w katedrze. Bywałem tu, bo pracowałem przy witrażach. Mogę cię odprowadzić, bo mi się nie spieszy. -
Ania mieszkała niedaleko, na skraju starego miasta. Dotarli tam niebawem. Nie potrafili rozwinąć rozmowy, bo zbyt wiele ich teraz dzieliło, tamtą dawną bliskość pochłonął czas, a może tylko zły przypadek?
-Nie będę cię zapraszała nocą do mieszkania, jesteśmy teraz zbytnio zaszokowani nagłym spotkaniem, może jutro na obiad. Jestem sama, mam usmażoną gęś, nie zjem jej samotnie, może wpadniesz na chwilę? Bardzo chciałabym ci wiele spraw wytłumaczyć, może mi wtedy wybaczysz. Dawniej potrafiłeś mną pokierować, mi wiele problemów wyjaśnić. Jesteś w stanie przyjść do mnie? Poza tym, alkoholu już nie piję. To co, o trzynastej?-
- Postaram się. Jeśli nic nieprzewidzianego się nie wydarzy.
Janka kosztowało to wiele przemyśleń, czy winien odwiedzić Anię. Doszedł do przekonania, że właściwie to ona nie skrzywdziła go umyślnie, to jej rodzice mu nie sprzyjali, woleli innego zięcia. W ogóle to za wcześnie było wówczas planować związek małżeński z młodziutką dziewczyną, jaką wówczas była Ania. Potem została przez swego żądnego kariery męża wykrzywiona moralnie, wykorzystywał ją dla swych ambicji politycznych i zawodowych. Na pewno różne towarzyskie okazje doprowadziły ją do uzależnienia się od alkoholu. Widocznie miała powody, by rozstać się z mężem. Coś było, coś pozostało. Naznaczona została trudną do usunięcia winą za współpracę ze służbą bezpieczeństwa. Doprowadziło to do tego, że lepiej było opuścić Polskę, niż być stale sekowaną za współpracę z komuchami.
Ania nie była już tą dawną dziewczyną jaką pamiętał, oboje posunęli się w latach, ona miała już 56 lat a on 60. Wracała jakaś chęć powrotu w dawne lata, wspomnieć chwile, kiedy wszystko się zaczynało. Wrócić w czasy młodości. Janek nie zadawał zbyt wiele pytań, Ania czuła najwyraźniej wewnętrzną potrzebę wyrzucenia z siebie wszystkich dręczących ją zmór przeszłości. Zdawała sobie sprawę z tego, że tamto małżeństwo zawiodło ją na manowce. I politycznie i moralnie. Znalazła się teraz na skraju życiowej próżni. Szukała kogoś, kto by jej pomógł mocniej stanąć na własnych nogach, utwierdzić ją, że zawsze można jeszcze spróbować stanąć po tej lepszej stronie drogi życia. Gęś Jankowi smakowała, choć nie wiele jadł, bo była to raczej intrygująca rozmowa, niż uczta kulinarna. Pożegnali się jak dawni przyjaciele spotykający się po latach. Niby ci sami, ale już oddaleni od siebie, nieco naznaczeni życiem. Ania do Polski nie przyjedzie, nie umawiali się, może się jeszcze zdarzy okazja, gdy Janek przyjedzie do Niemiec. Grzecznościowo wymienili swoje adresy i telefony. O Joli prawie nie rozmawiali, raz tylko coś, o tamtej dawnej, którą poznali wówczas na uczelni w Lublinie. Wtedy obawiała się, że chce jej zabrać jego, którego portret narysowała z dużym wyczuciem.
Janek spędził jeszcze Sylwestra z siostrami i następnego dnia po Nowym Roku wrócił do kraju. Siły twórcze wracały, różne pomysły chodziły mu po głowie, przeglądał zaczęte prace i prawie nie wychodził z pracowni. Postanowił wrócić na uczelnię zaraz po feriach. Któregoś dnia grzebiąc w dokumentach zobaczył wizytówkę Ani. Zostawił ją na wierzchu z zamiarem zatelefonowania do niej, ale trwało to kilka dni nim podjął tę decyzję. Wiedział już, że ma na wiosnę zaplanowany wyjazd do Niemiec, konkretnie do Aachen, nie daleko Kolonii. Przy tej okazji odwiedzi na pewno siostry, więc może się zobaczyć z Anią. Sam się trochę zdziwił, że nasunęła mu się taka myśl. Telefonował, ale nie zastał Ani. Pomyślał, że może to i dobrze, bo nie powinien się jej narzucać.
Ania odezwała się następnego dnia, bo zauważyła że telefonował do niej. Zatroskana zapytała, czy wszystko u niego w porządku, jak sobie radzi. Cieszy się bardzo na marzec, bo u nich nad Renem wiosna zaczyna się o wiele wcześniej niż w Polsce, może będzie miał chwilę, czy dwie by mogli razem coś zwiedzić, zobaczyć się. Janek nie ulegał emocjom, obiecał bardzo rzeczowo, że da znać gdy tylko przyjedzie i na pewno się spotkają.
Najgorszy czas po utracie Joli minął, Jankowi było może łatwiej przez to przejść, bo unikał wszystkiego, co by mu przypominało Jolę. Prawie wcale nie wracał do ich wspólnego mieszkania, przebywał, a właściwie mieszkał w pracowni. Marysia zajęta była swoimi sprawami, rzadko dzwoniła, wiodło jej się teraz nieźle w Szwecji. Janek nie był zbytnio związany z przyjaciółmi Joli, nie telefonowali do niego. Uchodził dla nich za odludka. Wystarczały mu kontakty z kolegami na uczelni i jego własne działania twórcze w pracowni, która stała się teraz jego centrum trwania w czasach bez Joli. Nad Odrę wiosna przyszła też wcześniej niż zwykle. Czas mijał szybko, na początku marca Janek myślał o wyjeździe do Aachen. Do starego Akwizgranu, by zadbać o stare witraże w tamtejszej katedrze. Było wiosennie i jakoś cieplej pomyślał o Ani. Przypomniała mu się tamta przedmaturalna wiosna w Katowicach. Wychodzili na spacer z książkami do Parku Kościuszki. Nie tylko by się uczyć. Takie ciepłe wiosny przychodziły dawniej też wcześniej.
Po kilku dniach pobytu w Aachen Janek poczuł się luźniej, radził sobie przy pracy z witrażami i miał znowu nieco więcej wolnego czasu. Faktycznie dało się zauważyć, że kolorowa wiosna zaczyna dominować nad dotąd panującą szarością miejską. Janek przypomniał sobie zachęty Ani by zobaczyć wiosnę nad Renem. Zatelefonował do Ani, co u niej, jak się miewa w wiosennej Kolonii. Była w dobrym nastroju i zaproponowała, że może go zaprowadzić w kilka bardzo uroczych miejsc, odetchnie tam wiosną. Janek obiecał, że podjedzie po nią jutro popołudniu, bo przedtem ma wpaść do starszej siostry na obiad. W trakcie obiadu Janek spoglądał na zegarek, tak że siostra się trochę dziwiła i zapytała co to za spotkanie, że mu się tak spieszy. Janek powiedział, że to stara znajomość ze szkolnych lat, dziewczyna z którą kiedyś chodził. Siostra zacytowała stare przysłowie: Alte Liebe rostet nicht ( stara miłość nie rdzewieje.) Niedługo po obiedzie, tuż przed zaplanowanym wyjściem Ania zatelefonowała do niego bardzo zaniepokojona. Przeprasza, że musi spotkanie odwołać, nastąpiły jakieś dziwne okoliczności związane z jej przeszłością oraz byłego męża. Trudno jej to teraz wszystko przez telefon wytłumaczyć. Ktoś ją nachodzi. Prosiła by zaczekał aż się do niego odezwie i zaproponuje spotkanie. Wszystko to Janka bardzo zaskoczyło i zdziwiło. Ania zrezygnowała tu w Niemczech ze swego dawnego nazwiska złożonego ze swego panieńskiego i tego po mężu, a przejęła razem z obywatelstwem niemieckim nazwisko rodowe jej matki. To jednak nie utrudniło zainteresowanym odnalezienia jej tu w Niemczech.
Następnego ranka Ania zatelefonowała i poprosiła Janka o spotkanie. Wymyśliła na to dziwne miejsce, mają się spotkać w katedrze, określiła miejsce. Wszystkiego się tam dowie. Nie będą prowadzić rozmowy, usiądą chwilę obok siebie i przekaże mu list, w którym wszystko opisze. Potem się rozejdą i każde pójdzie osobno do siebie. Boi się, bo ją obserwują. Nie chce go wplątać w swoje sprawy.
To dziwne spotkanie w katedrze odbyło się, trwało dość krótko. Janek odebrał od Ani zwiniętą kopertę, którą zaraz włożył do kieszeni. Ania spojrzała na niego dość żałośnie i wyszeptała: - Pomóż mi Janku, bardzo proszę. Janek był bardzo zaniepokojony i niczego nie zdołał odpowiedzieć. Potem rozeszli się zaraz. Tego samego dnia wyruszył do Aachen. Dotąd nie zastanawiał się dość szczegółowo nad treścią listu. Na miejscu przeczytał jej list ponownie. Ania otrzymuje do skrzynki dziwna pocztę, listy pisane bardzo złą polszczyzną, z domieszką słów rosyjskich, łącznie z mieszaniem liter cyrylicy z łacińskimi. Żądają od niej adresu byłego męża, albo żeby dała mu znać, by skontaktował się natychmiast z Borysem. Jeśli tego polecenia nie wykona, zostanie ukarana. Mogą upublicznić jej dawne nazwisko i jej związki ze służbą bezpieczeństwa. Pytają czy jej mąż zostawił u niej w domu obrazy na przechowanie. Wynikało z tego, że prowadził z jakimiś osobami pochodzenia rosyjskiego nierozliczone interesy, handel czy przemyt obrazów. Może to podobne sprawy jak te portrety trumienne sprowadzone nielegalną drogą do Szwecji? Może śmierć Joli była związana z interesami prowadzonymi przez pana Jana Ryszarda W. ? Jakieś mafijne interesy? Jeśli to jakiś bezwzględny gang, który doprowadził do śmierci Joli, to teraz i Ani może coś zagrażać? Przypomniał sobie, jak żałośnie na niego w katedrze spojrzała i prosiła o pomoc. Jego dawne żale do niej poszły w niepamięć, zaważyła jej niezaradność, podobna do tej gdy była młodziutka i zawsze się wtedy o nią troszczył. Dzwonił do niej, by w pracy wzięła kilka dni wolnego, by się jutro znów w katedrze spotkali, ale nie w Kolonii, a w Aachen, stamtąd zrobią wypad wzdłuż Renu na południe, by wreszcie móc razem odkrywać tutejszą wiosnę, do czego go tak zachęcała. Może ukryje się też na kilka dni przed tymi dziwnymi osobnikami, którzy ją nachodzą. Janek czuł, że musi Ani pomóc, zaopiekować się nią jak dawniej.
Późnym wieczorem odebrał telefon od Marysi z Malmoe. Przekazała mu to, o czym donosiła tamtejsza prasa. Pochodzący z Polski Jan W., dawny agent służby bezpieczeństwa rezydujący od jakiegoś czasu tu Szwecji miał wypadek samochodowy. Nastąpił wybuch i pasażer spalił się w samochodzie. Wszystko wskazuje na to, że do katastrofy doszło na skutek czyjegoś zbrodniczego działania. Podejrzewa się mafię, chyba rosyjską. Krążą pogłoski, że denat był zamieszany w nielegalny handel przemycanymi obrazami i innymi dziełami sztuki ze wschodniej Europy. Janek był przekonany, że chodzi o byłego męża Ani, który mógł być też zamieszany w tragiczne zaginięcie Joli. Było już późno, nie próbował o tej porze niepokoić Ani. Będzie na to czas jutro, gdy się spotkają w Aachen.
Spotkanie w katedrze nastąpiło o godzinie 10.00. Przez chwilę zaznajomił Anię ze swymi tu trwającymi pracami, pokazał jej odnowione witraże. Ania się tym zainteresowała, kiedyś zaczynali przecież razem studia historii sztuki w Lublinie. Dopiero gdy ulokowali się w samochodzie, Janek opowiedział czego się wczoraj dowiedział od córki Joli, o czym tamtejsza prasa donosiła. Ania nabrała już wystarczająco dużego dystansu emocjonalnego do byłego męża i przyjęła wiadomość spokojniej, niż się spodziewał. Był to dobry pomysł, ta wiosenna wycieczka. Z Aachen wyruszyli w kierunku Bonn nad Ren, gdzie przejechali na drugą, prawą stronę rzeki, a stamtąd jeszcze kawałek na południe. Droga po tej stronie prowadziła tuż nad rzeką i oboje zachwycali się mijanym pejzażem. Jadąc wzdłuż Renu dotarli do Bad Hoenningen, gdzie się zatrzymali na posiłek i ewentualnie na nocleg. Obiad przeszedł w kolację, więcej jednak rozmawiali niż jedli, popijając przy tym reńskie wino. Ania odezwała się w pewnym momencie do Janka:
- Czy my jesteśmy teraz na stypie?
- Nie, Aniu my jesteśmy już teraz oboje bardzo samotni. Spróbujmy teraz pomyśleć o odpoczynku.
W recepcji hotelu oboje mimo woli odezwali się razem, że proszą o dwa odrębne pokoje, ale obok siebie. Spojrzeli wtedy jakoś wyczekująco przez moment na siebie. Janek zaproponował jeszcze krótki spacerek przed spaniem, bo rano postanowili kontynuować podróż. Pokręcili się przez pół godziny po uzdrowisku, pochodzili milcząc i wrócili do hotelu. Przed drzwiami pokoju Ani Janek nachylił się ku jej twarzy, pocałował ją w policzek i życzył dobrej nocy. Ania wykonała pół obrotu prawie wtulając się w niego, zaraz odskoczyła i powiedziała tylko:
- Dziękuję ci Janku, śpij dobrze.
Janek obudził się dość wcześnie i wyszedł na krótki spacer do uzdrowiska. Zauważył że drzwi do kwiaciarni są otwarte, wstąpił i kupił pięć żółtych tulipanów. Złapał się na tym, że już dawno nie kupował kwiatów dla żadnej pani. W hotelu zapukał do drzwi Ani i chyba ją obudził, zawołała: zaraz. Po chwili pojawiła się w nich otulona kołdrą, powiedziała tylko by jeszcze chwileczkę zaczekał, zanim wróci na powrót do łóżka. Janek po chwili wszedł trzymając przed sobą pięć żółtych tulipanów, których Ania nie mogła zauważyć, bo leżała na powrót po uszy przykryta kołdrą. Zawołała radośnie spod niej:
-Janku, obudź mnie.
Przez moment zastanawiał się, z której strony zacząć ściągać z niej kołdrę. Nie próbował tego, a przybliżył do czubka jej głowy tulipany.
Ania zawołała, że czuje zapach kwiatów i wysunęła głowę spod kołdry.
-Żółte tulipany, takie jak kocham, jakie mi podarowałeś po zdaniu matury. Pamiętasz to jeszcze Janku?
Janek zauważył, że Ania była bez koszulki i zapytał , czy chce by teraz na chwilę wyszedł, aż się ogarnie do śniadania. Ania poprosiła by został, ale odwrócony, bo nie chce, by teraz po latach oglądał ją inną, niż ją zapamiętał z czasów licealnych.
Po śniadaniu wyruszyli w drogę powrotną. Postanowili jednak wrócić od razu do Kolonii, do jej mieszkania. Byli ciekawi, czy nadal przychodzą te dziwne listy. Mieli teraz sporo czasu na rozmowy o ich sytuacji, o dalszych planach życiowych. Jankowi proponowano na akademii w Duesseldorf objęcie katedry witrażu. Zastanawia się, czy nie skorzystać z tej propozycji. Ma tu rodzinę, a ona mieszka też niedaleko. Będą mogli się spotykać, powspominać dawne czasy, gdy byli bardzo młodzi. Ania nie ma konkretnych planów, może zacznie pisać pamiętniki, ale myśli też o tym, by udzielać się w pomocy społecznej na rzecz dzieci, których sama nie miała. Uważa, że ulegała w swym postępowaniu za nadto mężczyźnie, który ją ostatecznie bardzo rozczarował i wykorzystał. Teraz go już nie ma. Nie ma nawet pogrzebu. Jak Jola. I po chwili odezwała się:
-Niestety, łączy nas Janku zbyt wiele złych momentów życiowych. Coś było, coś pozostało. Może nie wszystko utraciliśmy? Ty masz swoją pracę, jesteś docenionym twórcą, artystą, fachowcem. Ja nie wybrałam właściwej drogi dla siebie, ale mam tego świadomość, że błądziłam. Łudzę się, że nie całkiem mnie potępiasz, że wybaczysz, bo źle wobec ciebie i Joli postąpiłam.
Gdy weszli do mieszkania Ani w Kolonii, było widać, że ktoś się włamał. Na zewnątrz nie było żadnych śladów, ale Ania zorientowała się od razu, że mieszkanie zostało gruntownie przeszukane. Najwidoczniej szukano owych obrazów, które jak podejrzewano mogła tu dla byłego męża przechowywać. Poprosiła Janka, czy nie zostałby u niej na tę noc z nią, bo jest tym wszystkim przerażona. Jankowi zrobiła się Ani żal, więc od razu przytaknął, że będzie jej dziś w nocy pilnował. Ania przygotowała Jankowi posłanie na kanapie w pokoju mieszkalnym, a ona spała w swym łóżku w sypialni. Chwilę jeszcze rozmawiali o tym co zrobią jutro. Janek trochę posiedział, spróbował sobie jakoś poukładać wszystkie minione wydarzenia. Po chwili Ania przyszła już przebrana, w szlafroku, usiadła obok niego i głęboko westchnęła. Siedzieli tak przez chwilę bez ruchu w milczeniu. Odezwała się tylko jednym słowem:
-Czemu?
Sama sobie odpowiedziała całując go w policzek i szybko odeszła do siebie. Zawołała jeszcze, że drzwi zostawi otwarte. Janek dość długo nie potrafił zasnąć. Był przekonany, że pewno już nikt nie będzie mieszkania nachodził, bo niczego nie znaleziono, a byłego męża Ani zlikwidowano. Nad ranem usłyszał, że Ania go woła. Poprosiła go, by usiadł na łóżku, uchwyciła nerwowo jego dłoń i mimo woli zaczęła ją mocno ściskać. Janek zobaczył, że jest zapłakana. Stała się na powrót tą małą potrzebującą opieki Anią. Nachylił się nad jej twarz i wycałował do sucha jej załzawione policzki.
-Połóż się na chwilę obok mnie, aż te złe majaki miną. Boję się, nie chcę być sama. Ty też jesteś sam, to bądźmy sami razem. Chciałabym się do ciebie choć na chwilę przytulić.-
Janek poczuł zapach tej dawnej Ani, utracił swój wewnętrzny pomiar czasu, znalazł się daleko stąd, lata wstecz. Wróciło coś, co dawno przeminęło. I on i ona wtulili się mocno w siebie spróbowali tak trwać. To nie było jakieś wielkie odczuwanie szczęścia, ale przejmujący spokój i wyciszenie w sobie. Stali się jak dojrzewające dzieci zbyt wcześnie zakochane w sobie. To było jak wtedy, jakieś oczekiwanie na coś, co nie wiadomo, czy nadejdzie. Ta radość o poranku skończyła się sympatycznym śniadaniem, które przygotowali razem. Po świeże bułeczki do piekarni obok wyskoczył Janek. Po śniadaniu nastąpiło pożegnanie. Ostrożne w okazywaniu czułości. Najważniejsze dla Ani było to, co powiedział, że się przeniesie na uczelnię do Niemiec. Tam we Wrocławiu zostawi swoje dobre wspomnienia, ale i swoją samotność. Spróbuje tu jeszcze raz poukładać sobie życie na nowo. Może będą się nawzajem wspomagać. Coś co było, ale całkowicie już nie wróci.
Minęły dwa lata i rok od przeniesienia się Janka do Niemiec od czasu, gdy Jola odeszła. Czasy się zmieniły, żył teraz jak wielu ludzi którzy mieli dwa obywatelstwa. Często bywał w Polsce, z którą łączyły go nadal jakieś zajęcia na wrocławskiej uczelni. Na akademii sztuk pięknych w Duesseldorf nie pracował już tak zaabsorbowany czasowo, jak na początku we Wrocławiu. Janek spowolnił tempo. Najbardziej pochłaniały go teraz jego własne projekty twórcze, jego szklane obiekty. Rzeźby przypominające kolorowe stalaktyty. Janek wędrował pomiędzy Duesseldorf, a Kolonią. Rzadziej odwiedzał tam siostry, a częściej przebywał razem z Anią. Bywali ze sobą, ale ciągle nie wiedzieli kim tak naprawdę dla siebie są. Tą młodzieżową parą, z Katowic, czy Lublina, albo już bardzo dojrzałą parą z randkowego portalu, która ciągle się jeszcze dociera, nim podejmie ostateczną decyzję. Oni się już nie spieszyli.
Czasem, gdy Janek bywał u Ani w mieszkaniu, gdy skądś późno wrócili i u niej spał, nie szykowała mu już odrębnego posłania, a prosiła, by położył się obok niej. Nikt nikogo nie uwodził, odczuwali jednak tę potrzebę by być blisko siebie, by być jak najbliżej i stało się. Ogarniało ich radosne uczucie, o szczęściu nie mówili. Nie byli pewni, czy się tak kochają jak kiedyś. Wiedzieli, że muszą wreszcie pozostać ze sobą. O przekonaniu Janka świadczyło to, że przedstawił Anię swoim siostrom. Później zachodzili tam razem na spotkania rodzinne. Janek miał swoje mieszkanie w Aachen i tam spędzał większość czasu. Ania odwiedzała także sama siostry Janka, bo się bardzo polubiły. Czasem były dyskretne zapytania o to, czy się pobiorą, ale Janek potrafił się zręcznie z tematu wywinąć. Oni nie byli razem, a bywali. Mijał rok, potem kolejny od takiego ich wzajemnego układu i zaczęli sobie zdawać sprawę z tego, że się starzeją, że warto by unormować ich status. Ustalili, że jako wdowiec i wdowa mogą wziąć ślub kościelny. Janek ma zaprzyjaźnionego kanonika w katedrze w Aachen i tam się pobiorą, wtedy otrzymają oficjalny dokument. Będzie to tak zwany cichy ślub, choć z dobrą muzyką organową, bo Janek jest i z organistą zaprzyjaźniony. Organista często ćwiczył na organach podczas gdy on pracował przy witrażach. Połączyli tam we wnętrzu kolorowe światło i wszechogarniającą muzykę Bacha.
Przy takiej muzyce i przesączających słoneczne światło witrażach odbył się ślub Ani i Janka w bardzo małym gronie tylko kilku osób. Po uroczystości już nie całkiem młoda para wyjechała na parę dni do Polski. Ania nie krępowała się, bo po tych kilku zmianach nazwiska sądziła, że nikt jej już nie będzie pamiętał. Wstąpili na krótko do Wrocławia, gdzie Janek pokazał jej miejsca z którymi był związany, potem Katowice, dobrze znane im obojgu, gdzie pozwiedzali stare znane im kąty. Pokazał jej i Kraków, ale bez Bronowic, które za nadto związane były z Jolą. Potem była krótka wyprawa do Lublina, gdzie byli przez jakiś czas razem, ale i wszystko się wówczas skończyło. Do Zakopanego już nie pojechali, bo tego nawet Ania nie chciała odświeżać. Wstąpili do Warszawy i stamtąd wrócili już do siebie. Przebywają trochę tu i trochę tam, bo jeszcze nie zdecydowali, gdzie się osiedlą na stałe. Podróż po Polsce ich ani nie oddaliła od siebie, ani bardziej nie zbliżyła. Zbliżyli się na swój sposób, jak stare małżeństwo z rozsądku.
Janek powiadomił odpowiednio wcześnie Małgosię o swoim ślubie z Anią. Przysłała eleganckie i grzeczne życzenia. Telefonów było już mniej, a jeśli, to nie były takie jak od córki, przybranej ale tak bardzo bliskiej jeszcze nie dawno. Rozmowy nabrały dystansu, stawały się prawie oschłe. Małgosia żywiła jakiś żal do Janka, jej ojca z wyboru gdy się zdecydował na powtórne małżeństwo. Traktowała to jak zdradę matki. Zaczęli się coraz rzadziej kontaktować, z Anią unikała całkowicie rozmów. Najwyraźniej nadal uważała ją za współwinną tragedii matki. Teraz, trzy lata po zniknięciu Joli Małgosia prowadziła swoje prywatne śledztwo. Była już dobrze obeznana z szwedzkim systemem prawnym, poznała doskonale język szwedzki, więc radziła sobie w różnych zawiłych rozmowach. W to działanie nie wprowadziła Janka. Udało jej się natrafić na mafię trudniąca się szmuglowaniem także nielegalnych przybyszów do Szwecji, ale dowiedziała się też, że bywają i odwrotne transfery z porywaniem ze Szwecji. Dotarła do kogoś z polskiego promu, kto tam wtedy pracował i skierował ją po dalsze informacje do członków rosyjskiej mafii na terenie Szwecji. Oczywiście że musiała te informacje dobrze opłacić. Małgosia miała ciągle nadzieję, że Jola przeżyła ten rejs statkiem. Mogła zostać porwana do ciężarówki chłodni udającej się do Holandii. Najpewniej została uśpiona i chyba potem na wpół zamrożona. Marysia napotkała na opis takiego wypadku w prasie. W Holandii odkryto po otwarciu chłodni zmrożoną uciekinierkę zajęło się nią pogotowie, potem szpital, bo trzeba próbować ratować życie. Kobieta nie miała przy sobie żadnych dokumentów, trudno było ustalić jej pochodzenie. Podane informacje były mylące, że to Ukrainka. Po podleczeniu kobiety okazało się, że nastąpiły głębokie zmiany w jej mózgu. Nie potrafiła mówić, utraciła całkowicie świadomość bytu. Stała się nikim. Dostała się do zakładu opiekuńczego dla osób trwale upośledzonych. Marysia wysłała tak na wszelki wypadek do wszystkich ośrodków opiekuńczych zdjęcia swej mamy z kilkoma danymi odnośnie zaginięcia osoby. Niedawno otrzymała list z zakładu opiekuńczego w Arnhem w Holandii z zapytaniem, czy mogła by do nich przyjechać dla wyjaśnienia sprawy poszukiwanej osoby. Prawdopodobnie jest to jej matka, którą się tu w ostatnim czasie opiekowano. U nich zmarła i urna z jej prochami jest jeszcze do odebrania. Przebywała tam, jeszcze żyła, ale oni już ją pochowali w grobie dziadków w Malmoe o wiele wcześniej, bo za życia.
Marysia z mężem pojechali natychmiast do Holandii. W Arnhem, w ośrodku opiekuńczym, gdy dowiedzieli się szczegółów, kim była jej matka, co ją spotkało, że pochodzą z Polski, spotkali się zaraz z bardzo serdecznym przyjęciem. Tam w Arnhem pielęgnuje się nie tylko cmentarz z polskim poległymi spadochroniarzami, ale traktuje bardzo przyjaźnie przybywających tu Polaków. Nie doszło już do odnalezienia żywej matki, ale Marysia była zadowolona, że może jej prochy złożyć w grobie razem z jej dziadkami, gdzie imię i nazwisko Joli już wcześniej wyryto w kamieniu.
Dopiero teraz po powrocie do Szwecji Małgosia zatelefonowała do Janka. Oznajmiła mu, że zaprasza go na pogrzeb swej poprzedniej żony. Termin był ustalony. Wolałaby, by Ani tam nie było, bo gdy brali ślub, jej poprzedniczka jeszcze żyła. Na szczęście Jola nie była już świadoma jego bigamii.
Janek zjawił się sam na pogrzebie Joli. Była to spokojna uroczystość. Marysia nie nadała uroczystości rozgłosu. Nikogo prócz nich nie było. Małgosia trzymała urnę, sama ją włożyła do przygotowanego miejsca w grobie. Nie miała zbytniej ochoty by porozmawiać z Jankiem. Powiedziała tylko:
- Nigdy nie pomyślałabym, że tak się to wszystko skończy. To, co pozostało, to tylko nieco prochu. Wracaj do swej Ani.
Janek przywiózł ze sobą małą szklaną rzeźbę. Postawił ją na grobie i odszedł. Był to projekt jego nowego dzieła, nad którym od jakiegoś czasu pracował. Joli zostawił projekt na grobie, a Ania będzie mogła spoglądać na skończone dzieło.
Małżeństwo Janka i Ani przestało się kleić. Zabrakło chyba tego spoiwa, jakie tworzy się w młodości. Rdza potrafi przeżreć kruche uczucie. Ania zachowała mimo wszystko bardzo dużo ze swej dziewczęcej wrażliwości. Odczuwała to, że córka Joli oskarża tak bardzo Janka i ją o bigamię. Nie kryje swego żalu do nich. Janek też nad tym boleje, jest niespokojny, nie potrafi się skupić nad pracą twórczą. Chodzi z kąta w kąt. Unika zajęć na uczelni. Pewnego dnia zniknął i zostawił tylko list:
- Aniu uciekam, wybacz mi, muszę odnaleźć spokój. My razem już go nie znajdziemy. Teraz wiem, że nie zasłużyłem ani na Ciebie, ani na Jolę. Będę Cię wspomagał materialnie. Wyjeżdżam z Niemiec, znajdę sobie pracę, znajdę w niej spokój. Nie szukaj mnie. Żegnaj.
Janek pomyślał o Francji, zacznie pracę w jakiejś katedrze przy restauracji witraży. Może w Chartres? Będzie się cieszył każdą odnowioną powierzchnią kolorowego szkła witrażowego, gdy znów przepuści światło słoneczne w pełni barw, tak jak dawniej, przed wiekami. Coś było, ale niewiele już zostało.
Grudzień 2021
I wiosna 2022
,.
Czas zaprzeszły, dokonany
Kiedyś przed laty uczyłem się Łaciny, wiedziałem co to Plusquamperfectum, ale raczej nie dokonałem tego, że się jej perfekcyjnie nauczyłem. Nie było w tej czynności czasu dokonanego. Podobnie było z przedmiotem o nazwie marksizm leninizm. Problem, z którym zetknąłem się już w czasie przedszkolnym, choć nie był to rodzaj przedwczesnej indoktrynacji. U nas na Śląsku mówiło się wtedy o mężu mej mamy Heleny, że on jest Leny, a po prostu że on jest Lenin. To staropolska odmiana jak nam polonista w gimnazjum dawno temu tłumaczył. Moja babcia nasłuchała się wtedy przed wojną dużo złego o Leninie, że wręcz Antychryst. Dopiero dziadek razem z wujkiem policjantem wytłumaczyli zmartwionej babci, że Lenin mąż Leny, to nie tamten komunista Lenin, krwawy przywódca rewolucji rosyjskiej, którą i do nas próbował eksportować. Ja też byłem bardzo ucieszony, że wujek policjant nie będzie musiał mego tatę zaaresztować, jak złego komunistę, bo wtedy się tak często zdarzało.
Przez mego tatę miałem też inny problem, ale z marksizmem. Wyrosłem w domu bardzo muzykalnym, mnie tata już od najmłodszych lat wprowadzał w muzykę i uczył gry na skrzypcach. Wtedy w czasie wojny uczęszczałem do niemieckiej szkoły. Kiedyś zadawała nam nauczycielka pytanie, co czytamy, a jakie książki nasi rodzice. Odpowiedziałem, że ja Karla Maya, a ojciec studiuje tomy Marxa. Nauczycielka zręcznie wyhamowała moją wypowiedź, na tym skończyła wypytywanie. Nikt w klasie nie zwrócił uwagi na to co czyta mój ojciec, sama zręcznie zakończyła temat, bo mógł być niebezpieczny. Widać nie była zwolenniczka Hitlera, więc wezwała przeze mnie tatę na jutro do szkoły. Może chciała go ostrzec?
Następnego dnia wszystko się wyjaśniło, tata nie czytał zakazanej literatury, tylko uzupełniał swoją wiedzę muzyczną w teorii, bo dzieło o kompozycji napisał Marx, zupełnie inny autor o takim samym nazwisku. Niestety, później w czasie studiów na ASP byłem zmuszony wkuwać brednie przedmiotu marksizm-leninizm.
Grzybień biały
Janek był na rok przed maturą. Isia już właśnie była po i myślała o szkole aktorskiej. Janek zaproponował Isi popływanie kajakiem na dużym stawie w Paruszowcu. To spotkanie nie było już tamtą kontynuacją dawnego wzajemnego oczarowania, a łabędzim śpiewem na wodzie, gdzie też porastały te same lilie wodne, ale teraz nazywane przez Janka ich botaniczną nazwą. Mieli tam popłynąć gdzie kwitną grzybienie białe. Obiecał jeszcze tamtejszy dodatkowy przysmak. To orzech wodny, ale wymienił go uczenie jako kotewkę, która umieszczona jest prócz szczupaka w herbie ich miasta. Wtedy nie wiedział jeszcze, że jest to roślina rzadka i pod ochroną.
Janka było stać na wynajęcie kajaka tylko na jedną godzinę. Szybko znieśli go na wodę, by zaraz odpłynąć i móc maksymalnie wykorzystać dostępny czas. Tak się złożyło, że po wspólnym przedszkolu zaczynali razem naukę w szkole powszechnej, ale Isia poszła do gimnazjum o rok wcześniej z jej starszą siostrą. Janek nie miał starszego brata i zdawał maturę później od Isi. Ona miała teraz już starszych kolegów, więc Janek starał się Isi w jakiś inny sposób zaimponować. Na wiolonczeli już nie próbował. Jeszcze do niedawna pisał bardzo liryczne wiersze, choć już nie były adresowane do Isi. Z tym już też skończył. Właśnie opowiadał, jak wyglądało pożegnanie z próbami poetyckimi. Któregoś dnia zebrał wszystkie swoje zeszyty z wierszowanymi treściami i na nieuprawianej ziemi niedaleko domu rozpalił ognisko, by puścić z dymem swoje przemyślane i nieprzemyślane poetyckie myśli. Kiedyś marzył, by jego wiersz wyrecytowała Isia w publicznym miejscu, bo robiła to często jako aktorka in spe na różnych akademiach, ale i kiedyś na wspólnym ognisku harcerskim. Isia się zawsze dobrze zapowiadała. Janek dzielnie wiosłując w kierunku oazy kwiatowego uroczyska opowiadał chętnie co sam zamierza robić w przyszłości. Skończył już z poezją, po maturze skończy i z muzyką. Wybierze się na studia plastyczne w Akademii Sztuk Pięknych Krakowie. U Isi pozostało chyba coś z dawnego zauroczenia, bo choć traktowała teraz Janka jak nieco młodszego kolegę, to jednak nie za nadto z góry. Nawet go trochę kokietowała. Usiadła w kajaku na przednim siedzeniu, ale nie w kierunku jazdy, a zwrócona ku niemu. Aktorsko modulowanym głosem powiedziała, że chciałaby się trochę opalać i zdjęła bluzkę. Miała na sobie górę kostiumu kąpielowego bardzo korzystnie podkreślającego jej biust. Jakby chciała powiedzieć, taka jestem, nie twoja, nie taka jak dawniej. Podpłynęli tam gdzie rosły w wodzie orzechy wodne. Janek zręcznie zerwał ich kilka sztuk dla Isi. Smakowały jej i podziękowała uwodzicielskim uśmiechem. Potem Janek skierował kajak w stronę lilii wodnych. Rosło ich tu znacznie więcej niż tam, gdzie przerwane zostało jego muzyczne Marzenie dla niej. Janek zaproponował by się w tym uroczym miejscu nieco zatrzymać. Wspomniał, że rok temu czytał tu na kajaku Lillę Wenedę, ówczesną lekturę. Miejsce w sam raz do tego. Zabrał ten egzemplarz dziś ze sobą. Ma prośbę, by przeczytała mu fragment tak ciekawie jak to ona potrafi tylko dla niego. Isi to schlebiało i chętnie się zgodziła. W chlebaku przewieszonym miał Janek książkę po którą zaraz sięgnął i otwierając wybrany fragment podał ją Isi, gdy z książki wysunęła się fioletowym atramentem zapisana kartka i wpadła do wody, podobnie jak wtedy te nuty. Zamoczyła się szybko i poezja w atramencie rozpuściła się i zaczęło zabarwiać lilie z białych w fioletowe. Janek powiedział do Isi – patrz, one są teraz jeszcze piękniejsze, choć może nieco smutniejsze. Isia sięgnęła po kartkę już prawie wybielałą, spojrzała że ma swe dłonie też fioletowe. Powiedziała do Janka smutno modulowanym głosem:
- Twoja poezja miłosna rozpuściła się pośród Grzybienia białego.
Poprosił jeszcze Isię, by przeczytała krótki fragment sprawdzonego poematu Słowackiego, bo zaraz kończy się nasz czas. Ten kajakowy.
Katowice, czerwiec 2022
Inny
Nastał lipiec. Renia miała pierwszy rok studiów za sobą. Uczęszczała na wszystkie zajęcia i wykłady w Akademii Sztuk Pięknych, żyła tymi studiami, ale tak naprawdę, studentką jak inne koleżanki i koledzy z roku, z grupy, jeszcze nie została. Była po rozmowie z dziekanem, wiedziała już, że po wakacjach zostanie wpisana na listę studentów drugiego roku i otrzyma swój indeks. Wtedy dopiero w lipcu będzie wreszcie pełnoletnia. Maturę zdawała w maju, w wieku szesnastu lat. Do egzaminu na studia przystąpiła w czerwcu, zdała go pomyślnie, prace które pokazała komisji zyskały uznanie. Członkowie komisji radzili poczekać jeszcze rok czy dwa, zostanie wtedy przyjęta już bez egzaminu. Prawie się rozpłakała. Pani profesor Cybisowej zrobiło się jej żal i zaproponowała, żeby chodziła na zajęcia jako wolny słuchacz. Jak jej dobrze pójdzie, zostanie przyjęta od razu na drugi rok., gdy już będzie miała osiemnaście lat, dowód osobisty, wtedy zostanie prawdziwą studentką na ASP w Krakowie.
Rodzicom Reni udało się załatwić dla niej rodzaj miesięcznego sanatorium dla młodzieży, bo do domu wczasowego nie przyjęto by jej samą jako niepełnoletnią. Renia wymagała zdaniem rodziców odpoczynku już teraz, zaraz po skończonym roku studiów, który był dla niej, najmłodszej studentki nadzwyczaj absorbujący. Wyczerpała swoje zdrowie fizyczne jaki psychiczne. Ojciec przywiózł ją do pensjonatu w Karpaczu samochodem służbowym, bo miała ze sobą spory bagaż w postaci przyborów malarskich. Chciała tu samodzielnie popracować w plenerze.
Renia była już kiedyś podczas wycieczki szkolnej w Karpaczu. Wtedy prawie już dotarli na Śnieżkę, ale w połowie drogi musieli z powodu burzy się wycofać. Była i w Bierutowicach, gdzie zwiedzali norweski kościółek drewniany Wang. Miała zamiar tam wrócić by porysować architekturę i namalować akwarelę. W pensjonacie miała pokój pojedynczy, czuła się swobodnie, nie tak skrępowana jak dotąd w Krakowie, gdzie kilka razy zmieniała niezbyt wygodne wynajęte kwatery. Tu miała pokój z małym balkonem od strony południowej, z ciekawym widokiem na góry z masywem Śnieżki. Postanowiła to miejsce potraktować jako swego rodzaju plenerową pracownię malarską. Renia postanowiła wrócić dobrze opalona na uczelnię. Trochę ją krępowało wystawianie się z leżakiem w słońcu na balkonie. Nie chciała by podglądano jej zbyt szczupły negliż. Było tam sporo młodszych chłopców dokoła. Renia chciała się przynajmniej z tyłu opalić całkowicie bez kostiumu, czy bielizny.
Adam, skończył studia na wydziale leśnym uniwersytetu w Poznaniu. Tydzień temu odebrał dyplom magistra. Od sierpnia miał skierowanie, tak zwany nakaz pracy do nadleśnictwa w Kurniku. Cieszył się, miejsce było interesujące, znał je już z praktyki odbywanej tam dwukrotnie. Martwiło go, że to jednak kawal drogi pociągiem do Poznania, a jedyny pojazd jakim dysponował, to leciwy już rower. Dwudziestoczteroletni Adam nie związał się jak dotąd z żadną dziewczyną. Dla niego najważniejsze były studia i dalsza kariera naukowa. Mniej interesowała go praca jako leśniczego na terenie lasu. Adam kochał po prostu drzewa, wiedział już o nich prawie wszystko. Był bardziej dendrologiem niż leśniczym. Teraz po ukończeniu studiów udało mu się zdobyć po raz ostatni skierowanie na wczasy studenckie w Karpaczu.
Kiedyś poznał znacznie młodszego chłopaka, początkującego licealistę, który go wypytywał o wszystko co dotyczyło studiów na jego kierunku. Andrzej chciał się starać na studia leśne jak Adam. Zaczęli spędzać sporo czasu razem, młodszy traktował go już jak za swego mentora, przewodnika. Był dla niego wzorcem. Może aż nadto zapatrzony w mistrza. Nie tworzyły się między nimi więzy koleżeństwa, a jakiś nieokreślony stosunek pomiędzy starszym mężczyzną, a znacznie młodszym chłopcem. Ze strony Adama była to jakaś bliska nadopiekuńczość. Zapraszał Andrzeja stale do siebie, pomagał mu w nauce. Coś zaczęło obu łączyć. Andrzej też nie miał dziewczyny. Tu w Karpaczu Adam odczuł że jest sam. Nie miał wokół siebie młodego przyjaciela. Po raz pierwszy odczuł tu po kilku dniach, jak bardzo mu go brak. Wiedział, że nie zobaczy się z nim w najbliższym czasie, bo ten przebywa ze swymi rodzicami na Mazurach. Adam miał ze sobą sporo lektur, które chciał przeczytać nim zacznie pracę. Na początku robił krótkie spacery krajoznawcze, zapuszczał się w niższe partie gór, ale jeszcze nie na Śnieżkę. Może później, gdy znajdzie jakieś towarzystwo. Adam miał pokój na trzecim piętrze domu wczasowego, naprzeciw tego, gdzie zadomowiła się Renia. Zachodził na obiady ze względu na dietę do tego sanatorium. Doskonale mógł obserwować znacznie młodszych mieszkańców korzystających ze swych balkonów. Było tam sporo opalających się dziewcząt, bardziej czy mniej roznegliżowanych, ale Adama nie pociągało ich podglądanie. Zbyt często przypominał sobie swego młodego przyjaciela, którego brak zaczynał odczuwać. Przed chwilą zobaczył na pierwszym piętrze otwarte drzwi balkonowe, a w nich trochę już w pokoju na leżaku młodziutką osobę. Wydawała mu się łudząco podobna do Andrzeja. Chłopięca zgrabna figura, krótko ścięte ciemne włosy, golutki Andrzej leżący na brzuchu. Nigdy nie oglądał go jeszcze całkiem nagiego, widywał go w stroju kąpielowym, bo na kąpielisku bywali nieraz razem. To było jak małe porażenie, zaraz odsunął się od okna, usiadł, by się zastanowić. Po chwili gdy wstał i powtórnie zerknął w tym kierunku, zobaczył że to dziewczyna. Wstała, miała teraz na sobie krótkie wdzianko bez rękawów. Zafascynowała go od razu jej chłopięca uroda. Kolor włosów i fryzura taka sama, nieco zadarty nos jak u Andrzeja. Zgrabna długonoga, prawie on. Po chwili wyszła z balkonu i przysłoniła okno. To była dziewczyna, ale on zobaczył swego Andrzeja.
Gdy w południe pojawił się w jadalni, zobaczył w kącie przy oknie siedzącą samotnie dziewczynę z balkonu. Patrzał na nią i zaraz pomyślał o Andrzeju. Adam, urodziwy mężczyzna podobny do amanta filmowego podszedł do stolika Reni, zachował się bardzo szarmancko, poprosił czy może się dosiąść. Reni nie wypadało odmówić, przyjęła towarzystwo przystojnego młodzieńca. Adam był elokwentny, łatwiej prowadził rozmowę niż jego partnerka, nieco zagubiona przez to niespodziewane męskie zainteresowanie jej osobą. Oboje przekonali się wkrótce, że mogą zjadać nie tylko wspólnie posiłek, ale mają też o czymś porozmawiać. Umówili się na popołudniowy spacer po najbliższej okolicy.
Renia przyszła na umówione miejsce nieco bardziej otulona, plecy miała całkowicie osłonięte, bo ubrana jak na chłodniejsze dni. Rzuciła jakby mimochodem, że słońce przygrzało jej dziś za bardzo plecy. Adam nie przyznał się, że widział to gołe opalanie. Spacer był widać bardzo udany, bo Adam towarzyszył Reni znowu przy kolacji, choć sam tam niczego nie jadł. Reni dokuczały przypalone plecy i wytłumaczyła się koniecznością szybkiego powrotu do pokoju. Będzie musiała przez noc robić okłady kefirem. Umówili się na kolejne spotkanie jutro przy obiedzie. Oboje mieli przed zaśnięciem nieco do przemyślenia. Byli zaintrygowani nową znajomością. Tymczasem oboje wiedzieli jedno, że potrafią ze sobą przebywać, bo mają o czym rozmawiać. Renia traktowała dotąd chłopców jak kolegów. Dotąd nie była jeszcze naprawdę zakochana. Adam traktował ją tak, jakby to był Andrzej. Nie wspominał go przy niej wcale.
Minęło już kilka dni, które nowo poznani spędzali prawie cały czas razem. Ani jedno, ani drugie nie wiedziało, komu bardziej zależy na wspólnym przebywaniu. Oboje wiedzieli, że jest im dobrze gdy są razem. Oboje mieli pewność, że coś ich zaczyna łączyć, choć niechybnie się ich drogi w krótce rozejdą. Czy ich coś nadal będzie łączyć, nie wiedzieli. Renia, dotąd wolna, jeszcze nie zaangażowana uczuciowo, traktowała Adama z ostrożnym dystansem. Wiedziała jednak, że grozi jej poważne zakochanie się. Zdołali razem zdobyć Śnieżkę. Tym razem była wspaniała pogoda, zachwycali się rozległymi widokami. Często trzymali się za ręce. Nie dlatego, że była to dla nich dość wyczerpująca prawie wysokogórska wyprawa, ale tak jak to zwykle się dzieje, było im coraz bliżej siebie. Byli też w Bierutowicach. Zwiedzili tę drewnianą świątynię. Adam potrafił tak zajmująco opowiadać o nie tylko o drzewach, jak i o drewnie. Oboje potrafili się wspólnie zachwycać dziełem architektury, wspaniałymi widokami. Rodził się w nich ten wspólny zachwyt pięknem. Rysunków, czy akwarel Renia nie zrobiła zbyt wiele podczas tych wakacji. Wróciła z nadmiarem nowych dla niej wrażeń. Myśleli o tym co dalej, ale niczego nie postanawiali. Reni było jak w piosence: Do zakochania jeden krok… Oboje wiedzieli, że nie zdążyli sobie jeszcze wszystkiego powiedzieć. Obiecywali sobie masę listów i odwiedziny. Pod koniec dochodziło do delikatnych pocałunków, do przytulania się. Męskiej zaborczości ze strony Adama jednak nie było. Reni uczucie się wzmagało, ceniła go za to, że taki bardzo delikatny, że okazał się mężczyzną, który ją szanuje. A Adam? Nie wiedział, czy ma teraz już dwójkę przyjaciół, chłopaka i dziewczynę? W najbliższym czasie zostanie jednak całkowicie sam. Z Andrzejem nie nauczyli się jeszcze być w kontakcie listownym. Andrzej nie potrafił jak dotąd powiedzieć mu tyle ciekawego, co Renia. Adam widział teraz, że jest jednak różnica pomiędzy chłopcem a dziewczyną. Pomyślał, że może niedługo, gdy zacznie pracę w nadleśnictwie, w lesie pomiędzy drzewami, gdy będzie sam z dala od Reni i Andrzeja odnajdzie swoją drogę i zrozumie sam siebie.
Minął sierpień, kończył się wrzesień, Renia była już w Krakowie na ASP, gdzie pomyślnie załatwiła formalności z wpisaniem na listę studentów i otrzymała indeks. Miała w nim adnotację, że ma pierwszy rok zaliczony jako wolny słuchacz. Po powrocie z Karpacza była bardzo przejęta czekającym ją studiami. Oderwała się nieco od myślenia o Adamie. Nie napisała zbyt wielu listów do niego, choć sama otrzymywała ich więcej. Była trochę zagubiona, Ta krótko trwająca bliskość urwała się, została jednak tęsknota. Nie wyjawiała za nadto swych uczuć w listach do Adama. Były to raczej krótkie relacje o tym co robi, na co czeka, choć nie tylko o tym, że na niego, ale też jak bardzo na rozpoczęcie roku akademickiego. Adam pisał częściej, wciągał ją poprzez opisy swego dnia codziennego jakby w kontynuowanie bycia nadal razem, tak jak w Karpaczu. Adam stawał się Reni przez to znacznie bliższy, niż gdyby to były deklaracje o jego stanie uczuciowym. Renia była Adamem zauroczona. On był dla niej jak jej idol z niedawnej przeszłości dziewczęcego zauroczenia. Taki jak znany francuski aktor Jean Marais. Trzymała teraz jego zdjęcie razem z kilkoma tych od Adama. Według niej, byli do siebie łudząco podobni. Dawniej, ona nieco zahukana dziewczynka, nabierała coraz więcej pewności siebie. Ostatecznie udany start na studia mimo wiekowych perypetii. Teraz ma takiego chłopca, ba, mężczyznę jak Jean Marais.
Od początku roku akademickiego Renia poznała bliżej różnych nowych kolegów, było i nieco wymiennych przejściowych adoratorów. Ci zauważali wkrótce, że jest już zajęta. Renia uchodziła teraz za towarzyską i lubiana kumpelkę. Jej kobiece Ja utwierdzało ją, że tam choć daleko w lasach, jest ktoś, kto na nią czeka. Im mniej było Adama przy niej, tym bardziej była teraz zakochana i oczekiwała jego bliskości. Czas szybko leciał liczony ilością listów, które się mijały, choć nie zawsze proporcjonalnie. Renia pisała krótsze listy, nie było jej stać na skupienie się, więc wypowiadała się bardziej lapidarnie, że kocha, że całuje. Adam się tak nigdy nie wyrażał. To były epistoły, które opisowo mówiły o uczuciu do niej. Były w międzyczasie dwa krótkie spotkania weekendowe. Jedno na operze w Poznaniu. Renia utwierdziła się, że łączy ich i też to, że oboje kochają opery. W Poznaniu spała u siostry Adama. Swych bardziej intymnych chwil nie mieli prawie wcale, bo większość czasu spotkania zajęła Reni długa podróż pociągiem do i z Poznania. Rozstali się by znów do siebie tęsknić. Przede wszystkim korespondencyjnie. Renia myślała też o tym, by zaprosić Adama do siebie do domu, na przedstawienie w ich bytomskiej operze. Przedstawiłaby go rodzicom. Nie była jednak pewna, czy zrobić to już. Połączyła ich jeszcze jedna opera. Nabucco. Było to gościnne przedstawienie operowe w Krakowie. Z braku czasu byli tylko tyle razem, co czas trwania opery i posiłek w restauracji Hawełka, dokąd ją Adam zaprosił. Na spektaklu był szczególnie wzruszony Chórem pielgrzymów. Potem po przedstawieniu, gdy rozmawiali o spektaklu, okazało się, że bardzo bliskie mu są sprawy związane z historią Izraelitów. Renia nie zwróciła jednak uwagi na to, że Adam odbiegał od spraw związanych z muzyką, a tak bardzo emocjonalnie odnosił się do problemu żydowskich wygnańców.
Reni mijał teraz drugi rok studiów, a Adamowi pierwszy rok pracy zawodowej. Im obojgu przeleciało już prawie roczne rozstanie po tym wspólnym pobycie w Karpaczu. W listach pojawiły się wzmianki o nadchodzących urlopach i wakacjach. Żadne z nich nie wyszło jak dotąd z jakąś konkretną propozycja wspólnego spędzenia wakacji. Im bardziej Renia o tym myślała, tego tak bardzo oczekiwała, tym więcej Adam przemilczał temat. Różnych przemilczeń listownych ze strony Adama było ostatnio więcej. Renia zaczęła się zamartwiać, wyczuwała że coś odchodzi. Nie chciała zostać bez planów wakacyjnych, więc zapisała się na akademii na plener malarski w Zakopanem na Harendzie. Będzie uciekać w malarstwo. Przedtem, jeszcze pod koniec czerwca dotarł do niej kolejny list od Adama.
W nagłówku Renia nie przeczytała jak zwykle tych dużych drukowanych liter: NAJMILSZA RENIU!
List był bardzo oficjalny, po raz pierwszy pisany na maszynie:
Przepraszam Cię bardzo Reniu. Przepraszam za to, że sprawiam Ci zawód. Wiem, że mnie polubiłaś, może nawet wybrałaś i naprawdę pokochałaś. Ja przez długi czas, a właściwie to od pierwszej chwili od naszego poznania byłem Tobą zafascynowany. Byłaś pierwszą dziewczyną, która mnie urzekła. Od tego pierwszego zobaczenia Cię nagą, choć tylko od strony pleców, o czym Ty nie wiedziałaś. Ukrywałem przed Tobą to o czym myślałem, że stało się coś nowego w moim życiu. Byłem szczęśliwy, że zbliżam się do dziewczyny, do tak wspaniałej jak Ty. Naprawdę znaczyłaś tak wiele dla mnie. Uwierzyłem, że jestem jednak inny niż dotąd myślałem. Niestety, zobaczyłem w pierwszej chwili w Tobie tylko odbicie Andrzeja, bo byłaś taka podobna do niego. Ostatnio Andrzej odezwał się do mnie. Ma 18 lat, jest po maturze. Idzie na leśnictwo, w moje ślady. Teraz wiem, że nie był to wtedy, jeszcze przed Tobą pociąg do chłopca. Dziś jednak wiem, mam pewność, kocham mężczyznę. Obawiam się, że będzie nam tu w kraju trudno razem. Mój ojciec nie wrócił po wojnie z obozu hitlerowskiego do Polski, żyje w Izraelu. Chyba wyjedziemy do niego. Przepraszam Cię za to, że zachowałem się tak niegodnie, bo dawałem Ci nadzieję. Sam w sobie utwierdzałem ją naprawdę, że jesteś mi przeznaczona. Były chwile, że Cię naprawdę uwielbiałem, ale potem okazywało się, że Ty nie jesteś Andrzejem. Wybacz mi, już nie podpisuję się jak przedtem Twój Adek,
A
Szanujący Cię
Adam
Katowice 6.marca 2023
Lilie wodne
Janek z Isią uczęszczali zawsze do tej samej klasy szkoły powszechnej i uchodzili za parę. Isia dawała temu wyraz jawniej, bo liściki które pisała do Janka dostawały się w dziwny sposób w ręce koleżanek, a te przekazywały ich treści nieco mniej delikatnie Jankowi. Było w nich o tym, że Isia chciałaby, aby w kościele na ich ślubie Janek sam zagrał Ave Maria. Nie była jednak pewna, czy wpierw będzie grał, czy dopiero po ceremonii ślubnej. Sęk w tym, że Janek już od jakiegoś czasu zaprzestał gry na skrzypcach, bo zaczął naukę na wiolonczeli. Isia nigdy nie słyszała by w ich kościele grano do ślubu na innym instrumencie. Wtedy wyświetlano u nich w kinie film o Mozarcie Wen die Goetter lieben, o tym że „Ci których Bogowie kochają, umierają młodo”. Oglądali ten film razem. Był dozwolony od lat 12. Isia płakała, bo kończyło się smutno, młody kompozytor zbyt szybko odchodził, choć umierał powoli, bo do ostatniej chwili komponował, ale nie zdołał całkowicie ukończyć swej mszy żałobnej. Janek na filmie nie płakał, ale zaczął się pilniej przykładać do ćwiczeń na wiolonczeli. Zastanawiał się który z dwu utworów, do jakich miał już własnoręcznie przepisane nuty najpierw wyćwiczyć. Miało być coś Mozarta, ale ten nie napisał niczego szczególnego na wiolonczelę. Dostępniejszy dla jego umiejętności był Robert Schumann. Jego Traeumerei, czyli Marzenie, albo Ave Maria. Ten ostatni, to nie ten utwór zazwyczaj grany na skrzypcach do ślubu. Isia się jeszcze nie interesowała kompozytorami, znała jak dotąd tylko Mozarta. Wytłumaczył jej, że to też wielki kompozytor, nie żył wiele dłużej od Mozarta, ale filmu o nim jeszcze nie ma. Pomyślał, że na Ave Maria przyjdzie jeszcze później czas, zaś teraz milsze mu są marzenia, szczególnie te o Isi.
Trwały wakacje 1944 roku i Janek miał sporo czasu, by przygotować się do zaprezentowania Isi swojego Marzenia. Niestety, nie zdołał opanować utworu na pamięć, więc prócz wiolonczeli będzie musiał zabrać na swój występ także składany metalowy pulpit i kartkę z przepisanymi nutami. Na ten występ zaprosił Isię do odpowiedniego zakątka natury. Miało to być w tajemnicy przed wszystkimi koleżankami i kolegami. Tylko dla niej. Wybrał mało dostępne miejsce nad brzegiem stawu, gdzie stała prymitywna ławeczka mogącą służyć wiolonczeliście do siedzenia w czasie występu. Zaprosił Isię na godzinę 11.00. Janek pojawił się ze swym muzycznym ekwipunkiem już nieco wcześniej na umówionym miejscu. Poszedł okrężną drogą, by przy zagajnikach nad stawem nie budzić sensacji z wiolonczelą. Delikatnie podstroił instrument, rozłożył pulpit i założył kartkę z nutami. Nawet nie próbował jak najciszej zrobić sobie próby, mimo że jeszcze nigdy nie próbował grać w takim naturalnym otoczeniu. Po chwili pojawiła się Isia, ubrana elegancko, w prawie odświętnej sukience, co od razu przyprawiło Janka o większą tremę. Isia nie zbliżyła się do niego, a pozostała o parę metrów od ławeczki i powiedziała, że tam sobie przysiądzie, bo będzie lepiej słyszeć i widzieć go z odległości. Razem z otoczeniem. Stwierdziła, że lilie wodne zakwitły tego roku szczególnie obficie, a tam gdzie ona usiadła, tatarak pachnie o wiele intensywniej. Janek zaproponował Isi, by spoczęła na brezentowym futerale od wiolonczeli, lecz grzecznie odmówiła.
Pierwsze dźwięki wiolonczeli zaczęły dźwięcznie narastać i pięły się w górę jak to w marzeniu wyrażanym melodią. Nagle nie widział Isi, tylko ulatającą z pulpitu kartkę nutową. Wiatr zwiał ją z pulpitu i sfrunęła do stawu. Wpadła do wody i częściowo przykryła lilię. Reszty Janek nie widział, bo miał przed oczami mgłę. Czy dogra utwór dalej bez nut? Co za kompromitacja! W tym momencie na dźwięki Marzenia nałożyło się głośne wycie syreny alarmowej co spowodowało, że ostatni ton jaki Janek wydobył smyczkiem z wiolonczeli stał się też podobny do dźwięku syreny. To ogłaszano alarm lotniczy. Wojna miała się ku końcowi, Amerykanie bombardowali teraz prawie codziennie zakłady wytwarzające sztuczną benzynę w Kędzierzynie. Formacje ich bombowców przelatywały wtedy nad naszym miastem w drodze powrotnej do swej bazy. Mój koncert został przerwany. Szybko schowaliśmy się pod krzewami, by nikt nas nie zobaczył i nie naskarżył, że nie przebywamy w schronie podczas alarmu lotniczego. Leżeliśmy na plecach i patrzeliśmy w niebo na przelatujące nad nami w kierunku północnym bombowce. Wojna przerywa marzenia. Próbowaliśmy liczyć samoloty. To było trudne, bo bywało ich i parę set. Isia wpadła na pomysł liczenia trójkami, bo samoloty, które nadleciały z Włoch wracały teraz do Anglii w tak uporządkowanym szyku.
Katowice, czerwiec 2022
Nagrobny laptop
Pomimo przekroczonych osiemdziesięciu lat, Lucyna zdecydowała się jeszcze raz wyruszyć z Wiednia do Polski. Pojechała ze swoim synem samochodem. Chciała tam być na pogrzebie swojej przyjaciółki, z którą razem uczęszczała do szkoły i potem studiowała. Ostatnio widywały się coraz rzadziej, ale obie biegłe w informatyce, korzystały z dostępnych środków technicznych i oglądały się bardzo często na ekranach swoich laptopów. Widziały jak im ostatnio czas coraz szybciej ucieka. Ten szybki upływ każdej chwili stał się dla nich szczególnie widoczny od pierwszej połowy lat osiemdziesiątych. Obie posiadały już swoje pierwsze komputery osobiste, choć Lucyna mieszkająca we Wiedniu nieco wcześniej. Przyjaciółki były już w czasie studiów zafascynowane maszynami liczącymi, gdy studiowały matematykę stosowaną na politechnice wrocławskiej. Zaraz po ukończonych studiach były te pierwsze Odry, owe gigantyczne maszyny liczące, wielkim objawieniem. Później powstały już mniejsze maszyny wzorowane na IBM. Lucyna wkrótce po studiach, bo w roku wielkiej nagonki antysemickiej w 1968 opuściła Polskę wraz z rodzicami. Jej ojciec nigdy nie ukrywał swego emocjonalnego związku z zachodem. By go pogrążyć, wymyślono mu żydowskie pochodzenie i zdegradowano go jako oficera Wojska Ludowego. Nawet nie protestował, nie próbował wykazać swojego pochodzenia, bo chciał skorzystać z możliwości wyemigrowania wraz z rodziną z komunistycznego kraju. Rodzice Lucyny nie cieszyli się zbyt długo wybrana wolnością w Austrii, bo nastał tam dla nich dość trudny czas. Nie było im łatwo bez znajomości języka. W ich późnym wieku nie znaleźli już na obczyźnie nowego gruntu pod nogami. Krótko wytrwali w nowym miejscu, zaledwie 10 i 12 lat. Lucyna znała dość dobrze angielski i szybko nauczyła się niemieckiego. Jako poszukiwany fachowiec znalazła wkrótce ciekawą i dobrze płatną pracę, kontynuację tego co zaczęła w Polsce. Weszła na powrót w świat maszyn liczących, teraz już komputerów. Jej przyjaciółka w Polsce nie mogła jej pisać o wszystkim co tam w Polsce robi, bo zbyt pochopnie traktowano wiele spraw jako zdradę tajemnic państwowych. Przyjaciółka Lucyny była zaledwie dwa razy we Wiedniu u przyjaciółki. Po kilku latach było Lucynie łatwiej przyjechać do Polski, bo posiadała już austriackie obywatelstwo.
Po złożeniu urny z prochami przyjaciółki do grobu, dość zmęczona Lucyna, postanowiła pójść sama do bliższej bocznej bramy cmentarnej i tam zaczekać aż syn po nią podjedzie samochodem. Dawno już nie była na polskim cmentarzu i mimo woli przyglądała się dokładniej licznym nagrobkom. Trochę inaczej wygląda ten wieczny odpoczynek na cmentarzach austriackich, niemieckich a polskich. Przez moment pomyślała o tym, gdzie zostać pochowaną? Po chwili zatrzymała się, przystanęła przy grobie gdzie była ławeczka. Usiadła i patrzała mocno zdziwiona. Na kamiennej płycie nagrobnej leżał otwarty laptop. Kamienny. Wszystko jak prawdziwe, klawiatura, z przyciskami, otwarty ekran na nim graficzny obraz, portret młodego człowieka z wypisanym tekstem na dole. Podarowano mu komputer tu na grób, by kontakt z nim mógł trwać nadal. Może w kamieniu z którego go wyrzeźbiono jest dość cząstek krzemu, że będzie mógł działać. Lucyna, długoletni fachowiec w branży informatycznej była mocno zdziwiona, zamyśliła się, ruszyła pamięcią daleko wstecz. To było to samo imię, może nawet był podobny do niego? Alan. Rzadkie imię. To były wspomnienia sprzed pięćdziesięciu pięciu lat. Wówczas nie śniły się im jeszcze laptopy. Ten młody człowiek tu pochowany przeżył tylko dwadzieścia lat. Zmarł w 2021 roku, Był niewiele starszy od laptopów. Ten nagrobny prezent otrzymał tu w kolejny dzień swoich urodzin. Ktoś bardzo wierzył w możliwość pozagrobowego mailowania.
Lucyna zapamiętała tę treść zapisanego w kamieniu maila:
Wiem, że gdy pewnego dnia otrzymam jakiś dziwny, trudny do zrozumienia mail, będę pewna że to od Ciebie. Alanie czekam, Ania.
Był rok 1966. Lucyna i Alan byli po ukończonych studiach magisterskich. Wkrótce mieli zacząć pracę w ELWRO, na miejscu we Wrocławiu, bo oboje otrzymali tam skierowanie, a dokładniej tak zwany nakaz pracy. Choć skierowanie było wówczas nieco przymusowe, bardzo im odpowiadało. Pozostali w Wrocławiu, gdzie studiowali. Byli dalej razem, choć jeszcze nie deklarowali się sami wobec siebie czy już są w pełni parą. Oboje byli pasjonatami swego kierunku studiów, byli bliskimi przyjaciółmi, większość czasu przebywali razem, ale ciągle jeszcze zachowywali wobec siebie jakiś dystans. Pomyśleć, że poznali się już w 1962 roku, gdy zaczynali studia w Politechnice Wrocławskiej. Wspólne zamieszkanie było wtedy niemożliwe, gnieździli się w różnych ciasnych akademikach. Po studiach, gdy już pracowali, zaczęli myśleć o unormowaniu swego statusu, ale szybko nadszedł rok 1968. Ojciec Lucyny skorzystał z fałszywej nagonki antysemickiej na niego i Lucyna uległa presji rodziców, by skorzystać z możliwości wyemigrowania na zachód. Pierwszym etapem miał być Wiedeń. W ich wypadku o Izraelu nie było mowy. Potem docelowo miała być Wielka Brytania. Znali angielski, z niemieckim byli na bakier. Wyjazd był szalenie przyspieszony przez wymuszone okoliczności. Nie było pożegnania z Alanem. Został w marcu 1968 powołany na ćwiczenia wojskowe. Zakłady ELWRO miały też strategiczne znaczenie dla potrzeb wojska, które chciało tam mieć swoich ludzi. Trudne rozstanie młodych na odległość. Było to tym trudniejsze teraz dla Lucyny, gdy zdołali się bardziej do siebie zbliżyć. W Wiedniu nastał trudny czas dla emigrantów z wyboru.. Nie mieli zbyt wiele pomocy zwłaszcza od organizacji żydowskich, bo się z nimi nigdy nie kontaktowali. Może łatwiej było im tu przeżyć z miesiąca na miesiąc niż w siermiężnej Polsce schyłkowego Gomułki. Na dalszą emigrację do Wielkiej Brytanii nie zanosiło się. Lucyna uczyła się pilnie niemieckiego, by znaleźć pracę. Nie dochodziły żadne listy od Alana. Lucyna przestała po jakimś czasie pisać do niego. Z wielkim żalem dochodziło do niej, że nie tylko odległość ich oddaliła, ale że Alan sam, z własnej woli odszedł od niej. To pogłębione zapominanie niedawnej przeszłości szło Lucynie nieco łatwiej przez intensywną naukę niemieckiego. Poznawała nie tylko język codzienny, ale i ten specjalistyczny z jej branży zawodowej. Im szybciej dochodziła tu do celu, tym bardziej oddalała się od myślenia o Alanie. Po jakimś czasie, gdy już otrzymała pierwszą pracę jako wykwalikowany pracownik niemieckojęzyczny potrafiła już o nim inaczej myśleć. Stał się jednym z wielu przyjaciół pozostawionych w Polsce.
Po dwu latach pobytu we Wiedniu dotarł do Lucyny list od przyjaciółki, na której pogrzeb teraz przyjechała. Była w nim wiadomość o Alanie. Tak , odszedł od niej. Odszedł na zawsze. Zginał już w 1969 roku w wypadku na kolejnych ćwiczeniach wojskowych. Coś wróciło w budzących się na nowo wspomnieniach. Minął ten wielki żal, że ją zostawił. Spojrzała teraz na to ze spokojem, inaczej. Zrozumiała, że niesprzyjające okoliczności ich rozdzieliły. Była już spokojniejsza, zaczęła powoli wchodzić w wiedeńskie życie, co nie znaczy, że lekko tanecznie w rytmie walca.
Gdy minęło kilka dni po powrocie do Wiednia, Lucyna przypomniała sobie o nagrobnym laptopie na polskim cmentarzu. Grobu Alana nie było we Wrocławiu, bo spoczął gdzieś w Polsce na cmentarzu wojskowym. Nigdy nie dowiedziała się gdzie. Wtedy nie było jeszcze laptopów, zwykłych małych komputerów, a tylko te gigantyczne Odry z pradziejów komputeryzacji, przy których tworzeniu oboje zaczynali. Taka maszyna musiałaby zająć miejsce nie na jednym grobie, a na kilkunastu. Tamten młody człowiek miał na grobie nie dużego laptopa. Jej Alan raczej nie miał z pewnością żadnego komputera na grobie. Jak dotąd przez tych parędziesiąt lat nie nadeszła żadna wiadomość od niego. Teraz Lucyna mimo woli zaczęła pisać maila. Zaczęła go tak: Alanie, jeśli tam jesteś…
Ania czekała na maila od jej Alana od znacznie późniejszych, niedawnych lat. Też się nie doczekała. Kiedyś w kolejny dzień jego urodzin postanowiła napisać list mailowy. Wystukała kilka liter, potem cyfry od 1 do 8. małpa i popularny gmail.com Tak powstał przypadkowy adres do korespondencji pozagrobowej. Tak się złożyło, że był to jednak prawdziwy adres mailowy Lucyny. Otrzymała mail od nieznanej jej osoby. List był nie do niej, a do Alana. Sama napisałaby wówczas do swojego Alana podobnie, gdy się rozstali bez pożegnania, gdy nagle musiała wyjechać z Polski na zawsze. Lucyna była pewna, że napisałaby to samo, o wielkiej tęsknocie w rożnych tonacjach. Było i o miłości, bo ta dziewczyna choć młodsza, wiedziała że na pewno kocha. Lucyna może i wiedziała, ale nie była wówczas jeszcze skora do większej otwartości. Lucyna była po studiach matematycznych i wszystko wyliczała. Życie otwiera jednak inne rachunki i wynik był w nim zgoła odmienny. Listów czy mailów do tych, którzy odeszli nigdy nie napisała, choćby nawet mieli na grobach prawdziwe laptopy.
Katowice 18.03.2023.
Nymphaea alba
Spotkali się na początku czasu, gdy wszystko było jeszcze inne niż dziś. Poranek był ciepły i mglisty, zbliżały się do siebie dwie niezbyt wyraźne postaci, których kształty się nieco rozpływały. Ona wyszła ledwo co z wodnych toni i cieszyła się przebijającym przez mgłę słońcem, co ledwo docierało w głębiny, gdzie przebywała na co dzień. Tak rzadko wychodziła z wodnego otoczenia i spoglądała teraz przez mgłę w górę. Przymrużyła mocno oczy, nieprzyzwyczajona do światła, które ją oślepiało. Dość późno zauważyła zbliżającą się postać, bo patrzała cały czas w górę i próbowała nucić swój syreni śpiew. Teraz był on inny, głuchy, bo tam w wodzie rozchodził się daleko w głębinach ten śpiew bez słów. To były syrenie wodne melodie. Teraz układała naprędce w myślach słowa, ale były one bezdźwięczne, mimo że stale poruszała ustami. To był jej niemy śpiew.
Po chwili zobaczyła go wyraźniej, już się przybliżał. Jej ciekawość była silniejsza od niej, nie uciekła na powrót do wody, choć ją inne nimfy często ostrzegały przed przygodnymi lądowymi stworami. Niektóre mówiły o nich dobrze, inne miały przykre doświadczenia. Nie były już potem w stanie wrócić do swego wodnego domu. To były te, które odmieniła miłość do obcych z poza wodnego środowiska. Za karę przyjmowały nową postać. Teraz oglądała już z bardzo bliska nieznaną jej zjawę. Nie była pokryta kolorowymi świecącymi się rybimi łuskami, ale piórami mieniącymi się intensywnymi barwami jeszcze bardziej tu w słonecznym świetle. Takiej istoty nigdy nie spotkała podczas jej spacerów w krainie ludzi i innych istot. Wpadła w niemy zachwyt, czuła że musi mu wyśpiewać całą swoją rodzącą się w niej miłość do niego. Z jej ust nie wydobywał się jednak żaden syreni śpiew, choć tak bardzo się starała. Nie wiedziała też, że ptakoludy pozbawione są uszu, są głuche. Nie usłyszałby i najsłodszej melodii płynącej z jej ust. Mają opanowaną mowę, znają piękne opowieści i potrafią uwodzić te podwodne istoty najcudowniejszymi słowami. Chętnie to robią, choć nigdy nie słyszą potwierdzenia. Ona śpiewała mu swoją miłosną pieśń w pełni bezdźwięcznej ciszy, która do niego i tak nie dochodziła. Do niej zaś docierały jego słowa o wielkim uczuciu, na które nie dostawał odpowiedzi. Nie potrafiła go zapytać, czy należy do tych ptaków, które potrafią wypłynąć na wodę. Marzyła, by był blisko niej. Jej czas powrotu w wodne głębiny zbliżał się już. Ani nie zdążyli się dobrze poznać, a już musieli się rozstawać. Nimfa - syrena zsunęła się z brzegu do wody, jednak nie zeszła w głębiny skąd przyszła. Nie dała rady odejść od niego, nie móc widzieć stale jego postaci. Pozostała na powierzchni z wynurzoną głową i próbowała mu nadal wyśpiewać swoją najpiękniejszą pieść. Była to nadal bez dźwięczna pieśń. Wokół niej kwitły przeróżne lilie wodne. Zakochana przemieniała się powoli w jedną z nich. Za karę za swoje zakochanie syrenki zostające tu na powierzchni bywały zamieniane w inne istoty, w rośliny, kwiaty, jak te białe cudownie pachnące białe lilie wodne należące do rodziny nimf: Nymphaea alba.
W czerwcu 2022.
Pamiątki z młodości
Rok przed maturą trojka przyjaciół wybrała się na ostatnie wspólne wakacje. Nie był to jak dotąd, kolejny pobyt na obozie harcerskim. Tym razem uczestniczyli na obozie nowo powstałej organizacji młodzieżowej, do której zostali wcieleni mimo woli po likwidacji harcerstwa w klasach licealnych. Pobyt miał charakter szkoleniowo indoktrynacyjny. W dość prymitywny sposób przekonywano młodzież do socjalistycznych idei. Uczestnicy byli zakwaterowani w namiotach nad rzeką Białką w Białce Tatrzańskiej. Prócz tego obozu były tam jeszcze kolonie letnie dla młodszych dzieci ze szkół podstawowych. Pogadanki propagandowe nudziły obozowiczów w czasie wakacji. W ciągu dwu pierwszych tygodni pogoda była upalna i słoneczna, tak że kąpiel w górskiej rzece dawała wystarczającą ochłodę. Można było nawet przepłynąć parę metrów, bo udało się zbudować zaporę, dzięki której utworzył się mały pogłębiony zalew. Po dwu tygodniach nastąpiło gwałtowne załamanie pogody. Przez noc ulewny deszcz podtopił namioty i we wczesnych godzinach rannych ogłoszono alarm. Było szybkie pakowanie się, opuszczenie namiotów i udanie się na wyższy prawy brzeg rzeki. Lewy od strony wioski został już na całej szerokości zalany przez gwałtownie wzbierającą dotąd małą rzeczkę. Białka stała się szalejącą górską rzeką. Część namiotów udało się złożyć na suchym brzegu. Prycze pozostały już w wodzie, a sienniki wypełnione słomą spływały z prądem rzeki. Po jakimś czasie podjechały z wioski furmanki i załadowano na nie to, co się dało uratować. Wozy musiały podjechać na wysoki brzeg i dalej aż do następnego mostu, bo brody na rzece były już nie do przejechania. W wiosce zorganizowano dla obozowiczów kwatery zastępcze. Ustalono że pobyt zostanie o tydzień skrócony i wszyscy będą teraz spać na słomie w stodołach. Ponieważ kuchnia obozowa została zatopiona w rzece, stołówkę będą mieli w szkole, gdzie żywi się też kolonia letnia.
Dziećmi z kolonii opiekowało się kilka nauczycielek, oraz szkolna higienistka. Cala trójka zwróciła od razu na nią uwagę, bo była uroczą i zgrabną brunetką, bardzo wygadaną i dowcipną. Wszyscy trzej prześcigali się w adorowaniu jej, co chętnie przyjmowała. Tamte wychowawczynie trzymały się z dala od innych obozowiczów. Nie pozwalały sobie na to, by zadawać się bądź co bądź z uczniami, mimo że już w wieku maturalnym. Same nie były o wiele starsze, bo ukończyły tylko liceum pedagogiczne. Tak się złożyło, że trójka przyjaciół jadła pierwszy posiłek przy stole z dwiema nauczycielkami i ową higienistką. Zorientowali się, że śliczna dziewczyna na którą spoglądali łakomym wzrokiem ma na imię Jadźka, jej nazwiska nie poznali. Chłopcy wyczuli, że przyjmuje to adorowanie jej przez całą trójkę. Udzielała na przemian to jednemu to drugiemu, czy trzeciemu nieco więcej swej łaskawości. Były to zwykłe umizgi. Wyścig w popisie elokwencji trzech rywalizujących kolegów. Bywały też cięte riposty damy względem nieco młodszych kolegów. Traktowała ich podobnie łaskawie przez kolejne dni. Żaden z nich nie uzyskał większej szansy na zbliżenie się.
Gdy przyjaciele byli sami, zawsze pojawiał się temat o urodzie Jadźki. Takie wzdychanie do nieosiągalnej piękności. Dotarło do nich, że obiekt ich adoracji ma narzeczonego i Jadźka wychodzi za dwa tygodnie za mąż. Wszyscy trzej wiedzieli, że są na przegranych pozycjach, ale byli pod jej silnym urokiem i nie ustawali w swych daremnych podchodach. Jeśli już nie mogli jej zaimponować, to wypróbowali swych sił w wzajemnej rywalizacji. Każdy chciał być lepszy od dwu pozostałych. Nadszedł ostatni dzień pobytu w Białce. Wieczorem miało się odbyć pożegnalne ognisko. Trójka przyjaciół postanowiła wystąpić z własnym skeczem. Postanowili na koniec dać swój ostatni popis przed dziewczyną, która ich tak bardzo zauroczyła, ale na szczęście nie poróżniła. Podczas ogniska siedzieli razem z Jadźką. Oczywiście że tylko dwu z nich mogło być bliżej niej, ten trzeci był tym oddalonym, co go potem skłaniało do tym energiczniejszych umizgów. Ich występ zyskał wielki aplauz. Gdy wrócili do Jadźki ucałowała wszystkich trzech w policzek gratulując im w ten sposób. Byli dumni, choć znowu z równymi szansami. Po ognisku udało im się namówić Jadźkę na pożegnalny spacer. Wybrali się na górę, gdzie rozciągały się nieskoszone łąki. Był zmierzch, nad Tatrami od strony Zakopanego wschodził księżyc w pełni. Łąki porosły wysoką trawą, zwracały na siebie uwagę wyjątkowo duże kwitnące margerytki. Janek wpadł pierwszy na pomysł by je zebrać dla Jadźki na bukiet pożegnalny. Jurek przyłączył się, ale zaczął dodawać i inne odmiany kwiatów, tak że bukiet nabrał koloru. Jacek oddalił się nieco i wrócił po chwili, gdy dwójka przyjaciół siedziała już w głębokiej trawie, a Jadźka ułożyła się wygodnie na kurce Janka. Zastał ich obsypujących dziewczynę kwiatami z bukietu. Obaj zwracali się do niej już po imieniu. Jacek zbliżył się, przyklęknął za jej głową i ułożył na jej kruczo czarnych włosach biały wianek z margerytek. Nachylił się i pocałował ją nagle w usta. Zaraz powiedział do niej : To tylko teraz, gdy jesteś jeszcze panną Jadźką, bo niedługo zostaniesz już panią Jadzią. Podczas gdy to mówił, Janek i Jurek przysunęli się do niej bliżej by się przytulić. Jadźka się wzbraniała, może niezbyt energicznie. Chyba nigdy nie spotkała się z doznaniem tak przyjemnych zwielokrotnionych pieszczot. Nie odczuwała tego jako gwałt, chłopcy uwodzili ją subtelnie. Jadźka poczuła się oszołomiona, ulegała jakiemuś unoszącemu ją nastrojowi. Niczego nie potrafiła powiedzieć, bo usta miała zamknięte pocałunkami Jacka. Jadźka nie odczuwała tego, by chłopcy używali wobec niej siły. Polubiła tych trzech chłopców Jednakowo. Na pewno nie uległa by żadnemu z nich osobno. To było coś innego, wszyscy zbiorowo ulegli przemożnemu nastrojowi chwili. Trwały tylko pieszczoty, ale zrodziła się też namiętność. Poczuła się zbyt dobrze z tymi niewinnymi chłopakami, dla których stała się ich pierwszą dziewczyną. Na pewno bardzo upragnioną, nie wiadomo jednak czy naprawdę tą pierwszą ukochaną. Dla każdego z nich stała się jednak ważną osobą w ich życiu.
Następnego dnia rano przy pożegnaniu Jadźka była jak zwykle dowcipna i w dobrym humorze. Rzuciła pytanie do całej trójki: I co, wstydzicie się teraz chłopcy?
Ślub Jadźki odbył się w zaplanowanym terminie, zaraz po jej powrocie z Białki Tatrzańskiej. Wszystkim wydawało się, że para będzie żyła długo i szczęśliwie, zwłaszcza, że niedługo po ślubie zaczęto się domyślać po zmianach w wyglądzie młodej małżonki, że spodziewa się potomstwa. Ryszard, jej mąż też się chwalił, że wkrótce zostanie ojcem. Wiotka Jadźka pozostała nadal piękna, ale zamieniła się w bardziej korpulentną panią Jadzię.
Nie znosiła tego stanu zbyt dobrze, często przebywała w szpitalu. Zanosiło się na komplikacje. Jadzia dowiedziała się, że urodzi bliźnięta. Momentu by zobaczyć swe urodzone dzieci jednak nie doczekała, umarła podczas porodu. Mąż przeżył szok, nie zaznał radości z ojcostwa, a głęboką rozpacz. Ta doprowadziła go do tego, że zrzekł się zaraz po porodzie bliźniąt, chłopca i dziewczynki. Dzieci przeznaczono do natychmiastowej anonimowej adopcji. Nie mógł sobie wyobrazić, by mógł zostać dobrym ojcem dzieci, które mu zabrały ukochaną żonę. Niedługo potem wyjechał na stałe do pracy za granicę i osiedlił się w Niemczech. W Pierwszych latach po śmierci żony przyjeżdżał zawsze w rocznicę śmierci żony i 1. Listopada na cmentarz. W kolejnych latach już tylko raz na dzień zmarłych, a później zlecał kupno kwiatów na grób przez firmę wysyłkową. Doszły wieści, że się powtórnie ożenił w Niemczech. Miał w tym małżeństwie dwójkę dzieci, też chłopca i dziewczynkę, ale nie bliźniąt. Kochał je do szaleństwa tak samo jak swoją drugą żonę. O tej pierwszej parze dzieci zdołał już zapomnieć, nigdy ich nie widział, niczego się o nich nie dowiadywał. Nie wiedział, że w rzeczywistości nie był ich ojcem, tak jak nie wiedziała tego jego pierwsza żona Jadzia, która bez poznania tej tajemnicy odeszła na zawsze.
Bliźnięta miały się tak, jakby były rodzonymi dziećmi małżeństwa, które je zaadaptowało, bo już od dawna wiedziało, że na pewno nie będzie mogło mieć swoich dzieci. Otrzymały na imię na imię Adam i Ewa. Imiona trochę symboliczne, bo para dzieci została jakby stworzona dla nich. Dla szczęśliwych rodziców były najcudowniejsze, nadzwyczajne, a potem okazało się, że naprawdę uzdolnione i bardzo przywiązane do swych rodziców. Była to szczęśliwa rodzina, której wiodło się nie najgorzej mimo siermiężnego socjalizmu. Mieszkali w Katowicach –Brynowie w domu jednorodzinnym. Adaś skończył studia na wydziale informatyki w Gliwicach i stał się wziętym programistą. Ewa studiowała medycynę na uniwersytecie medycznym w Katowicach. Już od przedszkola twierdziła, że zostanie panią doktor leczącą dzieci. Przez wszystkie lata aż do osiągnięcia dorosłości bliźniąt przybrani rodzice mieli problem z podjęciem decyzji uświadomienia dzieciom ich prawdziwego pochodzenia. Zwlekali z tym z roku na rok w przekonaniu, że dzieci i tak nie będą już nigdy w stanie poznać swych rodziców tym bardziej, że ich prawdziwa matka zmarła przy porodzie, a doszło do nich że ojciec wyjechał na stałe z kraju i założył tam nową rodzinę. Z dokumentów urodzenia bliźniąt nie wynikało nic, co mogło by dotyczyć adopcji. Dokument dotyczący samej adopcji zniszczyli już dawno temu. Z czasem utwierdzali się coraz bardziej w tym, że nigdy nie ujawnią przybranym dzieciom tej tajemnicy. Tak się złożyło, że oboje zmarli w wieku około siedemdziesięciu lat i zabrali tę tajemnicę do grobu.
Po maturze trójka przyjaciół, Jacek, Janek i Jurek wybrali całkiem różne kierunki studiów w dość oddalonych od siebie miastach. Janek wybrał dziennikarstwo w Warszawie, Jacek medycynę w Katowicach, zaś Jurek biologię w Poznaniu. Spotykali się od czasu do czasu podczas ferii w rodzinnych Siemianowicach. Wspólnych wakacji już nigdy nie zaplanowali. Każdy z nich miał teraz swoją dziewczynę tam, gdzie studiowali. Wszyscy trzej wchodzili coraz intensywniej w zwoje życie zawodowe, wkrótce pozakładali rodziny, robili kariery, nie mieli już wiele okazji na wspominanie swej wspólnej młodości, a może i do pewnych spraw nie chcieli już wracać. Chyba najwięcej z nich osiągnął Jacek na polu badań medycznych. Z całej trójki wiedział najwcześniej jakie studia wybierze. Już na obozach harcerskich pełnił z powodzeniem funkcję sanitariusza. Nawet wówczas, na owej kolonii letniej w Białce Tatrzańskiej potrafił pomagać higienistce Jadźce przy okazji jakiegoś skaleczenia kilku dzieciaków, gdy trzeba było szybko zadziałać, a kolonijna higienistka sama z tym nie nadążała. Znalazł duże uznanie w jej oczach. Może był tym dla którego miała najwięcej sympatii z całej trójki? Nie okazywała mu tego jednak tak otwarcie.
Ewa skończyła specjalizację na pediatrii, pracowała potem w szpitalu klinicznym uniwersytetu. Mimo młodego wieku stała się cenioną specjalistką i rokowano jej karierę naukową. Prowadziła też zajęcia dydaktyczne ze studentami. Uchodziła za osobę bardzo kontaktową, była szczególnie lubiana przez swych małych pacjentów jak i studentów, a zwierzchnicy cenili ją za fachowość i rzetelność. Do tego zwracała na siebie uwagę swoim wyglądem. Nie wiedziała o tym, ale była tak samo urocza i miła jak nieznana jej prawdziwa mama. Miała powodzenie u mężczyzn, ale unikała tego, by się z kimś poważnie związać. Była na najlepszej drodze, by stać się pracoholikiem. Jak dotąd, jej najlepszym przyjacielem był nadal jej brat bliźniak Adam. Ten związał się już podczas studiów z koleżanką z architektury. Zaraz po ukończeniu studiów pobrali się i po kilku latach zamieszkali na skraju Siemianowic w domku zaprojektowanym przez Zosię, żonę Adama. Ewa nie chciała się wprowadzić do mieszkania po rodzicach, dom dla niej był za duży, utrzymanie ładu w takim domu absorbowałoby ją za bardzo. Rodzeństwo sprzedało dom i Ewa kupiła za swoją część spadku mieszkanie w nowym apartamentowcu. Przebywała jednak bardzo często w domu Adama i Zosi. Miała tam nawet swój własny pokój gościnny. Czasu miała jednak niewiele, bo praca pochłaniała ją całkowicie, a tych wolnych chwil pozostawało jej mało. Praca doktorska zaabsorbowała Ewę bardziej, niż się tego spodziewała, bo wybrała dotąd mało opracowany temat. Jej promotor sugerował delikatnie zmianę tematu, ale ambicja jej na to nie pozwalała i przez długi czas pracowała z wielkim samozaparciem, nawet kosztem zdrowia nad doktoratem . Po jakimś czasie sama widziała a raczej odczuwała to, że przesadziła, bo zaczęła gwałtownie opadać z sił. Udała się po poradę do koleżanki. Ta zleciła jej wykonanie badań laboratoryjnych i zaraz okazało się, że grozi jej bardzo silna anemia. Koleżanka poradziła się znajomego profesora specjalistę hematologa. Profesor obawiał się, że to początki białaczki. Wkrótce została pacjentką profesora. Ewa z miejsca nabrała zaufania do przystojnego około pięćdziesięcioletniego mężczyzny. Przemówił do niej bardzo rzeczowo, wygłosił swe obawy z dużą delikatnością, z jakimś szybko docierającym do niej ciepłem. To był jednak werdykt: białaczka. Padło też zaraz pytanie związane z ewentualną transfuzją krwi, czy raczej przeszczepem szpiku. Jakich ma najbliższych krewnych – Ewa odpowiedziała, że nie ma już nikogo prócz brata bliźniaka. Profesor poprosił ją o kontakt z bratem, bo liczył tu na sprzyjającą okoliczność w leczeniu młodej lekarki.
Wybitnym profesorem odnoszącym głośne sukcesy na polu leczenia białaczki był nie kto inny, jak Jacek, przyjaciel Janka i Jurka. Na prośbę Ewy Adam pojawił się w jego gabinecie. Profesor powiedział mu od razu:
- Sytuacja pańskiej siostry jest bardzo poważna, sprzyjającą okolicznością dla niej jest to, że ma pana, brata bliźniaka. Z wyników jakie uzyskamy po przebadaniu pana, będziemy mogli coś więcej powiedzieć i zacząć działać, jeśli pan wyrazi zgodę na transfuzje czy przeszczepy.
Adam wyraził zaraz zgodę, by pomóc siostrze.
Następnego dnia rano profesor zadzwonił do Adama. Stwierdził że byłoby dobrze się zaraz spotkać, bo wyniki są arcyciekawe, wymagają dalszych sprawdzeń. Spotkali się w godzinach popołudniowych w kawiarni, bo tak było obu panom wygodniej. Od razu znaleźli jakąś łatwość porozumienia się, jeden do drugiego nabrał już na wstępie sporą dozę sympatii i zaufania. Adam ocenił, że profesor jest znacznie starszy od niego, chyba o jakieś dwadzieścia lat. Traktował profesora z odpowiednim szacunkiem, a ten stwierdził zaraz na wstępie, że gdyby przyjąć już uzyskane wyniki, to musiałby Adama uważać za swego syna. Traktuje to oczywiście jako żart wynikający z niepełnych badań. Jedno jest pewne, oboje z siostrą są bliźniaczym rodzeństwem. W uzyskanych wynikach występują jakieś genetyczne różnice. Adam cierpi na tę samą genetyczną anomalię, jaką profesor wykrył dawno temu u siebie. Mają z siostrą na pewno wspólną matkę, ale nie ojców. Obaj postanowili nie informować tymczasem o niczym Ewy, dopóki się wszystko nie wyjaśni. Profesor ma przeprowadzić dalsze badania posiadanego materiału genetycznego. Najbardziej intrygowały go podobieństwa w genomach Adama i swoich.
Wkrótce profesor zaprosił Adama do kliniki, by dokonać przeszczepu szpiku dla Ewy. Adam wyraził od razu zgodę, by pomóc swej ukochanej siostrze w dojściu do zdrowia. Ewa miała dobrą opiekę, intensywne leczenie trwało i była nadzieja na powolne wyzdrowienie. Jacek, był już w stu procentach przekonany, że Adam jest na pewno jego synem. Natomiast Ewa nie była jego córką. Zagadką pozostało jak to możliwe, jeśli nigdy nie miał kontaktu z nieżyjącą już matką Adama, ani jej w ogóle nie znał. Nie był też nigdy dawcą nasienia. Same wątpliwości. Dziwny medyczny przypadek intrygował tymczasem tylko profesora.
W tych majowych dniach odbyło się spotkanie z okazji trzydziestolecia matury absolwentów siemianowickiego liceum. Obecni byli także trzej dawni szkolni przyjaciele, Janek, Jacek i Jurek. Po uroczystości w ich szkole, a potem w restauracji trójka postanowiła spotkać się jeszcze dodatkowo w własnym gronie. Byli bez żon, chcieli powspominać, bo od czasu matury upłynęło sporo lat. Jacek postanowić gościć kolegów u siebie w dość obszernym domu z ogrodem w Katowicach. Pięćdziesięciolatkowie, zasiedli w niedzielne popołudnie w ogrodzie. Był znakomity alkohol, jakiego nigdy nie brak u znanego profesora, zaopatrywanego przez wdzięcznych pacjentów. Nie była to jednak sesja poświęcona wypróbowaniu trunków. Oni mieli sobie sporo do opowiadania o swoich indywidualnych losach, karierach, ale było też mnóstwo ożywających wspomnień z lat młodości. Jacek pochwalił się, że wykrył ostatnio jakoby nieślubnego syna. Historią zaintrygował szczególnie Janka, dziennikarza specjalizującego się w reportażach śledczych i mającego na tym polu spektakularne sukcesy. Janek poprosił przyjaciela o szczegółowe dane, przyrzekł że poprowadzi sprawę bardzo delikatnie, że nie chodzi tu o prasową sensację, a o rozwiązanie zagadki gnębiącej profesora medycyny. Jurek jako biolog stwierdził, że biologicznie wszystko jest możliwe, istnieje przecież dzieworództwo jak i wiara w niepokalane poczęcie.
Janek skorzystał z gościnności Jacka i zatrzymał się o jeden dzień dłużej w Katowicach, by na swój sposób przeprowadzić śledztwo w sprawie rzekomego ojcostwa Jacka. Udał się do siemianowickiego szpitala, oraz do urzędu stanu cywilnego. Był wprawiony w szperaniach w starych dokumentach, wiedział od czego zacząć, by coś wykryć. Z dokumentacji w szpitalu wynikało, że wszystko w niej jest zgodne z dokumentami osobistymi Adama i Ewy. Jako rodzice byli wpisani wychowujący ich matka i ojciec. Pewne wątpliwości rodziły dokumenty urodzenia w urzędzie stanu cywilnego. Tam Janek zauważył w księdze metrykalnej inny wpis dotyczący ojca Adama, a inny u Ewy. Jako ojciec Adama zapisany był Ryszard Micka. U Ewy widniał wpis z nazwiskiem ojca taki sam jak w innych dokumentach: Jerzy Góralczyk, który adoptował bliźnięta. W innych dokumentach tych różnic jednak nie było. Janek dotarł w swych poszukiwaniach do urzędu miejskiego i odkrył w spisach mieszkańców, że Ryszard Micka był zameldowany razem z Jadwigą Micką, która zmarła i została wymeldowana. Dziwnym zbiegiem okoliczności data jej śmierci była taka sama jak data urodzenia bliźniąt. Któryś z sąsiadów spod wskazanego adresu pamiętał jeszcze, że Ryszard Micka wyemigrował na stałe do Niemiec, czasem jeszcze wracał, ale już od dawna się nie pojawił. Wyjechał sam, bo jego żona zmarła. Janek wysłał do niemieckiego urzędu repatriacyjnego mail z zapytaniem o Ryszarda Mickę. Otrzymał dość szybko wiadomość, żeby po tygodniu zatelefonował pod wskazany numer po odpowiedź. Janek nie miał problemu z dogadaniem się, bo znał doskonale język niemiecki. Odpowiedź brzmiała, że przybył tam wówczas z Siemianowic Ryszard Mika. Janek domyślił się od razu, że to poszukiwany Ryszard Micka, bo Niemcy tak czytają to nazwisko. Gdy prosił o jego adres w Niemczech, skłamał że to ważna sprawa, bo poszukiwany odziedziczył w Polsce spadek. W ciągu kilku dni otrzymał dokładny adres Richarda Micki, pod który zaraz napisał z prośbą o podanie telefonu. Otrzymał lakoniczną odpowiedź z numerem, by zatelefonował. Wkrótce doszło do rozmowy.
Janek przedstawił się swemu rozmówcy jako polski dziennikarz i zaraz na wstępie wyjaśnił, ze sprawa spadku to raczej pomyłka, niemniej ma do wyjaśnienia sprawę urodzonej przed laty pary bliźniąt przez jego dawną żonę, która zmarła przy połogu. Ryszard Micka stwierdził po chwili milczenia, że przeżył wówczas traumę. Skutków tamtej decyzji już nic nie odwróci, nie ma żadnej wiadomości o tych dzieciach, nigdy nie próbował nawiązać z nimi kontaktu. Chyba tak było lepiej dla nich i dla niego, ale do dziś nie potrafi o tym zapomnieć. Janek przekazał Ryszardowi, że jego córka ma na imię Ewa i jest chora na białaczkę, zaś od jej brata Adama otrzymała przeszczepiony szpik. Ryszard się tym faktem bardzo wzruszył i zapytał, czy i od niego oczekiwałaby jego córka ewentualnej pomocy. Janek odpowiedział, że nie to jest przyczyną, że podjął te poszukiwania. Ewa odczuła już poprawę w stanie zdrowia. Jego przyjaciel pochodzący z Siemianowic, dziś znany profesor hematolog leczący Ewę napotkał przy badaniach genetycznych bliźniąt jakieś dziwne różnice, świadczące o tym, że Adam może nie być jego synem, a ma innego ojca. Rzadko spotykany wypadek u bliźniąt, ale możliwy. Janek przekazał Ryszardowi pytanie i prośbę jego przyjaciela profesora, czy zechciałby oddać swoją krew do badania kontrolnego. Mogłoby to także ewentualnie w przyszłości zabezpieczyć jeszcze jednego dawcę szpiku dla Ewy. Nie wspomniał przy tym o podobieństwach w genomach profesora i Adama. Ryszard wyraził zgodę i Janek przekazał mu, że zostanie poinformowany, gdzie to będzie mógł zrobić. Na wszelki wypadek Janek prócz swego telefonu, zostawił Ryszardowi swój adres.
Janek zrelacjonował Jackowi swoją rozmowę z rzekomym ojcem bliźniąt. Przez kolegę z kliki w Essen profesor załatwił pobranie materiałów do analizy, którą potem sam wykonał u siebie w Katowicach. Nie trwało to długo i Jacek miał pewność, że to on jest ojcem Adama, natomiast nie Ewy. Wiedział teraz, że jej ojcem nie jest także Ryszard, lecz kto inny.
Po kilku dniach przyszła do Janka poczta z Niemiec, list od Ryszarda. Może to jakieś spóźnione uczucia ojcowskie spowodowały zainteresowanie się córką dotknięta białaczką, coś odrodziło się po latach, bo Ryszarda ruszyły wspomnienia. W kopercie było stare, podniszczone zdjęcie, ale jeszcze bardzo dobrze prezentujące piękną młodą kobietę w wyraźnej ciąży. Na odwrocie była dedykacja: Kochanemu mężowi na pamiątkę, Jadzia. Janek wyjaśnił wkrótce Ryszardowi, że nie jest ojcem żadnego z bliźniąt. Teraz po wielu latach nie była to już szokująca wiadomość o niewierności żony. Poczuł się uwolniony od skrupułów z powodu oddania dzieci obcym ludziom.
Śledztwo jakie Janek przeprowadził było już prawie ukończone. Na zdjęciu rozpoznał natychmiast uroczą Jadźkę z kolonii w Białce Tatrzańskiej. Na pewno była wówczas przekonana, że mąż cieszy się z bliźniaczego potomstwa, choć nigdy się już nie dowiedziała o tym, że nie były to dzieci Ryszarda, który też o tym nie wiedział. Nie pokazał jeszcze zdjęcia ani Ewie, ani Adamowi. Ojcostwo jednego z ich trójki było już pewne, Jacek wiedział, że jest ojcem Adama. Dał przyjaciołom do zrozumienia, że matką bliźniaków jest tamta urocza Jadźka sprzed laty. Dwójka z nich jest ojcami bliźniąt. Ustalili że muszą się spotkać i najlepiej byłoby w Katowicach już w najbliższą niedzielę u Jacka.
Nie była to radość z rozsupłania zagadki przez Janka. Przeżywali teraz emocje przy rozwiązywaniu trudnego życiowego równania choć już tylko z dwiema niewiadomymi. Alkoholu nikt z nich dzisiaj nie dotknął. Pili soki i wodę. Wpierw długo przyglądali się zdjęciu Jadźki. Nie było kolorowe, a dość szare, stare, a ona na nim młoda, taka jaką ją wówczas poznali, uwielbiali i ... Jej prawdziwy urok rozbudził ich pamięć. Dla dwójki z nich pozostało jeszcze pytanie, kto jest tym drugim ojcem. Ojcem Ewy?
Dla profesora nie było problemu, by dziś w niedzielę wykonać badanie krwi dwom przyjaciołom, Jankowi i Jurkowi. Janek wiedział od razu, że to nie on jest tym drugim z ojców, bo w jego małżeństwie nie było potomstwa i wiedział, że to z jego powodu. Jak się już wcześniej okazało, że wszystko jest możliwe, poddał się też badaniu. Jurek, jako biolog niczemu się nie dziwił, gdy padło na niego. Cieszył się, że do dwu jego młodszych córek, doszła teraz jeszcze ta najstarsza, Ewa. Janek wycofał się z dalszego ciągu wyjaśnień, zakończył swoje śledztwo, rozwiązał główną zagadkę. Pozostawił dwom nowym ojcom uświadomienie teraz dopiero poznanym dzieciom jaka prześliczna była ich prawdziwa mama, którą mogą oglądać tylko na starej fotografii.
16.03.2022
Reminiscencje ukraińskie
Stan zdrowia Zuzanny zaczął się po osiągnięciu wieku osiemdziesięciu lat dość szybko pogarszać. Ograniczonym wysiłkom ruchowych towarzyszyły bardzo silne bóle i uniemożliwiały jej malowanie, bez którego nie wyobrażała sobie swego późnego trwania. Stale powtarzała, że ma jeszcze kilka obrazów do skończenia, o nowych już przezornie nie wspominała. Zuzanna wymagała stałej pomocy. Jej mąż był już też w sile wieku i nie radził sobie z wszystkimi opiekuńczymi czynnościami. Trzeba było znaleźć nie pomoc dochodzącą, a kogoś na stałe, z zamieszkaniem u nich. Czas malowania Zuzanny minął już chyba bezpowrotnie. Po oglądaniu slajdów z fotosami swych prac na ekranie dużego telewizora powtarzała ciągle, że to czy tamto musiałaby jeszcze zmienić, inaczej „ustawić” w kolorze. Pytała męża, czy podjął by się tych poprawek, to znów myślała o wnuczce, że ona mogłaby pod jej kierunkiem spróbować. Nikt jej jednak w tych działaniach nie potrafił wyręczyć. Jej czas upływał głównie w pozycji leżącej, czasem tylko z trudem siadała na fotelu, a dokuczające bóle tłumiła środkami przeciwbólowymi. Włączała muzyczny program telewizyjny Mezzo, to znów oglądała swoje prace malarskie jako pokazy slajdów na dużym ekranie telewizora. To stanowiło teraz namiastkę malowania.
Poprzez firmę pośredniczącą syn znalazł dla matki opiekunkę z Ukrainy. Miała na imię Tania. Bieda wygnała Tanię za pracą do Polski. Jej dziadek był Polakiem i pracował przed wojną na kolei, był zawiadowcą stacji. Ona tak jak jej matka czuła się Ukrainką, dla zachowania tradycji rodzinnej studiowała w czasach radzieckich kolejnictwo we Lwowie, stykała się tam z Polakami, ale język polski znała już bardzo słabo. Ukraina uzyskała wolność, ale ona nie zdobyła odpowiedniego miejsca pracy na kolei w pobliżu swego miejsca zamieszkania. Po tragicznej śmierci męża wyjechała za pracą do Polski, jako pomoc do pielęgnowania starszych osób. Znalazła zatrudnienie w Krakowie. Tania przepracowała już pięć lat w Polsce, a w ostatnich miesiącach opiekowała się Zuzanną. 15. kwietnia miała na stałe wrócić do siebie na Ukrainę.
Od 24 lutego trwała w Ukrainie wojna. Rosja napadła swego sąsiada, licząc na rychłe pokonanie go, ale silny opór Ukraińców uniemożliwił szybkie podbicie ich kraju. Cały świat z wyjątkiem Chin zaczął wspierać Ukrainę i potępiać Putina, rosyjskiego prezydenta. Trwały bombardowania, ataki rakietowe, artyleryjskie i napastnik użył wszystkie inne rodzaje broni, łącznie z tymi zakazanymi. Walki się przeciągały, ginęli ludzie, miasta zamieniały się w ruiny. Prawie trzy miliony mieszkańców Ukrainy opuściło kraj, dwa miliony, głównie kobiety i dzieci szukało pomocy w Polsce i ją znajdywało. Pomoc humanitarna Polaków znajdywała uznanie w oczach świata. Pani Tania okazała się bardzo pomocna dla Zuzanny, ale każdą wolną chwilę poświęcała na zdobywanie informacji o sytuacji w jej kraju. Odbierała internetowo przez telefon komórkowy wszystkie wiadomości z Ukrainy. U nich na Wołyniu było spokojnie. Miała kontakt ze swoją rodziną, szczególnie interesowała się losem wnuka, studenta lwowskiej akademii sztuk pięknych, który przerwał studia i zaciągnął się do wojska. Chciał walczyć z karabinem w ręku na pierwszej linii frontu, ale wyznaczono go do prac w oddziale propagandy, gdzie jako plastyk okazał się bardziej przydatny. Tam na wschodzie Ukrainy działał blisko pierwszych linii frontu. Wołodia, bo tak było na imię wnukowi Tani, miał pecha, już pod koniec pierwszego tygodnia pobytu blisko linii frontu, doznał od odłamka rakiety silnej kontuzji lewego ramienia. Było nieruchome i wymagało leczenia. Dostał się na powrót do Lwowa, ze skierowaniem do szpitala. O rychłym powrocie do wojska nie mogło być mowy. Wymagane było skomplikowane leczenie neurologiczne. Wołodia miał polsko brzmiąco nazwisko Korotyński, znał trochę język polski z kontaktu z kolegami. Łatwo nawiązał znajomość z polskim lekarzem pracującym w ramach pomocy humanitarnej we Lwowie, który skierował go z transportem szpitalnym do Warszawy na dalsze leczenie specjalistyczne w Polsce.
Babcia Tania była szalenie uradowana, że wnuk Wołodia wyszedł z wojennej zawieruchy bez większego szwanku. Został zwolniony z dalszej służby wojskowej. Tym samym nie musiał wracać do Ukrainy. Szpital wysłał go na dalszą rehabilitację, co też miało jakiś czas potrwać. Wołodia otrzymał skierowanie do sanatorium w Swoszowicach, nie daleko Krakowa, gdzie jego babcia była zatrudniona jako opiekunka obłożnie chorej pacjentki. Na to, by znaleźć się w pobliżu Krakowa nie miała wpływu obecność tam jego babci, ale raczej to, że znajdowała się tam słynna matejkowska Akademia Sztuk Pięknych, o której Wołodia już wiele słyszał we Lwowie. Marzył o tym, by móc w niej postudiować. Może przynajmniej na początek zwiedzić tę uczelnię. Zainteresowało go to, że babcia opiekuje się panią, która jest malarką, a w mieszkaniu pełno jej obrazów, oraz jej męża też malarza. Prosił babcię, by ukradkiem zrobiła zdjęcia telefonem i mu coś przesłała. Choć nie była wprawna w fotografowaniu, to udało jej się zrobić zdjęcia. Wnuk dał babci znać, że odwiedziłby babcię przy okazji, aby mógł zobaczyć prace owej malarki, pani Zuzanny, bo te go bardziej zainteresowały aniżeli jej męża. Do powrotnego wyjazdu babci na Ukrainę zostało zaledwie kilka dni, więc poprosiła wnuka, by przyjechał do niej w dniu jej wyjazdu i pomógł jej przetransportować dość pokaźny bagaż na dworzec autobusowy. Byłby to doskonały powód, by go zaprosić do jej gospodarzy. Tania uzgodniła to wcześniej z panią Zuzanną i jej mężem. Tego samego dnia przed jej odejściem miała się pojawić następczyni Zuzanny, kolejna opiekunka z Ukrainy.
W ciągu nocy dnia przed wyjazdem Tani nastąpiło gwałtowne pogorszenie zdrowia Zuzanny. Miała coraz bardziej dotkliwe problemy z oddychaniem. Rano była ze stałą wizytą pielęgniarka i stwierdziła konieczność wezwania pogotowia, co mąż Zuzanny zaraz uczynił. Stan był poważny, Zuzanna traciła powoli świadomość. Została zabrana do szpitala. Nie dostała się na oddział chorób wewnętrznych, a zatrzymano ją na OIOM bez odzyskania świadomości, doszło i zapalenie płuc. Nowa opiekunka już nie przybyła, pani Tania następnego dnia rano oczekiwała wnuka, który się niedługo pojawił. Mąż Zuzanny poświęcił wnukowi Tani trochę czasu, porozmawiali o planach Wołodii. Prócz obrazów Zuzanny wiszących w mieszkaniu mógł zobaczyć te prace które były utrwalone do oglądania na ekranie dużego telewizora. Wołodii odpowiadało malarstwo Zuzanny, potrafił bardzo entuzjastycznie wyrazić swój zachwyt. Mniej interesowały go abstrakcje jej męża. Poprosił o zgodę na sfotografowanie niektórych prac wiszących na ścianach. W samo południe babcia z wnukiem pożegnali się i opuścili mieszkanie już bez możliwości pożegnania się z Zuzanną przebywającą w ciężkim stanie na intensywnej terapii w szpitalu.
Zuzanna została po kilku tygodniowym trwaniu w śpiączce wybudzona. Była szalenie osłabiona, z trudem od czasu do czasu coś powiedziała. Została przekazana na oddział pneumonologii, bo ciągle miała problemy z oddychaniem, często ją podłączano do respiratora, zwłaszcza nocami. Mąż Zuzanny przeszedł w międzyczasie udar mózgu. Niepokojące objawy zauważyła wnuczka lekarz i zawiozła dziadka jak najszybciej do szpitala. Na szczęście wyszedł z tego po krótkim leczeniu bez szwanku, ale ostrzeżenie pozostało, podeszły wiek robi swoje. Jego wizyty w szpitalu u Zuzanny nie były dlatego zbyt częste. Po dwu tygodniach Zuzanna została przeniesiona na oddział geriatrii, a stamtąd wypisana i przez synów umieszczona na miesiąc w sanatorium rehabilitacyjnym w Porąbce. Przez ten czas nastąpiła znaczna poprawa mobilności Zuzanny, potrafiła znów przy pomocy chodzika – balkonowego zrobić coraz więcej kroków. Z trudem nawiązywała jednak kontakt, stroniła od rozmów, nawet niechętnie odpowiadała na pytania personelu opiekuńczego. Wyciszyła się, jedynie podczas wizyt męża i synów ożywiała się, wtedy wyrażała wielką ochotę powrotu do domu, do siebie, by znów móc pomalować. Miała w szpitalu swój album prac malarskich i właściwie to było głównym podmiotem i przedmiotem jej zainteresowań. Leżała w pokoju dwuosobowym, ale nie potrafiła nawiązać kontaktu z dużo młodszą panią. Po miesiącu uznano, że jest w stanie egzystować w domu, mając zapewnioną opiekę męża i osoby dochodzącej, jak i stałej dochodzącej opieki paliatywnej. W razie potrzeby rozważano też pobyt stacjonarny w hospicjum. Zuzanna zmieniła się po przybyciu do domu. Znajome otoczenie domowe wpłynęło na dość radykalną przemianę. Zuzanna stała się bardziej rozmowna, odbierała telefony i chętnie rozmawiała. Nie garnęła się jednak sama do nawiązywania kontaktów, tak jak to dawniej bywało. Jakiś czas po jej powrocie odezwał się do męża Zuzanny Wołodia, wnuk pani Tani, która opiekowała się jakiś czas temu Zuzanną. Wyraził chęć odwiedzenia malarki, której obrazy tak bardzo podziwiał, ale ich autorki nie zdołał poznać. Termin wizyty ustalono na kolejną niedzielę.
Zaraz po obiedzie Zuzanna prosiła by jej pomóc usadowić się w jej nowym czerwonym fotelu, bo nie chciała przyjmować gościa w pozycji leżącej. Młody człowiek pojawił się o zapowiedzianej porze. Był to wysoki, szczupły ciemny blondyn, młody malarz, Wołodia wnuk pani Tani. Zuzanna nie czekała nim się gość przedstawi. Odezwała się zaraz do niego mówiąc głośniej niż zwykle:
- Przecież wiem ktoś ty. Jesteś Włodek i wcale się po tylu latach nie zmieniłeś.
Gość sądził, że babcia jak to babcie, tak dużo o nim pani Zuzannie opowiadała, że gospodyni go w ten sposób powitała. Odezwał się tylko krótko:
- Tak, koledzy mówią tu do mnie po polsku, Włodek. Dla babci jestem jednak Wołodia.
Zuzanna zamilkła i nie odzywała się. Coś ją wyraźnie poruszyło, pozostała zamyślona i jakby bardzo nieobecna. Gość był skonfundowany i zapytał męża Zuzanny, że jeśli pani się przez tę jego wizytę źle poczuła, to się pożegna, a zostawi tu tylko trzy prace malarskie które przyniósł pokazać. Pani i pan je ocenicie w odpowiedniej chwili, jeśli pani teraz nie jest dysponowana. Zuzanna powiedziała zmęczonym głosem , że musi się położyć. Młody człowiek razem z mężem pomogli jej przenieść się na łóżko. Zuzanna odezwała się jeszcze cicho do Wołodii:
- Przepraszam cię Włodku. Jestem już stara, zmęczona, a ty… nic się nie zmieniłeś, pozostałeś taki sam, jak wtedy.
Zuzanna zapadła zaraz w głęboki sen. Jej mąż tłumaczył coś usprawiedliwiająco młodemu gościowi, ale ten sam wyczuł, że pani Zuzanna myli go z kim innym. Szybko się pożegnał, powiedział że swoje prace odbierze kiedyś przy innej okazji.
Zuzanna trwała teraz od kilku dni jakby półprzytomna, w półśnie. Cofnęła się o lata wstecz, w czas, gdy zaczęła studia w Krakowie. Nie rozumiała wtedy, dlaczego Włodek nie chciał studiować z nią razem na akademii w Krakowie, a wybrał sobie leśnictwo w Poznaniu. Rozstali się, ona tak szalenie w nim zakochana. Nie miała pewności co do jego uczuć do niej. Przez jakiś czas trwała dość regularna korespondencja, było kilka spotkań nim wreszcie do Zuzanny doszło, że zakochała się w mężczyźnie, który nie czuł pociągu do kobiet. Była dla niego tylko bliską przyjaciółką, prawie siostrą. Doszło do ostatecznego rozstania. Przyszły mąż był bliżej. Włodek poszedł w niepamięć. Zachowała jednak wszystkie jego listy. Nigdy się już nie skontaktowali. Naszła ją myśl, że może Włodek powoli przekonywał się jednak do malarstwa. Teraz, gdy zobaczyła obrazy, z którymi się Włodek pojawił, wydawało jej się, że maluje tak jak byłby mną. Te majaki trwały bardzo długo, Zuzanna była już coraz bardziej zmęczona. Tak wiele lat minęło od czasu gdy się ostatni raz widzieli, nawet nie pamiętała w którym to było roku. Zdawała sobie sprawę, że już bardzo stara, a Włodek pozostał wciąż taki sam jak wtedy, gdy go kochała. Namalowała przez te wszystkie lata tyle obrazów. Niektórych już nie pamiętała, bo czas tak wiele zatarł w jej pamięci. Ostatnio przestała malować, zamartwiała się, że nie dokończy wielu obrazów, nie namaluje tych nowych, które sobie wymyślała. Teraz wiedziała, że namaluje je za nią Włodek. On czyta jej myśli jak kiedyś, dawno temu. Zostawił te obrazy, nie porozmawiali ze sobą teraz, jak kiedyś, gdy tyle mieli sobie do powiedzenia. Widziała, że doskonale wyczuwa jej pomysły i teraz widziała swoje obrazy, których nawet sama nie dotknęła pędzlem, a je tylko jemu wymyślała. Ma teraz mnóstwo nowych pomysłów i teraz zaczeka, aż Włodek je znów zrealizuje i będzie je mogła oglądać. Zaczęła się niecierpliwić, bo Włodek się nie pojawiał. Pytała męża co z Włodkiem. Odpowiadał jej, że Wołodia wyjechał już z Polski na Ukrainę. Babcia Tania telefonowała, że nie wie co z wnukiem, czy żyje, walczył ostatnio w Mariampolu.
Zuzanna miała chyba ostatnio bardzo męczące sny. Także w dzień męczyły ją jakieś koszmary. Któregoś ranka poprosiła męża by zabrał te stare listy Włodka, o które prosiła i je spalił. Wołodia nigdy już się nie pojawił, by odebrać swoje pozostawione do oceny obrazy. Zuzanna powiedziała do męża, że gdyby na nich dokonała trochę poprawek, to byłyby całkiem niezłe, a może by je i nawet uznała za swoje. Zuzanna już jednak nic więcej nie namalowała. Nie wspomina odtąd ani Wołodii, ani Włodka.
W maju 2022
Rysowane uczucia
TV regionalna wyemitowała krótki film poświęcony amatorskiej twórczości malarskiej jednego z lekarzy. Pan doktor, znany specjalista psychiatra z całą swoja sumiennością, ale i samorodnym talentem ludowego twórcy odtwarzał rok w obyczajach zapamiętanych z jego wiejskich stron. Kiedyś poznałem pana doktora zaproszonego do studia telewizyjnego, gdzie nagrano z nim krótki wywiad. Wtedy zainteresowały pana doktora zbudowane dekoracje w studiu. Wiejska zabudowa, kurna chata z okolic podgórskich. Mój kolega redaktor zapoznał mnie z gościem, bo byłem autorem tej scenografii i doktor, a było widać, że szalenie wzruszony przyznał się, że w takiej właśnie chacie spędził swoje dzieciństwo. Dowiedziałem się wtedy, że nie tylko maluje, ale i posiada dość znaczny zbiór malarstwa znanych i mniej znanych głównie miejscowych plastyków, ale i krakowskich, bo poprzednio przez dłuższy czas pracował w szpitalu na terenie Krakowa. Pan doktor zaprosił mnie do siebie tym chętniej, bo dowiedział się, że pochodzę z miasta, gdzie obecnie mieszka już na stałe i pracuje w szpitalu jako ordynator.
Niedługo po tym spotkaniu udało mi się umówić z panem doktorem u niego w domu. Poprosił mnie do pomieszczenia, które było zarazem i jego pracownią malarską, gdzie rozwieszał swoje własne prace przedstawiające jemu dobrze znane obyczaje i kulturę ludową. Zrozumiałem, dlaczego kolega redaktor po zetknięciu się z elokwencją i bogatym materiałem wizualnym nakręcił ów film. Po tej bardziej osobistej części wizyty przeszliśmy do innych pomieszczeń, bo dom był piętrowy. Przechodząc schodami na górę, zwróciłem uwagę na obraz. Przypominał mi znajome malarstwo, ale jakby mocno zmienione, mniej delikatne, niż je dotąd pamiętałem. Ba5rdziej ekspresyjne, mniej delikatne niż dawniej. Podpisu nie było. Zapytałem gospodarza o autora, ale zaczął mi coś nieco zawile tłumaczyć. Niektóre z tych osób, których obrazy posiada, to pacjenci. Jeśli mu swe prace zostawiają, to przyjmuje je, ale bez podpisów. Nie chce, by ktoś pomyślał, że na ścianach u niego rozwiesza kartotekę pacjentów szpitala. Co do obrazu na który zwróciłem uwagę, to zaraz pokaże mi więcej, jeszcze coś z wcześniejszych lat. Domyśliłem się, że autor już w swoich dawniejszych krakowskich latach leczył się u doktora. Zwróciłem uwagę na pracę w dobrze mi znanym stylu dawnego kolegi. Taka normalna w stylistyce post kolorystycznej, prawie manierze, jakiej chciano nam studentom na ASP przyswoić. Pan doktor zachował tajemnicę lekarską, nie wymienił nazwiska autora, powiedział tylko, ze artysta bardzo się zmieniał w swym rozwoju artystycznym, ale i psychicznym. Określił go jako sprawę beznadziejną. Wiedziałem doskonale o kogo chodzi, to był na studiach ktoś, kto rokował u profesorów największe nadzieje na pewną karierę. Był zawsze trochę dziwny, choć miły i sympatyczny. Grał też na gitarze i dobrze śpiewał. Repertuar od aktualnych przebojów do arii operowych. Czasem popisywał się tymi umiejętnościami podczas zajęć we wspólnej pracowni malarskiej. Był o tyle dziwny, że nie wchodził sam do sklepów na zakupy, a zawsze kogoś prosił by mu je zrobić. Traktowaliśmy go jako sympatycznego odmieńca. Doktor dał do zrozumienia, że już dawno się u niego nie leczył. Słyszał, że popełnił samobójstwo. Znaleziono go wycieńczonego głodem w jego pracowni. Malował do końca. Jakie te prace były nie wie. Dotarło do mnie, że nie przyjmowano mu ostatnio prac na wystawy, bo były dziwne i tragicznie słabe. Jakby nie on je malował.
Doktor przypomniał sobie, że ma jeszcze teczkę z rysunkami owego malarza. Tych nie wystawia bo to rysunki aktów. Nagość, no wie pan, dzieci w domu. Może pan spojrzeć. To co zobaczyłem, oszołomiło mnie. Wszystkie postaci pozujące w pracowni do aktu, to była moja późniejsza żona. Rysował różne modelki, ale każda miała jej rysy twarzy. Do tego ten długi ówczesny, obfity warkocz opadający po plecach. Wiedziałem, że nigdy nikomu nie pozowała nago. Powiedziałem doktorowi, że osoby na rysunkach są wszystkie podobne do mojej żony, wówczas koleżanki z pracowni. Ręczę, że nie miała o tym pojęcia, nie domyślała się niczego, nikt na pewno tych rysunków nie oglądał. Doktor mi wytłumaczył, że tak działał zakochany i już wtedy bardzo cierpiący psychicznie nasz kolega.
Moja żona nigdy nie poznała tej tajemnicy uczuć dziwnego kolegi.
29. września 2022.
Strzał w dziesiątkę
Tadek siedział w klasie o jedną ławkę przede mną. Dziś pojawił się w szkole z opaską na prawym oku i wyglądał jak prawdziwy pirat. Wszyscy wiedzieli, że to nie jakieś przebranie, bo Tadek należał raczej do tych, którym nie lęgły się żarty w głowie. Gdy usiadł w ławce dotknął dłonią przepaski i oznajmił nam siedzącym w pobliżu, że zgubił oko. Domyśliliśmy się, że chodzi o to szklane. Kiedyś nam zademonstrował, jak je wyjmuje i łatwo umieszcza na powrót w oczodole. Widok był przykry, bo nikt nie chciał oglądać tej pustki, jaka pozostała po operacyjnie usuniętej gałce ocznej. Gdy na lekcji polskiego wszedł do klasy profesor, zwrócił od razu uwagę na opaskę Tadka, bo zapytał czy dał rady przygotować referat. Tadek potwierdził że jest gotów go wygłosić. Nasz kolega miał fantastyczną pamięć i potrafił to co napisał, bezbłędnie odtworzyć z pamięci. Gdy pierwszy raz przyszło mu odczytać opracowanie na zadany temat i Tadek nie wziął zeszytu do rąk, a wygłaszał swoje opracowanie z pamięci, profesor przerwał mu i poprosił go o zeszyt. Tadek wyrecytował dalszy ciąg, a profesor miał na piśmie sprawdzian. Może pomyślał w pierwszej chwili, że kolega nie odrobił opracowania a zmyśla ad hoc. Tadek był naszym przewodniczącym klasowym, a w kolejnych latach został przewodniczącym szkolnego samorządu uczniowskiego. Udzielał się też w harcerstwie, był wpierw jednym z zastępowych w naszej szkolnej drużynie, a ostatnio przybocznym.
Podczas przerwy Tadek zdjął na chwilę opaskę i zobaczyliśmy że ma w miejscu tego zgubionego oka całkiem innej barwy oko. To było koloru brązowego, a na dodatek nieco mniejsze. Trochę dziwnie wyglądał z tym nasz kolega. Powiedział nam tylko, że po utracie tego prawdziwego oka dostał w szpitalu takie, jakie wówczas mieli. Było to niedługo po wojnie, gdy miał 12 lat. Lepiej się czuje, gdy nie ma pustego oczodołu. Tadek prosił nas, dwóch kolegów, by pójść po lekcjach z nim do domu. Mieliśmy mu pomóc w poszukiwaniu tamtego zagubionego oka. Oczywiście przyrzekliśmy mu to i więcej wyjaśnień oraz jak i co nie było, bo skończyła się przerwa.
Tadek mieszkał w starej wąskiej kamienicy przy rynku. Zaprowadził nas na równie ciasne podwórko, gdzie stał budynek gospodarczy. Była tam komórka, w której stał pojemnik na różne odpady czy śmieci wyrzucane z domu. Na noc Tadek zwykle wyciągał sztuczne oko w łazience i wkładał do szklanki. Poprzedniej nocy czytał dość długo przed zaśnięciem i szklanego oka nie usunął, bo czuł się lepiej z wypełnionym oczodołem. Najwidoczniej mocno zaspany położył oko na stoliku i jakimś nieopatrznym ruchem strącił je do koszyka. Mama Tadzia była już w pracy, nie mógł jej zapytać, a gosposia wyniosła wcześniej wszelkie odpady łącznie z tym, co w koszyku na śmieci w jego pokoju. Na wszelki wypadek przeszukał całe mieszkanie, ale oka nie znalazł i do szkoły musiał założyć opaskę piracką. Tadek był przezorny i zamknął komórkę na kłódkę, by nikt nie dostał się do pojemnika. Tadek przyniósł starą płachtę, na którą wysypywaliśmy po trosze śmieci z pojemnika i przeszukiwaliśmy wszystko dokładnie. Gdy przebraliśmy sporo zawartości pojemnika, z wyjmowanymi rupieciami wypadła blaszana puszka i coś w niej lekko zadzwoniło. Tadek sięgnął zaraz po nią, zajrzał do środka i krzyknął:
- Mam je i jeszcze dziesiątkę!
Pokazał nam uszczęśliwiony zgubę i monetę 10 groszy. Oko było nieuszkodzone i Tadek poprosił nas w biegu, byśmy tu na niego poczekali, bo musi je wymyć i wydezynfekować. My zerknęliśmy jeszcze na stos starych gazet wyjętych z pojemnika. Były mało starannie związane i można było zobaczyć, że to egzemplarze Robotnika, wydawane przez Centralny Organ PPS. Pochodziły z pierwszych lat powojennych. Jedna z gazet się wysunęła i mogłem dość tłustymi literami przeczytać nazwisko Tadka. Gdy Tadek wrócił, wyglądał już normalnie, Miał dwoje oczu, choć spoglądał tylko jednym. Zwróciliśmy mu uwagę na gazety, że w jednej figuruje i jego nazwisko. Odpowiedział nam, że o wszystkim opowie nam po drodze, bo zaprasza nas teraz na lody w rewanżu za pomoc w poszukiwaniach. Co do gazet, to zostały po jego wujku, który jest profesorem historii na Uniwersytecie Warszawskim. Należał już przed wojną do PPS, w czasie wojny brał udział w kampanii wrześniowej, po niej dostał się do Francji, tam też walczył wpierw w wojsku a potem w partyzantce francuskiej. Po wojnie wrócił zaraz do kraju i należy do PPS. Tadka ojciec zginął podczas kampanii wrześniowej, więc teraz miał nieco opieki ojcowskiej ze strony brata mamy. Wujek uświadomił Tadka także politycznie. Teraz w roku 1948 po wakacjach, już chyba po naszym ostatnim obozie harcerskim w Piwnicznej, mówiło się że w gimnazjach czy liceach nie będzie już tego harcerstwa skautingowego jak dotychczas, a będą tam mogły działać tylko dwie organizacje młodzieżowe. Wybór był mały: ZWM, młodzieżowa przybudówka PPR, partii o raczej komunistycznym rodowodzie, jak dotąd mało w Polsce popularnej. Drugą organizacją było OMTUR, przybudówka PPS, o nieco szerszych tradycjach u nas. Wszyscy w klasie byliśmy raczej antykomunistycznie nastawieni, każdy miał inne powody swej awersji do tego co przyszło z wyzwoleniem ze wschodu. W klasie jak dotąd było tylko dwóch kolegów należących do ZWM. Reszta to byli harcerze, których zetwuemowcy nazywali pachołkami Mikołajczyka, wielkiego reakcjonisty. Harcerstwo miało pozostać organizacją dla młodszych uczniów w podstawówce. Organizacją na wzór radzieckich pionierów. Byliśmy bardzo rozżaleni. Te zmiany miały nastąpić już w krótce.
Na kolejnym zebraniu cała klasa prócz owych dwu kolegów, będącymi już członkami ZWM wybrała OMTUR. Tadek przekonany przez wujka, przekonał i nas. Do nowej organizacji należeliśmy jednak tylko do połowy grudnia 1948 roku. Wtedy nastąpiło zjednoczenie dwu partii, PPR i PPS i narodziła się Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Kierowniczą siłą w nowej partii zostali wiodący komuniści z PPR. Podobne zjednoczenie nastąpiło i w organizacjach młodzieżowych. Powstał Związek Młodzieży Polskiej. Tak zostaliśmy automatycznie członkami nowego związku będącego teraz pod kuratelą jedynej słusznej partii, pod przywództwem której mieliśmy utrwalać pokój, budować socjalizm, a może w przyszłości na wzór radziecki i komunizm. Każdy w miarę swych sił, może i przekonań, czy nawet własnych kalkulacji osobistych. Bardzo daleko zaszedł w swej karierze wujek Tadka, bo w końcu wspiął się na sam szczyt, został przewodniczącym rady państwa i wielu innych organów partyjnych. W grudniu 1981 roku uprawomocnił swym podpisem quasi prezydenta stan wojenny w Polsce. Tadka już w tamtych czasach nie spotykałem, wiem że też został profesorem, czy wstrzelił się w swej karierze w dziesiątkę jak jego wujek w wiodącej partii, nie wiem.
Pamiętam opowieść Tadka o utracie oka. Mieszkał wtedy z mamą i siostrą na wsi. Z tamtejszymi chłopakami zrobili sobie łuki by bawić się w Indian. Żeby ćwiczyć się w strzelaniu poszli potrenować przy stodole. Na wrotach wymalowali wapnem tarczę z dziesiątką w środku. To naturalne centrum stanowiła duża dziura po sęku. Tadek z kartką i ołówkiem miał stać za drzwiami stodoły. Po trzech próbach zapisywał wyniki i wyjmował strzały. Jak dotąd nikomu po kilku próbach nie udało się trafić w dziesiątkę. Pozostał ostatni strzelec. Trwała chwila ciszy, więc Tadek przysunął się do otworu i postanowił zobaczyć przez sękowy otwór, co się dzieje u kolegów. Usłyszał głośny krzyk:
- Strzeliłem w dziesiątkę!
ale sam jeszcze głośniej zawył z bólu :
- moje oko!
Strzała nie weszła bezpośrednio w oko, a zdołała wykruszyć dużą drzazgę, która się wbiła w oko i spowodowała silne krwawienie. Koledzy zaraz zaprowadzili Tadka do domu, dostał się szybko do specjalisty, ale oko było mocno uszkodzone i próby uratowania go nie powiodły się. Tadek stracił prawe oko. Strzałem w dziesiątką.
8.04.2022.